Opublikowano
2019-11-04 16:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Problem reparacji wojennych

(strona 2)

Temat reparacji wojennych, zdawałoby się, dawno zamknięty, nieoczekiwanie znów pojawił się w dyskursie politycznym. W dyskusjach na ten temat za punkt odniesienia uznaje się rozwiązania przyjęte po pierwszej wojnie światowej, uważając, że stworzyły one obowiązujący standard. Tymczasem zapisy traktatu wersalskiego były czymś wyjątkowym. Co więcej – ich skutki okazały się na tyle negatywne, że światowa opinia publiczna zdecydowanie odrzuciła możliwość ich powtórzenia po kolejnej wojnie.


Strony:
1 2

W 1921 roku ostatecznie określono wysokość reparacji na 31,5 mld dolarów. Nadal było to bardzo dużo, ale jednak czterokrotnie mniej niż na początku. Niemcy miały spłacać reparacje tak szybko, jak to możliwe. Problem w tym, że ich inflacja nabierała tempa, a zrujnowane finanse nie pozwalały na spłaty. Amerykanie zaś twardo domagali się swoich należności. W tej sytuacji na początku 1923 roku wojska francuskie i belgijskie rozpoczęły okupację Zagłębia Ruhry, zamierzając pobierać reparacje w naturze. Paryż był zdecydowany stłumić ewentualny strajk nawet siłą. Oznaczało to tyle, że w przypadku strajku okupanci gotowi byli ogłosić militaryzację zakładów pracy. Strajk byłby wówczas równoznaczny z odmową wykonania rozkazu, a za to groziła kara śmierci. Francuzi i Belgowie gotowi byli takie wyroki wydawać i wykonywać.

Odpowiedzią Niemców nie był jednak strajk, tylko bierny opór. Wszyscy pracowali i mieli pełne ręce roboty. Tyle tylko, że na powierzchnię nie wyjeżdżała ani jedna tona węgla, a huty nie wypuszczały ani jednej tony stali. Okupanci byli bezradni i ostatecznie przegrali tę konfrontację. Dla gospodarki niemieckiej jednak fakt, że przez prawie rok najbogatsza część Niemiec pracowała na „jałowym biegu”, też był wyniszczający i stał się jedną z przyczyn hiperinflacji pod koniec 1923 roku.

Protesty przeciw postanowieniom traktatu wersalskiego w Berlinie. Fot. Wikimedia Commons

Moratorium Hoovera i Wielki Kryzys

Po stabilizacji marki wspólnota międzynarodowa podjęła wysiłki na rzecz gospodarczej odbudowy Niemiec, choćby po to, by kraj ten odzyskał zdolność spłacania zobowiązań. Na mocy planu Dawesa z 1924 roku spłatę reparacji rozłożono na ponad 40 rat rocznych. Początkowo miały one być niskie, potem, kiedy niemiecka gospodarka stanie na nogi, miały wzrosnąć. Niemcy dostały spore kredyty na rozruszanie gospodarki. Zabezpieczeniem spłat miały być dochody z niemieckich kolei kontrolowanych przez urzędników ententy.

W 1929 roku przyjęto kolejny plan – Owena Younga, jeszcze korzystniejszy dla Niemiec. Liczbę rat zwiększono do ponad 60. Niemcy odzyskały pełną suwerenność finansową, z tamtejszych urzędów wycofano alianckich kontrolerów. Niemcy nadal mieli płacić, ale ich sprawą było, skąd wezmą na to pieniądze. Do regulowania spłat utworzono w 1931 roku Bank Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei, istniejący do dziś. I to jest najtrwalsza pamiątka po reparacjach i planie Younga, bo jego żywot nie był długi. Wkrótce po jego przyjęciu zaczął się bowiem wielki kryzys. W 1931 roku prezydent Stanów Zjednoczonych Herbert Hoover ogłosił moratorium, w którym zapowiedział zamrożenie spłat wszystkich zobowiązań − zarówno reparacji, jak i długów wojennych − na rok. To był już koniec płacenia, bowiem później moratorium było przedłużane.

Andrzej Chwalba – „Wielka Wojna Polaków” – recenzja i ocena

Czym dla Polaków była I wojna światowa? Czy wojnę można toczyć także z dala od linii frontu?



Czytaj dalej...

W sumie Niemcy spłaciły ok. 5 mld dolarów. Amerykanie nie odzyskali swoich pożyczek wojennych. Co więcej, nie skorzystali z koniunktury, jaką mogła być powojenna odbudowa Europy. Zadłużeni ponad stan sojusznicy nie chcieli zadłużać się dalej. Dlatego Amerykanie zamiast powojennej koniunktury, na którą liczyli, w latach 1919−1922 przeżyli krótki, ale ostry kryzys nadprodukcji. Był on tym bardziej dotkliwy, że zbiegł się w czasie z demobilizacją armii. Żołnierze wracali do cywila, a tam czekało na nich bezrobocie. To właśnie wtedy Ernest Hemingway spopularyzował pojęcie „stracone pokolenie”.

Reparacje i długi wojenne okazały się nieściągalne. Nawet jednak w takim zakresie, w jakim zostały zrealizowane, wystarczyły, by trwale zdestabilizować finanse międzynarodowe i uniemożliwić rozwój normalnej wymiany handlowej. Efektem nieudanych prób powrotu do normalnych relacji gospodarczych był wielki kryzys lat trzydziestych, najgłębsze załamanie gospodarcze w historii najnowszej. A kiedy w 1937 roku świat osiągnął przedkryzysowy poziom produkcji przemysłowej, wolumen handlu międzynarodowego był na poziomie 70 proc. wartości sprzed 1928 roku. Świat szedł w stronę dążących do samowystarczalności, zamkniętych gospodarek. Trzeba przyznać, że byli tacy, którzy od początku widzieli zagrożenie. Młody uczestnik delegacji brytyjskiej na konferencję pokojową John Maynard Keynes w pracy Ekonomiczne skutki pokoju ostrzegał przed niszczącymi efektami reparacji. Jego głos został jednak zlekceważony.

Zamach w Sarajewie 28 czerwca 1914 r. Arcyksiążę Ferdynand i Gavrilo Princip

Mówi się, że pierwsza wojnę światowa rozpoczęła się 28 czerwca 1914 r. Wtedy miał miejsce zamach w Sarajewie. Arcyksiążę Ferdynand, austriacki następca tronu został zamordowany przez serbskiego nacjonalistę o imieniu Gavrilo Princip. Lawina zdarzeń, która nastąpiła potem, na cztery lata zamieniła Europę w pole bitwy...



Czytaj dalej...

Po 1945 roku

Jeśli czasami wątpimy w to, że ludzie uczą się na błędach, to tym razem było inaczej. Amerykanie odrobili bowiem lekcję i podczas drugiej wojny światowej zadbali, by historia się nie powtórzyła. Przede wszystkim nie chcieli, żeby na koniec wojny sojusznicy byli im winni pieniądze. Wiedzieli, że i tak ich nie odzyskają, a dług spowoduje mnóstwo kłopotów. Dlatego pomagali tak, żeby go nie było. Do końca 1940 roku sprzedawali sprzęt wyłącznie za gotówkę. Potem, gdy Wielka Brytania nie była już w stanie płacić, na podstawie ustawy Lend-Lease wypożyczali sojusznikom sprzęt, który formalnie pozostawał własnością rządu amerykańskiego, czyli nie generował długu. W każdym razie długu zagranicznego, bo z długiem wewnętrznym od czasów interwencjonizmu lat trzydziestych Amerykanie umieli sobie radzić.

Po drugiej wojnie światowej reparacje nie odgrywały też tak dużej roli jak w 1918 roku. Nie wynikało to z bagatelizowania winy Niemiec, tylko z innego podejścia do całej kwestii. Odpowiedzialność Trzeciej Rzeszy za wybuch wojny, jej zbrodniczy charakter i ogromny rozmiar szkód nie ulegała wątpliwości. Ponadto Niemcy eksploatowali kraje okupowane, zadłużając się w nich i traktując ten dług jako pokrycie emisji lokalnych walut. Inaczej mówiąc – Rzesza finansowała własny wysiłek wojenny inflacjami w krajach okupowanych. Przyczyn, by obciążyć Niemcy odpowiedzialnością finansową, było aż nadto. Przemawiałyby za tym również względy sprawiedliwości.

Protesty przeciw okupacji Zagłębia Ruhry. Fot. Wikimedia Commons

Mimo to postanowiono nie popełniać błędu z okresu międzywojennego. Szybka odbudowa całej Europy z Niemcami włącznie była pewniejszą gwarancją utrzymania pokoju niż pognębienie przeciwnika i najsłuszniejsza choćby zemsta. Za warunek pokoju uznano również stabilny i sprzyjający rozwojowi handlu system finansowy, którego zręby nakreślono jeszcze w 1944 roku podczas konferencji w Bretton Woods. Jego celem była szybka odbudowa handlu światowego, a nie wyrównywanie rachunków z przeszłości. To wpłynęło na postrzeganie problemu reparacji. Ustalono, że zostaną pobrane z Niemiec w naturze przez mocarstwa okupacyjne, przy czym dla Polski zarezerwowano 15-proc. udział w reparacjach radzieckich. Na ich poczet demontowano urządzenia przemysłowe, czego dość szybko zaniechano w związku z koniecznością odbudowy. Uniknięto natomiast obciążania Niemiec ciężarami finansowymi. Do takiego rozwoju sytuacji przyczyniło się też odłożenie decyzji o ostatecznym kształcie reparacji do czasu konferencji pokojowej (do której, jak wiadomo, nigdy nie doszło). Pamiętajmy jednak, że mówimy o reparacjach jako o problemie relacji międzypaństwowych, a nie o odszkodowaniach dla indywidualnych ofiar.

W sumie nowe podejście okazało się znacznie skuteczniejsze zarówno z punktu widzenia odbudowy gospodarki europejskiej, jak i utrwalenia pokoju na kontynencie. Nie warto tego psuć w imię politycznie rozgrywanych resentymentów.

Ten teks pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika „Mówią Wieki”:

Tytuł: „Mówią wieki”
Numer: 10/2019 (717)
Wydanie: październik 2019
Cena: 8,50 zł
Kup w wersji elektronicznej!
Zamów prenumeratę!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.
Spodobał Ci się nasz materiał? Zapisz się do naszego newslettera!
Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Ciekawe, kiedy nasi politycy, historycy i publicyści zajmą się wreszcie kwestią odszkodowań od ZSRR i jego sukcesora, czyli Federacji Rosyjskiej, za mienie wyszabrowane lub celowo zniszczone przez Rosjan w Polsce w roku 1945? Pomijam już tu sprawę wyliczenia reparacji należnych ZSRR od Niemiec, z których 15% miało przysługiwać Polsce; chodzi mi głównie o fakt zorganizowanego rabunku i niszczenia przez Armię Czerwoną mienia na Ziemiach Zachodnich i Północnych, mających być rekompensatą dla Polaków za Kresy włączone do ZSRR. Czytam obecnie pracę prof. A. Saksona o zajęciu Prus Wschodnich przez Rosjan, m.in. Olsztyna, niemal nie uszkodzonego przez wojnę. Po jego zajęciu i zrabowaniu najcenniejszego mienia komunalnego i prywatnego, Armia Czerwona wysłała na ulice miasta ekipy z miotaczami ognia, które systematycznie niszczyły budynki, głównie na Starówce. Podobnie działo się w innych miejscowościach pruskich, gdzie jednak głównie używano materiałów wybuchowych. Nasze podręczniki historii mówią dziś tylko o podobnym barbarzyństwie Niemców w Warszawie po powstaniu 1944 r. Pomijając już aspekt moralny takiego zachowania Rosjan, zachodzę w głowę, jaki materialny lub ambicjonalny motyw im przyświecał, by - nie uzyskując dla siebie korzyści - pogorszyć sytuację Polaków.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ bartensteiner - bartensteinerowi się coś pozajączkowało. Ciekawe, że nie żąda odszkodowań od Wielkiej Brytanii i USA za dywanowe bombardowania Szczecina dokonane przez aliantów. Gdyby sukcesorzy ZSRR mieli płacić odszkodowania za zniszczenia na Śląsku i Pomorzu oraz w Prusach Wschodnich, to powinni je płacić wyłącznie Niemcom. Bo to były tereny państwa niemieckiego. I to niemieckie mienie było przejmowane przez Sowietów i przez nich niszczone. Terytorium niemieckie bezpośrednio po wkroczeniu na nie Armii Czerwonej było zarządzane przez radzieckie komendantury wojskowe. Dopiero później - w zasadzie po konferencji poczdamskiej - było przekazane władzom polskim. Pracowałem w dużym zakładzie na Opolszczyźnie - i na własne oczy widziałem fotokopię dokumentu przekazania terenu zakładów (niemieckiej fabryki benzyny syntetycznej) władzom polskim. Ten dokument był datowany na połowę sierpnia 1945. Oczywiście wcześniej ten zakład został ogołocony z urządzeń - ale czemu bartensteiner pisze o rabunku? Czyżby zdaniem bartensteinera sowieckim podludziom nie należało się żadne odszkodowanie za zniszczenia wojenne?
Powtarzam - to były tereny państwa niemieckiego i wcale nie było powiedziane, że będą należały do Polski. Przecież jedyny słuszny premier jedynego legalnego rządu Rzeczypospolitej Polskiej powiedział publicznie: "Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina!". Przecież gdy ZSRR przekazał Polsce w marcu 1945 roku tereny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego z Zabrzem i Gliwicami, to władze USA i Wielkiej Brytanii złożyły oficjalny protest dyplomatyczny w Moskwie. Sporo wskazywało na to, że Śląsk i Pomorze będą częścią radzieckiej strefy okupacyjnej.
A sukcesorami ZSRR są wszystkie państwa, które powstały na dawnym terytorium ZSRR, a nie tylko Rosja.



Odpowiedz

@ Gość: Komar
To, co piszesz, jest klasycznym odwracaniem kota ogonem. Przecież nie czepiam się Rosjan bombardujących - nawet niepotrzebnie - poszczególnych miast polskich i niemieckich podczas wojny; mam do nich pretensję, że niszczyli te miasta (najczęściej nie bronione) po przejściu frontu, już po konferencji jałtańskiej - gdzie przecież ustalono z grubsza przebieg powojennych granic, a nawet po zakończeniu wojny w Europie. Wspomniani przez ciebie Anglicy i Amerykanie tego nie robili. Ogólny zarys przydziału Polsce ziem zachodnich i północnych przez Rosję był wówczas już wszystkim znany, były tylko niedopowiedzenia, czy w ogóle lub jaką część Prus zostawić sobie, a jaką Polsce. Były także wątpliwości dotyczące tego, na jakiej Nysie, i czy ze Szczecinem, wyznaczyć zachodnią granicę naszego państwa. Nie zapominajmy, że przekazywane nam ziemie miały być rekompensatą za tereny niegdyś polskie, a przyłączone do ZSRR jesienią 1939 r. Rozumiem zakorzenione w zwyczaju prawo mało cywilizowanych zwycięzców do łupów wojennych i nawet jestem gotów przymknąć oko na niestosowanie się przez Rosjan do porozumień z Polakami nt. podziału zdobyczy wojennej. Nic jednak nie usprawiedliwia zwycięzców, gdy celowo, przeważnie na rozkaz, niszczą mienie mające być przekazane Polakom. Gdyby któryś z rosyjskich dowódców zezwolił na dewastację miasta lub fabryki mających wejść, choćby hipotetycznie, w skład ZSRR, natychmiast zajęłoby się nim NKWD lub Smiersz. Gdyby zaś podlegli mu sołdaci robili to na jego rozkaz, przypuszczając choćby przez moment, że to mienie będzie radzieckie - pierwszy lepszy przełożony kazałby go rozstrzelać, nie czekając na proces sądowy. Łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby Rosjanie celowo niszczyli domy i fabryki na zachód od Odry - bo można by to było wytłumaczyć chęcią zemsty na Niemcach, ale tam postępowali ze znacznie większym umiarem niż w części Prus mającej wejść w skład państwa polskiego.
Natomiast protest dyplomatyczny Anglii i USA dotyczył wyłącznie faktu, że ZSRR nie czekał na oficjalny podział zdobycznych ziem, które powinny przypaść Polsce dopiero po konferencji pokojowej. Oprócz tego nie nastąpiło faktyczne przekazanie Polsce wspomnianych przez Ciebie terenów na Śląsku, gdyż pełnię władzy zachowali tam jeszcze długo radzieccy komisarze wojskowi.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ bartensteiner Jak na ogół popieram Waści, tak tym razem nie. Komar słusznie podniósł kwestię niepewności losów tzw. Ziem Odzyskanych. Z kolei rabunkiem, likwidacją, redukcją niemieckiego przemysłu ( śp. Morgenthau się kłania), czy jak tam to nazwać, zajmowali się wszyscy europejscy alianci na całym (na zachodzie też) terytorium Niemiec.
W kwestii głównej, czyli odszkodowań, uważam, iż żądanie ich w 70 lat po wojnie za zajęcie mało honorowe, w dodatku bardzo szkodliwe ekonomicznie.



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ bartensteiner Jak na ogół popieram Waści, tak tym razem nie. Komar słusznie podniósł kwestię niepewności losów tzw. Ziem Odzyskanych. Z kolei rabunkiem, likwidacją, redukcją niemieckiego przemysłu ( śp. Morgenthau się kłania), czy jak tam to nazwać, zajmowali się wszyscy europejscy alianci na całym (na zachodzie też) terytorium Niemiec.
W kwestii głównej, czyli odszkodowań, uważam, iż żądanie ich w 70 lat po wojnie za zajęcie mało honorowe, w dodatku bardzo szkodliwe ekonomicznie.
Z drugiej strony, dość bezsensowne zniszczenia dokonane przez A. Czerwoną w Prusach, mogły być w pewnym stopniu spowodowane osobowością gen. I. Czerniachowskiego - tu fragment jego rozkazu wydanego tuż przed wkroczeniem tam: "Faszystowski kraj musi stać się pustynią, podobnie jak nasz kraj, z którego zrobili pustynię. Faszyści muszą zostać zniszczeni, tak jak zabili naszych żołnierzy."



Odpowiedz

Gość: |

@ bartensteiner - bardzo podoba mi się twoje twierdzenie, że protest USA i WB był tylko formalny i że Polska na pewno otrzymałaby te tereny po konferencji pokojowej. No to ja się pytam: to jak długo Polska miała czekać? To kiedy odbyła się ta konferencja pokojowa? Odpowiedź znamy: nie odbyła się do dziś. Zatem Polska do dziś nie doczekałaby się przyłączenia tych ziem. I o to właśnie chodziło tym, którzy kazali Polsce zwlekać. Rok 1945 był jedynym momentem, a działanie na zasadzie faktów dokonanych - jedyną możliwością, aby zrealizować koncepcję granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. W sporze o granice Polski prowadzonym między Polską (i ZSRR) a państwami zachodnimi nie chodziło o niuanse, która Nysa i czy również Szczecin. Przez kilkadziesiąt lat po wojnie wszystkie państwa NATO (z wyjątkiem Francji) nie tylko kwestionowały granicę na Odrze i Nysie, ale wręcz uważały, że prawnie obowiązującą jest granica polsko - niemiecka z roku 1937. Piszesz, że Polsce należało się w ramach odszkodowań (a nie - jak twierdzisz - jako łupy wojenne) 15% majątku przejętego przez ZSRR. Codziennie chodzę ulicami miejscowości na Opolszczyźnie. Dziś przemierzyłem Opole. Widziałem, ile majątku poniemieckiego przejęła Polska. Ile kamienic mieszczańskich z przełomu wieków. Ile osiedli mieszkaniowych zbudowanych w czasach Republiki Weimarskiej i za rządów Hitlera. Ile gospodarstw rolnych. To wszystko obecnie wykorzystują Polacy. Tego jest naprawdę znacznie więcej, niż owe słynne 15% tego, co zagarnął ZSRR.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ Gość: - to powyższe to ja. Cytat Marka z rozkazu Czerniachowskiego potwierdza, że dla Armii Czerwonej to były tereny niemieckie, na których żołnierze mogli mścić się do woli.
Jeszcze co do "rabunku". Jeszcze raz o zakładzie produkcji benzyny syntetycznej. Sowieci ogołocili ten zakład z urządzeń w roku 1945 i urządzenia przewieźli do ZSRR (o ile wiem, w rejon Kuźniecka). Przypuszczalnie chcieli postawić tę fabrykę na swoim terenie. Ale dokumentacja techniczna tej fabryki została wywieziona przez Niemców przed frontem na Zachód i została przejęta przez Amerykanów. Oczywiście Amerykanie nie oddali Polsce tej dokumentacji. Możemy zatem mówić, że Amerykanie tę dokumentację nam zrabowali.
Dopiero po kilkudziesięciu latach Amerykanie odtajnili tę dokumentację i opublikowali ją w internecie. Stanowi ona część zbioru "Fischer - Tropsch Archive".



Odpowiedz

@ Gość: Komar
Panowie, zajrzyjcie ponownie do podręczników. Już w Teheranie w 1943 r. Stalin zneutralizował stanowisko Roosevelta i Churchilla w sprawie przynależności państwowej ziem zabużańskich obietnicą, że Polska - w ramach rekompensaty za te ziemie - otrzyma daleko przesuniętą granicę na zachodzie oraz Prusy Wschodnie. Dopiero na konferencji jałtańskiej Stalin zgłosił zapotrzebowanie na niezamarzający port bałtycki, czyli Królewiec, Prawdopodobnie rekompensatą za ten port stało się "przydzielenie" później Polsce Szczecina, zwłaszcza że ogólna powierzchnia tej rekompensaty była i tak mniejsza od zabranej do ZSRR. Sprawy te musiały być znane wyższemu dowództwu Armii Robotniczo-Chłopskiej, co jednak nie przeszkadzało Czerniachowskiemu i innym dowódcom nazywać zdobywanych Prus ziemią faszystowskich Niemiec. W ówczesnym stanie prawnym tak przecież było! Natomiast to, że te ziemie zostaną później przekazane Polsce wiedziało doskonale wyższe dowództwo i politrucy, ale nie kwapili się by to powszechnie głosić. Jak się później okazało - celowo, bo było zainteresowane tym, by przekazać poniemieckie mienie Polakom jak najbardziej uszczuplone. Motywy takiego postępowania są nadal tajemnicze i wymykają się ogólnie przyjętym zasadom logiki i moralności.
Jest wiele przykładów na to, że jeszcze po formalnym przekazaniu Polakom jakiegoś miasta lub terytorium (maksymalnie wyszabrowanego, nawet z powyrywanymi ze ścian rurami, futrynami i instalacją elektryczną) zorganizowane ekipy krasnoarmiejców ponownie przybywały na terytorium już formalnie polskie i niszczyły to, co mogłoby się przydać tzw. sojusznikom.
To prawda, że otrzymane przez Polskę tereny - pomimo zniszczeń - były na ogół bogatsze od przejętych przez ZSRR. Dlatego również nie popieram domagania się reparacji od Niemiec, a gdyby miało do tego dojść, to trochę bym się tego wstydził.



Odpowiedz

Gość: AWU |

@ Gość: @ Gość: A ja kilka tyg temu spacerowałem ulicami Lwowa który przed wojną bez wątpienia był najpiękniejszym dużym miastem w Polsce, pamiętam również spacery po Warszawie, zniszczonej systematycznie przez Niemców dom po domu, podczas gdy Rosjanie bezczynnie przyglądali się temu z drugiego brzegu Wisły. "Dzięki" komunistom zainstalowanymi przez Rosjan do zarządzania Perelem jeszcze w latach 90-tych XXw Warszawa była w czołówce rankingu najszkaradniejszych miast Europy, z ochydną totalitarną architekturą socrealizmu dopełnioną klocami z tandetnie wykonanej wielkiej płyty ...



Odpowiedz

Gość: Marek Baran |

@ Gość: AWU Jak na ogół szanuję Waści poglądy, tak nie widzę związku komunizmu z "tandetnie wykonaną wielką płytą". To ostatnie wynika raczej z "tandetności" umysłów. Czechosłowackie "panelaki" i enerdowskie "Plattenbauten", jakoś były porządniej budowane i porządniej wyglądały, zwłaszcza iż o porządek i czystość dbali sami mieszkańcy. U nas podobny system (np. sprzątania) w najłagodniejszym razie byłby nazwany kołchozem.



Odpowiedz

Gość: Komar |

@ Gość: AWU - wprawdzie to trochę w bok od tematu, ale na zasadzie riposty pozwolę sobie odpowiedzieć. Przedwojenna Warszawa - to nie tylko pałace. Jeśli ktoś chce znać obraz przedwojennej Warszawy, to powinien przejść się nie tylko Krakowskim Przedmieściem, ale także pospacerować po Szmulowiźnie czy wzdłuż ulicy Stalowej. Ja codziennie chodziłem ulicami: Ząbkowską czy Brzeską. Widziałem slumsy Targówka, widziałem, jak w latach sześćdziesiątych znikały rudery "Dzikiego zachodu" - zabudowy na zachód od Pałacu Kultury. Osiedla z wielkiej płyty powstawały już pół wieku temu - i dobrze służą ludziom do dziś. A antykomuniści chcieli zapędzić mieszkańców Warszawy z powrotem do XIX-wiecznych kamienic czynszowych z podwórkami - studniami, do mieszkań, do których słońce nie zaglądało ani razu w roku, do mieszkań, które były rozsadnikami gruźlicy i krzywicy. I to miało być ładne. Ciekawa estetyka.



Odpowiedz

Gość: iks |

Mądre słowa ale to głos wołającego na puszczy



Odpowiedz
Wojciech Morawski

Historyk gospodarki, profesor w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org