Absurd goni absurd – (re)akcja Histmaga!
Kategorie: (Re)akcja Histmaga
2008-04-16 10:00 | Kamil Janicki
Dlaczego polskie muzea, biblioteki i archiwa bardziej zniechęcają niż przyciągają potencjalnych gości?
Muzeum Narodowe w Gdańsku. Setki eksponatów, w tym jeden, który naprawdę warto sfotografować — Sąd Ostateczny Hansa Memlinga. W muzeum można robić zdjęcia za opłatą. Tylko Sądu Ostatecznego, jednego z niewątpliwie najciekawszych obrazów w zbiorach tej instytucji, nie wolno fotografować wcale. Ani regulamin, ani zdrowy rozsądek nie wyjaśniają dlaczego.
Klasztor klarysek w Starym Sączu. To tutaj w 1279 roku wstąpiła księżna Kinga, a przed śmiercią także królowa Jadwiga. Konwent posiada bezcenne archiwalia dotyczące historii Polski, do których dostępu nie ma w zasadzie nikt, nawet historycy. W Polsce nie istnieją regulujące tę kwestię przepisy, więc o wszystkim decydują dysponujący wieloma cennymi źródłami zakonnicy, księża lub prałaci. Często bardzo niechętni ich udostępnianiu.
Archiwum Państwowe w Krakowie. Jak większość archiwów w Polsce, z bliżej nieokreślonych przyczyn, zabrania fotografowania swoich zbiorów. Studentom i naukowcom pozostaje spędzanie długich godzin w czytelni lub kserokopie, 2 zł za stronę.
To tylko trzy przykłady absurdów, od których aż się roi w polskich instytucjach naukowych i kulturalnych. Utrudniają życie naukowcom, ale także zniechęcają do historii i kultury ogół społeczeństwa. Przede wszystkim zaś młodzież, której historia i tak często wydaje się nudna i niepotrzebna. Podobnych problemów można by wyliczyć wiele.
- Dlaczego w wielu muzeach nie wolno robić zdjęć, nawet amatorskich?
- Dlaczego w pozostałych fotografowanie często jest objęte wysokimi opłatami, całkowicie niewspółmiernymi do wielkości i jakości wystawy?
- Dlaczego w państwowych archiwach nie wolno fotografować zbiorów, a często sam dostęp do nich jest utrudniony?
- Dlaczego w wielu bibliotekach państwowych i uniwersyteckich nie wolno kserować książek, nawet gdy nie zagraża to w żaden sposób ich stanowi ani nie narusza praw autorskich?
- Dlaczego w Polsce nie przeprowadza się digitalizacji zbiorów bibliotecznych na szczeblu centralnym, a lokalne inicjatywy tego typu rozwijają się niezwykle powoli?
- Dlaczego wiele instytucji kultury i zbiorów muzealnych jest dostępnych tylko dla osób z odpowiednimi stopniami naukowymi?
- Dlaczego widzimisię proboszcza utrudnia nieraz kwerendę w księgach parafialnych i możliwość odkrycia swoich korzeni?
- Dlaczego wiele bezcennych zabytków, np. zamek w Rudnie pod Krakowem, niszczeje, mimo że samorządy mają obowiązek o nie dbać?
Na tych osiem pytań, podobnie jak na dziesiątki innych, wciąż brakuje odpowiedzi. Pracujemy nad serią poświęconych tym kwestiom artykułów. Chcemy wywołać dyskusję, która być może pozwoli zlikwidować przynajmniej niektóre z wymienionych absurdów. Będziemy rozmawiać z dyrektorami muzeów, naukowcami i politykami.
W dużym stopniu powodzenie naszej akcji zależy od Was. Zachęcamy do komentowania artykułów, a także przesyłania nam informacji na temat absurdów, na które sami natrafiliście. Wysyłajcie maile na adres k.janicki@histmag.org lub zostawcie komentarz poniżej.
Pierwszy artykuł z planowanej serii ukaże się już w przyszłym tygodniu. Po rozmowach z dyrektorami kilku muzeów, naukowcami, fotografami i przedstawicielami fundacji Wikimedia spróbujemy wyjaśnić, dlaczego goście muzeów nie mają prawa fotografować wystaw.
Zobacz też:
- Muzeum twierdzą, fotograf wrogiem
- Fotografowanie w muzeach – legalne czy nie?
- Wybrane komentarze Czytelników dotyczące naszej akcji
Redaktor naczelny „Histmag.org” w latach 2008-2010, obecnie prowadzi biuro usług redakcyjnych. Członek redakcji projektu „Historia i media” realizowanego pod patronatem „Histmag.org” przez Fundację Nowoczesna Polska z funduszy programu „Patriotyzm Jutra”. Zawodowo zajmuje się książką historyczną, a także publicystyką historyczną. Jest głównym autorem i redaktorem naukowym książki „Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych” (2009), a także autorem około 500 artykułów – dziennikarskich, popularnonaukowych i naukowych. Kilka z nich ukazało się drukiem, reszta jest dostępna w internecie. Studiuje historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego zainteresowania naukowe obracają się wokół wielu tematów, przede wszystkim historii pograniczy rosyjskich i kwestii etnicznych w Europie i nie tylko. Do jego innych zainteresowań należą też polityka, antropologia kultury i punkty styku historii ze światem współczesnym. W przeszłości zajmował się mediewistyką.
Komentarze
2008-04-16 21:09 | Gość: Miotełka
Cześć.
Dwa lata temu, będac pracownikiem Dziennika Zachodniego znajomy naukoweic poprosił mnie o interwencję w pszczyńskim muzeum. Chciał, bym wyjaśniła dlaczego ksero tam jest bardzo wysokie(nie pamiętam już ile). Chłopak pisze ksiażki i z tego żyje, tylko że nie ma czasu na siedzenie cały czas w archiwum. Miła pani powiedziała mi, że muzeum chetnie udostępni zbiory na ksero ale nie może tego zrobić. Po prostu ciągłe kserowanie, narażanie papieru na dużą wiązkę światła niszczy wiekowe woluminy. Z tego powodu nie można nawet skanować. Z kolei zrobienie mikrofilmów szeroko dostępnych jest zbyt drogie. Wysoka cena za zrobienie kopii ma odstraszyć potencjalnych klientów,(robi to skutecznie), w ten sposób poozstaje jedno- mozolne ślęczenie na miejscu. Jest w tym racja. Podobnie jest z wiekowymi obrazami - farby ulegają rozkładowi i zniszczeniu pod wpływem lamp błyskowych. Pieniądze pobierane za fotografie "idą"na renowację dzieł sztuki. Nie wiem jednak jak to ma się do eksponatów na współczesnych wystawach:). Poza tym zauważcie, jak sprawa wygląda z Giocondą w Luwrze- oryginał jest zbyt cenny,by go zniszczyć i na ścianie wisi kopia, którą i tak wielu fotografuje mimo, że w każdym domu już jest jej reprodukcja:)
2008-04-16 21:09 | Gość: Kasia
Brawa za akcję! Trzymam kciuki za jej powodzenie. Jeżeli chociaż jedno muzeum dzięki temu stanie się przyjazne dla zwiedzających to wielki szacun dla pomysłodawców.
Swoją drogą rzadko bywam na wystawach/muzeach, ale obojętnie ile czasu upłynie zawsze czuję się tak samo - jak intruz, który przyszedł, żeby coś popsuć :/
2008-04-16 21:15 | Tomasz Leszkowicz
Miotełko - zgadza się, że inaczej sprawa wygląda ze starodrukami, które są bardzo cenne. Ale często ta sama wysoka stawka ksero obowiązuje w wypadku normalnej książki, którą nijak nie da się zniszczyć.
Zresztą - są inne sposoby na kopiowanie, chociażby fotografia, którą można robić bez flasha. Moja koleżanka robiła w Berlinie kwerendę do swojej pracy magisterskiej nt. XVIII-wiecznego starodruku i przywiozła cały tekst na fotografiach...
2008-04-17 14:43 | Gość: Archiwista
Dostęp do archiwów nie jest utrudniony, bowiem sama procedura rejestracji jest już uproszczona. Problem jest z wykonywaniem kopii dokumentów. Sieć archiwów państwowych od połowy lat 80 -tych zaczęła bardzo podupadać. Krachem dla archiwów okazała sie transformacja ustrojowa i powstanie IPN, który funkcjonuje jako archiwum wydzielone. I zabiera państwowej sieci archiwalnej siły i środki co przekłada sie na wykonywanie kopii zapasowych dokumentów. Samo Narodowe Archiwum Cyfrowe nie jest w stanie sobie poradzić. Problem się sumuje gdy weźmie się pod uwagę inne archiwa państwowe w naszym kraju. Sama usługa reprograficzna nie jest droga, co mnie dziwi mocno. Bowiem na zachodzie archiwa są traktowane nie tylko jako ośrodki zajmujące się dobrami kultury ale przede wszystkim jako miejsca gdzie przechowuje się niezbędne do funkcjonowania państwa dokumenty. To pozwala z państwowego budżetu wyasygnować większe środki na sprawy związane z reprografią i materialne zachęcenie pracowników archiwum by pozostali w instytucji. U nas tak nie jest przykładem jest Archiwum Akt Nowych (i reszta archiwów państwowych) wiecznie niedofinansowane, które funkcjonuje tylko dzięki zaangażowaniu i pasji słabo opłacanych pracowników, którzy są w wielu wypadkach bardzo dobrze wykształceni. Taka sytuacja wpływa na to że ceny u nas nie są wygórowane (a może być powinny, bo środki te zostałyby wykorzystane na inne potrzeby i archiwa w Polsce odzyskałyby należny im szacunek). Dalsze problemy związane z reprografią są już wynikiem wspomnianych zaniedbań. Dlatego, że dokumenty, które są już wyblakłe i tak "zaczytane" nie zostały przeniesione wcześniej na inny nośnik w związku z tym lepiej je trzymać w magazynie. Niedofinansowanie przekłada się również na brak maszyn skanerów xero kopiarek, które skróciłyby czas oczekiwania do minimum. Inną kwestią jest dostęp do dokumentów, bowiem w naszych archiwach wiele zespołów jest niedostępnych w wyniku braku opracowania i ewidencji. W związku z tym w korzystający muszą się uzbroić w cierpliwość bo 1200 słabo opłacanych (liczba maleje) strażników pamięci pracujących w sieci archiwów państwowych przy mikro nakładach nie jest w stanie sprostać żądaniom użytkowników archiwów. I na koniec przestroga. 2014 rok do jednego z archiwów państwowych zgłasza się użytkownik. Pragnie uzyskać zaświadczenie o tym że pracował w zakładzie. Archiwista odpowiada mu:
-Przykro mi bardzo ale w żadnym z archiwów państwowych dokumentacja Pana firmy nie jest przechowywana.
Pada pytanie:
-Dlaczego?
Odpowiedź:
Dlatego, że w wyniku zaniedbań finansowych i legislacyjnych nie mamy ludzi, żeby przejąć i opracować państwowy jak również niepaństwowy zasób archiwalny.
Pytanie:
-Co mi Pan radzi?
Odpowiedź:
- Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie Panu pomóc.
2008-04-17 18:06 | Gość: Kamil Janicki
Widzę, ze to właśnie archiwa budzą najwięcej emocji. Świetne, bo tekst na ten temat również przygotowujemy. Sam rozmawiałem z kilkoma archiwistami i z prof. Zamorskim na ten właśnie temat. Argumentacja na temat ksera jest kłamliwa z tego prostego powodu, że dziś już nikt nie kseruje starodruków i naprawdę cennych pozycji. To metoda nie tylko niewygodna, ale także szkodliwa dla dzieł i mało efektywna ze względu na jakość odbitki i jej rozdzielczość.
Dokumenty na całym świecie się fotografuje, za co w Polsce pobierane są zaporowe opłaty, mimo że w żadnym stopniu nie szkodzi to dokumentom.
Rozwiązaniem idealnym byłoby moim zdaniem obniżenie opłat (lub zniesienie) przy zastrzeżeniu, że wszystkie zdjęcia byłyby przekazywane archiwum. W efekcie nie angażując pracowników do tego zadania archiwa zyskiwałyby za darmo zbiory często profesjonalnych zdjęć. Tak się robi w wielu krajach, nawet na Ukrainie.
2008-04-17 18:15 | Gość: Przykuta
No, problem jest szerszy niż by się wydawało. Mnie ciągle dziwi, dlaczego nie można dokumentować zbiorów, jeśli można zagwarantować, że nie zostaną one narażone na zniszczenie/kradzież. A generalnie chodzi o fotografowanie z wyłączoną lampą, bez fotografowania zabezpieczeń itp.
Dzięki za opublikowanie tekstu, a przede wszystkim za to:
"Pracujemy nad serią poświęconych tym kwestiom artykułów."
Mam nadzieję, że będziemy przebijać się z tym do mainstreamu.
Sebastian "Przykuta" Skolik
2008-04-17 19:01 | Janek
Mnie osobiście dziwi coraz mniej, przynajmniej jeśli chodzi o muzea. W tej sprawie pełno jest argumentów fałszywych, ale muzea rzeczywiście mają nieco racji po swojej stronie. W żadnym razie nie uprawnia ich to jednak do tworzenia całkowitych zakazów, w sytuacji gdy są tylko "przechowalniami" dzieł sztuki. Więcej na ten temat mam nadzieję już w poniedziałek, o ile pierwszy artykuł szybko przejdzie przez korektę.
2008-04-17 21:17 | Gość: rodak
"Dlaczego wiele bezcennych zabytków, np. zamek w Rudnie pod Krakowem, niszczeje, mimo że samorządy mają obowiązek o nie dbać?"
Wypowiem się tylko w tej kwestii, ponieważ tylko tutaj mam jaką-taką wiedzę. Samorządy po prostu nie mają na to pieniędzy. Jedynie gminy dysponują w miarę zauważalnymi dochodami własnymi, które mogą przeznaczyć na to, co uznają za słuszne, w sposób, który uznają za słuszny. Powiat i województwo są praktycznie całkowicie uzależnione od środków rządowych - to władze centralne decydują na co i ile pieniędzy mają samorządy przeznaczyć, mimo szumnych deklaracji, że jest inaczej. Co do obowiązku dbania o zabytki, to sprawa jest o tyle skomplikowana, że nawet gmina, która czasem mogłaby sobie i pozwolić finansowo na odremontowanie tego i owego, nie pała to takich inicjatyw miłością, bo musi się liczyć z opinią konserwatora zabytków, który działa na własnych zasadach, stanowiąc zupełnie abstrakcyjną wyspę na mapie administracji państwowej (trochę przesadzam, bo to problem w ogóle całej administracji specjalnej). Generalnie: wszystko pięknie, samorządy mają określone obowiązki, bardzo przyjemnie się wszystko zwala na samorządy, ale zadania muszą być za coś finansowane, a w Polsce niestety istnieje chory sposób zbierania dochodów przez jednostki s.t.
2008-04-18 09:46 | Gość: Archiwista
W kwestii ksera częściowo przyznałbym rację, bo starodruków nie da się kserować, bo to zagraża ich istnieniu, (może skany wielkoformatowe no i zdjęcia) tak samo jak części dokumentów wytworzonym w latach 1917 - 1945 (i troszkę dalej). Decyduje tu wiele względów ale najważniejszy jest papier, który był słaby, zakwaszony itd.). Owszem można przeszkolić archiwistów, tylko zamyka się koło, kto ma to zrobić, sfinansować. Według mnie sprawa jest prosta. Tak jak w Archiwum Akt Nowych był uruchomiony grant na "Kwaśny papier" tak samo można uruchomić grant na przeszkolenie pracujących już archiwistów w sieci archiwów. Sprawa odprowadzenia środków za wykonaną fotografię, skan jest mocno dyskusyjna i nawet gdy w gronie archiwalnym dyskutujemy ten temat dochodzi do burzy. Jestem zwolennikiem opłat i to dużych szczególnie dla instytucji!!! Badacze też płacili by może trochę mniej. W przypadku wykonywania kopii jestem rzecznikiem rozwiązań podjętych w archiwum Hordija Pszenycznego na Ukrainie, gdzie kopie robi się z istniejących mikrofilmów. No cóż ale oni tak jak Moskiewski GARF mają większość zbiorów zmikrofilmowanych (zaczeli od 1945 r.). I wykonanie kopii z mikrofilmu jest stosunkowo tanie (chociaż w CDAVO w Kijowie za digitalizację Kancelarii Ericha Kocha Bundesarchiv zapłacił koszmarne pieniądze. Bo kopie wykonywano z oryginałów. Natomiast jak środki zostały spożytkowane tego nie wiem). Podsumowując. Za skany i zdjęcia z oryginałów w polskich archiwach będziemy płacić dużo bo nie zostały zmikrofilmowane, dlatego te ogromne środki wykładane przez użytkowników przeznaczone będą na konserwację i zabiegi ochronne. Za niecelowe uważam robie nie zdjęć pojedyńczym dokumentom czy też kilku teczkom zespołu, bo użytkownicy chą tylko wycinek z całego zespołu. W tym przypadku lepiej zrobić zapasową kopię raz i problem mieć z głowy.
2008-04-18 09:47 | Gość: Elea
Zapraszam do Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli www.muzeum.stalowawola.pl
to pierwsze tak otwarte i dostępne muzeum w Polsce, a nawet są eksponaty, których wolno dotykać!Młoda załoga, wiele wystaw, bogata oferta edukacyjna a przede wszystkim fajna atmosfera!Wiec nie piszcie takich generalizujących tylko sprawdźcie jak inne muzea funkcjonują!
pozdrawiam:)
2008-04-18 11:01 | Gość: Azja
Ciekawi mnie jak wybrniecie z tego tematu. ;)
A teraz sobie ponarzekam.
Moja współpraca z muzeami i archiwami, jako że pracuje w wydawnictwie, polega na "żebraniu" o fotografie. Poza chlubnymi wyjątkami, jak CAW, BN czy Muzeum Niepodległości w Warszawie, są muzea i archiwa, które mają dokumentację zbiorów (np. MWP w Warszawie), ale wyciągnięcie od nich fotografii/skanu graniczy z cudem, ponieważ wolą żebyśmy im zapłacili za zrobienie nowej... W innych muzeach dostaję fotki za ładny uśmiech lub wspomnienie o nich w stopce. Niektóre największe muzea liczą sobie ponad 300 zł za fotografię, a niektóre... 15 zł.
I to jest właśnie absurd. Rozumiem, że to są dochody dla muzeum, ale standard światowy wymaga, żeby muzea miały ogólnie dostępne katalogi zbiorów, albo chociaż współpracowały z agencją fotograficzną. Jaki sens ma fotografowanie ciągle tego samego dzieła dla wyciągnięcia pieniędzy? (Dla celów naukowych udostępniane są najczęściej za darmo -cześć i chwała im za to, nawet w Polsce się to zdarza.) Poza tym każde polskie muzeum ma magazyn zapchany eksponatami, których nie wystawia. Jeśli się nie zna specjalisty bardzo trudno dotrzeć do tych małych skarbów. Bardzo pod tym względem zachwyciło mnie MN we Wrocławiu, które ma swój katalog zbiorów z dużą ilością fotografii - uwzględniający też nie pozostające na ekspozycji zbiory portretów czy grafik! BN wydało kilkutomowy spis rycin i litografii z postaciami ważnymi dla historii Polski, z dokładnym opisem nr. negatywu i miejsca przechowywania, oraz z fotografiami - tylko wybierać i zamawiać. Można więc skatalogować zbiory i udostępnić informacje o nich, jeśli się chce.
Inną sprawą są archiwalia, lub eksponaty zaliczające się do grupy stale potrzebnych do pracy naukowej. Odpowiedź powinna być jedna -digitalizacja. India Office w Londynie udostępnia 85% zbiorów w formie cyfrowej (sporą cześć przez internet), tak że zaledwie szczątek pracujących w tym archiwum naukowców musi sięgać po oryginały starszych dokumentów. Oczywiście za wydruki się płaci - cóż, nie kwestionuję tego, w końcu z czegoś muszą się utrzymywać - ale jest to opłata za: ewentualny dysk CD, zużycie papieru, itp., wbrew pozorom wcale nie tak wysoka.
A na koniec jedno mnie zastanawia - nawet uniwersyteckie biblioteki nie korzystają z opcji dygitalizacji zbiorów w stopniu, który by umożliwiał przerzucenie części czytelników na internet lub komputer (polecam amerykańskie i brytyjskie biblioteki i archiwa, które mają opcje abonamentowe korzystania ze zbiorów on-line). Brak ludzi? Przepraszam - a pętający się tam ciągle studenci na praktykach? Czemu by nie zatrudnić ich (na zaliczenie) do skanowania i opracowywania zbiorów? Jak to się mówi, darmowa siła robocza i to działająca we własnym interesie...
2008-04-18 13:39 | Gość: Zbig
Bezsensowne zakazy, ograniczenia dostępu do dóbr kultury, niechęć proboszczów do udostępniania ksiąg parafialnych itd. Dobrze to znam i boleję nad tymi faktami. I na horyzoncie nie widać sensownego rozwiązania, gdyż digitalizacja potrwa wieki o ile w ogóle do niej dojdzie.
2008-04-18 13:40 | Gość: rodak
To o czym piszesz, to właśnie błąd w myśleniu polskich muzealników, kustoszy i dużej części historyków - muzeum to nie ma być placówka dochodowa, która będzie się utrzymywać z tego, że pozwoli mi za chore pieniądze sfotografować list Mickiewicza! Przecież muzeum często nie jest właścicielem, w cywilnoprawnym znaczeniu tego słowa, zabytków, więc nie powinno pobierać opłat za to, że przechowuje coś w interesie społecznym. Jeśli muzeum chce sobie wyremontować ogrodzenie za pieniądze, które ileśtam osób zapłaci za ksero, zdjęcia, kilochuchnięcia na starodruki i Bóg wie za co jeszcze, to komuś się tu poprzestawiał sens i główna idea, jaka przyświeca tego typu placówkom. Już pomijam oczywistość - że człowiek, który chce zrobić zdjęcia listom Mickiewicza z reguły nie robi tego dla frajdy, tylko pro publico bono, bo gdzieś tam w światku naukowym próbuje zaistnieć. Rzucanie takim ludziom kłód pod nogi, jak słusznie zauważył Histmag, jest po prosru szkodliwe, nawet już nie bezsensowne.
2008-04-18 16:11 | Gość: Archiwista
A propos pętających się na praktykach studentów. Oni nawet jeżeli mają archiwistykę, to nie wiedzą nawet jak wypełnić kartę inwentarzową (rzecz której ich uczą na studiach). Z drugiej strony oni totalnie mają gdzieś praktyki. Nie wielu jest zaangażowanych i to jest smutne, a badacze no cóż póki nie będzie lepszych rozwiązań na razie będą zmuszeni narzekać na muzea i archiwa. Smutne to...
2008-04-18 17:39 | Gość: Kamil Janicki
Odpowiadam na uwagi :)
Archiwisto: nie zgadzam się z Twoim punktem widzenia, o ile dobrze go rozumiem. Zaporowe opłaty hamują dostępność kultury. Dopuszczenie ludzi do wykonywania fotografii własnym sprzętem to podstawa, a zakazy w tej dziedzinie nie mają jak sądzę żadnego logicznego uzasadnienia. Nie będę jednak wyprzedzać tematu - obecnie skupiamy się przede wszystkim na kwestii muzeów, na archiwa czas przyjdzie później.
Eleo: Oczywiście, w 100% się z Tobą zgadzam! nie mamy na celu generalizowania. Pisząc artykuł, który ukaże się w poniedziałek przeprowadziłem wywiady z dyrektorami kilku "przyjaznych" muzeów. Zresztą o tych właśnie muzeach XXI wieku prawdopodobnie napiszemy jeszcze osobny tekst. Proszę o cierpliwość.
Rodak: Jeśli chodzi o muzea, to dokładnie o tym myślałem pisząc artykuł. Liczę na Twój komentarz, kiedy ten już się ukaże. Co zaś do zabytków, zgadzam się z Tobą, bo sam miałem nieco do czynienia z administracją. Często jednak problemem jest brak dobrej woli na poziomie samorządów, które nie tylko nie chcą pomóc finansowo, ale na dodatek rzucają kłody pod nogi osobom działającym społecznie. Ponownie jednak wolelibyśmy uniknąć generalizacji.
Pozdrawiam wszystkich w imieniu redakcji i zapraszam do dalszej dyskusji. Może parę słów o robieniu zdjęć w muzeach?
2008-04-20 03:57 | Gość: Cancre
Bardzo się cieszę z artykułu, a gdyby sprawa zyskała rozgłos także w innych mediach – byłoby wspaniale. Oczywiście, wszystko to, co jest w artykule, to prawda, tyle że okrojona – ale mam nadzieję, że dalsze artykuły poszerzą ten problem :) Pozwolę sobie zatem zwrócić uwagę na parę istotnych, moich zdaniem kwestii, dotyczących głównie muzeów.
1. Przyczyny. Po pierwsze należy postawić pytanie, dlaczego takie zakazy w ogóle powstały. Najbardziej oczywiste to kwestie konserwatorskie, porządkowe i chęć zapobiegnięcia kradzieżom, zapewne są tez jakieś inne. Fajnie by było, gdyby ta sprawa trafiła do jakiejś większej gazety, która po prostu przepytałaby kilku dyrektorów muzeów w tej kwestii. Bo na dzień dzisiejszy wiemy, że na przykład zakaz na Wawelu został wydany "wewnętrznym rozporządzeniem dyrektora". I tyle.
2. Kwestie konserwatorskie. Oczywistym jest, że światło szkodzi wielu zabytkom – zwłaszcza rysunkom, tkaninom, obrazom. Jasne jest – przynajmniej dla mnie – że zezwolenie na fotografowanie w muzeach, gdzie znajdują się szczególnie cenne zbiory (vide arrasy wawelskie) jest uzasadnione, zwłaszcza dziś, gdy turysta ma aparat cyfrowy z wbudowaną lampą, którym pstryka na prawo i lewo. Ale równocześnie każda osoba, która potrzebowałaby zdjęcia danego zabytku, powinna mieć prawo wykonać zdjęcia - niechby i nawet po złożeniu pisemnej prośby, ale takie prawo powinna mieć. Zwłaszcza, gdy nie ma innej możliwości zdobycia wizerunku danego obiektu; daleko nam niestety do tego stopnia digitalizacji zbiorów, jak w zachodniej Europie czy USA. Internetowy katalog Luwru zawiera bodaj pełny zbiór wszystkich obiektów, większość z obrazkami i krótkimi opisami. A mistrzostwem dla mnie jest NG w Waszyngtonie – oprócz zdjęć jest opis, dokładna proweniencja, wystawy, bibliografia itd.
3. Kwestie porządkowe. Bądźmy szczerzy – zachowanie przeciętnego turysty, który pstryka zdjęcia, gdzie tylko się da, często bez większego składu i ładu, może być męczące i irytujące, zwłaszcza gdy zdjęcia XVII-wiecznego pieca nie są mu absolutnie do niczego potrzebne, a robi je po, żeby zrobić. To utrudnia zwiedzanie, bo wycieczki przystają przy każdym obiekcie, flesze przeszkadzają innym itd. A przecież dużo ładniejsze zdjęcia można kupić sobie w sklepiku.
4. Kradzieże. Argument często przywoływany, ale ja przynajmniej w wielu wypadkach go nie rozumiem. Co jest na wystawie w MN w Warszawie można sobie sprawdzić idąc na wystawę i nie trzeba tego fotografować, a co jest w magazynie można sprawdzić w katalogu. Chyba że ktoś fotografuje – bo ja wiem? – lokalizację alarmów albo cos podobnego. Może wtedy. Odrębną sprawą są małe kościółki czy inne niewielkie muzea, których zbiory są zasadniczo niezinwentaryzowane i słabo chronione. Znam z autopsji sprawę pewnego kościoła, którą odwiedziła grupa złodziei, podająca się bodajże za historyków sztuki, którzy wykonali komplet zdjęć, a potem mieli ułatwioną kradzież. Trudno się więc dziwić niechęci księży wobec fotografowania po takich historiach.
5. Dyrektorzy. Dyrektorami różnych zacnych instytucji kulturalnych są najczęściej osoby doświadczone, utytułowane, a co się z tym wiąże – urodzone w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów i Internetu. Trudno się więc z jednej strony dziwić, że nie dostrzegają potrzeby inwestowania w informatyzację. Ale z drugiej, w muzeach pracuje masa młodych, pozytywnie nastawionych do digitalizacji osób, które ze zrozumieniem (ba, nawet entuzjazmem) odnoszą się do nowych technologii. To oczywiście uproszczenie, ale kwestia wymiany pokoleń niewątpliwie przyczyni się do choć częściowego rozwiązania tego problemu.
Reasumując te przydługie wywody mam nadzieję, że autorzy dalszych artykułów na ten temat zwrócą uwagę nie tylko na sam problem i niesprawiedliwość, jaka spotyka biednych turystów, studentów i ogólnie obywateli, chcących wykonać zdjęcia, ale także na przyczyny i sposoby rozwiązania. A ja bynajmniej nie staram się bronić dyrektorów, bo absolutnie zgadzam się z ogólnymi założeniami tej akcji, ale chciałabym spróbować zrozumieć także ich stanowisko.
2008-04-20 14:01 | Janek
O większość tych spraw wypytałem dyrektorów kilku muzeów. Przede wszystkim o kwestie kradzieży, praw autorskich i zniszczenia dzieł. Powód lokowałbym raczej gdzie indziej, ale o tym już wkrótce :)
2008-04-20 16:18 | Gość: althaar
Chciałem tylko dodać jeszcze jeden dziwny przykład. W niektórych miejscach (np. w kościele NMP w Krakowie) można wykupić za kilka złotych pozwolenie na robienie fotek we wnętrzu, ale... nie wolno korzystać ze statywu. Bardzo to intrygujące, ale nie udało mi się nigdy dowiedzieć jakie spustoszenia w wyposażeniu takiego miejsca może robić statyw.
Jako ciekawostkę można też spróbować zrobić zestawienie wysokości opłat za możliwość robienia fotografii wewnątrz danego zabytku. Mój typ nr 1 to Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu - cena 63 zł (ale nie wolno robić zdjęć na II piętrze ;))
2008-04-20 17:46 | Gość: Cancre
@althaar:
Jeśli chodzi o statyw, to wszystkie muzea bez wyjątku cierpią na statywofobię. Patogenezy tego zjawiska nie sposób dociec czy zrozumieć. Wystarczy przykład: na wzgórzu wawelskim (np. przed katedrą albo na dziedzińcu zamkowym) zdjęcia można robić do woli, nawet od świtu do zmroku, dowolnym aparatem, łącznie z półmetrowym teleobiektywem :) Na widok rozkładanego statywu zjawia się ochroniarz informujący, iż to zabronione. Czemu - nie jestem w stanie tego pojąć.
Nie chodzi przecież o ciasną salkę, gdzie po rozłożeniu statyw zajmuje całe przejście. Bo może taki wzgląd ma na uwadze dyrekcja Muzeum w pałacu Ciołka, gdzie zdjęcia robić można, ale zasadniczo jest tam tak ciemno, że bez statywu i tak sensu to nie ma, więc dla muzeum problem z głowy, bo nikt sie na to nie porywa. Podejrzewam, że chodzi o jakieś zakodowane w podświadomości przekonanie, że statyw=profesjonalny fotograf, który zaraz będzie chciał te zdjęcia komuś sprzedać albo nie wiadomo w jakim celu je wykorzystać. Ale to tylko moja hipoteza robocza, powstała z braku innych, bardziej racjonalnych :)
2008-04-20 18:12 | Gość: curator
Dzięki za podjęcie tematu i spojrzenie z dwóch stron "barykady". Czekam na rozwinięcie tematyki o głosy strażników "świątyni Muz". Ja przepadam za muzeami i biblotekami, które znam nie tylko z esejów Umbeto Eco... Zresztą sama jestem bibliotekarką i pracuję w muzeum. Będąc gościem niektórych takich placówek, czasem sama narzekam na bariery biurokratyczne, ustawodawcze, a czasem na zwykłą ludzką nieżyczliwość. Podobał mi sie głos Azji i przytoczone angielskie wzorce. Ciekawe kiedy będziemy mogli przełożyć je na nasze podwórko?
W zeszłym roku chcąc nabyć pewne doświadczenie i poznać jak funkcjonuje angielska instytucja muzealna od kuchni, zatrudniłam się w pewnym muzeum jako wolontariusz. Oczywiście było to tam możliwe! Po powrocie do kraju stwierdziłam jednak, że w polskim muzeum (nawet tak przyjaznym i otwrtym jak moje macierzyste), byłoby to trudne do przeskoczenia.
2008-04-20 18:47 | Janek
Zapraszam w takim razie do rozmowy. Chętnie poznamy pani doświadczenia, które moglibyśmy zawrzeć w jednym z kolejnych artykułów. Jeśli tylko ma pani czas, to zapraszam do kontaktu via e-mail lub gg (4811914).
2008-04-21 10:13 | Gość: Bożena Michalska
Biblioteki cyfrowe w Polsce rozwijają się dynamicznie, od 2001 roku zrobiliśmy ponad 128 tys. obiektów cyfrowych wszystkie są dostępne online, za darmo z jednego miejsca: http://fbc.pionier.net.pl/owoc. mamy dobrą sieć współpracy 17 bibliotek, więc tu pytanie jest bezzasadne. Trzeba czytać literaturę fachową na ten temat. Polecam Biuletyn EBIB: http://www.ebib.info/ i raport dla Komisji Europejskiej: http://www.ebib.info/content/view/1258/.
2008-04-21 11:05 | Janek
Nie zgadzam się z Pani opinią. 128 tysięcy obiektów cyfrowych to liczba bardzo niska. Szczególnie, jeśli uświadomimy sobie, że gigantyczna część z nich to czasopisma, druki ulotne itd. "Książek" sensu stricto prawie się nie dygitalizuje. Co więcej 128 000 to liczba, która przynajmniej mnie nie zachwyca. Przeciętna biblioteka wojewódzka ma większe zbiory. Tymczasem mówimy o wszystkich bibliotekach cyfrowych w kraju! Zresztą, kiedy patrzę na konkretne dane, tylko utwierdzam się w swojej opinii. Poza biblioteką wielkopolską i kujawsko-pomorską, wszystkie inne posiadają niewielkie zbiory do 10 000 obiektów. Czy jak na 7 lat dygitalizacji to dużo?
Oczywiście serdecznie zapraszam do dyskusji!
2008-04-21 11:21 | Gość: Krzysztof Widziński
Mam wrażenie, że zarzut w sprawie klasztoru klarysek jest nieuzasadniony. Jakby nie patrzeć kościół to instytucja, ale "prywatna" nie państwowa. W związku z tym to ta instytucja decyduje co i kiedy ma udostępnić. Ta sama zasada tyczy się prywatnych właścicieli. Oni mają wyłączne prawo decydowania o własnej własności. Więc możemy się zżymać na to, że nam czegoś nie udostępnią, ale trzeba to zaakceptować. Jakiekolwiek wymuszanie ograniczenia prawa własności na naszą rzecz byłoby zwyczajnie nieuzasadnione i patologiczne. Wydaje mi się, że problem można rozwiązać poprzez rozmowy z właścicielami danych zbiorów. Negocjacje bywają często bardzo owocne.
I jeszcze jedna sprawa - podniesiono tu głos, że muzeum nie jest placówką dochodową. Z tym jest różnie, w moim odczuciu aby muzeum mogło się rozwijać powinno być w miarę niezależne finansowo od państwa, czyli de facto być placówką dochodową! Dotacje na kulturę i naukę są jakie są, a pewna niezależność i show pozwoliłoby na wzrost poziomu, czy pozyskiwanie nowych eksponatów. Prywatne muzea to byłby chyba ideał.
2008-04-21 12:47 | Janek
Krzyśku, nie do końca się z Tobą zgadzam. Zapewne czytałeś "Pochwałę historii" M. Blocha. Już ponad pół wieku temu spostrzegł on, jak wiele nasza dziedzina traci, na niedostępności różnego rodzaju dokumentów będących w posiadaniu kościoła.
W przypadku archiwów kościelnych nie chodzi o typową własność prywatną. Archiwa te przechowują przeróżne dokumenty państwowe i zabytki polskiej kultury. Dla dobra polskiej nauki byłbym zwolennikiem stworzenia prawa wymuszającego udostępnienie tego typu zbiorów do badania naukowego i katalogowania. Nie naruszałoby to w żaden sposób praw instytucji kościelnych, a bardzo posunęło do przodu badania.
Oczywiście w obecnej sytuacji naszym celem jest raczej skłonienie proboszczów, klasztorów i innych instytucji do okazania większej ilości dobrej woli.
2008-04-21 13:57 | Gość: Krzysztof Widziński
Janek jest pewien problem. Każde ograniczenie prawa własności powoduje naruszenie podstaw naszej kultury i cywilizacji. Sprawa jest poważna, ale rozwiązanie przez wymuszenie prawne jest chyba pomyłką. To tak jakby do Twojego domu wpadli urzędnicy by skatalogować wszystko co masz w domu. To, że kościół jest w posiadaniu zabytków "polskiej kultury" itd. wcale nie uprawnia nas do ingerowania w jego prawo własności.
Sprawę rozwiązać można inaczej. Mi się wydaje, że rozmowy historyków z episkopatem czy z prymasem, oraz jak w przypadku zakonów z ich władzami i podpisanie właściwych umów o udostępnianiu i możliwości katalogowania dóbr kultury byłyby wystarczające. Bez wymuszania itp.
Jasne, że nasza dziedzina wiele traci na dzisiejszym stanie rzeczy, ale ingerowanie w prawo własności chyba nie jest najlepszą droga do poprawy tego stanu rzeczy.
2008-04-22 00:02 | Janek
Pytanie co, jeśli takie rozmowy nic nie dają?
W każdym razie zapraszam do lektury naszego nowego artykułu.
2008-04-22 01:09 | Michał Świgoń
Link do rzeczonego tekstu:
http://histmag.org/?id=1767 :)
2008-04-22 15:53 | Gość: Krzysztof Widziński
[Pytanie co, jeśli takie rozmowy nic nie dają?]
Pogodzić się z tym stanem rzeczy. Nie możesz nakazywać ludziom co mają robić z własną własnością.
2008-04-25 20:03 | Gość: Łukasz Męczykowski
Pozwolę sobie na głos "optymistyczny". Swego czasu miałem przyjemność odwiedzenia Biblioteki MWP, a także biblioteki przy Szkole Pancernej (nie pamiętam dokładnej nazwy) w Poznaniu. W MWP (rzecz jasna po skierowaniu odpowiedniego pisma do Dyrektora) pracownicy sami mnie pytali, czy wziąłem aparat. W Poznaniu pracownicy byli również przemili i ogromnie pomocni. Co więcej, kiedy przez moje roztargnienie zostawiłem tam piórnik mej Lubej, bez jakiegokolwiek narzekania odesłali mi go wraz z zawartością po mej telefonicznej prośbie.
2008-04-26 19:05 | Gość: Peter
A dla czego w Polsce nikt nie może zbudować prywatnej elektrowni (własność)? A dla czego kopując "coś"w sklepie płacimy trzy razy podatek? A dla czego w cenie paliwa samo paliwo to 1/3 ceny? A dla czego płacimy abonament RTV mimo, że TVP to instytucja utracjuszy grosza publicznego. A dla czego "sprzedając" swoją ziemię pod drogę publiczną musimy się zgodzić na biegłego z urzędu?
Prosta odpowiedź:
1. Od 1989 r. administracja publiczna wzrosła o 150 - 160% (tzw. tanie Państwo).
2. Każda biurokracja dąży do jak największego zawłaszczenia decyzyjnosci o dobrach publicznych, musi udowodnić swoją przydatność.
2008-04-27 12:42 | Tomasz Leszkowicz
Łączymy się w bólu w związku z niemożliwością posiadania własnej elektrowni i przy okazji zbliżającej się majówki zachęcamy do odwiedzenia jakiegoś ciekawego muzeum, tudzież spaceru do jakichś zamkowych ruin :)
2008-04-30 20:30 | Gość
Takie rzeczy tylko w Polsce...
