Łemkowska Watra w Żdyni 2006 – pilnowanie ognia pamięci

Ranem ludowe tańce i śpiewy oraz zapach smalcu. Wieczorem rockowe brzmienia oraz zapach eteru. To w największym skrócie obraz Watry w Żdyni, największego święta kultury łemkowskiej w Polsce.

Jest takie miejsce w Karpatach, gdzie raz do roku zjeżdżają się Łemkowie z całego świata. I starsi, i młodsi przybywają, aby powspominać i kultywować to, co 60 lat temu miało zostać wymazane. Kulturę łemkowską.

Odkopywanie korzeni

Łemkowie byli narodem z grupy Słowian Wschodnich, zamieszkującym tereny okołokarpackie: na zachód do Pienin (wsie Szlachtowa, Jaworki, Biała Woda, Czarna Woda), a na wschodzie do ujścia Osławy do Sanu. Dlaczego „byli”? Po drugiej wojnie światowej zostali wysiedleni z ich „Łemkowyny”. W latach 1945-1946 w porozumieniu z władzami radzieckimi – na Ukrainę; a podczas Akcji „Wisła” głównie na polskie Ziemie Odzyskane. Dołożono starań, aby Łemkowie nie mogli się ponownie zjednoczyć. Obecnie naród ten jest rozsiany dosłownie po całym świecie. Niewielu udało się wrócić na rodzime ziemie, a liczne fale emigracyjne w poszukiwaniu chleba sprawiły, że  Łemkowskie noce przy ognisku przetrwanie kultury łemkowskiej stanęło pod znakiem zapytania. Pamięć o przeszłości jednak zwyciężyła, niezależnie od miejsca przymusowego zamieszkania. Dla przykładu, w samej stolicy Kanady – Toronto, działa dzisiaj kilkanaście lokalnych zespołów tanecznych i muzycznych. W Polsce, wbrew wrogiej polityce PRL, kultura łemkowska również przetrwała. W latach 80 zeszłego wieku można było zaobserwować jej gwałtowne ożywienie. Zaczęto publikować dwujęzyczne tomiki poezji i wydawnictwa w języku łemkowskim, powstał zespół pieśni i tańca „Łemkowyna”, a także rozwinęła się działalność naukowa, mająca na celu zbadanie języka i opublikowanie materiałów do jego nauki. W 1983 roku po raz pierwszy zorganizowano „Łemkowską Watrę” – obecnie największy festiwal kultury i muzyki łemkowskiej na „Łemkowynie”. W tym roku, w dniach 21-23 lipca, impreza ta odbyła się po raz 24.

Watrowość

Na pytanie: „czym jest watra?” nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na Podhalu słowo „watra” oznacza „ognisko”. Rozszerzając tę lakoniczną słownikową definicję, Watra (ta pisana z wielkiej litery) to również ciepło wspólnej zabawy i przeżywanie kultury. Ostoją tego ciepła staje się trawiaste pole w okolicach wsi Żdynia, które na trzy lipcowe dni co roku obrasta łąką namiotów, samochodów, kramików i – przede wszystkim – tysięcy ludzi. Oto subiektywny zapis jednego z tych dni.

Poranek

Zanim padnie słowo o festiwalu, najpierw trzeba wspomnieć o pogodzie na Watrze, która jest niemal legendarna. Tylko jedno jest o niej pewne – jest nieprzewidywalna. Niektórzy mówią, że nie ma Watry bez... deszczu. Jest w tym wiele racji – np. podczas jubileuszowej XX. Watry niepodzielnie panowała deszczowa pogoda. W tym roku jednak zupełne przeciwieństwo. Zero chmur, a słońce praży aż za mocno.

Trudno się zatem dziwić, że już o 10 rano niemal wszyscy wychodzą z namiotów, nawet młodzież, choć niechętnie. W namiotach sauna, nie da się wysiedzieć pięciu minut. Większość udaje się więc na poranną toaletę. Skorzystanie z ubikacji kosztuje 1 zł, z prysznica aż 5 zł za 10 minut. Przy takich stawkach, aby się umyć, wiele osób wychodzi poza teren Watry, do lasu. Na odważnych – a takich wiele – czeka kąpiel w lodowatym strumieniu albo równie zimna woda z pompy. Po orzeźwiającej kąpieli przeważająca część festiwalowiczów kieruje swoje kroki w stronę „namiotów” pewnej znanej marki polskiego piwa, gdzie można coś zjeść i wypić. Noc jest przeznaczona na zabawę, więc dzień wszyscy spędzają na spotykaniu starych znajomych, bądź poznawaniu nowych.

Tymczasem od godz. 12 na scenie zaczynają się występy. Niezwykle miło jest posłuchać sędziwego pieśniarza, śpiewającego stare pieśni łemkowskie czy występu grupy bandurzystów. Czuć w ich muzyce powiew dawnych lat. Niedługo potem można było przyjrzeć się występowi łemkowskiego zespołu tańca ze Słowacji; nie brakuje także licznych zespołów z Ukrainy, Kanady czy Serbii (do zapoznania się z obszernym programem – patrz: tabela „linki”). Zaspokoiwszy wrażenia wzrokowe i słuchowe, można oddać się innym atrakcjom Watry. Jesteś ciekaw, jak dawniej żyli Łemkowie – zajrzyj do skansenowego wnętrza łemkowskiej chaty. Głodny łemkowskiej kuchni – skosztuj domowego smalcu albo kiesełyci. A gdy wrażeń już dość, można spokojnie wrócić pod „namioty” i obserwować jak poza terenem Watry rozrasta się alternatywne miasteczko namiotowe.

 Występ olsztyńskiego zespołu "Berkut"

Nagle, całkowicie bezchmurne niebo w ciągu kilkunastu minut zachodzi szarą deszczową masą i zaczyna padać grad. Oczywiście pogoda musiała dać znać o sobie – najwyraźniej nie ma Watry bez deszczu... Po chwili ani śladu po gradzie, znów pojawia się niebieściutkie niebo, a słońce ponownie zaczyna niemiłosiernie grzać. Przy chłodnym piwie, ciepłym żurku i gorących rozmowach czas płynie miło, tym milej, gdy ktoś bardziej muzykalny przyniesie gitarę, bęben czy tamburyn. Wówczas wszyscy, nawet ci mniej muzykalni, dołączają się do śpiewu łemkowskich i ukraińskich pieśni. Znajomość piosenek jest tak dogłębna, że wspólne muzykowanie potrafi przeciągnąć się do godzin wieczornych.

Wieczór

Po godzinie 18. scenę zajmują zespoły folk-rockowe. Przeważnie są to kapele ukraińskie z Polski lub z Ukrainy. Ludzie z ławek podnoszą się i płyta przed sceną powoli zapełnia się zarówno młodymi, jak i starszymi. W tym roku wieczorową i nocną część artystyczną Watry wypełniły tak skrajne gatunkowo zespoły, jak rock-grupa Berkut (Olsztyn), niemal heavy-metalowy band „Bambula-bee” z Ukrainy czy wirtuoz skrzypiec Wasyl Popadiuk (Toronto). Nie można nie wspomnieć o zespole „Gorgiszeli”, który wziął nazwę od nazwiska sióstr-liderek zespołu. Subtelnie podkreślając zawirowania etniczno-historyczne, można je opisać jako dwie energetyczne Gruzinki ze Lwowa, grające na łemkowskim festiwalu w Polsce. Zespół „Gorgiszeli” dał się już poznać ukraińskiej i łemkowskiej młodzieży, występując bodaj trzykrotnie w ramach Festiwalu Kultury Ukraińskiej w Sopocie w zeszłym roku.

 Gruzińska siła z Ukrainy bije prosto ze sceny -

"Gorgiszeli"

Bez względu na tak szeroką rozpiętość stylistyczną, wszyscy bawią się wyśmienicie. Publika często nie pozwala zespołom zejść ze sceny bez zagrania kilku bisów, czym sami muzycy są mile zaskoczeni. Co prawda w większości są to zespoły, śpiewające po ukraińsku, nie po łemkowsku, ale w niczym ten fakt nie ujmuje gorącej atmosferze, która przejawia się wesołymi tańcami i entuzjastycznym skandowaniem tekstów piosenek .

Narodowy napój łemkowski?

Chociaż koncerty trwają do 3. nad ranem, to nie wszyscy stoją cały wieczór pod sceną. Życie towarzyskie kwitnie także pod „namiotami” i wokół prowizorycznie rozpalonych watr.  Wspólne śpiewy pod "namiotami" Niektórzy po prostu wolą śpiewać lub pogawędzić we własnym gronie, nierzadko przy czymś mocniejszym. O tej porze i przy takich okazjach zdarza się, że czasami między namiotami można wyczuć charakterystyczny zapach. Chemik, by określić to doświadczenie węchowe, użyłby nazwy „eter”, ale tutaj mówi się na to „kropka.” Dawniej eteru używało się w lecznictwie do narkozy, ponieważ ma właściwości halucynogenne, a już kilka kropel inhalacji wystarczyło do silnego znieczulenia pacjenta. Jednak eter, jak każda ciecz, może teoretycznie być napojem. Łemkowie tę teorię praktykują. Mimo to, nazywanie skroplonego eteru – „kropki” – ich „napojem narodowym” byłoby przesadą. Chociaż stanowi to pewną część mitu „bycia Łemkiem”. Jest to temat chodliwych na festiwalu koszulek, przedstawiających butelkę „kropki” z podpisem „Absolut Lemko.” Jest to temat żartów, przechwałek i rzucanych wyzwań. I jest to – wreszcie – napój alkoholowy, choć wypicie go wymaga niemałej odwagi. Po wypiciu choćby jednego kieliszka, od śmiałka zionie charakterystycznym zapachem „kropki” przez najbliższe kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Choć zapewne każdy lekarz zabroniłby komukolwiek spożywać skroplonego eteru, są ludzie, którzy potrafią go pić jak wódkę. Średnia życia takich osób nie została jeszcze poddana analizom...

Szlakiem ojców

Amatorzy „kropki”, szczególnie ci, którzy spróbowali jej pierwszy raz, dość szybko opuszczają zabawę. Jednak już niebawem dla wszystkich znów nastaje ranek. Po trzech  Prawosławna cerkiew we wsi niedaleko Żydni takich dniach, pełnych niezatartych i zatartych wspomnień, nadchodzi czas zgaszenia palącej się od początku festiwalu symbolicznej watry i rozjechać się każdy w swoją stronę. Za rok większość przyjedzie znowu.

Niektórzy jednak nie chcą ani czekać do następnej Watry, ani się rozstawać. Wyruszają w rajd pieszy po okolicznych wioskach, górach i połoninach. Są to tereny, na których jeszcze 60 lat temu mieszkali ich dziadowie. Jest co zwiedzać i czego żałować. Po drodze – obowiązkowy przystanek przy chacie pana Karpiaka, od wielu lat dobrej duszy każdego rajdu. Nikomu nie odmówi schronienia podczas burzy i gorącej wody na herbatę. Na ścianie w przedpokoju wiszą pamiątkowe zdjęcia. Okazuje się, że niejedna z osób rozpoznała na nich swoich rodziców. W końcu nie tak dawno (kilkanaście lat temu) te same polne i górskie ścieżki przemierzali rodzice dzisiejszych rajdowiczów. Tradycja trwa.

Oliwa do ognia

Jednak nie wszyscy są zadowoleni. Słychać różne głosy o festiwalu w Żdyni. Komercyjna, zbyt masowa i hermetyczna impreza. Czasem trudno nie przytaknąć takim stwierdzeniom. W tym roku kramiki, zamiast być pełne wyszywanych koszul, oferowały t-shirty zespołów Metallica i Iron Maiden. Nie żeby na łemkowskim festiwalu brakowało łemkowskich wyrobów, ale mimo wszystko, taki kontrast kulturowy niepotrzebnie razi w oczy.

Co do hermetyczności festiwalu – to już raczej sprawa jednostkowych przypadków. Podczas zabawy można było spotkać kilka polskich grup, które bezproblemowo zżyły się z łemkowskimi czy ukraińskimi znajomymi. Prawdziwą przeszkodą w uczestnictwie w Watrze mogą jednak być ceny. Prócz wspomnianych wcześniej opłat za korzystanie z łazienki, dochodzą wyższe niż w poprzednich edycjach festiwalu ceny biletów i parkingu. Wprawdzie jedzenie było dość tanie, ale gdy podliczyć wszystkie koszty i wziąć pod uwagę brak zniżek dla studentów, to naprawdę trudno się dziwić powstawaniu „dzikiej” Watry poza terenem festiwalu.

Pochodnia pokoleń

Pomimo tych niedogodności, które po prostu trzeba z ciężkim sercem wziąć pod uwagę przed przyjazdem, Watra w Żdyni ma swoisty klimat. Jest to doskonała okazja na obcowanie z kulturą łemkowską. Dla zaciekawionych tą imprezą przygotowano wspaniale różnorodny program festiwalu, który pozwala na gruntowne zapoznanie się ze spuścizną narodową Łemków. A pośród nich samych, szczególnie wśród młodego pokolenia, atmosfera jest na wystarczająco gorąca, aby podtrzymać ogień łemkowskiej watry, który przez historyczne dzieje nieraz niebezpiecznie przygasał.

Linki:


Nestor Kaszycki:

Student lingwistyki na Uniwersytecie Warszawskim.

[ więcej o autorze ]

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org

Komentarze

p.p. z potokawatra staje sie zbyt droga dla nie tylko studentow ale dla przecietnych obywateli.

Gość: oiratpodziwiam

Gość: polaktam jest niepowtarzalnie i wcale nie jest drogo na pewno nie raz wiecej puszcza sie kasy na picie w durnych knajpach

Gość: ольгадуже яскраво, цікаво. А як взяти запрошення

Dodaj komentarz