Autor: Piotr Zychowicz
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, XIX wiek, Wyspy Brytyjskie
Opublikowany: 2021-04-13 15:54
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Angielskie obozy śmierci dla Burów

Anglicy wykazali się wobec Burów wyjątkowym barbarzyństwem. Zorganizowane przez nich obozy koncentracyjne służyły przede wszystkim eksterminacji. Do brytyjskiego piekła trafiła jedna trzecia narodu burskiego...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Lizzie van Zyl urodziła się w 1894 roku w burskim Wolnym Państwie Orania w Afryce Południowej. Jej ojciec walczył przeciwko brytyjskiej agresji i dołączył do jednego z licznych oddziałów partyzanckich. Anglicy zastosowali zwyczajową procedurę – aresztowali jego rodzinę i umieścili ją w obozach koncentracyjnych.

Siedmioletnia Lizzie została oddzielona od mamy i wpakowana do jednego z najstraszniejszych ośrodków – owianego ponurą sławą ludobójczego obozu Bloemfontein. Jako córce „burskiego buntownika” przyznano jej tam najgorszą, głodową rację żywnościową. Zdezorientowana, przerażona Lizzie zaczęła niknąć w oczach. Wkrótce upodobniła się do żywego szkieletu. Zachorowała na dur brzuszny.

Widziałam ją, jak leżała na małym materacu w nagrzanym słońcem namiocie. Wokół jej głowy krążyły muchy. Była delikatnym, słabym dzieckiem, które wymagało troskliwej opieki – pisała Emily Hobhouse, brytyjska aktywistka walcząca o prawa Burów. – Trafiła jednak do obozowego szpitala, gdzie traktowano ją ostro. Brytyjski lekarz i pielęgniarki nie rozumieli jej języka, a ona nie mówiła po angielsku. Uznano ją więc za „idiotkę”, mimo że była zupełnie normalna. Pewnego dnia zaczęła przejmująco krzyczeć: „Mamo! Mamo! Chcę do mamy!”. Pewna kobieta chciała ją przytulić, ale jedna z pielęgniarek jej to brutalnie uniemożliwiła. Powiedziała, że to dziecko jest po prostu nieznośne.

Lizzie van Zyl

Lizzie zmarła z wycieńczenia 9 maja 1901 roku. Przerażające zdjęcie wycieńczonej, wychudzonej dziewczynki konającej w obozowym szpitalu obiegło cały świat i stało się symbolem brytyjskiego okrucieństwa wobec burskich kobiet i dzieci. Co ciekawe, to brytyjska propaganda pierwsza puściła fotografię w obieg. Dostarczył ją pracujący w Afryce jako lekarz Arthur Conan Doyle, twórca postaci Sherlocka Holmesa.

Zdjęcie miało być dowodem na to, jak burscy rodzice… zaniedbują swoje dzieci.

Brytyjczycy twierdzili, że Lizzie w takim stanie trafiła do Bloemfontein. Że została zagłodzona przez nieodpowiedzialną matkę. Szybko jednak wyszło na jaw, że fotografię zrobiono po kilku miesiącach jej pobytu w obozie. I że to Brytyjczycy doprowadzili ją do takiego stanu. To Brytyjczycy byli odpowiedzialni za śmierć tej niewinnej dziewczynki i tysięcy innych burskich dzieci.

Spalona ziemia

Burowie byli potomkami holenderskich osadników, którzy przybyli do Afryki Południowej w XVII i XVIII wieku. Na ich żyzne, bogate terytoria od początku łakomym okiem patrzyli jednak Brytyjczycy. W ich zamyśle Afryka Południowa miała się stać częścią imperium kolonialnego Jego Królewskiej Mości.

Pierwszy angielski najazd na państwa burskie Transwal i Oranię (1880–1881) zakończył się jednak klęską napastników. Wydawało się, że bohaterscy Burowie obronili swoją niepodległość przed zakusami odległego mocarstwa. W obu krajach wkrótce jednak odkryto olbrzymie złoża diamentów i złota. To, co wydawało się darem od Boga, okazało się przekleństwem diabła. Chciwi Brytyjczycy postanowili zawładnąć cennymi surowcami za wszelką cenę. Tym razem zebrali większe siły i w 1899 roku dokonali zmasowanej inwazji na Transwal i Oranię. Burowie stanęli do straceńczej walki ze znacznie potężniejszym napastnikiem.

Tak doszło do drugiej wojny burskiej. Dzięki miażdżącej przewadze liczebnej Brytyjczycy szybko zajęli stolice i podbili państwa Burów. Burowie nie złożyli jednak broni i – zaopatrywani w karabiny i amunicję przez Niemców – podjęli niezwykle skuteczną wojnę partyzancką z angielskim okupantem.

Bur – to brzmi sympatycznie – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz. – Wtedy cały świat kochał tych Burów walczących z najsilniejszym wówczas państwem świata, liczącym czterysta milionów ludności, podczas kiedy Burów było tylko trzysta tysięcy. Kochano Burów i podziwiano ich nierówną i wspaniałą walkę w obronie niepodległości. W tym ogólnym uniesieniu było coś z tych sympatii, które otaczały sprawę polską podczas naszych powstań w 1830 i 1863 roku. Występowano w obronie narodu słabszego, broniącego swych praw do życia. Te sympatie zarówno do Polski, jak i do Burów pomogły zarówno nam, jak i im dokładnie tyle, ile umarłemu pomaga kadzidło.

Tak, niestety na „wsparciu moralnym” się skończyło. Na panujące na świecie nastroje solidarności z Burami i niechęci do Brytyjczyków bez wątpienia miały jednak wpływ nieludzkie metody walki tych ostatnich. Brytyjski dowódca Herbert Kitchener postanowił ujarzmić niepokornych Burów, stosując taktykę spalonej ziemi.

Wypływało to z rosnącej frustracji Brytyjczyków, którzy nie potrafili sobie poradzić z Burami metodami wojskowymi. Świetnie znający teren, atakujący znienacka partyzanci byli dla okupantów groźni i nieuchwytni. Anglicy postanowili więc uderzyć w ich najczulsze i zarazem najbardziej odsłonięte miejsce. W ich kobiety i dzieci.

Brytyjczycy zaczęli więc puszczać z dymem farmy. W sumie spalili ich ponad 30 tysięcy! Ponieważ burscy mężczyźni walczyli w oddziałach partyzanckich – tak zwanych komandach – farmami opiekowały się ich żony, siostry i matki.

Płonąca posiadłość należąca do jednej z burskich rodzin

Brytyjczycy nie mieli dla nich litości, bo uważali, że to właśnie patriotyczne burskie kobiety podtrzymują na duchu mężczyzn. Dostarczają im potajemnie jedzenie i zapatrzenie, udzielają schronienia i przekazują informacje na temat ruchów brytyjskich oddziałów patrolujących sawanny.

Chodziło więc o to, by „oczyścić” terytorium ze wszystkiego, co mogłoby stanowić oparcie dla burskiej partyzantki. Żołnierze podpalali domy i zabudowania gospodarcze. Wyrżnęli całe bydło i inne zwierzęta. Zniszczyli plony i zatruli studnie. Na farmach rozgrywały się dantejskie sceny.

Symbolem tej brutalnej kampanii zniszczenia stała się przejmująca scena. Żona jednego z zamożnych burskich posiadaczy ziemskich odmówiła opuszczenia swojego domu. Wokół szalały płomienie, a ona siedziała w salonie i – ubrana w odświętną suknię – grała na fortepianie marsz żałobny.

