Autor: Zofia Wojtkowska
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia kultury i sztuki, Sylwetki i biografie, XIX wiek, Polska, Francja
Opublikowany: 2020-11-17 15:56
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Anna Czartoryska. Niekoronowana królowa z Hotelu Lambert

Anna z Sapiehów Czartoryska była żoną księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Z energią równą słynnemu mężowi przystąpiła do organizacji życia społecznego i kulturalnego tysięcy polskich emigrantów we Francji. Pomniki jej działalności w Paryżu można oglądać do dziś.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Na spakowanie się ma kilka godzin. Wrzuca do sakwojaży trochę ubrań, jakieś szczotki do włosów, buty. Najwięcej miejsca zajmują rzeczy dla dzieci. One zawsze są najważniejsze, a tu trzeba nagle ich życie pomieścić w kilku podróżnych torbach. W końcu puszcza przodem najstarszego, dziesięcioletniego Witolda, sadza na biodrze półroczną Izę. Drugą ręką trzyma czteroletniego Władzia. Malec drze się w niebogłosy, bo matka, żeby nie prowokować rosyjskich żołnierzy, odpięła mu od czapki srebrnego orzełka. A on przecież jest powstańcem. Jak ojciec.

Portret Anny z Sapiehów Czartoryskiej wg Grevedona (aut. Piotrus; CC BY-SA 3.0)

Tyle, że powstanie właśnie się skończyło. Dla nich i dla tysięcy innych Polaków, którzy też opuszczają swój kraj. Wybrańców, jak Annę z Sapiehów Czartoryską i trójkę jej dzieci, czeka najpierw tułaczka, a potem długie lata emigracji i często śmierć na wygnaniu. Ci, którzy mają mniej szczęścia, pojadą kibitkami na Syberię, skąd większość nigdy nie wróci. Na tych, którzy w powstaniu wyróżnili się szczególnie, czeka szubienica lub topór, spod którego tylko nielicznym uda się umknąć.

Anna nie ma jeszcze pojęcia, co ją czeka. Wie tylko, że musi jechać za mężem, którego przez ostatnie pół roku widziała niespełna jeden dzień. Tutaj w Krakowie, gdzie mieszkała z dziećmi od lutego 1831 roku. On przyjechał 26 września. Usiadł przy biurku i zaczął porządkować papiery. Swoje prywatne – próbował poprzepisywać wszystkie majątki na nią, żeby była choć szansa na uratowanie ich przed rosyjską konfiskatą. Ale też publiczne, dotyczące listopadowego zrywu. Był przecież prezesem powstańczego Rządu Narodowego.

Nie zdążyli nawet porozmawiać. Siedział przy tym biurku w Pałacu Potockich w Krakowie, kiedy wpadli bliscy, krzycząc, że do miasta wchodzą carskie oddziały. Z pamiętników świadków wiemy, że wybiegł z domu jak stał, w towarzystwie tylko dwóch zaufanych ludzi. Miał w kieszeni paszport na inne nazwisko. Wiedział, że jeśli go znajdą, natychmiast zabiją. Nie potrzeba im sądu, który zresztą za kilka miesięcy skaże go na karę śmierci przez ścięcie toporem.

Nie wiemy, co sobie powiedzieli. Wiemy, że ona postanowiła jechać za nim.

Anna Czartoryska, żona ostatniego prezesa powstańczego rządu, nie może przejść z mężem na austriacką stronę Krakowa. Są tam przecież kontrole graniczne. Wątpliwe, by księżna Czartoryska pokonała je anonimowo. A brak tej anonimowości byłby równoznaczny z wyrokiem śmierci na męża. Wyrusza więc kilka tygodni później. Na piechotę przechodzi z dziećmi przez austriacką granicę i jedzie szukać męża. Najpierw ma nadzieję, że uda się jej pozbierać myśli i fundusze w zaborze austriackim, gdzie przed zagładą Puław uciekła jej teściowa Izabela Czartoryska i szwagierka Maria Wirtemberska.

Złudne nadzieje. Szybko dowiaduje się, że żona jednego z największych wrogów Rosji nie będzie mile widzianym gościem cesarza Austrii. Jak stoi, rusza więc w drogę. Do Francji, gdzie się wychowała. Do Paryża, który był już jej domem. Droga przez Pragę, Drezno, Frankfurt, Metz ciągnie się tygodniami i niemało kosztuje. W końcu ktoś każe jechać do francuskiego miasteczka Chalons sur Marne. Tam spotyka męża. Znowu widzą się przez chwilę. On w sprawach politycznych rusza do Anglii błagać o pomoc dla Polski i Polaków. Ona 10 grudnia ląduje na paryskim bruku. Dosłownie, bo podróż pochłonęła całą gotówkę. Na pomoc przychodzi jej była guwernantka, Francuzka, która wróciła do Paryża na emeryturę płaconą przez matkę Anny, księżną Annę Sapieżynę. Przygarnia całą książęcą gromadę do siebie. Anna opowie potem, że po raz pierwszy od miesięcy była pewna, że jej dzieci dostaną śniadanie. A to oznacza, że ona może się zająć organizacją jedzenia dla innych, pozbawionych tej pewności.

„Polonez Chopina – Bal w Hôtelu Lambert”. Obraz Teofila Kwiatkowskiego

Po latach zostawia po sobie w Paryżu i w ludzkiej pamięci nie mniej pamiątek niż jej sławny mąż. Tylko że o nim wszyscy pamiętają. Jest najbardziej znanym i opisanym przedstawicielem rodu Czartoryskich. Nie ma listu, mowy, odezwy, myśli księcia Adama, której byśmy nie mogli poznać dzięki wnikliwej pracy historyków. Żołnierz walczący przeciw Rosji, zakładnik carycy Katarzyny, powiernik, przyjaciel, a potem najbliższy współpracownik cara Aleksandra. Kochanek jego żony i członek tajnego komitetu przybocznego cara, minister spraw zagranicznych Rosji, kurator Uniwersytetu Wileńskiego, współtwórca Królestwa Kongresowego, prezes Rządu Narodowego w czasie powstania listopadowego. Banita skazany na śmierć, twórca konserwatywnego obozu politycznego zwanego Hotel Lambert, twórca nieformalnej polskiej dyplomacji, niekoronowany król Polski na emigracji. Pierwszy wielki emigracyjny przywódca, którego jedni wielbili, inni chcieli rozstrzelać, a wszyscy na jego widok automatycznie skłaniali nisko głowy.

[…]

Zamoyska wspomina:

Całymi dniami w pierwszych miesiącach pobytu w Paryżu pracowała nad oporządzeniem dzieci i siebie, wieczorami jeździła na obiady i wieczory, na które ją zapraszano, ażeby jakiemuś rodakowi wyrobić miejsce lub zajęcie, innemu przytułek lub opiekę.

Hotel Lambert na fotografii z początku XX wieku (autorstwa prawdopodobnie Pierre'a Dubarda)

Ta pomoc w pierwszych miesiącach jest jeszcze niezorganizowana. Czasem komuś znajdzie pracę, czasem zarobi parę franków, sprzedając coś w charytatywnym sklepie, który założył generał Józef Bem. Księżna Czartoryska przesiaduje tam godzinami z nadzieją, że spienięży rupiecie, które przynoszą ludzie dobrej i gorszej woli. Potem, za namową francuskiej królowej, chodzi z woreczkiem od drzwi do drzwi. Francuscy arystokraci nie mają odwagi zatrzasnąć ich przed jej nosem.

Im więcej pomaga, tym bardziej widzi ogrom potrzeb ludzkich. Wielu emigrantów zupełnie nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Zdecydowana większość z nich to ludzie szlacheckiego pochodzenia, którzy całe życie spędzili w swoich dziś już zarekwirowanych majątkach. Na ogół mówią po francusku, ale nie potrafią ani znaleźć, ani utrzymać pracy. Żywcem wyjęci z kart Pana Tadeusza (notabene pisanego właśnie w tym czasie na „paryskim bruku”), często całą życiową energię zużywają na podlewane alkoholem waśnie i tęsknotę za „krajem lat dziecinnych”. Co prawda państwo francuskie przyznaje polskim emigrantom specjalne zapomogi, ale wielu ich nie dostaje lub je traci z różnych powodów. Wtedy oni i ich rodziny zostają bez środków do życia. To doskwiera księżnej podwójnie. Po pierwsze zwyczajnie, po ludzku, bo szkoda jej ludzi, po drugie uważa, że nic tak nie szkodzi wizerunkowi Polski we Francji jak bezdomni, głodni i często pijani Polacy. Dlatego w 1833 roku zakłada Towarzystwo Dobroczynności Dam Polskich. Jego statut głosi, że jest ono najdalsze od politycznych podziałów i działa „jedynie dla miłości bliźniego i dla miłości dobrego imienia polskiego”. Anna w listach podkreśla, że nie można wymagać od obcego państwa, żeby zajmowało się kimś, kto przez niedopatrzenie stracił prawo do pomocy udzielanej emigrantom, że Francja nie może zastąpić Polski w dbałości o własnych obywateli. A Polska to oni. Dlatego „potrzeba stowarzyszenia się w celu wspierania Rodaków i osłodzenia cierpień” – pisze.

Na początku Towarzystwo utrzymuje Anna Sapieżyna. Odmawia finansowania działalności politycznej Adama, w którą nie wierzy, wspiera natomiast akcje dobroczynne Anny. Potem księżnej prezesowej, jak tytułowana jest Czartoryska, udaje się wychodzić wsparcie zarówno publicznych, jak i prywatnych instytucji. Większość środków Anna organizuje jednak dzięki swojej pomysłowości i pracowitości. Całymi dniami ślęczy przy krosnach, wyszywając, prześliczne skądinąd, makatki i serwetki, które kupuje sama królowa, więc są też obiektem pożądania paryskiej socjety. Zaczyna organizować wenty, na których różne towary sprzedają, jak wspomina książę Adam, zwerbowane „najpiękniejsze damy w Paryżu”.

Ten tekst jest fragmentem książki Zofii Wojtkowskiej „Saga rodu Czartoryskich”:

Zofia Wojtkowska
„Saga rodu Czartoryskich”
64,90 zł
Wydawca: Iskry
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 512
Premiera: 09.11.2020
ISBN: 978-83-244-1066-8
EAN: 9788324410668

Towarzystwo miesięcznie wydaje po kilkadziesiąt bonów obiadowych dla najbiedniejszych, kupuje leki, finansuje wizyty lekarskie, kupuje i bardzo skrupulatnie rozlicza buty, bluzy, płaszcze, a nawet gatki, których w kwietniu 1835 zakupuje dwie pary! Realizuje tylko najbardziej podstawowe potrzeby. Specjalną uchwałą z 1839 roku „postanawia nieudzielać wsparcia na podróże do wód tudzież ziomkom opuszczającym bez potrzeby zakłady i zrzekającym się dobrowolnie rządowego wsparcia”.

Im więcej księżna robi, tym większe zbiera cięgi. Zarówno od obdarowanych – z których jeden, według jej wspomnień, obraża się na sumę, którą go obdarowała, i stwierdza, że akurat wystarczy na wydrukowanie paszkwilu przeciw jej mężowi – jak i od politycznych przeciwników księcia. Gdy organizuje koncert, na którym gra i zaprasza muzyków Fryderyk Chopin, a członkinie socjety śpiewają, „Demokrata Polski”, periodyk demokratów, donosi: „panie te przez litość były już przekupkami, są teraz śpiewaczkami, na przyszły rok staną się tancerkami, i kto wie, gdzie jeszcze miłosierdzie zaprowadzić ich może”. Józef Łoś, były powstaniec, emigrant i autor pamiętnika, notuje:

Obrzucano zniewagą, kalumniami księżnę Czartoryską za to, że korzystając z swego wysokiego stanowiska, wziętości i wpływów, urządzała zwykle koło Nowego Roku sprzedaż różnych fantów, modnych gracików, artystycznych utworów i tem podobnych drobiazgów na korzyść swoich potrzebujących współrodaków. To ubliża godności narodowej! To po prostu żebranina… Panowie demokraci usiłowali świat cały przekonać, jakoby owe pieniądze z wenty służyły księciu do jednania sobie stronników lub szły na korzyść li tylko przyjaciół jego…

Jedna z sal Hotelu Lambert

Tą krytyką księżna specjalnie się nie przejmuje. Wenty organizuje do końca życia. Dosłownie. Umrze nagle, 24 grudnia 1864 roku, szykując charytatywny bazar świąteczny w Montpellier.

Księżna angażuje się nie tylko w pomoc najbiedniejszym. Zależy jej też, żeby, mówiąc dzisiejszym językiem, otworzyć francuski rynek sztuki dla polskich twórców. W 1832 roku otwiera pierwszy skromny salon, w już porządniejszym mieszkaniu przy rue Jacob. W soboty o dziewiątej wieczorem przychodzą do niej politycy, dziennikarze, artyści. Jeden z pierwszych paryskich koncertów daje tu polistopadowy uchodźca Fryderyk Chopin. Bywają Mickiewicz, Słowacki, Norwid. Przychodzi trochę Francuzów: polityków, arystokratów, artystów z George Sand na czele. To ona właśnie nazwie Annę Regina Caeli – Królową Niebios. Dzięki salonowi księżnej polscy artyści dostają szansę na kontakt z potencjalnymi mecenasami, a sztuka emigracyjna na wyjście z getta.

Są też dni, gdy schodzą się tylko Polacy. Choćby Wielkanocna Niedziela. Od roku 1833, gdy do Paryża zjeżdża ostatecznie książę Adam, a rodzina wynajmuje bardziej reprezentacyjne mieszkanie w okolicach Luwru, ten dzień świętuje u księstwa do stu ziomków, jak nazywa się rodaków. Przychodzą, żeby przez chwilę poczuć się w domu. Pomodlić się przy święconym, zaśpiewać, przez chwilę udawać, że nic się nie stało.

Trzeba przyznać, że Anna i jej mąż są mistrzami w tym udawaniu. Rozpoczęcie bardziej „publicznego” życia znowu posuwa ich ku bankructwu. Do tego stopnia, że Anna podczas wizyty u brata w Galicji waha się, czy jednak nie zacząć zabiegać u Rosjan o odzyskanie choćby części dóbr. Przerażony tą wizją Adam pisze do szwagra, żeby powstrzymał ją przed realizacją tej pokusy. „Próżno jest zhańbić i splamić się, płaszczyć się przed naszymi ciemiężycielami. To nic nie pomoże, a choćby i coś pomogło, korzyść będzie nędzna, a strata niezmierna”. Znając zaś obawy żony o finansową przyszłość dzieci, dodaje: „Tosio i Władzio pewniej będą ludźmi, kiedy będą wiedzieli, że sami swój los stworzyć muszą: na Izię będziemy zbierać posag”.

Ostatecznie Anna odpuszcza. Musi mieć jednak do męża pretensje o to noszenie głowy do góry kosztem dzieci, bo w 1833 Hipolit Błotnicki, najbliższy współpracownik księcia Adama, notuje: „Bida. Jakaś oziębłość między małżonkami, która mnie bolesnymi przeczuciami napełnia”.

Mniej więcej w tym czasie do akcji wkracza księżna Sapieżyna. Już wie, że nie przekona córki do powrotu. W 1834 roku sprzedaje więc Radzyń, zaczyna zarabiać na lokatach, nawiązuje współpracę z największymi europejskimi bankierami. I przysyła córce pieniądze. Sytuacja materialna państwa Czartoryskich poprawia się zdecydowanie. Co prawda bywają czasowe kryzysy, jak w 1836 roku, kiedy książę traci grube pieniądze zainwestowane w upadły bank Jelskiego, a księżna chce nawet sprzedać wtedy biżuterię („powody takiego oświadczenia może są i szlachetne, ale rzecz niewarta” – napisze jej mąż), ale zwykła bieda przestaje zaglądać im w oczy. Gdy zaś w 1836 roku księżna Sapieżyna przenosi się do córki i zięcia do Paryża i zostaje ich „ministrem finansów”, rodzina wychodzi na prostą. W końcu znajdują mocno zrujnowany, ale przepiękny pałac na paryskiej Wyspie Świętego Ludwika. Anna Sapieżyna, głównie pod naciskiem córki, decyduje się go kupić dla Anny i Adama. Remont pochłania majątek, ale efekt jest godny siedziby „niekoronowanego króla Polski”.

Książę Adam Jerzy Czartoryski na fotografii Nadara

W 1843 państwo Czartoryscy przenoszą się do pałacu miejskiego (po francusku „hôtel”) zwanego od nazwiska pierwszego właściciela „Lambert”. „Może to dla nas trochę zbyt wspaniałe, ale niska cena nas zdecydowała ominąć tę ujemną stronę” – pisze Anna. Jej zaradna matka przyjmuje do domu lokatorów, którzy płacąc czynsz, zmniejszają koszty utrzymania wielkiego domu z ogrodem. Płaci go nawet ukochana siostra księcia, Maria Wirtemberska, która dożyje tu swoich lat wraz ze swoją wychowanką (a naprawdę młodszą siostrą Cecylią Beydele). Domownicy sprzedają też bilety i każdy, kto zapłaci, może zwiedzić siedzibę polskiego księcia.

Hotel Lambert staje się symbolem Wielkiej Emigracji i ambasadą nieistniejącego kraju. Jego nazwę przyjmuje też stronnictwo konserwatywne, którym kieruje książę Adam Czartoryski. Jest pierwszym, lecz niestety nie ostatnim w historii ośrodkiem polskiego uchodźstwa. Z jego tradycji czerpać będzie garściami kolejna wielka emigracja, ta, która w czasie drugiej wojny zgromadzi się wokół uchodźczych władz Rzeczypospolitej w Londynie, i ta skupiająca się wokół Maisons-Laffitte Jerzego Giedroycia.

Jednak Hotel Lambert to nie tylko polityka, która w tym domu jest domeną księcia i jego kancelarii. To również wielka machina dobroczynna zarządzana przez Annę przy pomocy matki, a potem córki Izy. W pałacu odbywają się imprezy mające otwierać kieszenie paryżan dla potrzebujących Polaków. W latach pięćdziesiątych XIX wieku bale u Czartoryskich są ważnym wydarzeniem na mapie towarzyskiej stolicy Francji. Ale i inne spotkania, takie jak koncerty, spektakle teatralne czy słynne wenty, trafiają do kronik towarzyskich gazet. A księżna, którą jej własny mąż nazywa „uprzywilejowaną żebraczką”, nie ma skrupułów przy wyciąganiu pieniędzy od swoich gości. Zresztą jej pomocnice również… Natalia Kicka opisuje w pamiętnikach, jak w 1851 roku podczas bazaru świątecznego najpotężniejszy europejski bankier Rotszyld (nie podaje imienia) kupuje od pewnej pięknej arystokratki krawat i z tupetem nuworysza każe jej go sobie nałożyć, „tak jak kazałby to uczynić dziewczynie sklepowej. Nic nie mówiąc, wielka pani rozkaz wykonała, a na zapytanie, wiele ma zapłacić za krawat, odpowiedziała Rotszyldowi: 5 franków za krawat, a za włożenie i przypięcie tysiąc”. Bankier oczywiście płaci, a zaraz potem wychodzi goniony uśmiechami widowni, która „tą razą nie uszanowała samowładcę giełd europejskich”.

Ten tekst jest fragmentem książki Zofii Wojtkowskiej „Saga rodu Czartoryskich”:

Zofia Wojtkowska
„Saga rodu Czartoryskich”
64,90 zł
Wydawca: Iskry
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 512
Premiera: 09.11.2020
ISBN: 978-83-244-1066-8
EAN: 9788324410668

Hotel Lambert to również organizacja polskiej nauki i kultury. Z pałacu wywodzą się Polskie Towarzystwo Przyjaciół Postępu, Towarzystwo Naukowej Pomocy, Towarzystwo Literacko-Historyczne, Towarzystwo Politechniczne Polskie. Temu miejscu (i pieniądzom Anny Sapieżyny) zawdzięczamy powstanie Biblioteki Polskiej w Paryżu, która w swojej XIX-wieczniej siedzibie funkcjonuje do dziś. To Hotel Lambert stoi u podstaw budowy pierwszych polskich szkół na obczyźnie: Wyższej Szkoły Przygotowawczej na Montparnasse, Polskiej Szkoły w Lyonie, szkoły polskiej w Battignoles. I oczywiście Instytutu Panien Polskich.

Ten ostatni to dzieło Anny Czartoryskiej. W 1844 księżna zakłada na terenie pałacu (potem jej matka dokupuje kamienicę obok) szkołę, która ma kształcić dziewczęta z Polski i te, które żyją na emigracji. Księżna definiuje szkołę jako miejsce, które ma zapewnić krajowi „zdolne nauczycielki i że język polski ma w niej zajmować pierwsze miejsce”.

Księżna Anna z Sapiehów Czartoryska z córką Izabellą i synową Marią z Grocholskich

Instytut nie ma nic wspólnego ze szkółką niedzielną, w której emigracyjna dziatwa klepie po polsku pacierze i przypomina sobie abecadło. W jej władzach zasiada Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, prawa ręka Czartoryskiej, wybitna edukatorka i chyba pierwsza Polka, której udaje się utrzymywać z pisania. Dzięki zdobytym przez księżną dotacjom francuskiego rządu i własnym pieniądzom udaje się zgromadzić wyśmienitą kadrę, a panny mogą uczęszczać na wykłady na Sorbonie. Niektóre z nich będą zresztą kontynuowały studia właśnie na tej uczelni. Inne wracają do rozbiorowej Polski i prowadzą własne szkoły, zazwyczaj pamiętając o wpojonej im misji. Wiele z nich, jak Marcelina z Dąbrowskich Rościszewska, dyrektorka płockiej szkoły, bohaterka walk 1920 roku, którą osobiście odznaczy Józef Piłsudski, już w wolnej Polsce będzie kłaść podwaliny pod nowoczesną edukację.

Za życia Anny Czartoryskiej instytut kształci około 50 panien rocznie. Gdy już po jej śmierci utraci dotacje państwowe, ograniczy się do kilkunastu. Zdąży wyedukować 800 dziewcząt. W 1899 roku zostanie zamknięty.

Wciąż działa natomiast największe dzieło księżnej Anny, założony w 1846 roku Dom Świętego Kazimierza. Jedyna poza Biblioteką Polską instytucja stworzona przez Wielką Emigrację, która istnieje do dziś.

Zaczęło się od tego, że księżna nie bardzo wie, co zrobić z piątką osieroconych dzieci swoich podopiecznych. Nie chce oddać ich do francuskiego sierocińca, gdzie rzucone w obce środowisko będą jeszcze bardziej nieszczęśliwe. A że właśnie do Paryża przyjeżdżają wyrzucone z zaboru rosyjskiego polskie siostry szarytki, Anna wynajmuje im dom i oddaje dzieci pod opiekę. Wieść o przytułku rozchodzi się w emigracyjnym światku lotem błyskawicy. Do drzwi Hotelu Lambert pukają co chwila ludzie wlokący za ręce osierocone polskie dzieci. Księżna szybko powołuje komitet pań opiekujących się domem. W 1861 Dom Świętego Kazimierza (nazwę nadaje mu założycielka i pierwsza kierowniczka, siostra Teofila Mikułowska) otrzymuje nową siedzibę. To duży dom na zielonych przedmieściach Paryża. Jedno skrzydło przeznaczone jest dla 70 dzieci, drugie dla 22 weteranów, którzy nie mają gdzie dożyć swoich dni. Mogą tu przebywać pod warunkiem przestrzegania surowego regulaminu, który zakłada, że „wizyty pań przyjmowane będą wyłącznie tylko w rozmównicy przy furcie, a w pokojach swych nie powinni mieć ani wina, ani żadnych wódek”.

Z czasem zakład świętego Kazimierza, jak większość instytucji założonych przez Annę, zyska status instytucji publicznej. Dzięki temu przetrwa i czasy komuny paryskiej, i kolejnych wojen. Zawsze prowadzą go polskie siostry i wspiera polska diaspora. W 1933 roku na rzecz zakładu daje koncert Jan Paderewski. Gra w salonie Herkulesa w Wersalu i jest to pierwszy koncert zagrany tu od czasów Ludwika XVI!

Z czasem w zakładzie jest coraz mniej dzieci, a coraz więcej weteranów. Ostatnie lata życia przeżywa tu Cyprian Kamil Norwid, przyjęty 8 lutego 1877 roku jako weteran numer 131. Właśnie tutaj napisze Assuntę czy Milczenie. W dokumentach Biblioteki Polskiej w Paryżu zachowały się dziesiątki podań starych i chorych ludzi, którzy chcieli umierać w domu noszącym polską nazwę wśród osób mówiących po polsku.

Biblioteka Polska w Paryżu (aut. Cancre; CC BY-SA 4.0)

Do dziś Dom Świętego Kazimierza nie zmienił swojej siedziby. Tylko ulica Cheverelet, przy której stoi, zmieniła swoje oblicze. Pod koniec XX wieku wyrosła tu gigantyczna biblioteka imienia François Mitteranda, a w 2017 roku Station F – największy inkubator przedsiębiorczości na świecie. Okolicę zaludniły tysiące młodych ludzi, jak grzyby po deszczu wyrastają kawiarnie, bary, stojaki na rowery, a głośna muzyka niesie się po okolicy.

Za bramą ozdobioną herbem Czartoryskich kończy się ten nowy świat. Wśród 24 starszych pensjonariuszy przeważają Francuzi. Jest jednak kilku Polaków. Jeden z nich, zasłużony działacz emigracyjny, dziennikarz Radia Wolna Europa, autor bloga, mówi o sobie, że też jest weteranem. Weteranem „zimnej wojny”. Oczywiste jest więc, że na końcówkę swojej drogi wybrał dom dla polskich weteranów. Żywy pomnik Anny z Sapiehów Czartoryskiej.

Ten tekst jest fragmentem książki Zofii Wojtkowskiej „Saga rodu Czartoryskich”:

Zofia Wojtkowska
„Saga rodu Czartoryskich”
64,90 zł
Wydawca: Iskry
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 512
Premiera: 09.11.2020
ISBN: 978-83-244-1066-8
EAN: 9788324410668

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Zofia Wojtkowska
Historyczka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka polityczna (m.in. „Wprost” i „Newsweek”). Autorka Wieku ambasadora. Opowieści o życiu Edwarda Raczyńskiego (Iskry 2017), książki, która w 2018 roku zwyciężyła w Konkursie Historycznym Ministra Spraw Zagranicznych na najlepszą publikację dotyczącą historii polskiej dyplomacji. Współautorka książki Ona. Za kulisami III Rzeczypospolitej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy