Opublikowano
2014-11-25 16:21
Licencja
Prawa zastrzeżone

Otto Skorzeny – historia człowieka z blizną

(strona 2)

„W imieniu Państwa Izraela gwarantuję, że wobec Ottona Skorzeny’ego nie będą prowadzone żadne postępowania karne ani stosowana przemoc” – napisał na kartce papieru agent Mosadu. Wówczas były esesman, bohater III Rzeszy i człowiek, który do śmierci pozostał nazistą, zgodził się pomagać Żydom.


Strony:
1 2 3 4

Komandos z powołania

Paragwajskie znaczki z podobizną Skorzeny’ego (domena publiczna) Fascynowali go brytyjscy komandosi, godzinami potrafił wertować zeznania jeńców i zdobyte dokumenty, próbując zrekonstruować szkolenie, jakie przechodzili, i zrozumieć ich taktykę. Kaltenbrunner postanowił zrobić z tego użytek.

Przywódcom SS marzył się własny oddział komandosów. Wehrmacht miał jednostkę specjalną Brandenburg, a SS dopiero wiosną 1943 r. zebrało w koszarach we Friedenthalu pod Berlinem setkę rekrutów, z których Skorzeny miał stworzyć siły specjalne.

Zaprowadził brytyjskie porządki. Tak jak komandosi wroga żołnierze Skorzeny’ego musieli umieć skakać ze spadochronami, nurkować, prowadzić samochody i motocykle, walczyć wręcz i posługiwać się każdym rodzajem broni, w tym strzelać z moździerzy i armat. Uczyli się angielskiego i rosyjskiego. Skorzeny chciał, by byli nieustraszeni.

– Walcząc szablą, poznałem ból i nauczyłem się, by się nie bać. W trakcie pojedynków, tak jak na wojnie, trzeba się skoncentrować na wrogu. Trzeba wybrać cel i uderzać – pouczał podwładnych, pokazując im bliznę na policzku, której dorobił się podczas jednego z pojedynków. Dla wielu Niemców taka blizna była powodem do dumy.

Chrzest bojowy friedenthalczycy przeszli wczesnym latem 1943 r. w Persji. Pięciu zrzuconych w górach komandosów miało przekupić miejscowych watażków i nakłonić ich do wywołania powstania przeciw Wielkiej Brytanii. Górale wyciągnęli od Niemców pieniądze i wydali ich Brytyjczykom.

W RSHA nikt po nich specjalnie nie płakał, bo sam Hitler postawił właśnie komandosom SS nowe zadanie. Był 26 lipca 1943 r.

Mussolini w potrzebie

Dzień wcześniej włoski król Wiktor Emanuel III oświadczył Benito Mussoliniemu, że Włochy przegrały wojnę. W nocy z 9 na 10 lipca, dwa miesiące po rozbiciu w Tunezji sił niemieckich i włoskich, Brytyjczycy i Amerykanie wylądowali na Sycylii. Teraz opanowali Palermo. Alianckie samoloty zaczęły bombardować Rzym.

Zdruzgotany Duce nie protestował, gdy król oświadczył, że odbiera mu władzę, którą przejmuje marszałek Pietro Badoglio. Chwilę później rządzący od 1922 r. Mussolini został aresztowany – karabinierzy dla niepoznaki wywieźli go z rezydencji królewskiej w karetce pogotowia.

– Nie zostawię w potrzebie największego syna Włoch – oświadczył Hitler Skorzeny’emu i nakazał odbicie Duce. Nowym włoskim władzom, choć zapewniały, że dochowają sojuszu, już nie ufał. Zakładał słusznie, że Włosi zaczną negocjacje z aliantami.

Tylko gdzie znaleźć Mussoliniego? Aby rozwiązać tę zagadkę, Hitler zaangażował nawet astrologów. Był z tym problem, bo setki ludzi parających się wróżeniem z gwiazd, kart i innymi nadnaturalnymi praktykami siedziały w obozach koncentracyjnych. Zamknięto ich tam po ucieczce zastępcy Hitlera Rudolfa Hessa do Anglii w maju 1941 r. Hess chciał na własną rękę wynegocjować pokój, a Hitler uznał, że do tego szaleńczego kroku zainspirowali go właśnie astrologowie. Himmler polecił więc Gestapo wyłapać wszystkich wróżbitów. Latem 1943 r. kazał ich przewieźć do Wannsee pod Berlinem, gdzie mieli się zająć poszukiwaniem Duce.

Badoglio kazał karabinierom ukryć Mussoliniego na malutkich wyspach. Najpierw trzymano go na Ponzie 110 km od Neapolu, potem na La Maddalenie koło Sardynii. Jednak takie kryjówki nie były pewne – Niemcy mogli przecież wysłać na wyspy desant i odbić więźnia. Dlatego Duce trafił w końcu do położonego w Apeninach hotelu Campo Imperatore – atak na obiekt, do którego można było się dostać tylko kolejką linową, wydawał się mało prawdopodobny.

Hotel Campo Imperatore, 12 września 1943 roku (fot. Toni Schneiders, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-567-1503A-05, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany)

Zwolnieni z kacetów astrolodzy nie odgadli, gdzie więziony jest Mussolini. Najprawdopodobniej niemiecki wywiad dowiedział się tego od jednego z włoskich informatorów. Skorzeny po wojnie twierdził wprawdzie, że namierzył Duce dzięki podsłuchiwaniu włoskich transmisji radiowych, ale to raczej przechwałki. I nie był też – choć się tym szczycił – mózgiem operacji odbicia Duce.

Legendarna akcja „Dąb”

Ten zuchwały plan powstał w sztabie gen. Kurta Studenta, szefa wojsk spadochronowych będących częścią Luftwaffe. I to jego żołnierze odegrali w nim główną rolę. Skorzeny mógł wysłać tylko dwudziestu kilku ludzi, ponieważ reszta jego komandosów nie była jeszcze w pełni gotowa do walki.

12 września 1943 r. o godzinie 14 stację kolejki linowej u podnóża masywu Gran Sasso zaatakowało kilkuset spadochroniarzy. Budynek zajęli bez większych strat – zginęło tylko dwóch Włochów. W tym samym czasie przed hotelem lądowało dziesięć szybowców transportowych z desantem.

Piloci nie sadzali szybowców na ślepo – przed akcją Niemcy wysłali nad hotel bombowiec, który sfotografował okolicę. Skorzeny w swoim szybowcu wiezie gen. Fernando Soletiego, dowódcę karabinierów. Przed akcją Niemcy zaprosili go na rozmowy, a potem aresztowali i pod lufami karabinów zapakowali do szybowca.

Włoch ma przekonać pilnujących Duce strażników, by się poddali. Skorzeny z bronią w ręku musi wypychać go z szybowca. Ale gdy tylko spadochroniarze podbiegli pod hotel, 200 włoskich karabinierów, choć miało przewagę, rzuca broń. Wpadając do Campo Imperatore, Skorzeny strzałem rozwala radio. Następnie biegnie na piętro, by uwolnić Duce, jedynego gościa luksusowego hotelu.

Otto Skorzeny i uwolniony Benito Mussolini, Gran Sasso, 12 września 1943 roku (fot. Toni Schneiders, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-567-1503C-15, na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)

Pogrążony w depresji Mussolini nigdy nie widział niemieckich spadochroniarzy, którzy nosili inne hełmy niż Wehrmacht. Pomyślał, że to brytyjscy komandosi, i próbował popełnić samobójstwo. Gdy Skorzeny oświadczył mu, że przebywa na rozkaz Hitlera, Duce wymamrotał: „Wiedziałem, że mój przyjaciel Adolf mnie nie zostawi”. W tym samym momencie przez wybite okno do pokoju wpadło dwóch spadochroniarzy, którzy zsuwali się z dachu po piorunochronie.

Skorzeny jeszcze przed akcją przeczuwał, że rajd na Grand Sasso to będzie jego pięć minut. Do szybowca na jego rozkaz wsiadł korespondent wojenny Toni Schneider, który fotografował akcję. Skorzeny na kadrach zawsze stał blisko Duce. Żądny sławy esesman wiedział jednak, że same zdjęcia nie wystarczą.

Kwadrans przed trzecią po południu na łące pod hotelem z trudem wylądował storch, który krążył w pobliżu. Pilot kpt. Heinrich Gerlach miał zabrać tylko Mussoliniego, a tymczasem do samolotu wepchnął się Skorzeny. Pilot był przerażony. Wejście na pokład wielkiego jak dąb Niemca oznaczało, że mały samolot stał się o ponad 100 kg cięższy. Aby wystartować, potrzebował dłuższego rozbiegu, a przy hotelu miejsca było niewiele. Skorzeny protesty pilota zignorował. Gerlach przestawił więc przepustnice na najwyższe obroty, a storch, podskakując, zaczął się toczyć po kamienistym podłożu. Pilot poderwał samolot, gdy wyrosła przed nim szczelina. O mały włos nie doszło do tragedii. Obserwującym start komandosom włosy zjeżyły się na głowie. Storch, którego silnik dosłownie ryczał, początkowo opadł w przepaść. Gerlach panował jednak nad sytuacją. Obniżył lot, by przeciążony samolot mógł się rozpędzić. Po chwili zaczął się wznosić.

Około 15.30 na kontrolowanym przez Niemców lotnisku w Pratica di Mare pod Rzymem Skorzeny przesiada się z Mussolinim do bombowego heinkla 111. Ten zabiera ich obu do Wiednia. Kilka dni później Hitler przyjmuje Mussoliniego w Wilczym Szańcu. Duce zostaje niemiecką marionetką – odtąd z łaski Führera będzie sprawował symboliczną władzę w północnych Włoszech.

Otto Skorzeny otrzymuje Krzyż Rycerski z rąk Helmuta Körnera, 3 października 1943 (fot. Toni Schneiders, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-567-1503A-05, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany)

– Dokonał pan historycznego czynu – chwali Skorzeny’ego Hitler. Awansuje go na sturmbannführera (majora) i odznacza Krzyżem Rycerskim. Mimo protestów oficerów Luftwaffe, twierdzących słusznie, że sukces w Gran Sasso to dzieło ich spadochroniarzy, prasa Goebbelsa robi ze Skorzeny’ego bohatera narodowego. Propaganda używa m.in. zdjęć wykonanych podczas akcji w górach. Sturmbannführer staje się odtąd członkiem nazistowskiej elity. Doskonale dogaduje się z Hitlerem, który potrafi wymówić jego nazwisko z prawidłowym wiedeńskim akcentem. O tym, że Skorzeny ma polskie korzenie, a jego ojciec wywodzi się ze Skorzęcina w Wielkopolsce, nie wie nikt.

Powyższy fragment pochodzi z:

Tytuł: „Źli Niemcy. Zbrodniarze, geniusze, fanatycy, wizjonerzy”
Autor: Bartosz T. Wieliński
Wydawca: AGORA SA
Data wydania: 29.08.2014
Wydanie: I
Stron: 320
Oprawa: twarda
Cena: 39,99 zł
Kup ze zniżką w sklepie Wydawcy!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3 4
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Jan Olbrychski |

A jakieś źródełko Pan poda? Bo literatura przedmiotu Pana sensacyjnych tezach o tym, że to był MI6 i że Skorzeny nie wiedział jakoś nie potwierdza. A sprawa współpracy z Mossadem jest znana od 1989 r. (http://www.jta.org/1989/09/21/archive/former-nazi-was-once-duped-into-working-for-mossad). Ach zapomniałem jesteśmy w Polsce, tu wszyscy się znają na wszystkim. Od katastrof lotniczych po kulisy działalności izraelskich służb specjalnych.



Odpowiedz

Gość: Igor Murawski |

Nieudokumentowane i sensacjonalistyczne. Śmieszne jest sądzić, że Skorzeny zaakceptowałby "gwarancje" wypisane mu naprędce na świstku papieru. Rzeczywiście takie spotkanie miało miejsce, ale agenci Mossadu podali się za brytyjski MI6 i należy przypuszczać, że Skorzeny nigdy nie domyślił się z kim wtedy naprawdę rozmawiał.



Odpowiedz

Gość: rozczarowany |

Czy Histmag naprawdę nie ma już czego publikować? W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej pseudo-artykułów w postaci fragmentów książek.



Odpowiedz
Bartosz T. Wieliński

Dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Pisze o Niemczech, o współczesnej polityce oraz o poplątanej i przerażającej niemieckiej historii. W latach 2005-2009 był korespondentem „Gazety” w Berlinie. Przeprowadził wywiady z najważniejszymi politykami Niemiec, w tym z kanclerz Angelą Merkel. Laureat Grand Press 2013 w kategorii reportaż prasowy.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org