Wędrówki po historii mówionej (odc. 2)

czyli subiektywny przewodnik po relacjach świadków historii. Odcinek 2: „Odpowiednie dać rzeczy słowo” czyli o tworzeniu własnej opowieści.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

W pierwszym odcinku naszego cyklu szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, po co nam relacje mówione. Chcieliśmy pokazać, że dzięki nim historia nabiera bardziej ludzkiego wymiaru, co zmienia z kolei nasze podejście do wielu zagadnień historycznych. Kontynuując tę myśl, warto zauważyć, że bardziej bezpośredni kontakt ze świadkami historii zwiększa nasze zaangażowanie w poznawanie przeszłości. W tym sensie relacje mówione wydają się być wyjątkowo przystępnym rodzajem źródła historycznego.

Wielu ludzi interesuje się historią, jednak mało kto znajduje przyjemność w analizowaniu suchych dokumentów urzędowych, meldunków czy danych liczbowych ze starych rejestrów. Relacje mówione wydają się tym ciekawsze, że chociaż powstają na ogół według podobnej formuły, to pod wieloma względami okazują się niezwykle zróżnicowane. Bez przesady można powiedzieć, że tak różne, jak różni są ludzie, którzy te świadectwa składają. Przyjęta w naszym archiwum metoda prowadzenia rozmów, zwana narracyjnym wywiadem biograficznym, zdecydowanie temu sprzyja.

Maria Buko w czasie wywiadu z Konradem Blinowskim, Warszawa, 2017. Fot. Iwona Makowska/AHM, prawa zastrzeżone
Maria Buko w czasie wywiadu z Konradem Blinowskim, Warszawa, 2017. Fot. Iwona Makowska/AHM, prawa zastrzeżone

Słowo „wywiad” najczęściej kojarzy nam się z formą popularną w mediach, gdy prowadzący zadaje liczne, często bardzo szczegółowe pytania, oczekując, że rozmówca odpowie ściśle i treściwie. Bywa, że pytania są formułowane w sposób sugerujący odpowiedź, jakby prowadzący nie tyle próbował się czegoś dowiedzieć, ile raczej oczekiwał potwierdzenia zasłyszanych wcześniej informacji albo własnych domysłów. Tym samym zmniejsza lub odbiera sobie i nam szansę usłyszenia czegoś zupełnie nowego, zaskakującego, wzbogacającego. Wywiady historii mówionej również mogą być mocno ustrukturyzowane, zwłaszcza gdy badacze realizują je w ramach projektów poświęconych ściśle określonym zagadnieniom, w których temat został wąsko zdefiniowany. Przygotowują wówczas zestaw pytań, zadawanych każdemu z rozmówców, aby zebrać porównywalne dane. Jednak od wielu lat w nurcie historii mówionej obecne jest także inne podejście, ukształtowane pod wpływem badań socjologicznych i antropologicznych. Ponieważ socjologowie są mniej zainteresowani faktografią, a bardziej tym, jak kształtuje się ludzka pamięć o przeszłości, docenili potencjał swobodnej opowieści, dzięki której osoba składająca świadectwo może dowolnie dobierać wątki i samodzielnie decydować, na ile szczegółowo opisze poszczególne wydarzenia, ludzi i miejsca. Pytanie, które pada jako pierwsze, jest tak sformułowane, by wyzwolić swobodną narrację, a wywiad powstały w ten sposób nazywamy narracyjnym. Nawet jeśli realizowany jest w ramach szerszej zakrojonych badań nad określonym zagadnieniem, zachęca się rozmówcę, by opowiedział o całym swoim życiu (dlatego mówimy, że jest to wywiad biograficzny). Dzięki temu poznajemy szerszy kontekst relacjonowanych wydarzeń i możemy próbować ocenić ich długofalowe skutki. Dopiero gdy rozmówca uzna, że wyczerpał temat, prowadzący wraca do poszczególnych wspomnień i momentów biografii, zadając pytania poszerzające i uzupełniające relację. Stara się przy tym formułować pytania otwarte, zaczynające się od słów: „co”, „kto”, „kiedy”, „jak” i „dlaczego”, które zachęcają do udzielania rozbudowanych odpowiedzi.

Tak skonstruowany wywiad ma tę ogromną zaletę, że czasem wyzwala wspomnienia niespodziewane dla samego świadka. Bywa, że ludzie, którzy mają okazję snuć swą opowieść bez żadnych ograniczeń czasowych i bez narzuconych odgórnie ram, w obecności osoby, która ich uważnie słucha, docierają do przeżyć ukrytych dotąd głęboko na dnie ich pamięci. Swobodne skojarzenia prowadzą ich do kolejnych epizodów i obrazów, do których przez lata nie wracali i którymi nawet może z nikim się dotąd nie dzielili. Nie dotarlibyśmy do tej wiedzy, ściśle trzymając się pytań przygotowanych przed spotkaniem.

Swobodna narracja może stanowić znaczną część wywiadu. Niektóre osoby są obdarzone tak dużym talentem gawędziarskim, że bez żadnych dodatkowych zachęt opowiadają przez wiele godzin, a nawet podczas kilku spotkań. Jednak nie każdy jest przyzwyczajony do konstruowania tak obszernych wypowiedzi, a w szczególności do dłuższego opowiadania o sobie samym. Niektórzy mówią bardzo zwięźle i uznają, że wyczerpali temat, streściwszy kilkadziesiąt lat swojego życia w zaledwie kilku zdaniach. Wówczas osoba prowadząca wywiad włącza się dużo wcześniej, starając się pomocniczymi pytaniami wyzwolić swobodne wspomnienia.

Co ciekawe, mimo że prowadzący na ogół zaczynają każdy wywiad w podobny sposób – prośbą o przedstawienie się i opowiedzenie historii swojego życia – to rozmówcy bardzo różnie zaczynają opowiadanie. Przyjrzyjmy się dwóm przykładom.

Andrzej Rusław Nowicki, sygn. AHM_0447

Pan Nowicki, filozof i poliglota, zaczyna w nieco żartobliwym tonie od krytycznego przeglądu swojego drzewa genealogicznego.

„Warszawa, 9 sierpnia, rok 2007. Opowiadam o własnym życiu i o różnych wydarzeniach historycznych, których byłem obserwatorem, uczestnikiem, a czasami nawet podmiotem. To ważne, nazywam się Andrzej Rusław Nowicki. Urodzony jestem 27 maja 1919 roku w Warszawie. Ponieważ zawsze bardzo mnie interesowało, skąd się wziąłem, dlaczego jestem taki, [jaki] jestem, co komu zawdzięczam, to całe życie gromadziłem materiały do dwóch drzew genealogicznych. Jedno – biologiczne drzewo genealogiczne. Udało mi się ustalić około setki moich antenatów, tych, których krew w sobie noszę.

Ostatnio się wzbogaciła ta kolekcja o najsławniejszego antenata, którego portret namalował Marcello Bacciarelli. Ja podejrzewałem, że Bacciarelli powinien był namalować jego portret, bo malował wszystkich wybitnych uczestników Sejmu Czteroletniego, aż do Księstwa Warszawskiego włącznie. No, a mój prapraprapradziadek Józef Radzimiński, wojewoda gnieźnieński, nie tylko zabierał wielokrotnie głos na Sejmie Czteroletnim, ale również drukował swoje przemówienia, utrwalał je w druku. Więc bardzo cenię go za to. Następnie, kiedy… Nie splamił się żadną targowicą, natomiast kiedy Napoleon wybierał się do walki z Rosją, to mój prapraprapradziadek witał go w Poznaniu przemówieniem, które doprowadziło Napoleona do wściekłości. Bo żeby Napoleon zrozumiał, to mówił po łacinie, a Napoleon nie znał łaciny. Po drugie, mówił dwie godziny, a Napoleon był przyzwyczajony, że najwyżej ktoś mówi pięć minut. Takie zdawkowe, i tam tego… A następnie, odczytał Radzimiński swój manifest ogłaszający pospolite ruszenie, bo był jedyną osobą uprawnioną w Polsce do ogłoszenia pospolitego ruszenia. Bo, ponieważ nie było państwa polskiego, więc najwyższą osobą w Polsce był najwyższy rangą senator. A lista senatorów była ułożona według ważności województw. On był wojewodą gnieźnieńskim, a zatem jedynie on miał prawo ogłosić.

Historycy złośliwie piszą, że to na pewno Wybicki ułożył ten manifest. Tak, Wybickiego cenię, nie mam nic przeciwko temu, ale nie sądzę, żeby mój praprapradziadek pozwolił, żeby ktoś inny napisał mu przemówienie, zwłaszcza po łacinie. Albo żeby ktoś inny napisał manifest, który on podpisuje swoim nazwiskiem. Bez względu na to, kto to napisał, czy Wybicki, czy Radzimiński, to Napoleon był wściekły i powiedział: Żadne pospolite ruszenie. Nie chcę ochotników. Chcę od was pieniędzy na wojsko. I pobór rekruta. Normalny pobór rekruta, a nie żadni ochotnicy, nie żadne pospolite ruszenie. No, ale jakoś wytrwał w polityce ten Radzimiński do roku 1820, w którym zmarł. No i miał szczęście, dlatego że do 1820 roku car Aleksander, który po klęsce Napoleona był tym zwierzchnikiem Królestwa Polskiego, jeszcze udawał liberała, masona i tak dalej. Więc to jest tak.

Andrzej Rusław Nowicki w Ogrodzie Saskim, Warszawa. Fot. ze zbiorów Andrzeja Rusława Nowickiego/AHM, prawa zastrzeżone
Andrzej Rusław Nowicki w Ogrodzie Saskim, Warszawa. Fot. ze zbiorów Andrzeja Rusława Nowickiego/AHM, prawa zastrzeżone

Badając to drzewo genealogiczne, natrafiłem na informacje, nie wszystkie, które mnie cieszyły. Zacznę od tego, co mnie nie cieszy. Nie mam wśród antenatów ani jednego kompozytora, chociaż jedna z moich prababek prawdopodobnie była kuzynką matki Paderewskiego, a druga byłą żoną Paderewskiego. Jest Paderewski spokrewniony z Wilkońskimi i z Nowickimi, czyli… I to była tradycja, mówiono o tym. A nawet tam, w czasie wojny, korzystano z protekcji Paderewskiego, właśnie powołując się na koligacje. No, ale wśród ludzi, których krew w sobie noszę, jedyną osobą, która grała na pianinie, pięknie grała na pianinie, to była moja mama. Grała także jedna moja babcia. No, nie koniec.

Teraz, nie było żadnego wielkiego poety. Franciszek Nowicki to inna rodzina Nowickich, tak że ten piewca Tatr to nie z mojej rodziny. Teraz, nie było żadnego Chińczyka. Nie było żadnego Włocha. Bardzo mi przykro z tego powodu”.

Zbigniew Książczak, sygn. AHM_3354

Pan Książczak, warszawianin, z wykształcenia nauczyciel polonista, zaczyna z kolei opowieść o swym życiu od najbliższego otoczenia, które go ukształtowało. Jest to środowisko rówieśników, jednocześnie ściśle powiązane z miastem, z którym Zbigniew Książczak wciąż mocno się identyfikuje.

„Nazywam się Zbigniew Książczak. Urodziłem się w Warszawie, na Marszałkowskiej 136, w 1928 roku. Ale całe dziecięce życie, i młodzieńcze, spędziłem na Hożej. Jestem rodowitym warszawianinem, całe życie związanym ze stolicą. Tu urodziłem się, uczyłem się, studiowałem, w niej przeżyłem całe dzieciństwo, wszedłem w wojnę, potem stolicę wznosiłem, budowałem, jak to się mówiło…

I to jest charakterystyczne – rozpocząłem, jako szesnastoletni chłopak, po wojnie, pracę w tak zwanym Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym. Układałem płyty chodnikowe, byłem pomocnikiem hydraulika przy budowie bloków na Mokotowie – tyle jako robotnik. A działalność swoją zakończyłem jako nauczyciel akademicki.

Trudne jest sklejenie tych skrawków, no ale spróbuję. Właśnie… Zacznę od wiersza Gałczyńskiego, który przemawia do ulic: Siostry moje, ulice, chcę wam dziś miłość wyznać: wy jesteście moja ojczyzna.

Jak powiedziałem, całe dzieciństwo, młodość, spędziłem na ulicy Hożej. Od Emilii Plater do Chałubińskiego, ulica cicha, spokojna. To było miejsce mojego życia, mojego dziecięcego i młodzieńczego życia w gromadzie rówieśników. Tu odbywała się na przykład większość zabaw. Dzisiaj są boiska, tereny sportowe… Nie, myśmy się bawili na ulicy, na asfaltowanej ulicy graliśmy w piłkę nożną, w klipę… Wiele czasu spędzaliśmy z chłopakami, siedząc na krawężniku przy jezdni. Takie podwórkowe urwisy. Ale to łobuzowanie było bardzo kreatywne. To sobie cenię.

Zabawą było wszystko. Patyk był kierownicą samochodu. Fajerki, zagięty drut – to się nazywał szancer, nie wiem, dlaczego to się szancer… Pchało się taką fajerkę czy koło… Hulajnogi… Zaginął mi… zaginęła mi przedwojenna gazeta, w której dziennikarz opisuje wyścig chłopaków na hulajnogach z Hożej do Wilanowa. Hulajnogi robiliśmy sami, na łożyskach, prawda.

Klisze filmowe do gry… Cięło się klisze filmowe i grało się, wygrywało się. Machadajki… To nas policja ganiała. Co to była machadajka? Była puszka, podziurawiona, w której sucha trawa… Trawę się zapalało i to żarzyło się, i się machało drutem, dym leciał i ogień. To były machadajki, podziurawione puszki… gwoździem… puszki od konserw.

Frajdą było przejechać się darmo tramwajem. Róg Hożej i Poznańskiej był kiosk z gazetami. Pani kioskarka dawała nam 20–30 egzemplarzy gazet, myśmy do tramwaju wsiadali, sprzedawali gazety. Pieniądze jej zwracaliśmy, ale przejechać się było tramwajem warto. To było bardzo charakterystyczne. Czepianie się drynd… Kilka razy dostałem od sałaciarza batem, bo z tyłu się czepiało, a on batem bił, prawda, odganiał.

Dziewczęta nie brały udziału w naszych zabawach, to charakterystyczne. Sami chłopcy… Taki był dziewiętnastowieczny rysownik, grafik, malarz, Jakub Kostrzewski. On takie typy warszawskie rysował, malował. I pamiętam na przykład Żydów skupujących szmaty. Facet przychodził na podwórko: Lutuję garnki, lutuję garnki! Prawda… Ostrzący noże, węglarz z węglem… A atrakcją były występy grup cyrkowych na podwórkach. Kataryniarz z papugą przychodził.

Uroczystości pogrzebowe na cześć marszałka Józefa Piłsudskiego, przejazd lawety z trumną przez Pole Mokotowskie, Warszawa, 1935. Fot. ze zbiorów Ryszarda Ruszkowskiego/AHM, prawa zastrzeżone
Uroczystości pogrzebowe na cześć marszałka Józefa Piłsudskiego, przejazd lawety z trumną przez Pole Mokotowskie, Warszawa, 1935. Fot. ze zbiorów Ryszarda Ruszkowskiego/AHM, prawa zastrzeżone

A miejscem magicznym jest Pole Mokotowskie. Dla mnie – charakterystyczne. Obszar Pola Mokotowskiego w pewnym okresie pełnił funkcję toru wyścigów konnych, przeniesionych później na Służewiec, później było lotnisko szybowcowe. No, od 1935 roku, od śmierci Piłsudskiego, już takie… Usypano wtedy na Polu Mokotowskim kopiec i tu mam bardzo znamienne przeżycie. Nie byłem harcerzem, natomiast byłem Orlęciem. Orlęta to było jakieś konkurencyjne do harcerstwa zgrupowanie dzieci i młodzieży, patronem był Rydz-Śmigły, Orląt, i ja byłem takim Orlęciem. I pamiętam, przypadło mi w udziale wraz z innymi ciągnąć wagon z trumną Piłsudskiego – z Towarowej na Pole Mokotowskie, na kopiec. Raszyńską od Towarowej… Grójecką, Raszyńską, tory kolejowe były położone – i na Pole Mokotowskie ja ciągnąłem. Do dziś dnia tak jakbym czuł tę linę jeszcze…

Ale później, już po 1935 roku, Pole Mokotowskie stało się polem bitwy. W Śródmieściu były dwie ferajny. Dzisiaj nie wiem, czy moglibyśmy powiedzieć „chuliganie” – chyba nie. Była ferajna Julka z Emilii Plater, do której ja należałem – Emilia Plater, Hoża – i ferajna „Synka” ze Wspólnej. Szczególnie baliśmy się samego „Synka”. Paradował zawsze w czapce z szkoły Górskiego, to były te kepi, prawda? Julek miał zwyczaj prowokować „Synka” przeciwników. Pamiętam takie do dziś dnia: Wystąp, gnoju, na plac boju! No i toczyliśmy bitwy na kasztany. Nikomu się nic nie stało. Później szliśmy razem, wracaliśmy z Pola Mokotowskiego”.

Materiał został przygotowany w ramach dodatku tematycznego do Histmag.org: „Wędrówki po historii mówionej, czyli subiektywny przewodnik po relacjach świadków historii”, zrealizowanego we współpracy z Domem Spotkań z Historią.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Uderza to, jak odmiennie obaj świadkowie wyznaczają początki swych biografii, w czym upatrują źródeł swojej tożsamości. Pan Nowicki zaczyna od wiedzy, którą zaczerpnął z zewnątrz, jakby jego „ja” poszerzone było o historię całej rodziny, sięgając wielu pokoleń wstecz, podczas gdy pan Książczak wychodzi od tego, co sam pamięta o najwcześniejszych latach swego życia. Zwykle świadkowie łączą w różnym stopniu oba podejścia, przedstawiając najpierw rodziców i dziadków, przy czym ich własne wspomnienia z dzieciństwa mieszają się z tym, czego się później dowiedzieli od najbliższych. Warto też zauważyć, że Andrzej Nowicki buduje w pierwszej kolejności całą galerię postaci, które miały jego zdaniem w ten czy inny sposób wpływ na to, kim się stał, podczas gdy Zbigniew Książczak akcentuje bardziej przestrzeń, bezpośrednie otoczenie – opowiada o sobie, wspominając konkretne miejsca: ulice, dzielnice, parki, domy, które w tym autoportrecie odgrywają szczególną rolę.

Zbigniew Książczak w Ogrodzie Saskim, Warszawa, 1947. Fot. ze zbiorów Zbigniewa Książczaka/AHM, prawa zastrzeżone
Zbigniew Książczak w Ogrodzie Saskim, Warszawa, 1947. Fot. ze zbiorów Zbigniewa Książczaka/AHM, prawa zastrzeżone

Te dwie tendencje można zauważyć w wielu relacjach: jedni świadkowie skupiają się na powiązaniach rodzinnych i przyjacielskich, wspominając kolejne osoby, które bezpośrednio czy pośrednio wpłynęły na ich życie, drudzy zaś bardziej szczegółowo opisują scenerię, w której to życie się toczyło, tak że kolejne punkty na mapie stają się punktami wyjścia do nowych wątków, impulsami uwalniającymi lawinę wspomnień.

W obu przypadkach świadkowie historii stają się przewodnikami po niedostępnej dla nas rzeczywistości. Osoby, które przyjmują taką rolę, zgadzając się na rejestrację i zarchiwizowanie własnych wspomnień, mają nieraz poczucie doniosłości tego faktu. Zdarza się, że wprost mówią o ciążącej na nich odpowiedzialności: przekazywaniu następnemu pokoleniu jakiegoś dziedzictwa, mądrości, wartości, dawaniu świadectwa prawdzie. Wpływa to na ich język – ostrożny dobór słów, na budowanie przemyślanych zdań i formułowanie ogólnych ocen, na intonację sygnalizującą powagę, czasem wręcz podniosły ton. Często wplatają własne doświadczenia w szersze ramy zobiektywizowanej narracji historycznej, tak że poszczególne fragmenty ich wspomnień sprawiają wrażenie, jakby mogły z powodzeniem zastąpić niektóre ustępy podręcznika do historii najnowszej. Za przykład takiej dbałości o formę wypowiedzi może posłużyć relacja Barbary Chodorowskiej.

Barbara Chodorowska, sygn. AHM_2254

Pani Chodorowska, urodzona w Warszawie w 1927 roku, po wojnie ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim i przez wiele lat uczyła języka polskiego w warszawskim liceum im. Jana Zamoyskiego. W relacji przechowywanej w naszym archiwum wspomina własną edukację, pobieraną w warunkach okupacyjnych.

„Ponieważ w zamyśle Niemców, okupantów, było to, aby zlikwidować polską inteligencję, a przynajmniej nie dopuścić do wychowania nowego pokolenia, szkolnictwo warszawskie było tak zorganizowane, że dzieci polskie, młodzież polska mogła uczęszczać tylko do szkół zawodowych. Celem było zdobycie zawodu, a nie kształcenie intelektu. Wachlarz szkół zawodowych był ograniczony, był mały, szczególnie dla dziewcząt: były szkoły krawieckie, gastronomiczne… Ze względu na miejsce zamieszkania – Madalińskiego 3 – mamusia szukała takiej szkoły, która byłaby niedaleko tego miejsca położona. Taką szkołą okazała się być szkoła kupiecka, handlowa pań Janiny Popielewskiej i Janiny Roszkowskiej. Była to szkoła oficjalna, zatwierdzona przez kuratorium polskie pod nadzorem niemieckim i przedmiotami wykładanymi w tej szkole były przedmioty typowe dla handlu, a więc: reklama, stenografia, księgowość handlowa, rachunkowość, oczywiście język niemiecki. Nie było w szkole przewidzianych takich przedmiotów jak literatura, jak historia, jak przedmioty, które miały jakikolwiek związek z Polską, jej historią, narodem. W związku z tym bardzo szybko, bo już w październiku 1939 roku, Tajna Organizacja Nauczycielska, zwana TON-em, podjęła decyzję o organizowaniu nie tylko w miastach, ale w całej Polsce tajnych kompletów nauczania na poziomie gimnazjalnym, licealnym i uniwersyteckim. Tak więc zaczęłam naukę w szkole handlowej pani Popielewskiej–Roszkowskiej przy ulicy Bagatela 15, róg placu Unii. Nauka trwała codziennie od godziny ósmej do godziny czternastej lub piętnastej, a po tym czasie w tym samym budynku rozpoczynały się tajne komplety. Tak więc moja praca szkolna trwała dziewięć albo dziesięć godzin codziennie.

Komplety w pierwszych latach okupacji, czyli 1940–1941, odbywały się najczęściej w tym samym budynku szkoły zawodowej, do której chodziła młodzież. Wtedy, gdy terror wzrastał, czyli w latach 1942, 1943 i 1944, tajne komplety przeniosły się do domów prywatnych. Nauczycielami w szkolnictwie konspiracyjnym byli albo ci sami wykładowcy szkół zawodowych, albo wędrujący nauczyciele, czasem nawet wykładowcy szkół wyższych. Miałam szczęście, że języka polskiego uczył mnie profesor Wacław Borowy, który potem był promotorem mojej pracy magisterskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Wielu wykładowców uniwersyteckich szukało w ten sposób zajęcia zarobkowego, ale również chciało zasilić kadrę nauczycielską w tajnym nauczaniu. Pamiętam lekcje polskiego, historii, które były lekcjami patriotyzmu i odwagi, honoru. Odbywały się na Bagatela 15, ale nie w salach szkolnych, tylko na ostatnim, dziewiątym piętrze budynku w tak zwanych rotundkach, czyli oszklonych holach, w których dla szkół zawodowych... przeznaczone były jako hale maszyn. W tych oszklonych rotundkach, które do dziś są takimi wieżyczkami na budynku Bagatela 15, były poustawiane maszyny do pisania i w dzień, przed południem w tych salach uczyliśmy się maszynopisania. Po południu tam były komplety. Dlaczego tam? Dlatego, że były zorganizowane tak zwane czujki na schodach, byli dyżurni, którzy na każdym piętrze stali i obserwowali z okien klatki schodowej, czy żandarmeria niemiecka, która urządzała na placu Unii nieustanne masowe łapanki, nie wtargnęła czasem do budynku naszego pomieszczenia.

Irena i Antoni Finkowscy, w tle plac Unii Lubelskiej, po prawej widać budynek przy ul. Bagatela 15, Warszawa, 1939. Fot. ze zbiorów Longina Glijera/AHM, prawa zastrzeżone
Irena i Antoni Finkowscy, w tle plac Unii Lubelskiej, po prawej widać budynek przy ul. Bagatela 15, Warszawa, 1939. Fot. ze zbiorów Longina Glijera/AHM, prawa zastrzeżone

Kiedy komplety zaczęły odbywać się w domach prywatnych... pamiętam niektóre adresy i pamiętam miejsca, w których się odbywały, ale przede wszystkim może wspomnę mój dom. Na Madalińskiego 3 odbywały się w kuchni, ponieważ trzeba było pozorować zajęcia dziewcząt. Były to komplety siedmio- do dziesięcioosobowe. A więc mamusia przygotowywała fartuchy dla dziewcząt, jarzyny do obierania, kartofle, miseczki. I siedziałyśmy w kucki, uzbrojone w noże, łyżeczki – w każdym razie symulowałyśmy przygotowanie zup, obiadów. A intencją przygotowania takiego obiadu było zasilenie tak zwanej kuchni RGO – Rady Głównej Opiekuńczej – która była organizacją społeczną, służącą dożywianiu dzieci głodnych, więźniów, i tak dalej. Atmosfera tych lekcji była niezapomniana. W czasie lekcji mamusia serwowała ciasteczka robione z marchwi, herbatę z łupinek od jabłek – bardzo nam smakowały”.

Przytoczona opowieść, skonstruowana zarówno z dbałością o język, jak i o przekazanie uporządkowanych, konkretnych informacji, wydaje się gotowym elementem mogącym wzbogacić licealną lekcję historii poświęconą okupacji. Niejeden czytelnik z ciekawością wysłucha takiej przemyślanej relacji do samego końca. Jednak to osobiste akcenty są tym, co najbardziej przyciąga uwagę i stanowi najcenniejszą część relacji. Metoda biograficzna kładzie nacisk na zbieranie właśnie takich wspomnień. Rolą prowadzącego jest uważnie słuchać, budować atmosferę zaufania i w razie potrzeby odpowiednimi pytaniami delikatnie naprowadzać rozmówcę na bardziej osobiste wątki.

Dysponując wieloma publikacjami, zarówno naukowymi, jak i mającymi walor literacki, poświęconymi poszczególnym tematom historycznym, możemy dla odmiany szukać w historii mówionej autentyczności płynącej z naturalności i prostoty. Do wielu odbiorców, także do badaczy, bardziej przemówią wspomnienia niewygładzone, nieposzerzone o wiedzą książkową, nieupiększone zgrabnymi sformułowaniami natury ogólnej, nieprzetworzone pod wpływem polityczno-historycznych dyskusji toczących się w przestrzeni publicznej. Przyjrzyjmy się relacji Marianny Uścińskiej.

Marianna Uścińska, sygn. AHM_V_0118

Pani Uścińska, urodzona w 1917 roku w Uścianku Wielkim (wieś w województwie mazowieckim), mimo talentu do nauki musiała zrezygnować z dalszego kształcenia, by pomagać w rodzinnym gospodarstwie. Spędziła w Uścianku całe życie. W wywiadzie udzielonym wnuczce opowiedziała między innymi o doświadczeniach związanych z zagładą Żydów w czasie okupacji.

Marianna Uścińska: Mój brat, Wiktor, jak chodził do szkoły, to mu się tak podobała Żydówka, Szejna, że się w niej zakochał. Wiedział, że to przecież nic nie będzie. Ale na pamiątkę, to jak kończył siódmą klasę i ona, to jej taką wizytówkę dał i napisał: Głazy, marmury, kamienie ulegną niszczącej sile, ja swej przyjaźni nie zmienię, chyba że w ciemnej mogile.

Agnieszka Uścińska: Ułożył taki wierszyk czy skądś, gdzieś go znalazł?

M.U.: Nie, skądś tam. Tak. I ona mnie pokazała. Mówi: Słuchaj, czy on tak mógł czuć? Ja mówię: To chyba ty wiesz, bo do mnie to on tak nie napisze. A do ciebie to ja nie wiem, to chyba ty musisz tak wiedzieć. – Ja wiem, że on mnie lubi i ja jego bardzo lubię, ale ja wyjdę za Abrama, bo już myśmy się umówili. I ona z tym Abramem… nie wywieźli ich Niemcy, uciekli. Ona była w [niezrozumiałe słowo] stanie. Poszli tam za Czyżew, tam ich nikt nie znał. Oni się przebrali. Ona nie była podobna do Żydówki. Blondynka, ładnie mówiła. I tam u gospodarza robili. Ale jednak Polacy, takie te chuligani można powiedzieć, jednak wyśledzili, że to są Żydzi. I chcieli ich zabić i okraść, bo się spodziewali, że oni mają pieniądze. Dziecko się urodziło, malutkie było, i oni uspali dziecko i szli spać, ale słyszą, tu ktoś chodzi koło ściany. Ale stali, mówi: Nie, z tej strony to nie ma drzwi, a oni już śpią, musimy iść z tamtej strony. Tamoj są drzwi. Oni to usłyszeli, to on zdjął marynarkę, to dziecko owinął w marynarkę, a ona już się rozbierała, to bez pończoch, tylko w bluzce z gołą głową i w spódnicy i boso przez okno. I on złapał tego dzieciaka, tylko w koszuli i w spodniach. I zza Czyżewa lecieli tam, wiesz, koło… naprzeciw naszego tam, ty nie wiesz. Tam do tego lasku. Położyli tego dzieciaka pod krzak, a deszcz padał, jak nie wiem. Położyli pod krzakiem dziecko i przyszli do nas po ratunek.

A.U.: Do was do domu?

M.U.: Nie, do domu nie weszli, bo już spali, a oni się bali, żeby ich kto nie zobaczył. Tylko Wiktor akurat wyszedł na dwór, przychodzi taki blady i mówi: Ty wiesz, Szejna z Abramem są na dworzu prawie nago. Trzęsą się z zimna, mówić nie mogą. Chcieli ich zabić i oni dzieciaka zostawili w lesie pod krzakiem w marynarkę owiniętego. I żeby im cuś dać do ubrania. Ja mówię: No to ja musiałabym iść do drugiego mieszkania, bo tutaj no to w kuchni to nie mam nic. – A nie! Bo mama się obudzi i będzie ciekawa, i będzie na nas krzyczeć, że my z Żydami się zadajemy. To ja z siebie zdjęłam chustkę, zdjęłam serdak, miałam takie majtory długie, ciepłe, naturalnie, pończochy ściągnęłam. Dałam serdak. Mówię: No już ja więcej to nie mogę jej dać, bo nie mam co. Ale mówię: Czekaj, bluzkę jeszcze jej dam, bo ona ręce ma gołe. A Wiktor znów tam i dał im. I dał im kawał słoniny i pół bochenka chleba. I mówi… A ja mówię: Ty wiesz co? Na górze u nas to wisi kołdra. Pod nią nikt nie śpi, bo ona już jest stara, zniszczona. Tylko jak to bieżeńcy tak chodzili przed wojną i trzeba było ich przenocować, no to trzeba było dać im się czymś przykryć. To my tą kordłę oblekliśmy w poszwę i to dawaliśmy im do nakrycia. Jak oni poszli, to się znów powiesiło i wisiało. – To weź im oddaj tą kordłę. To choć tego dzieciaka będą mieli na czym położyć. I on poszedł i dał. Och, jak oni się cieszyli z tej kołdry. Ona mówi: Ja poszyję sobie takie serdaki z niej i temu małemu jeszcze wezmę i też owinę jeszcze go. Och, niech tej twojej siostrze Pan Bóg da wszystko najlepsze – mówi. I poszli, w nocy. Poszli do Nienałt, tam zaraz za Zarębami, i ona została u gospodarza z dzieckiem, a on poszedł za Andrzejew, już nie byli razem.

A.U.: To znaczy rozdzielili się, żeby się ukrywać?

M.U.: Oj tak, no bo przecież Niemcy Żydów powywozili, niech Bóg broni. I byli… Już front, ci z Rosji, to już był tam 8 kilometrów od nas. I sołtys z tej wsi, z Nienałt, poszedł do tych Niemców i powiedział, że to jest Żydówka.

A.U.: Czyli to już było pod koniec wojny.

M.U.: A pod koniec.

A.U.: W 1944 roku na pewno.

M.U.: No nie wiem, w którym roku to było, tylko że ten front z Rosji to już był tutaj blisko. Tam ile, dwa dni, trzy dni i już przyszedł do nas. I przyszedł, wziął to… Pyta się o ausweis, ona mówi: Nie mam. – Żydówka? Ona nic nie mówi. A mnie kobieta opowiadała, patrzała na to. – A to dziecko? A Żydzi są obrzezani, i wiesz…

A.U.: A to był chłopiec?

M.U.: To był chłopiec. Zobaczył, że obrzezany. – Czyj ten dzieciak? – Mój. I zabili i ją, i jego. Tego dzieciaka i ją. A ten mąż nic nie wiedział, on był za Andrzejewem, tam pracował gdzieś. Boże, jak on przyszedł, przyszedł do nas tam do stodoły, tam wysoko nad spichrzem był taki, tam było siano. Ach, jak on płakał. Powiedział: Wiktor… Ty nie masz pojęcia, jak on strasznie płakał. Płakał i powiedział, że: Jak ja przeżyję, to ja jego całą rodzinę wybiję. Tego sołtysa. No i siedział dwa tygodnie.

A.U.: U was się ukrywał, tak?

M.U.: Tak, siedział tamoj. Wiktor jemu nosił jeść. Ja nie wiedziałam, że on jest. Wiedziałam, że on weźmie garnek… Nieraz wydoiłam krowy: Wlej mnie tu mleka w kwartę. To ja wlałam i poszłam. A on jemu zaniósł i chleba, i obiad zaniósł. I siedział dwa tygodnie. – Abram, nie chodź. Już blisko Niemcy… – Te… nie Niemcy, tylko nasze wojska. – Już blisko. Posiedź. – Nie, ja jak tylko przez niemiecki front przejdę, to już ja się nie boję, bo tamci to mnie nie ruszą. I przeszedł przez niemiecki front i tamci go zabili, powiedzieli, że on jest szpiegiem. Zabili go. To brat tak go szkodował!”

Dębowa Góra, 1941. Fot. ze zbiorów Henryka Komorowskiego/AHM, prawa zastrzeżone
Dębowa Góra, 1941. Fot. ze zbiorów Henryka Komorowskiego/AHM, prawa zastrzeżone

Wiele już powiedziano i napisano na temat relacji Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej. Trudno jest poruszyć ten temat, nie wikłając się w pełne emocji dyskusje, nie narażając się na zarzuty z tej czy innej strony. Opowieść pani Uścińskiej jest wymowna w swej prostocie, jest w niej niemal wszystko: Polacy i Niemcy, miłość i nienawiść, okrucieństwo i ludzkie odruchy, świadome działanie i ślepy los – przedstawione bez ocen, szczerze i wprost. Relacje tego typu, rzadko wykraczające poza granice własnego doświadczenia rozmówcy, opowiedziane bez owijania w bawełnę, bez upiększeń, ubolewań i zastrzeżeń wydają się mieć szczególną wartość dla osób zainteresowanych pełnowymiarowym obrazem historii i zgłębianiem różnych jej zawiłości.

Otwarta formuła narracyjnego wywiadu biograficznego pozwala na pozyskanie bardzo różnorodnego materiału badawczego. Ujawnia w sposób szczególny osobowość mówiącego, dzięki czemu powstaje fascynujący zbiór, który oprócz tego, że może stanowić przedmiot badań historycznych, potrafi także zainteresować i zainspirować ludzi po prostu ciekawych świata i innych. Zachęcamy do zagłębienia się w te wspomnienia i poszukania relacji, która nie pozostawi Państwa obojętnymi.

Joanna Rączka (Dom Spotkań z Historią)

Materiał został przygotowany w ramach dodatku tematycznego do Histmag.org: „Wędrówki po historii mówionej, czyli subiektywny przewodnik po relacjach świadków historii”, zrealizowanego we współpracy z Domem Spotkań z Historią.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Joanna Rączka (Dom Spotkań z Historią)
Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2016 roku związana z Archiwum Historii Mówionej w Domu Spotkań z Historią, gdzie koordynuje projekt rozbudowy serwisu relacjebiograficzne.pl, udostępniającego unikalny zbiór wielogodzinnych wywiadów biograficznych i fotografii archiwalnych świadków XX wieku.

Wszystkie teksty autora

Sonda!
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy