Hmmm przede wszystkim to nie mnie wypowiadać się w imieniu Kościoła, w zasadzie w ogóle nie chciałbym zabierać głosu w tego typu dyskusjach, ale dziś dla dwóch (tej i o rycie łacińskim) zrobię wyjątek.
Po pierwsze, należałoby w tym wypadku jasno zdefiniować, czym Kościół jest, inaczej ateista mógłby zupełnie nie zrozumieć mojej wypowiedzi, rozumiejąc pod słowem Kościół coś zupełnie innego, niż ja. Ponieważ robiłem to już wielokroć w swoich postach - odsyłam do nich, tutaj tylko pokrótce stwierdzając w DUŻYM uproszczeniu - że przez Kościół rozumiem na użytek tego postu nie tylko wężej lub szerzej pojętą hierarchię kościelną, ale także i ogół chrześcijan.
Do kwestii indiańskiej różne grupy podchodziły... różnie. To trochę tak, gdyby spytać, jak polski Kościół odniósł się do kwestii wejścia Polski do UE. Byli tacy, co sądzili, że trzeba i że to dobrze - i powoływali się na słowa JP II i niektórych biskupów. Byli tacy, co sądzili i sądzą, że to najgorsze przekleństwo, również przy tym powołując się na... słowa JP II i innych biskupów.
W kwestii Indian musiało być podobnie. Na pewno znajdowali się duchowni, nie mówiąc już o świeckich żołdakach, dla których jedynym celem było wypłynąć do Ameryk po to, by się obłowić. Kim dla nich byli Indianie? Przeszkodą. Jak usankcjonować ich zabijanie? Stwierdzeniem ,że to zwierzęta nie posiadające duszy, okrutnicy itp. Na cóż wiara, skoro złoto było najważniejsze.
Z drugiej strony - jeśli się nie mylę, już Aleksander VI (tak, ten, ten

) akurat w sprawie Indian wyraził dość jednoznaczne stanowisko - uznając ich za istoty ludzkie, posiadające duszę, z drugiej strony - jasno zalecając ich nawracanie i oddając ich ziemie pod władanie władcom europejskim.
Nawracanie wyglądało różnie. Przypadek Bartolomeo de las Casasa nie był odosobniony. W XVI-XVIII wieku nieraz jedyną przeszkodą dla dobrania sie do skóry Indianom przez łowców niewolników stawały się... misje. Dominikańskie, franciszkańskie, jezuickie... Wraz ze swoją bardzo nietypową organizacją, stanowiły rodzaj hmmm jedynego miejsca, gdzie mogli się czuć bezpiecznie i szczęśliwie. Choć pewnie też nie wszystkie.
A z drugiej strony - ogniem i mieczem. I niewolniczą pracą chociażby w kopalniach Peru. Czy to zgodne z zasadami moralnymi chrześcijaństwa takiego, jakim je dziś postrzegamy? Nie sądzę. Ale - wiadomym jest, że ludzie tamtych czasów inaczej to widzieli i to też trzeba wziąć pod uwagę.
Tak czy siak - obrońcy Kościoła na pewno będą wskazywać przypadki działań "casasopodobnych", dokumentując ich sporą ilość. Przeciwnicy - pokazywać brutalność i okrucieństwo konkwistadorów, stwierdzając: taki był Kościół. A prawda? Prawda leży tam, gdzie leży.
Do zarzutów przeciw Aztekom dołączano jeszcze jedno... To, że ich niektóre obrzędy religijne przypominały jako żywo... superkrwawą wersję obrzędów chrześcijańskich. Niektórzy wskazują to jako dowód np. wcześniejszego dopłynięcia w te tereny chociażby ekspedycji Wikingów. Jak było naprawdę? Nie mnie odpowiadać na to pytanie. Na pewno masowa rzeź nie jest zachowaniem zgodnym z nauką chrześcijańską w moim jej pojmowaniu. Ale - jak pisałem, trzebaby też spróbować wniknąć w świadomość ludzi żyjących w tamtym okresie - a to ciężkie zadanie i nie mnie je spełniać.
Podsumowując ten dość chaotyczny w gruncie rzeczy post (nie jestem bowiem ani historykiem, ani teologiem

). Sądzę jednak, że dla wszystkich dyskutantów bardzo owocną rzeczą byłoby sięgnięcie (oczywiście, poza dokumentami z epoki

) po pewien - dla mnie niezwykle hmmm ważny, ulubiony wręcz - film. "Misja" Rolanda Joffe z cudowną muzyką Ennio Morricone. Polecam. A jeden z jego bohaterów, papieski kardynał (i raczej czarny charakter, choć nie do końca

) , rzuca w pewnym momencie takie, nieco filozoficzne zdanie:
Nie mogłem oprzeć się wątpliwości, czy ci Indianie nie woleliby, aby morze i wiatry nigdy nas do nich nie przywiodły...