Doprowadzona do obłędu kobieta rzuciła się na kolana przed oficerem i złapała jego ręce – czytamy w jednej z relacji. – „Cóż pana żołnierze robią z moimi meblami!” – krzyczała. Żołnierze rozpalili wielki ogień i wrzucali do ognia poduszki i pierzyny. W ślad za nimi do ognia poszły srebrne kandelabry, stoły, krzesła, zegary. „Co oni robią?!” – krzyczała kobieta.

Co ciekawe, informacje o paleniu burskich domów przedostały się do prasy w Wielkiej Brytanii, ale były przedstawiane w kłamliwym świetle. Na przykład „Times” pisał, że owszem, farmy są palone, ale tylko gdy ich właściciele najpierw wywieszają białe flagi, a potem podstępnie ostrzeliwują brytyjskich żołnierzy.

Anglicy mieli nadzieję, że gdy Burowie dowiedzą się o niszczeniu ich farm i dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazły się ich rodziny – poddadzą się. „Cała społeczność musi cierpieć za grzechy tych, którzy podnieśli na nas broń. W przeciwnym razie ta wojna nigdy się nie skończy” – przekonywał jeden z brytyjskich dowódców, lord Frederick Roberts.

Nikt jednak nie zastanawiał się nad długofalowymi konsekwencjami takiego postępowania. A może Brytyjczykom było po prostu wszystko jedno. Tak czy inaczej, zniszczyli oni całą, świetnie prosperującą i żywiącą całą Afrykę Południową, gospodarkę rolną. Skutkiem tego był zaś – jak dziś eufemistycznie się nazywa zagrożenie zdrowia i życia wielkich grup ludzkich – kryzys humanitarny.

Dziesiątki tysięcy burskich kobiet i dzieci z dnia na dzień znalazły się bez dachu nad głową i środków na przeżycie. Sytuacja tych kobiet była dramatyczna. Otoczone płaczącymi dziećmi, którym nie mogły zapewnić jedzenia, były bezradne i bezbronne. Padały ofiarami przemocy i gwałtów. Ich sprawcami czasami byli żołnierze brytyjscy, częściej ich czarni sąsiedzi.

Ten tekst jest fragmentem książki Piotra Zychowicza „Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”:

Piotr Zychowicz
„Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”
49,90 zł
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2021
Okładka: miękka, twarda
Liczba stron: 528
Seria: Opowieści niepoprawne politycznie
Premiera: 23.03.2021
Format: 150x225 mm
ISBN: 978-83-8188-236-1
EAN: 9788381882361

Naród za druty

Brytyjczycy stworzyli sieć obozów koncentracyjnych między innymi po to, by rozwiązać ten „problem”. Z pogorzelcami po prostu coś trzeba było zrobić. Pierwsze obozy powstały we wrześniu 1900 roku, ale ich sieć stale się powiększała. Ośrodków tych w sumie stworzono 109 – 45 dla białych, a 64 dla czarnych mieszkańców Transwalu i Oranii.

Do obozów dla białych według brytyjskich planów mieli trafić wszyscy Burowie! Był to więc pierwszy przypadek w czasach nowożytnych, gdy bezwzględne represje zastosowano wobec całej nacji. Od niemowląt po starców.

Już sama droga na miejsca „koncentracji” często była gehenną. Brytyjczycy pędzili setki ludzi przez sawanny i pustkowia. Często bez jedzenia i picia.

Cóż to była za noc! – wspominała pani G. – Było potwornie zimno. Lodowaty wiatr wiał wśród wozów. Na gołym stepie nie było nic, z czego moglibyśmy rozpalić ogień. Żadnego drzewa czy rośliny. Dzieci płakały głośno z głodu, przerażenia i zimna. Kobiety milczały. Wszyscy siedzieli skuleni, pogrążeni w rozpaczy.

Wycieńczeni, załamani ludzie trafiali do obozów, gdzie zaczynało się piekło…

Burowie w angielskim obozie koncentracyjnym

Jak wyglądały brytyjskie obozy? Były to prowizoryczne ośrodki, w których ludzie musieli mieszkać w lichych, płóciennych namiotach. Panowały w nich katastrofalne warunki higieniczne i niebywałe wręcz przeludnienie. W namiotach przeznaczonych dla pięciu osób wegetowało często po dwadzieścia. Najgorszy był jednak głód. Burowie za drutami konali z niedożywienia i wycieńczenia.

Och! Jakie blade, chude, zabiedzone jest to dziecko! – relacjonowała Elizabeth Neethling z obozu Volksrust. – W trzęsącej się malutkiej rączce trzyma pustą puszkę po dżemie z czarną, gorzką kawą. W drugiej – kromkę na wpół upieczonego chleba. Ciężkiego i mokrego. To jedyny posiłek aż do jutra…

Brytyjczycy wprowadzili nieludzki system, w którym wielkość racji żywnościowej kobiet i dzieci była uzależniona od postawy głowy rodziny. Jeżeli burski mężczyzna wciąż walczył z bronią w ręku przeciwko okupantom, to jego żona i dzieci otrzymywały tak niewiele pożywienia, że nie mogły przeżyć.

Metoda ta zszokowała brytyjskiego dziennikarza Williama Steada, który nazwał obozy „okrutną machiną tortur”.

Każde z tych dzieci zmarło z powodu pomniejszenia ich racji żywnościowej – notował. – W ten sposób chciano wywrzeć presję na wciąż walczących członków rodzin. Było to morderstwo z premedytacją. System zmniejszania racji żywnościowych był haniebnym, zaplanowanym z zimną krwią elementem państwowej polityki. Jej celem było zmuszenie do kapitulacji ludzi, których nie potrafiło się pokonać na polu bitwy.

Internowani nie dostawali owoców i warzyw, co wywołało maso we zachorowania na szkorbut. Gdy zaś dawano im mięso, jego stan był zatrważający.

Weszłam do dużego namiotu, gdzie wydzielano jedzenie – wspominała Anna Botha z obozu Bethulie. – W nozdrza uderzył mnie odór gnijącego mięsa. Cała baranina była zjełczała, pełna larw i robaków. Żaden z kawałków, które dostałam, nie nadawał się do jedzenia. Dopiero po ośmiu dniach dostałam względnie znośny kawałek. Ale po ugotowaniu i on był niejadalny.

7 listopada 1901 roku w obozie Brandfort doszło nawet do buntu doprowadzonych do ostateczności, zdesperowanych kobiet. Wywiesiły one burskie flagi i zażądały przyzwoitego mięsa.

Codziennie umiera tu trzydzieści–czterdzieści osób – mówiła pani van Tonder. – Nie nadążamy już z kopaniem grobów. Nie da się zrobić tylu trumien. Ciała zawijane są tylko w koce i cztery trupy lądują w jednej, płytkiej jamie. Ciała leżą tylko cztery cale pod powierzchnią ziemi. Nasze dzieci konają w namiotach szpitalnych, a nam odmawia się do nich dostępu. Czy uważacie, że jesteśmy psami?

Władze nie zamierzały jednak negocjować z buntowniczkami. Do obozu wkroczyli policjanci. Zerwali flagi, a kobiety pobili kijami. Dzielne panie przeszły jednak do kontrataku. Zasypały napastników gradem butelek i gałęzi. Zamieszki musiało uśmierzyć wojsko. Przywódczynie trafiły do aresztów.

Obóz w Bloemfontein (fot. The National Archives UK)

W jedzeniu więźniowie znajdowali trujące chemikalia, kawałki szkła, haczyki rybackie, a nawet żyletki. Nie wynikało to raczej z chęci rozmyślnego zaszkodzenia uwięzionym, lecz z rażącego niedbalstwa i obojętności.

Setki okrągłych namiotów ciągnęły się równymi rzędami aż po horyzont – wspominała ocalała Hester Johanna Maria Uys. – Spaliśmy na gołej ziemi. Strasznie padało. Leżałyśmy przemoknięte do nitki w błocie. Kobiety były kopane i bite, jeśli nie słuchały rozkazów Brytyjczyków. Toalety były straszliwe – wielkie, odsłonięte dziury w ziemi. Obóz był zawszony, ciocia obcięła mi wszystkie włosy. Namioty szpitalne były zawsze potwornie przepełnione. Gdy dostaliśmy cukier, znaleźliśmy w nim niebieskie kamyczki siarczanów. Mnóstwo ludzi się potruło. Ludzie w ogóle umierali jak szczury. Wozy przejeżdżały wzdłuż namiotów, aby zbierać ciała. Pogrzeby odbywały się codziennie.

Przeludnienie, głód, a do tego miliony pluskiew i wszy przyczyniały się do wybuchu groźnych epidemii chorób zakaźnych. Przede wszystkim tyfusu. Opieka medyczna była zdecydowanie niewystarczająca, a stosunek brytyjskiego personelu do więźniów – wrogi. Często nawet brutalny. Kolejnym problemem była bariera językowa.

Jedną z najbardziej przerażających chorób, która dotknęła szczególnie zamknięte za drutami burskie dzieci, był jednak rak jamy ustnej.

Zauważyłam, że dziąsła mojego dziecka robią się białe, odchodzą od zębów – wspominała jedna z matek z obozu Potchefstroom. – Po czterech dniach znaleźliśmy jego cztery zęby, który wypadły w nocy. Potem wypadła reszta zębów, a potem część szczęki. Na nosie pojawiły się niebieskie plamy. Potem nos poczerniał i odpadł. Ale nie było widać wystających kości. Odpadło również podniebienie, odsłaniając język. Moje dziecko męczyło się tak przez dwa i pół miesiąca, zanim umarło.

Zrozpaczona kobieta podejrzewała, że obozowi lekarze podali jej dziecku truciznę, choroba jednak była skutkiem straszliwych warunków panujących w obozie.

Ten tekst jest fragmentem książki Piotra Zychowicza „Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”:

Piotr Zychowicz
„Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”
49,90 zł
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2021
Okładka: miękka, twarda
Liczba stron: 528
Seria: Opowieści niepoprawne politycznie
Premiera: 23.03.2021
Format: 150x225 mm
ISBN: 978-83-8188-236-1
EAN: 9788381882361

Najgorsza była zima 1901 roku, jak na klimat Afryki Południowej wyjątkowo zimna. Przez wiele dni padał rzęsisty deszcz, niekiedy zamieniający się w drobny śnieg. Wszystko – namioty, koce, ubrania – było przemoczone. Przygotowane przez Brytyjczyków zapasy drewna szybko się skończyły i nie było jak rozpalić ognisk. Więźniowie przez wiele dni nie mogli się wysuszyć.

Właśnie zimą umarło najwięcej ludzi. Mimo licznych ostrzeżeń władze brytyjskie nie przygotowały się do tego trudnego okresu. Śmierć największe żniwo zebrała wśród dzieci do piątego roku życia i ludzi starszych, powyżej siedemdziesiątki – wśród najsłabszych.

Co ciekawe, Brytyjczycy przedstawiali obozy koncentracyjne jako dowód swego… humanitaryzmu. Zapewniali, że chodziło im o zatroszczenie się o masy „biednych uchodźców”. O białe kobiety, którym groziły gwałty ze strony Murzynów. Zapominali jednak dodać, że sami te masy „biednych uchodźców” wyprodukowali!

Według brytyjskiej propagandy obozy były… dobrowolne! Część zdesperowanych pogorzelców rzeczywiście sama zgłaszała się do tych ośrodków. Alternatywą była jednak śmierć głodowa w zgliszczach. Tak naprawdę wyboru więc nie było.

Emily Hobhouse

Profesor Elizabeth van Heyningen z Uniwersytetu w Kapsztadzie, autorka książki The Concentration Camps of Anglo-Boer War, wskazuje, że jednym z powodów tragicznej sytuacji, jaka zapanowała w obozach, było ludzkie niedbalstwo, niekompetencja i brak wyobraźni.

Brytyjskie władze okupacyjne nie były gotowe na przyjęcie tak wielu więźniów. Nie przygotowały infrastruktury i zapasów. Wojsko i administracja cywilna toczyły niekończące się biurokratyczne spory, kto ma płacić za utrzymanie „uchodźców”. A tymczasem pozbawieni zaopatrzenia ludzie cierpieli katusze.

Pracownicy obozów byli skrajnie niekompetentni, w spustoszonej brytyjskim najazdem Afryce Południowej bardzo ciężko było również znaleźć profesjonalny personel medyczny. Na 3 tysiące więźniów obozu Bloemfontein był jeden lekarz.

Według profesor van Heyningen do tragedii doprowadziło również poczucie wyższości Brytyjczyków. Uważali oni Burów za zdziczałych białych nieróżniących się wiele od prymitywnych tubylców. „Niecywilizowane afrykanerskie dzikusy pokryte tylko cienką warstwą jasnego forniru” – pisał o nich z pogardą generał Horatio Herbert Kitchener, od 1900 roku dowódca sił brytyjskich w Afryce Południowej.

Według brytyjskich władz obozy miały więc również pełnić funkcję reedukacyjną, wychowywać owych „barbarzyńców” na nowoczesnych Europejczyków. Burowie powinni porzucić swój tradycyjny styl życia. Nauczyć się zasad higieny, współżycia społecznego i ochrony zdrowia dzieci.

Poddawano ich więc surowej, wojskowej dyscyplinie. Ich życie starano się zamknąć w ramach restrykcyjnie przestrzeganego rozkładu dnia. Gdy Burowie buntowali się przeciwko tym metodom, wywoływali irytację i niechęć brytyjskich nadzorców. A te rodziły akty przemocy i kolejne zaniedbania.

W praktyce okazało się więc, że to rzekomo „cywilizowani” Brytyjczycy zachowali się jak najgorsi barbarzyńcy…

W obozach na terenie obu państw burskich znalazło się w sumie około 117 tysięcy Burów. A więc jedna trzecia narodu. Byli to w dużej mierze starcy, kobiety i dzieci, bo schwytanych burskich mężczyzn natychmiast wywożono z Afryki do innych posiadłości brytyjskiego imperium. W sumie w obozach zginęło blisko 28 tysięcy więźniów, w tym 22 tysiące dzieci i ponad 4 tysiące kobiet. Naród burski został zdziesiątkowany.

Akcja eksterminacyjna

Gdy wieści o tym, co się dzieje w Afryce Południowej, zaczęły dochodzić do Wielkiej Brytanii, najpierw wywołały niedowierzanie, a następnie wzburzenie opinii publicznej. Dużą rolę w nagłośnieniu tych zbrodniczych praktyk odegrała wspomniana pacyfistka Emily Hobhouse.

Teren angielskiego obozu koncentracyjnego

Jako zapalona filantropka w 1901 roku pojechała ona do Afryki Południowej z pomocą humanitarną i wizytowała obozy dla Burów. Wróciwszy do Wielkiej Brytanii, nagłośniła horror rozgrywający się w Transwalu i Oranii. Domagała się natychmiastowego wypuszczenia kobiet i dzieci z obozów.

Sprawa trafiła do parlamentu, gdzie obozy ostro potępił jeden z przywódców liberałów, Lloyd George. „Mur martwych ciał dziecinnych wyrasta między narodem brytyjskim i Burami” – powiedział i oskarżył rząd o prowadzenie „akcji eksterminacyjnej”.

Konserwatywny gabinet próbował się bronić, twierdząc, że obozy były „komfortowe”, a powołanie ich było konieczne „ze względów militarnych”. Odpowiedzialność za katastrofę próbowano przerzucić na same ofiary. Znowu wychodziły przy tym uprzedzenia i stereotypy wobec Burów.

Wysoka śmiertelność noworodków – przekonywał lojalny wobec władz irlandzki lekarz Kendal Franks – nie wynika z zaniedbań władz obozowych. To wina tych ludzi, skutek ich brudnych nawyków zarówno w kwestii higieny osobistej, jak i higieny ich dzieci oraz otoczenia. Ich ignorancji, zabobonów, braku zaufania. Burowie mają głęboko zakorzenioną niechęć do mydła, wody i szpitali.

Podobne wystąpienia nie przekonały jednak opinii publicznej. Dużo bardziej przekonujące było opublikowane przez prasę zdjęcie konającej Lizzie van Zyl. Ostatecznie władze musiały powołać specjalną komisję śledczą, na czele której stanęła pani Millicent Fawcett. Jej członkowie wizytowali obozy i to, co zobaczyli, wywołało w nich przerażenie. Potwierdzili oni wszystkie oskarżenia pani Hobhouse.

Presja opinii publicznej zmusiła brytyjskie władze do poprawienia warunków bytowych w obozach, a następnie, w 1902 roku, do ich zamknięcia. Część badaczy podkreśla jednak, że obozów nie zlikwidowano z pobudek humanitarnych. Po prostu spełniły one swoje zadanie i nie były już potrzebne. Burscy partyzanci skapitulowali przed Brytyjczykami. Wojna dobiegła końca, Orania i Transwal straciły niepodległość. Diamenty i złoto stały się własnością agresora.

Obozy pochłonęły tysiące ofiar śmiertelnych. Dla kolejnych tysięcy stały się powodem traumy, która nie opuściła ich przez całe życie, a następnie została przekazana kolejnym pokoleniom białych Afrykańczyków.

Długofalowe psychiczne skutki osadzenia w obozie niełatwo zdefiniować – pisała profesor Elizabeth van Heyningen. – Bez wątpienia miało to jednak olbrzymi wpływ na kobiety. Należy również pamiętać, że trauma nie dotyczyła tylko osób zamkniętych w obozach. Doświadczenia dzieci ocalałych z Holokaustu pokazują, że dzieci straumatyzowanych ofiar również nie mogą uciec przed konsekwencjami.

Jedyną zbrodnią burskich więźniów było to, że znaleźli się pomiędzy Brytyjczykami a złotem Transwalu i Oranii. Warto pamiętać o tych zapomnianych ofiarach. I o tym, że pierwszych masowych obozów koncentracyjnych na półkuli wschodniej nie założyły zbiry Hitlera ani bolszewicy. Założył je naród uznawany za ostoję cywilizacji zachodniej i demokracji – Brytyjczycy.

Brytyjska flaga z Union Jackiem załopotała nad Afryką Południową od Kapsztadu po Limpopo – pisał jeden z burskich historyków. – Ale za jaką cenę?! Tysiące i tysiące grobów, małych i dużych, zdziesiątkowane społeczności, okaleczone życia, strumienie krwi i łez. Zniszczenie i ludzkie nieszczęście. Oto ta cena.

Rozszerzona wersja artykułu, który ukazał się w „Historii Do Rzeczy” 9/2015

Ten tekst jest fragmentem książki Piotra Zychowicza „Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”:

Piotr Zychowicz
„Alianci. Opowieści niepoprawne politycznie”
49,90 zł
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2021
Okładka: miękka, twarda
Liczba stron: 528
Seria: Opowieści niepoprawne politycznie
Premiera: 23.03.2021
Format: 150x225 mm
ISBN: 978-83-8188-236-1
EAN: 9788381882361

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Piotr Zychowicz
Ur. 1980 - publicysta historyczny, redaktor naczelny "Historia Do Rzeczy", publikował m.in. w "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitej". Autor książki „Pakt Ribbentrop-Beck” (2012) oraz „Obłęd '44” (2013).

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy