Autor: Halik Kochanski
Tagi: Polska, II wojna światowa, Historia wojskowości, Historia polityczna, Artykuły
Opublikowany: 2013-11-18 10:45
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Dawid kontra Goliat - Polska w walce z Niemcami (1940–1943)

We wrześniu 1939 roku Polska została pozostawiona samej sobie przez sojuszników. Pomimo to, polscy żołnierze dzielnie bili się w obronie Francji i Anglii...

W końcu kampanii 1939 r. Polska straciła armię. Do niewoli niemieckiej trafiło 694 tysiące, do radzieckiej zaś 240 tysięcy żołnierzy. Tysiące jednak wykonały rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego i szukały schronienia w krajach ościennych. Ocenia się, że na terenie Rumunii znalazło się około 30 tysięcy żołnierzy, 40 tysięcy na Węgrzech, 13 800 na Litwie i 1300 na Łotwie. Sikorski powiedział członkom swego rządu w roku 1939: „Odtworzenie możliwie najliczniejszego Wojska Polskiego jest najważniejszym celem rządu”. Podstawową zasadą było: „Nie błagamy o wolność, walczymy o nią”. By osiągnąć ten cel, rząd polski wyznaczył dwa cele strategiczne. Pierwszym było zademonstrowanie światu, że choć Polska znalazła się pod niemiecką i radziecką okupacją, jej siły zbrojne wciąż prowadzą walkę. Drugim było zyskanie miejsca w angielsko-francuskiej Najwyższej Radzie Wojennej, co dałoby rządowi polskiemu prawo głosu w procesie podejmowania decyzji. Właśnie tę linię rozumowania wyjaśniono w memorandum wystosowanym w 1940 r. przez szefa polskiego sztabu, pułkownika (od 1941 r. generała brygady) Tadeusza Klimeckiego, w którym wyjaśniał, dlaczego siły polskie powinny zostać włączone do alianckich sił ekspedycyjnych, które miały być posłane do atakowanej przez Związek Radziecki Finlandii. Jak stwierdził: „Siły polskie na terytorium Finlandii stanowić będą jaskrawy dowód na to, że Polska nadal istnieje i walczy ramię w ramię z aliantami (…). Sam fakt udziału Polski w alianckiej operacji pozwoli nam jasno postawić kwestię stosunków Polski z obydwoma sojusznikami, tak na zewnątrz, jak i wewnątrz”. Jednak odniesiono tylko niewielki sukces.

Gen. Władysław Sikorski wraz z Winstonem Churchillem i gen. Charlesem de Gaulle

Zgodnie z postanowieniami konwencji haskiej kraje neutralne miały obowiązek rozbroić i internować oddziały polskie, które znalazły się na ich terytorium. Jednak utrzymywanie tysięcy polskich żołnierzy i lotników było niezwykle kosztowne, toteż władze rumuńskie i węgierskie przymykały oko na ich ucieczkę lub wręcz im w tym pomagały. W Rumunii ambasada polska nieprzerwanie dostarczała paszporty uciekającym polskim wojskowym. „Byli to dobrze poinformowani i przedsiębiorczy ludzie, starający się podstępem, przekupstwem i naciskiem wydobyć wszystkich z Rumunii, zanim Niemcy zajmą kraj”. Poselstwo brytyjskie w Bukareszcie także udzielało pomocy. Brytyjski dyplomata Robin Hankey wspominał potem, jak 400 polskich lotników udających Żydów uciekło z Rumunii i przez Palestynę dotarło do Wielkiej Brytanii. Jeszcze chętniejsi do pomocy byli Węgrzy. Polski attaché wojskowy w Budapeszcie pułkownik Jan Pindela-Emisarski zorganizował biuro ewakuacyjne i ściśle współpracował z urzędnikiem w węgierskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Józsefem Antallem oraz Węgiersko-Polskim Komitetem Opieki nad Uchodźcami. Z Węgier i Rumunii wiodły trzy główne trasy ewakuacyjne: z czarnomorskich portów w Konstancy i Bałcziku przez Dardanele do Syrii lub Marsylii, przez Jugosławię lub Grecję drogą morską do Francji oraz drogą lądową przez Jugosławię i Włochy.

Szczególnie przyjaźnie nastawieni do Polaków byli węgierscy wojskowi, którzy najczęściej pomagali w ucieczce. Pułk Podolskiej Brygady Kawalerii podpułkownika Gilewskiego został zaproszony w gościnę przez węgierski 3. Pułk Huzarów. „Przed koszarami oczekiwał nas komendant pułku, leciwy pułkownik von Pongratsch, w otoczeniu korpusu oficerskiego w pełnej gali. Mój pułk wmaszerował ze wszystkimi honorami na dziedziniec koszar”. Pułkownik Stanisław Maczek znalazł się w obozie na Węgrzech, gdzie węgierski komendant, grając z polskimi oficerami w karty, przyjmował w tym czasie w ich obecności meldunki o rozmieszczeniu wartowników, domagając się w zamian, by uciekało nie więcej niż dziesięciu jednej nocy, gdyż tylko taką liczbę mógł ukryć w swych meldunkach.

Generał Stefan Rowecki - Komendant Główny Armii Krajowej
Żołnierze, którzy przedostali się na Litwę i Łotwę, zwykle mieli więcej kłopotów z dotarciem na Zachód. Niektórzy przedostali się dość łatwo przez Bałtyk do Szwecji i Norwegii, historie innych jednak stanowią prawdziwy popis determinacji. Antoni Położyński dotarł do Wielkiej Brytanii w styczniu 1941 r., przedostawszy się z Litwy do Estonii, stamtąd do Finlandii, gdzie ukrył się na statku płynącym do Nowego Jorku, skąd ostatecznie trafił do Wielkiej Brytanii. Chaim Goldberg dotarł do Związku Radzieckiego, skąd pojechał na sfałszowanej wizie do Japonii, następnie do Kanady, na której terenie znalazł polskie biuro werbunkowe i zaciągnął się do Wojska Polskiego. Do Wielkiej Brytanii trafił ostatecznie w październiku 1941 r.

Polska zaczęła wnosić wkład w alianckie zwycięstwo w II wojnie światowej, na długo zanim padły pierwsze strzały. Złamanie szyfrów produkowanych przez niemiecką maszynę Enigma, poznanie jej zasady działania i konstrukcji oraz zbudowanie repliki było zapewne największym wkładem Polski w aliancki wysiłek wojenny, którego oczywiście rząd polski nie mógł rozgłaszać. Bez możliwości łamania szyfru Enigmy alianci przegraliby bitwę o Atlantyk, a co za tym idzie, przegraliby wojnę. Jednak równie ważnym wkładem Polaków było to, że polscy kryptolodzy zachowali tajemnicę przez całą wojnę. Gdyby ci z nich, którzy zostali schwytani i przesłuchani przez Gestapo, powiedzieli, co wiedzą, Niemcy mogliby dokonać zmian i sparaliżować działania alianckich łamaczy szyfrów, i w ten sposób poszczególne kampanie prowadzono by bez tych bezcennych informacji. Fakt złamania szyfru Enigmy był utrzymywany w tajemnicy przez kilkadziesiąt lat po wojnie, ponieważ wiele krajów nadal stosowało maszyny oparte na Enigmie, a brytyjski i amerykański wywiad nie chciały pozbawiać się ważnego źródła informacji. Polski udział w złamaniu szyfru Enigmy pozostawał nieznany aż do opublikowania w Polsce w 1967 r. książki, w której ujawniono, że szyfr złamano przed wojną; opublikowana w roku 1974 książka w języku angielskim ogłosiła zaś światu, że alianci byli w stanie czytać niemieckie radiodepesze przez całą wojnę.

W styczniu 1929 r. przypadkowo posłano do Polski handlowy model Enigmy. Niemcy zwrócili uwagę Polaków na przesyłkę, domagając się jej zwrotu bez kontroli celnej. Maszynę w tajemnicy zbadali Ludomir Danilewicz i Antoni Palluth, dyrektorzy warszawskiej firmy radiotechnicznej AVA. Przypominająca zmodyfikowaną maszynę do pisania Enigma oparta była na systemie połączeń elektrycznych łączących klawisze z podświetlanymi literami poprzez system wirników. Moc szyfru była bardzo duża, zwłaszcza że codzienna zmiana kluczy nie nastręczała trudności. Maszynę zapakowano i odesłano do Niemiec. Firma AVA ściśle współpracowała z polskim Biurem Szyfrów, które z kolei było powiązane z kryptologami pracującymi w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Poznańskiego. To właśnie trójka najlepszych jego absolwentów – Marian Rejewski, Henryk Zygalski i Jerzy Różycki – podjęła się zadania odkrycia tajemnic Enigmy oraz znalezienia sposobu na złamanie jej szyfru.

Wersja wojskowa Enigmy była jeszcze bardziej skomplikowana i zanim Polacy zdołali ją złamać, musieli poznać szczegóły jej konstrukcji. Nigdy nie uzyskali dostępu do samej maszyny, ale francuski wywiad przekazał im instrukcję obsługi oraz ustawienia kluczy na wrzesień i październik 1932 r., przekazane przez agenta Hansa Thila Schmidta, pracownika niemieckiego Biura Szyfrów. Pod koniec roku Polakom udało się odtworzyć wewnętrzne okablowanie wojskowej Enigmy, a około Bożego Narodzenia Rejewski odszyfrował pierwszy sygnał wysłany przez Reichswehrę. Firma AVA podjęła wówczas produkcję replik maszyny, polscy kryptolodzy zaczęli zaś opracowywać różne metody automatycznego odtwarzania kluczy przechwytywanych wiadomości, najpierw poprzez indeks kartkowy, a potem karty perforowane. W końcu 1938 r. opracowano „bombę”, urządzenie mechaniczne stanowiące odpowiednik sześciu sprzężonych Enigm. Za jej pomocą w ciągu około dwóch godzin pracy urządzenia można było odtworzyć dzienny klucz Enigmy; zastępowała ona ręczną pracę około stu osób. Koncepcja bomby miała potem zostać rozwinięta przez Szkołę Kodów i Szyfrów w Bletchley Park, a jej rozwiązania techniczne miały znaleźć też zastosowanie w pierwszych komputerach.

Polscy pancerniacy w Wielkiej Brytanii, 1943 r.

Pod koniec 1938 r. Niemcy wprowadzili dwa nowe wirniki i kilka innych usprawnień. Polacy szybko odtworzyli dokonane zmiany dzięki analizie zaszyfrowanych depesz. Modyfikacje zwiększyły przynajmniej dziesięciokrotnie stopień skomplikowania procesu odtwarzania kluczy dziennych. Latem 1939 r., gdy wojna była już nieunikniona, polski Sztab Główny postanowił podzielić się swą wiedzą z Francuzami i Brytyjczykami, którzy od lat bezskutecznie zmagali się z szyfrem Enigmy. Oficjalna brytyjska historia wywiadu okresu wojny przypisuje tę decyzję potrzebie pozyskania ogromnych środków dla rozwinięcia urządzeń niezbędnych do szybkiego dekryptażu. Rejewski jednak twierdził:

To nie trudności skłoniły nas do pracy z Brytyjczykami i Francuzami, ale pogarszająca się sytuacja polityczna. Gdybyśmy nie mieli żadnych trudności, także – i to jeszcze chętniej – podzielilibyśmy się naszymi osiągnięciami z sojusznikami, by w ten sposób wnieść nasz wkład w walkę z Niemcami.

W dniach 24 i 25 lipca szef polskiego Biura Szyfrów podpułkownik Gwido Langer oraz jego kolega porucznik Maksymilian Ciężki byli gospodarzami spotkania z czołowymi brytyjskimi i francuskimi kryptologami. Brytyjscy delegaci – Dillwyn „Dilly” Knox i Alastair Denniston, oraz reprezentujący Francję Gustave Bertrand i Henri Braquenié poznali metody łamania szyfrów oraz otrzymali po replice Enigmy. Po wybuchu wojny polscy kryptolodzy zniszczyli większość posiadanych maszyn i przez Rumunię przedostali się do Francji, gdzie dotarli już na początku października. Tam wznowili pracę w pobliżu miasta Gretz-Armainvilliers, około 40 kilometrów na północny wschód od Paryża. Nadal odczytywali depesze szyfrowane za pomocą Enigmy; łącznie odczytali 8440 – ponad tysiąc na temat kampanii w Norwegii i około 5 tysięcy na temat kampanii francuskiej. Francuzi nie pozwolili im pojechać do Wielkiej Brytanii, ale w początkach 1940 r. złożył im wizytę brytyjski kryptolog Alan Turing.

Z upadkiem Francji wiąże się drugi aspekt ważnego wkładu Polaków w tryumf nad Enigmą – utrzymanie go w tajemnicy. Francuscy i polscy kryptolodzy uciekli do Tuluzy przed zawarciem rozejmu. Ich szef, Gustave Bertrand, stanął przed dylematem: najpierw ewakuował ich do Oranu w Algierii, potem jednak uznał, że muszą wrócić na teren Vichy. Ulokował ich więc w Château des Fouzes w pobliżu Uzès. Brytyjczycy chcieli ewakuacji Polaków z Francji, lecz Bertrand był zdecydowany ich zatrzymać, a rząd polski – co niewiarygodne – nie zdawał sobie sprawy z posiadania tego bezcennego atutu i nie podjął wysiłków celem wydostania ich z Francji. Polscy kryptolodzy utrzymywali niezależny kontakt ze swoim rządem, co nie przysparzało im sympatii Bertranda. W listopadzie 1942 r. ich położenie stało się krytyczne, gdy dowiedzieli się, zapewne od francuskiego ruchu oporu, że alianci zamierzają wysadzić desant w Afryce Północnej i że zanosi się na niemiecką okupację terytorium Vichy. Château des Fouzes ewakuowano przed zajęciem przez Niemców, ale Bertrand zachował się niegodnie, torpedując wszystkie próby Polaków opuszczenia kraju. Rejewski i Zygalski zdołali przedostać się przez Pireneje do Hiszpanii, gdzie znaleźli się w więzieniu. Po zwolnieniu w maju 1943 r. przez Portugalię udali się do Wielkiej Brytanii, dokąd przybyli w lipcu. Skierowano ich do polskiej jednostki kryptologicznej w Stanmore pod Londynem, która miała bezpośrednie połączenie z brytyjskim centrum kryptologicznym w Bletchley. Przez resztę wojny zajmowali się kryptoanalizą szyfrów używanych przez SS oraz licznymi mniej ważnymi szyframi.

Innych polskich kryptologów czekały straszne cierpienia. Różycki zginął w katastrofie statku Lamoricière, na którego pokładzie wracał z grupą kryptologów z Algierii do Francji. Palluth, Edward Fokczyński, Langer i Ciężki zostali schwytani przez Niemców. Palluth i Fokczyński trafili do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg. Na szczęście Niemcy nigdy się nie zorientowali, kogo mają w ręku. Langer nie miał tyle szczęścia – Gestapo odszukało go w obozie internowania w zamku Eisenberg koło Most. Szczegóły przesłuchań, jakim go poddano, tak opisywał po wojnie:

Powiedziałem mu, że przed wojną przeprowadzaliśmy próby i czasami udawało nam się znaleźć rozwiązanie, ale w czasie wojny nie udało nam się niczego odszyfrować, ponieważ Niemcy wprowadzili zmiany – o czym wiedzieli – tuż przed wybuchem wojny.

Dzięki zdobytym w polskim Biurze Szyfrów odszyfrowanym depeszom Niemcy wiedzieli o złamaniu szyfru, lecz byli gotowi uwierzyć półprawdom Langera, zwłaszcza gdy porównali jego zeznania z zeznaniami Ciężkiego. Obydwaj przeżyli wojnę, a po wyzwoleniu zamieszkali w Wielkiej Brytanii14.

W końcu października 1939 r. do Francji dotarło z Polski 3842 polskich oficerów i żołnierzy, w tym 1320 lotników. Do czerwca 1940 r. ich liczba miała wzrosnąć do 43 tysięcy. Jeszcze zanim zakończyła się kampania polska, ambasador polski w Paryżu Juliusz Łukasiewicz wystosował apel do Polaków mieszkających we Francji:

Rozpoczęta już została organizacja armii polskiej we Francji. W jej szeregach półmilionowe wychodźstwo polskie weźmie, jak na obywateli państwa polskiego przystało, zaszczytny udział w wojnie o wyzwolenie ojczyzny spod przemocy dwóch odwiecznych jej wrogów. Już w dniach najbliższych zostaniecie wezwani afiszami rozwieszonymi we wszystkich gminach Republiki Francuskiej do spisu, a w ciągu dwóch tygodni staniecie przed komisjami poborowymi, po czym znaczna część spośród was zostanie powołana do szeregu pierwszej dywizji polskiej we Francji. Dziesiątki tysięcy, które pozostaną na razie w zakładach przemysłu wojennego Francji, pracującego dla wspólnej sprawy, zostaną powołane w dalszych miesiącach do nowych jednostek wojska polskiego, tworzonego poza obszarem Rzeczypospolitej.

Apel ten powtórzono w pierwszym rozkazie dziennym generała Sikorskiego, wydanym 28 września 1939 r. Generał był przekonany, że na terenie Francji uda się sformować studwudziestotysięczną armię. Jednak rządy Francji i Belgii okazały się niechętne. Obydwa zgadzały się na mobilizowanie Polaków do szeregów Armii Polskiej, lecz nie chciały zwalniać pracujących dla przemysłu wojennego. W ten sposób na przykład wyłączonych zostało ponad 35 tysięcy polskich górników zatrudnionych w północnej Francji. Ochotników było niewielu, toteż w maju 1940 r. Wojsko Polskie we Francji liczyło 66 953 żołnierzy, czyli ledwie połowę tego, co przewidywał Sikorski.

Odtwarzana Armia Polska we Francji spotkała się z niejednoznacznym przyjęciem u sojuszników. W najlepszej sytuacji znalazła się Marynarka Wojenna, gdyż zgodnie z umową zawartą z Brytyjczykami 19 listopada 1939 r. rząd polski zachował całkowitą zwierzchność nad marynarką – tak okrętami, jak personelem. Polskie okręty pływały pod polską banderą, z polskimi załogami i pod ogólnym zwierzchnictwem kontradmirała Jerzego Świrskiego. Na wszystkich polskich okrętach znaleźli się brytyjscy oficerowie łącznikowi i sygnaliści. Polscy lotnicy pragnęli współdziałać z Brytyjczykami, zamiast pozostawać we Francji przy boku Armii Polskiej. Oficjalnie tłumaczono to tym, że Polacy lepiej znali sprzed wojny brytyjski sprzęt, w rzeczywistości jednak chodziło o to, że znacznie wyżej oceniali oni brytyjski RAF od francuskiej Armée de l’Air. Brytyjczycy naciskali na to, by Polacy byli traktowani tak jak oddziały pochodzące z dominiów, a zatem składali przysięgę wierności królowi, które to żądanie Polacy odrzucali. Oficerowie RAF-u początkowo nisko oceniali umiejętności Polaków, dopóki nie odkryli, jak łatwo opanowali pilotaż hurricane’ów. Czasami zdarzały się drobne problemy, takie jak potrzeba przypominania polskim pilotom o konieczności wysunięcia podwozia przed lądowaniem – o czym ci nie pamiętali, bo wszystkie polskie przedwojenne myśliwce posiadały stałe podwozie.

Supermarine Spitfire Mark 5b (AB910, RF-D) z 1941 roku, pomalowany w barwy Dywizjonu 303. Kaczor Donald to osobisty znak jednego z asów Dywizjonu, Jana Zumbacha (fot. Adrian Pingstone)

W zimie 1939 r. oczekiwano, że Francuzi wyposażą polskie oddziały i podejmą ich szkolenie do walki z Niemcami, gdy ci skierują ofensywę na Zachód. W obozie szkoleniowym w Coëtquidan w Bretanii panowały koszmarne warunki. Bogdan Grodzki zapisał swe wrażenia po przybyciu:

W brudnym, błotnistym wejściu niedaleko gospody stały w kwadrat stodoły i chlewy. Zajrzałem do środka. Na chodniku i betonowych płytach pod korytami znajdowały się wiązki słomy przykryte kocami. Tu, w brudzie i gnoju, żyli przyszli żołnierze Armii Polskiej.

Polacy nazywali obóz „Koczkodan”. Warunki nie poprawiały się, co zmusiło Sikorskiego do osobistej interwencji. Szkolenie przebiegało niezwykle powoli, a większość przydzielanego Polakom sprzętu wywodziła się z I wojny światowej. Francuzi nie cenili swego sojusznika: „Nie było okazji do kontaktów z francuskimi oficerami, oni zaś nie podejmowali żadnego wysiłku w tym kierunku, jeśli nie musieli. Trzymali się z dala i wyraźnie mieli o nas złe zdanie”. Pułkownik Stanisław Sosabowski, mianowany zastępcą dowódcy 1. Dywizji Piechoty, uważał, że jego żołnierze zarażają się niskim morale i złą dyscypliną, dość częstymi przypadłościami żołnierzy francuskich. Polaków obwiniano o wybuch wojny, Francuzi zaś nie byli zainteresowani zdobyciem jakichkolwiek informacji na temat nowych niemieckich sposobów wojowania od żołnierzy pokonanej armii. Gdy porucznik Rolski spotkał się z generałem Maxime’em Weygandem, naczelnym dowódcą wojsk francuskich na Bliskim Wschodzie, został wypytany o niemiecką taktykę. Francuski generał „słuchał uważnie, widać było jednak, że wszystko, co mówimy, przesiewa przez sito własnych opinii i zachowuje tylko to, co do nich pasuje”.

Nie tylko jednak Francuzi byli winni takiego stanu rzeczy. W Wojsku Polskim panował poważny nieład. Pierwszy historyk polskiego wysiłku zbrojnego pisał:

Armia Polska formowana we Francji zimą 1939 r. była zapewne najdziwniejszą zbieraniną, jaka kiedykolwiek nosiła karabiny i szkoliła się w natarciu, obronie, kryciu się i innych arkanach piechoty. W jej szeregach znaleźli się dyplomaci, w tym pan Lipski, były polski ambasador w Berlinie, który osobiście wielokrotnie negocjował z Hitlerem i Ribbentropem. Byli także polscy górnicy z północnej Francji, z których część niemal już zapomniała języka ojczystego. Razem z siedemnastoletnimi chłopcami szkolili się uniwersyteccy profesorowie w odpowiednim wieku. Byli awanturnicy z Legii Cudzoziemskiej, byli legioniści hiszpańskiej armii z Guadalajary oraz polscy osadnicy z Brazylii i Peru. Niewielką, lecz kolorową grupę tworzyli poeci, malarze i pisarze. Byli księża i byli Żydzi. Było także wielu oficerów, ci jednak w większości byli zawodowymi wojskowymi, w odróżnieniu od żołnierzy. Było to coś w rodzaju Arki Noego. Łączyło ich jedno – wszyscy wierzyli w Polskę.

Dla Lipskiego przystosowanie się do życia wojskowego było trudne. „Muszę przyznać, że zmiana z mojego życia dyplomaty była czymś w rodzaju szoku. Musiałem spać na mokrej słomie w mokrych, zimnych koszarach, wstawać na sygnał trąbki o piątej rano, jeść z kuchni polowej, cały dzień ćwiczyć i obchodzić się z ciężkim karabinem maszynowym wśród niekończących się upominań sierżanta”. Polacy byli bardzo rozpolitykowani, co powodowało problemy. Większość wojskowych, którym udało się wydostać z kraju, stanowili oficerowie, najczęściej lojalni wobec władz sanacyjnych. Byli zatem niechętni wobec badania przez Sikorskiego przyczyn klęski wrześniowej, które ogólnie biorąc, było krucjatą przeciwko obwinianym o nią wyższym oficerom. Oficerowie mieli także niewiele wspólnego z szeregowcami, wśród których najliczniejszą grupę stanowili polscy robotnicy pracujący we Francji – w większości o przekonaniach lewicowych, podczas gdy starsi oficerowie w większości żywili przekonania konserwatywne, a często także prawicowe.

Żołnierze Dywizji Kościuszkowskiej ruszają na front.

Sikorski miał nadzieję utworzyć armię liczącą dwa korpusy po dwie dywizje piechoty, wielką jednostkę pancerną oraz silne lotnictwo, musiał jednak pogodzić się z mniej liczną armią. 10 maja 1940 r., gdy Niemcy rozpoczęli ofensywę na Zachodzie, siły polskie składały się z 1. Dywizji Grenadierów liczącej 16 tysięcy żołnierzy, dowodzonej przez generała brygady Bronisława Ducha; 2. Dywizji Strzelców Pieszych generała brygady Bronisława Prugara-Ketlinga; 10. Brygady Kawalerii Pancernej, liczącej około 5 tysięcy żołnierzy, w tym 2 tysiące w pełni przeszkolonych, dowodzonej przez generała brygady Stanisława Maczka. 3. Dywizja Piechoty pułkownika Tadeusza Zieleniewskiego liczyła około 8 tysięcy żołnierzy, nie w pełni umundurowanych i uzbrojonych, 4. Dywizja pułkownika Rudolfa Dreszera rozpoczynała formowanie i liczyła dopiero 3 tysiące żołnierzy. Najlepiej wyszkolona i uzbrojona jednostka polska – Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich generała brygady Zygmunta Bohusza-Szyszki, znajdowała się w chwili niemieckiego ataku na froncie norweskim. Polskim lotnictwem we Francji dowodził generał brygady Józef Zając. Na papierze lotnictwo było silne – 1449 oficerów, 2836 podoficerów i 2578 szeregowych, Francuzi jednak opieszale szkolili polskich pilotów w pilotowaniu myśliwców Morane-Saulnier i innych maszyn. Dlatego spośród czterech utworzonych dywizjonów tylko niecałe dwa (86 samolotów) osiągnęły do chwili niemieckiego ataku gotowość bojową.

Kampania norweska w kwietniu 1940 r. przerwała marazm „dziwnej wojny”. Dla głównych mocarstw alianckich nie stanowiła powodu do chluby. Planowana aliancka interwencja w Norwegii miała dwa cele – po pierwsze, udzielenie pomocy Finlandii, od 30 listopada 1939 r. odpierającej agresję Związku Radzieckiego, po drugie zaś pozbawienie Niemców dostaw szwedzkiej rudy żelaza, dowożonej z niezamarzającego portu w Narwiku. Rząd polski chciał włączenia oddziałów Wojska Polskiego do ekspedycji, gdyż pragnął udowodnić światu, że Polska nadal walczy, oraz uzyskać potwierdzenie, że jest ważnym sojusznikiem, któremu Anglia i Francja powinny przyznać miejsce w Najwyższej Radzie Wojennej. Dyskusje polityczne w Wielkiej Brytanii i Francji sprawiły, że nie zdążono udzielić pomocy Finlandii, która 6 marca zdecydowała się przyjąć warunki pokojowe zawarte w radzieckim ultimatum z 28 lutego. Niemcy nabrali podejrzeń co do alianckich intencji wobec Norwegii i Szwecji – obydwa kraje w czasie I wojny światowej pozostawały neutralne – i 9 kwietnia 1940 r. wyprowadzili uderzenie wyprzedzające na Danię i Norwegię. Dania skapitulowała szybko, natomiast Norwegia stawiła opór.

W kampanii norweskiej uczestniczyły jednostki Polskiej Marynarki Wojennej oraz Wojska Polskiego. W operacjach Royal Navy wzięły udział polskie niszczyciele; jeden z nich, ORP Grom, został zatopiony koło Narwiku. Polski okręt podwodny Orzeł dowodzony przez kapitana Jana Grudzińskiego 8 kwietnia spostrzegł niemiecki frachtowiec Rio de Janeiro; polski okręt wynurzył się i nakazał jednostce zatrzymanie. Gdy Niemcy próbowali uciekać, okręt podwodny wystrzelił torpedy i zatopił statek. Z tonącej jednostki do wody zaczęło skakać wielu niemieckich żołnierzy, przewożonych skrycie do inwazji na Norwegię. 14 kwietnia 1940 r. alianckie siły ekspedycyjne zaczęły przybywać w rejon zajętego przez Niemców Narwiku. W walkach o miasto wzięły udział oddziały Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, które zdobyły najpierw miasto Ankenes, a w dniach 27–28 maja wioskę Beisfjord. Broniący Narwiku Niemcy starali się podkopać wolę walki żołnierzy polskich, wystawiając tablice z napisem: „Po co walczyć za Anglię i jej kapitalistów? Droga do Warszawy jest wolna. Przekraczajcie granicę szwedzką albo rzućcie broń i przechodźcie w pojedynkę do nas. Zgodnie z wolą marszałka Piłsudskiego budujemy z Hitlerem nową Polskę”. Lub też: „Waszymi wrogami są Żydzi i Anglicy. Führer podbił Holandię i maszeruje na Paryż. Wasi sojusznicy was zdradzili. Walczycie za Żydów i Anglików”. W odpowiedzi Polacy wystawili tablicę z karykaturą Hitlera; Niemcy zużyli wiele amunicji, starając się ją zniszczyć. Port w Narwiku został zdobyty wieczorem 28 maja, jednak alianckim siłom ekspedycyjnym nakazano zniszczyć urządzenia portowe i 8 czerwca ewakuować się z powodu krytycznego położenia na froncie francuskim. Straty polskie wyniosły 97 zabitych, Niemcy zaś utracili około 200 żołnierzy. Rola Polaków nie doczekała się dużego uznania w prasie; w roku 1943 polskie Ministerstwo Informacji opublikowało anglojęzyczny album pod tytułem Polish Troops in Norway (Oddziały polskie w Norwegii), by ukazać wkład żołnierzy polskich w kampanię.

Orzeł tzw. „piastowski”, noszony na czapkach przez żołnierzy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.
Z rozpoczęciem niemieckiej ofensywy na froncie zachodnim alianci liczyli się od początku, ale jej forma i szybkość były dla nich szokiem. Plan niemiecki zakładał uderzenie Grupy Armii „B” generała von Bocka na Belgię i Holandię, celem ściągnięcia na siebie oddziałów angielskich i francuskich. Polacy bezskutecznie odradzali obronę na wysuniętych pozycjach, zalecając stworzenie silnych odwodów, złożonych z jednostek pancernych. Przeprowadzenie decydującego uderzenia powierzono najsilniejszej Grupie Armii „A” generała Gerda von Rundstedta, która miała przedostać się przez Ardeny, opanować przeprawy przez Mozę i uderzyć ku wybrzeżom kanału La Manche, odcinając w ten sposób całe lewe skrzydło alianckie. Grupa Armii „C” generała Wilhelma von Leeba miała nacierać na linię Maginota i wiązać na niej siły francuskie. Niemiecki plan powiódł się znakomicie – 10 maja rozpoczęto ofensywę; niecałe dwa tygodnie później siły francuskie i brytyjskie zostały odcięte w Belgii i w części rozbite. 26 maja rozpoczęto ewakuację Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych z Dunkierki, zakończoną 4 czerwca, która to data oznacza zakończenie pierwszej fazy kampanii francuskiej.

Oddziały polskie nie wzięły udziału w tej fazie, gdyż wciąż nie zakończyły szkolenia. 5 czerwca Niemcy rozpoczęli drugą fazę ofensywy, kierując się w głąb Francji. Marszałek Philippe Pétain odwiedził generała Sikorskiego, by prosić o skierowanie Polaków na front. Jak wspominał Sikorski: „Jak mógłbym odmówić? Starszy pan błagał mnie, bym ratował Francję”.

26 maja polską 1. Dywizję skierowano na linię Maginota w rejon Metzu. Żołnierze polscy byli świadomi, że są posyłani na front w gorączkowym pośpiechu.

Żołnierze mojego plutonu byli mi obcy. Zebrano nas ledwie kilka dni wcześniej i dotychczas nie mieliśmy okazji się poznać. W ostatnim tygodniu musieliśmy zrobić to, co powinno się robić kilka miesięcy. Zasypano nas nowymi mundurami, nową bronią i sprzętem motorowym, tak więc ledwie mieliśmy czas jeść, nie mówiąc już o śnie. Musieliśmy nauczyć się prowadzić nowiutkie, jeszcze niedotarte pojazdy i radzić sobie z nowymi francuskimi pistoletami maszynowymi, które widzieliśmy pierwszy raz.

1. Dywizja zdołała odeprzeć uderzenie czterech dywizji niemieckich, co skłoniło śledzącego przebieg starcia Pétaina do uwagi: „Gdybyśmy mieli dziesięć polskich dywizji, zwycięstwo byłoby pewne”. Dywizja następnie otrzymała zadanie osłony wycofującej się z Lotaryngii 4. Armii francuskiej. W dniach 15–16 czerwca poniosła ciężkie straty w walkach pod Isiming–Arwiller, na linii Munser–Bisping–Azondange i wreszcie na linii Dieuze–Fénétrange.

2. Dywizja generała Bronisława Prugara-Ketlinga skierowana została w okolice Belfortu nad granicą szwajcarską. Jej zadaniem była obrona przedmości na rzece Saonie celem umożliwienia odwrotu oddziałom francuskim, po czym broniła Montbéliard, gdzie atakujący i obrońcy ponieśli poważne straty. Z Norwegii tymczasem pospiesznie dotransportowano Brygadę Podhalańską, która znalazła się w Bretanii, gdzie zapanował chaos. Po drodze zgubiono służby zaopatrzeniowe, amunicji pozostało 30–40 nabojów na karabin i 200–300 na karabin maszynowy; nie było także w ogóle sprzętu łącznościowego. Mimo to brygadzie nakazano bronić węzła kolejowego w Dol na południe od St Michel. 10. Brygada Kawalerii Pancernej generała Stanisława Maczka nie ukończyła szkolenia, teraz jednak nagle oczekiwano od polskich pancerniaków, że w chwilę nauczą się prowadzić nowe, nieznane sobie czołgi. 13 czerwca brygada odparła niemiecki atak na linii Champaubert– –Montmirail, po czym kontratakowała pod Montgivroux. Następnie Polacy podążyli za wycofującymi się Francuzami na południe, po czym starli się z Niemcami w mieście Montbard, walcząc o przeprawy na Kanale Burgundzkim. Brygadzie kończyła się amunicja i paliwo, dlatego 18 czerwca zniszczono pozostałe czołgi i pojazdy, po czym żołnierze zaczęli pieszo przedzierać się dalej na południe.

Dla polskich lotników kampania francuska była pasmem frustracji. Niektórzy piloci obwiniali o to błędną taktykę, stosowaną wówczas przez lotnictwo francuskie i brytyjski RAF, polegającą na lataniu w ciasnym szyku trójkowym i w niewielkich grupach, wskutek czego myśliwce niemieckie zawsze miały przewagę. Ponadto nie prowadzono odpraw przed i po locie, toteż nie było możliwości przekazywania doświadczeń taktycznych. Na działania w powietrzu wpłynął także chaos spowodowany tempem odwrotu armii francuskiej. Jeden z polskich pilotów, Władysław Chciuk, wspominał wydarzenia z 16 maja, gdy atakował niemieckie Dorniery Do-17. Chciuk z postrzelanym samolotem musiał przymusowo lądować i uderzył w drzewo:

Wieśniacy Belgowie wskazali mi batalion piechoty francuskiej. Czekałem tam dzień na samochód, który mieli mi dostarczyć, a nie mogąc się doczekać, ruszyłem do nich na piechotę. Dostałem się do jakiegoś dowództwa francuskiego, przewieziono mnie przez granicę, a następnie samochodami prywatnymi, na koniu i piechotą dostałem się po trzech dniach na stare lotnisko. Byłem uważany za szpiega dwa razy, aresztowano mnie, ale ostatecznie, nie mając żadnych dowodów, że jestem szpiegiem, puszczano. Gdy wróciłem na lotnisko, dowiedziałem się, że Grupa moja odleciała koło Paryża. Kazałem pozostałym trzem mechanikom francuskim, którzy mieli zadanie spalić pozostałe maszyny i dojechać samochodami, naprawić starego Morana i na drugi dzień wystartowałem do Paryża. Startowi przyglądał się, obecny wówczas na lotnisku, gen. Weygand, ale nie powiedziałem mu i zabroniłem mechanikom mówić, że podwozie w Moranie się nie chowa, klapy się nie otwierają, skok śmigła się nie zmienia, bo było ono z innego Morana, że nie mam spadochronu i że Moran jest nieuzbrojony (…) doleciałem do Le Bourget. Tam dowiedziałem się, że moja Groupe de Chasse jest w Plessis-Belleville – więc poleciałem tam.

W maju i czerwcu polscy piloci myśliwscy zestrzelili 52 nieprzyjacielskie samoloty samodzielnie i 21 wspólnie z Francuzami. Straty wyniosły 9 poległych pilotów.

Najnowsze badania historyczne kampanii francuskiej dowodzą, że postawa bojowa Francuzów nie była tak zła, jak ją przedstawiano w czasie wojny. Żołnierze walczyli z determinacją, zawiodło jednak dowództwo, które utraciło kontrolę nad rozwojem wydarzeń. Jeden z żołnierzy 3. Dywizji wspominał: „Kolumny zmotoryzowane nie znajdowały się w odwrocie, ale haniebnie uciekały. Rzucano broń, pozostawiano ją na drogach i wracano do domów”. Francuskie naczelne dowództwo nie informowało Polaków o rozwoju wydarzeń, dlatego 11 czerwca Sikorski wyjechał z polskiej Kwatery Głównej w Paryżu na wschód, by osobiście dowiedzieć się więcej. Tam fakt, że pełnił podwójną rolę szefa rządu i naczelnego wodza, mógł spowodować katastrofę, gdyż Sikorski utracił łączność ze swym rządem oraz sztabem w najbardziej krytycznej fazie kampanii francuskiej.

Gdy rząd francuski opuścił Paryż, na południe udał się także rząd polski, przejściowo osiadając w Libourne w pobliżu Bordeaux. Minister spraw zagranicznych August Zaleski zrozumiał, że władze francuskie straciły wolę dalszej walki, zwrócił się więc do Brytyjczyków z prośbą o ewakuację polskiego rządu i armii do Wielkiej Brytanii. 17 czerwca do Libourne przybył Sikorski, który następnego dnia odleciał do Anglii na rozmowę z Churchillem; dowodzenie oddziałami polskimi w jego zastępstwie objął Sosnkowski. Sikorski zapytał Churchilla, czy Wielka Brytania będzie kontynuować walkę; brytyjski premier zdecydowanie odparł, że tak. Rząd polski zatem na pokładzie krążownika HMS Arethusa dotarł do Wielkiej Brytanii; 21 czerwca król Jerzy VI powitał prezydenta Raczkiewicza na londyńskim dworcu Paddington. 25 czerwca Sikorski ponownie spotkał się z Churchillem; Jock Colville napisał w swym dzienniku: „Jego [Sikorskiego] adiutant powiedział, że Francuzi uciekali w nieopisany sposób. W ogóle nie mieli bojowego ducha. Ze wszystkich stron słyszę, że Polacy walczyli we Francji wspaniale. Wydają się naszymi najwierniejszymi sojusznikami”.

19 czerwca Sikorski wygłosił przemówienie radiowe, w którym rozkazał wszystkim Polakom znajdującym się we Francji kierować się do najbliższego portu i czekać na ewakuację do Wielkiej Brytanii. Generał Duch i 1. Dywizja wciąż znajdowali się w kontakcie z nieprzyjacielem, wycofując się razem z oddziałami francuskimi. Niewielu jej żołnierzy udało się wydostać, większość trafiła do niewoli. 2. Dywizja została odcięta przy granicy szwajcarskiej, dlatego przeszła do Szwajcarii, gdzie jej żołnierze zostali rozbrojeni i internowani. Jej 11 tysięcy żołnierzy do końca wojny pozostało w tym kraju, choć polski rząd potrzebujący uzupełnień dla wojska za wszelką cenę starał się doprowadzić do ich zwolnienia. W polskiej społeczności żołnierze tej dywizji stali się znani jako „pięciodyplomowi”, gdyż w Szwajcarii ważnym ich zajęciem stało się odbieranie edukacji. Francuski generał major Louis-Augustin-Joseph Faury rozkazał 3. Dywizji polskiej zebrać się w Vannes, gdzie miała skapitulować razem z jego armią. Polscy żołnierze odmówili, nie udało się im jednak uciec i trafili do niewoli. Brygada Podhalańska została rozbita, tylko części żołnierzy udało się ewakuować. Lepiej powiodło się polskim lotnikom – wielu z nich poleciało swymi samolotami do Anglii, inni zaś do Afryki Północnej, skąd przedostali się do Wielkiej Brytanii drogą morską.

Stanisław Mikołajczyk, premier RP na uchodźstwie 1943-1944
Oddziały i pojedynczy żołnierze polscy starali się za wszelką cenę dostać do francuskich portów, gdzie na rozkaz Churchilla Royal Navy podejmowała wszelkie wysiłki celem ich ewakuowania. Generał Maczek miał przy sobie 500 żołnierzy, lecz nie mogąc zdobyć dla nich żywności, musiał ich rozdzielić na mniejsze grupy. Resztki pozostałych dywizji postępowały tak samo. Niemcy wydawali się wszechobecni, jednak ludność francuska ostrzegała Polaków o miejscu ich pobytu i doradzała najpewniejsze szlaki. Drogi były niebezpieczne, a mapy drogowe Michelina, które miał przy sobie Maczek, były bezużyteczne w przypadku podróżowania na przełaj. Po osiemnastu dniach marszu generał zdołał dotrzeć do strefy nieokupowanej, gdzie z ulgą powitał krótki powrót do normalnego życia. „Może trochę więcej smakował ten pierwszy kieliszek wina przy stoliku, na zewnątrz kawiarni, może trochę więcej wygodne łóżko w pierwszą noc, a z pewnością najwięcej gorąca kąpiel w prawdziwej łazience”. Maczek ugrzązł w Marsylii, gdzie było mnóstwo polskich żołnierzy, którzy zdołali jakoś zdobyć cywilne ubrania, ale ich zachowanie zdradzało, że cywilami nie są. W końcu Maczek dotarł do Wielkiej Brytanii przez Maroko i Lizbonę.

We Francji zapanowało zamieszanie w kwestii statusu Polaków, w związku z obowiązującym od 22 czerwca zawieszeniem broni. Artykuł 10 głosił, że rząd francuski natychmiast wstrzyma działania wojenne, że nie będzie prowadził ewakuacji francuskich oddziałów wojskowych i że zakaże swym obywatelom wstępowania w szeregi armii państw walczących z Niemcami. Nigdzie wprost nie było mowy o Polakach, mimo to władze francuskie zamierzały uniemożliwić im ewakuację. 19 czerwca do portów w Rochefort i La Rochelle dotarły dwa duże brytyjskie transportowce. Stefan Bałuk próbował ewakuować się jednym z nich i był świadkiem, jak na widok niemieckich dornierów obsługi francuskich dział przeciwlotniczych rozbiegły się do schronów. Gdy polski oficer otworzył ogień do samolotów, francuscy robotnicy portowi błagali go, by przestał, „żeby nie prowokować Niemców”. W ewakuacji z położonych na południu francuskich portów St-Jean-de-Luz i Le Verdon udział wzięły także statki polskie. Francuski komendant St-Jean-de-Luz w nocy z 24 na 25 czerwca usiłował powstrzymać ewakuację polskich żołnierzy, przekonano go jednak, żeby na kilka godzin przymknął oko; ewakuowano w tym czasie 3 tysiące osób. Po zakończeniu kampanii generał Sosnkowski napisał dla polskiego rządu dług raport, z którego jasno wynikało, że francuski rząd i naczelne dowództwo torpedowały wysiłki Polaków mające na celu wydostanie się z Francji.

Wojsko Polskie, z takim trudem odtworzone we Francji, zostało poświęcone celem ułatwienia odwrotu oddziałom francuskim. Jego straty wyniosły 6 tysięcy, w tym 1400 poległych, większość pozostałych zaś znalazła się w obozach jenieckich lub na internowaniu w Szwajcarii. Ewakuowano tylko 19 tysięcy żołnierzy i lotników, czyli mniej niż czwartą część Wojska Polskiego we Francji. Liczba ta mogła być większa, lecz wielu niedawno powołanych żołnierzy, którzy przed wojną mieszkali we Francji, wolało demobilizację i powrót do rodzin niż niepewną przyszłość w Wielkiej Brytanii. W historiografii kampanii francuskiej rzadko wspomina się o samym istnieniu oddziałów polskich, nie mówiąc już o toczonych przez nie walkach. W 1940 r. Francuzi byli jednak wdzięczni. Weygand: „Gorąco podziękował za pracę wojskową Brygady, a szczególnie za osłonięcie odwrotu 20. dyw. piech. przez bagna St. Gond, co ocaliło tę dywizję”; brygada generała Maczka otrzymała 38 Croix de Guerre i Médailles Militaires. Sikorski wyciągnął jeden ważny wniosek z kampanii francuskiej: polskie oddziały były posyłane pojedynczo na front; odtąd zamierzał mocno obstawać przy tym, by w następnych kampaniach oddziały polskie walczyły w jak największej masie, nie zaś rozproszone między oddziałami alianckimi.

18 czerwca 1940 r. Winston Churchill powiedział w Izbie Gmin: „To, co generał Weygand nazwał «bitwą o Francję», dobiegło końca. Teraz spodziewam się początku bitwy o Anglię”. Hitler wiedział, że jeśli inwazja na Wyspy ma się powieść, musi najpierw zniszczyć RAF. Bitwa o Anglię przebiegała w pięciu fazach: walki nad kanałem La Manche (10 lipca– –początek sierpnia), walki powietrzne między RAF a Luftwaffe (13–18 sierpnia), niemiecka ofensywa przeciwko brytyjskim lotniskom (24 sierpnia–6 września), zmasowane naloty niemieckie na Londyn (7–30 września) i wreszcie faza słabszych nalotów do 31 października 1940 r. Po upadku Francji zmieniono zasady, na których lotnicy polscy służyli w szeregach RAF-u; między innymi zrezygnowano z przysięgi na wierność królowi. Sformowano dwa polskie dywizjony – 302. (Poznański) i 303. (Warszawski im. Tadeusza Kościuszki), choć wielu polskich pilotów nadal służyło w dywizjonach brytyjskich. W dowództwie Lotnictwa Myśliwskiego w Stanmore utworzono niewielkie polskie dowództwo myśliwskie. Rok później mianowano polskich oficerów łącznikowych we wszystkich bazach lotniczych, w których stacjonowali polscy piloci.

Powyższy tekst jest fragmentem książki: „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej”:

Halik Kochanski
„Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej”
Tłumaczenie: Jan Szkudliński
Okładka: całopapierowa z obwolutą
Liczba stron: 808
Seria: Historia
Data i miejsce wydania: 1 (2013)
Format: 150x225
ISBN: 978-83-7510-812-5

Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Halik Kochanski
Absolwentka Downside School oraz Balliol College w Oksfordzie, gdzie zdobyła magisterium z historii nowożytnej. Doktorat ukończyła w londyńskich King's College oraz University College. Opublikowała m.in. Sir Garnet Wolseley: Victorian Hero (1999

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy