Anna Augustyniak: Niemieccy kupcy krążyli po rynku, oglądali ludzi na targu, wybierali i płacili za nich urzędniczce z Arbeitsamtu

opublikowano: 2024-03-25 07:36
wszystkie prawa zastrzeżone
poleć artykuł:
Anna Augustyniak w powieści „Na targu niewolników III Rzeszy” rekonstruuje historię rodziny. Jednym z bohaterów jest jej ojciec, Jan Śliwiński, a jego przykład odzwierciedla losy tysięcy robotników przymusowych wywiezionych w głąb III Rzeszy. Jak sam przyznaje, „wojenne historie nie opuściły go, zawsze czuł się wyobcowany i uwięziony w przeszłości”. Powieść stanowi swego rodzaju rozliczenie z tamtym czasem.
REKLAMA
Jan Śliwiński pokazuje zdjęcie wykonane w III Rzeszy, na którym jest wraz z siostrą Krysią (fot. Krzysztof Wojda, prawa zastrzeżone).

Magdalena Mikrut-Majeranek: Od lat popularyzuje Pani historie ludzi, opisując ich dzieje w swoich książkach. Na koncie ma Pani już m.in. opowieść o Antonim Sobańskim czy o Irenie Tuwim. Pod koniec stycznia ukazała się Pani najnowsza powieść - tym razem bardziej osobista, bo opowiadająca o historii Pani rodziny. Co przesądziło o tym, że zdecydowała się Pani na opisanie tej tragicznej karty z dziejów najbliższych?

Anna Augustyniak: Historia, którą opowiadam w książce, dojrzewała we mnie długo, znałam ją od zawsze, wyrastałam w cieniu wspomnień mojego taty, ale to było coś naszego. Coś, co nazywa się wewnętrzną kroniką rodziny. I nagle któregoś dnia uświadomiłam sobie, że zdarzenia te nie są jednostkowe, że to doświadczenie milionów ludzi, których Niemcy zwieźli do swojego kraju i uczynili z nich tanią siłę roboczą. Gdzie są ich głosy, gdzie ich opowieści, gdzie retrospekcje? Niewątpliwie, wiele relacji robotników przymusowych zostało zanotowanych w dziennikach, pamiętnikach, opisano je w naukowych rozprawach, ale w literaturze ten temat był mało poruszany i jakoś się rozmywa w powszechnej świadomości. Postanowiłam więc uwiecznić historię mojego ojca i jego rodziny, ale gdy zasiadłam do pisania, okazało się, że nie jest łatwo snuć opowieść o najbliższych, o ich cierpieniu, upodleniu, zmaganiu się ze śladami, które w nich zostały na zawsze.

W swojej powieści porusza Pani temat deportacji ludności cywilnej do Trzeciej Rzeszy i zmuszanie jej do niewolniczej pracy na rzecz Niemiec, w tym proceder handlu ludźmi i kupczenia ich życiem za 20 marek. Jak przebiegał on w przypadku Pani rodziny?

Tak samo jak w przypadku ludzi różnych innych narodowości, w tym i Polaków, których zwożono pociągami do Niemiec i umieszczano w prowizorycznych barakach na dwa, trzy dni. Był to czas potrzebny na sprawnie przeprowadzaną selekcję, rejestrację i wyrabianie dokumentów, by móc każdemu robotnikowi przebywającemu na terenie Deutsches Reich założyć dowód tożsamości, czyli Arbeitsbuch Für Ausländer. Równolegle kładziono nacisk, jak we wszystkich obozach przejściowych, na pozbycie się brudu. Strach przed brudem był wręcz obsesją niemiecką, przetrzymywano ludzi w upadlających warunkach, bez stałego dostępu do wody i latryn, a te polowe prysznice miały niby coś zmienić…

REKLAMA

Pod gołym niebem do naga kazano rozbierać się kobietom, mężczyznom i dzieciom, polewano głowy oraz podbrzusza lizolem i prowadzono do łaźni. Wszystko działo się w gęstym tłumie, było upokarzającym, wręcz upiornym doświadczeniem i nic nie dawało takie mycie, w barakach roiło się od pluskiew i szczurów, nie wspominając o wszechobecnych wszach.

Potem dzielono ludzi na grupy i ładowano na ciężarówki, które rozwoziły po okolicznych miejscowościach, tam już czekali kupcy. Krążyli po rynku, oglądali każdego przywiezionego człowieka, wybierali i płacili urzędniczce z Arbeitsamtu, która prowadziła kartotekę, kto kogo bierze i dokąd. Moją rodzinę wystawiono na sprzedaż na targu w Pforzheim. To miejscowość w Badenii, niedaleko Renu i granicy z Francją. Babcię kupiła pani Strochega, dziadka pan Laoon, zaś za głuchoniemą Bronkę, moją babkę cioteczną, zapłaciły siostry Fischer. Tylko dzieci nikt nie chciał, nie nadawały się do pracy, Janek nie miał jeszcze 6 lat, a Krysia skończyła dopiero 2,5 roku. Groziło im rozdzielenie z rodziną i dom dziecka, ale bauer zgodził się je zabrać razem z ich ojcem.

Dziewczęta na tle budynku podobozu dziewczęcego w obozie przy ul. Przemysłowej; w drzwiach stoi nadzorczyni Genowefa Pohl.

Powieść stanowi rekonstrukcję tego, co przeszedł pani ojciec - Jan Śliwiński. Jego przykład odzwierciedla los tysięcy robotników przymusowych wywiezionych w głąb III Rzeszy. Czy rodzina chętnie opowiadała o tamtych czasach?

Anna Augustyniak: Choć tragedia dotknęła wszystkich, to z całej rodziny tylko tata przez lata odwoływał się do tego, co przeżył w Niemczech.

Jan Śliwiński: W powieści „Na targu niewolników III Rzeszy” udało się odtworzyć nasze losy, które w dużej mierze były tożsame z doświadczeniami innych wywiezionych i sprzedanych ludzi. Wryło mi się w pamięć tyle straszliwych chwil, scen, obrazów… Wojenne historie nie opuściły mnie nigdy, zawsze czułem się wyobcowany i uwięziony w przeszłości, stąd pewnie to zamkniecie się w sobie. Dopiero własnym dzieciom zacząłem opowiadać o małym Janku, który znalazł się w nazistowskiej rzeczywistości i musiał się w niej zadomowić, żeby przetrwać. Kiedy przeszedłem na emeryturę, postanowiłem zrekonstruować to, co przydarzyło się mojej rodzinie.

Zainteresował Was ten temat? Koniecznie sięgnijcie po książkę Anny Augustyniak „Na targu niewolników III Rzeszy”

Anna Augustyniak
„Na targu niewolników III Rzeszy”
nasza ocena:
8/10
cena:
44,90 zł
Wydawca:
Świat Książki
Rok wydania:
2024
Okładka:
miękka
Liczba stron:
320
Premiera:
24.01.2024
Format:
135x215 [mm]
ISBN:
978-83-828-9989-4
EAN:
9788382899894
REKLAMA

Zacząłem kompletować niemiecką dokumentację, rysować mapy z przesiedlenia, robić notatki z koszmaru, jaki spotkał mnie i moją siostrę Krysię w obozie dla dzieci i młodzieży w Łodzi, w tym słynnym Polen-Jugendverwahrlager, z którego cudem udało się nas wydostać, no i oczywiście skupiłem się na zdarzeniach w Niemczech, przypomniałem sobie nawet wierszyki, jakie wówczas układałem! Odnalazłem także współczesne zdjęcia okolic, gdzie nas przetrzymywano, gdzie mieszkaliśmy, gdzie pracowali rodzice i gdzie żyliśmy już po wyzwoleniu przez aliantów w obozie amerykańskim w Ettlingen. Zamierzałem te materiały przekazać do Muzeum Ziemi Wieluńskiej lub Muzeum Ziemi Sieradzkiej, ale córka włączyła się w moje działania, szukała osób odpowiedzialnych za wywiezienie nas w głąb Rzeszy, badała miejsca, w których się po kolei znajdowaliśmy, osadzała moje wspomnienia w historycznych faktach i tak powstała książka.

W powieści opisuje Pani Polen‑Jugendverwahrlager, czyli „obóz koncentracyjny dla młodocianych od lat dwóch do szesnastu”, znajdujący się przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. Tak niewiele się dziś o tym mówi. Pani ojciec trafił do tego obozu. Jakie panowały tam warunki i jak udało mu się wydostać z tego piekła?

Anna Augustyniak: Po zabraniu przez esesmanów z domu i przewiezieniu do Łodzi, moja rodzina koczowała w tamtejszych halach fabrycznych wraz z setkami innych ludzi i przechodziła kolejne selekcje, czekając na wywiezienie do III Rzeszy, bądź do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, albo na tamten świat. Trwali tak w zawieszeniu i niewiedzy od jednego odsiewu do następnego. Centralą Przesiedleńczą kierował wówczas SS-Obersturmbannführer Hermann Krumey i on odpowiadał za transport, czyli którym pociągiem, kto i dokąd pojedzie. Denerwowało go, że są kłopoty z taborem kolejowym i ciągle wprowadzał jakieś zmiany, żeby Polacy nie siedzieli w halach bezczynnie, przenosił więc ludzi z jednego obozu przejściowego do następnego, by za chwilę kazać im powrócić do poprzedniego. Jednego dnia zarządził, że należy pozbyć się wszystkich dzieci, które jeszcze żyły. Natychmiast wykonano rozkaz i dzieci pomaszerowały do obozu Kinder-KL Litzmannstadt przy ul. Przemysłowej. Nikt nie wiedział o istnieniu takiej jednostki, zniknięcie dzieci mogło się raczej równać ich śmierci.

REKLAMA
Apel w Obozie wychowawczym dla młodych Polaków Policji Bezpieczeństwa w Łodzi.

Jan Śliwiński: Kiedy nas zabierano od rodziców, mama krzyknęła, bym nie puszczał rączki Krysi. Moja siostra miała wtedy 2,5 roku, byłem za nią odpowiedzialny. Ale puściłem jej rękę, puściłem rękę Krysi, gdy mnie pobito i wtedy nas rozdzielono. Rzeczywistość obozowa była straszna. W drewnianych barakach stały piętrowe łóżka wysłane słomą, przykryte brudnymi i podartymi kocami. Do mycia tylko czasami woda ze studni, miska i wiadro na nieczystości. To był taki mały-duży obóz koncentracyjny dla dzieci, które bite, wychudzone i niedożywione musiały wykonywać ciężkie prace. Mój tata opowiadał, że gdy po kilku tygodniach w Centrali Przesiedleńczej gruchnęła wiadomość, gdzie zabrano wszystkie dzieci, przekupił ślubnymi obrączkami jednego z niemieckich żołnierzy, który wydostał nas z Polen‑Jugendverwahrlager.

Obóz zarządzany był przez Sydonię Bayer, znaną z okrucieństwa. Czy Pani ojciec miał z nią bezpośredni kontakt? Jeśli tak, to jak zapisała się w jego wspomnieniach?

Anna Augustyniak: Tak. I to Sydonia rozdzieliła rodzeństwo.

Jan Śliwiński: Kiedy przyprowadzono nas do obozu, kazano ustawić się w szeregu jak do apelu. Pani w mundurze i butach z cholewami przechadzała się, oglądała nas i segregowała na tych, co mają dobry, aryjski wygląd jej zdaniem i nadają się do przeprowadzenia badań, a potem uzyskania klasyfikacji na wyjazd do Rzeszy. Takie dzieci podlegały zniemczeniu, reszta miała trafić od razu do baraków i do pracy. Ta pani podeszła do mnie i coś mówiła, nie rozumiałem jej, potem szarpała nam ręce, próbując mnie z Krysią rozdzielić, wtedy kopnąłem ją w nogę. Więcej nie pamiętam, bo zostałem pobity i straciłem przytomność. Obudziłem się na drewnianej pryczy w baraku. Siostry nie było. Było za to wielu chłopców wokół, którzy wyglądali przerażająco jak kościotrupy i nic nie mówili. Czułem głód, bardzo chciało mi się pić, ale nikt się tym nie interesował. Kobietę, która mnie pobiła, widywałem codziennie, ale nie miałem więcej bezpośredniej styczności z nią. Bardzo się jej bałem. Odtąd panicznie bałem się kobiet w mundurze. Tą panią w mundurze była Sydonia Bayer.

Wewnętrzna strona legitymacji Niemieckiej Listy Narodowościowej (Ausweis der Deutschen Volsliste) wystawionej na nazwisko Isolda Bayer.

Pani rodzinę wywieziono z Niemojewa do Pforzheim, miasta położonego u podnóża Schwarzwaldu, nad rzeką Enz. Zostali rozdzieleni. Jak wyglądała ich rzeczywistość po deportacji?

Zainteresował Was ten temat? Koniecznie sięgnijcie po książkę Anny Augustyniak „Na targu niewolników III Rzeszy”

Anna Augustyniak
„Na targu niewolników III Rzeszy”
nasza ocena:
8/10
cena:
44,90 zł
Wydawca:
Świat Książki
Rok wydania:
2024
Okładka:
miękka
Liczba stron:
320
Premiera:
24.01.2024
Format:
135x215 [mm]
ISBN:
978-83-828-9989-4
EAN:
9788382899894
REKLAMA

To może zacytujmy fragment książki? Zapraszam do lektury: Szczęściem czy zrządzeniem losu akurat do tej samej miejscowości polskie siostry zakupiono. Na targ do Pforzheim, od Stuttgartu po Karlsruhe, z całej górnej Badenii, zjechali się bauerzy. Mogło różnie się wydarzyć, a zdarzyła się im jedna i ta sama gmina Niefern‑Öschelbronn w regionie Nordschwarzwald nad rzeką Enz. Władkę zawieziono na przeciwległy kraniec miasteczka do trzykondygnacyjnego domu przy Heckbronn 17, zaraz przy brukowanej szosie. Piwnica wraz z pomieszczeniami gospodarczymi, do których wchodziło się od podwórka, była parę metrów niżej niż reszta domu. Wykuto ją w zboczu góry. Główne wejście do budynku znajdowało się z drugiej strony, od Hauptstraße. Dziwny to był dom. Pod jednym dachem na różnych poziomach mieszkali ludzie, zwierzęta hodowlane, nad oborą była stodoła, w której stał wóz na gumowych kołach. Śliwińscy mieli się zmieścić we czwórkę w magazynie na brudy. Nie był taki najgorszy, bo z widokiem na szosę i skały. Janek często siadywał potem na parapecie i patrzył, jak ludzie wdrapują się po schodach wydrążonych w  srebrzystoszarych głazach. Wydawało mu się, że jedni za drugimi idą do nieba. A jednak skalna droga wiodła gdzie indziej. Szło się nią do rozległych pól uprawnych, sadów i do winnic, dzień w dzień maszerowali tędy mężczyźni i kobiety różnych narodowości, których naziści sobie zwieźli. – Daję wam wolny wieczór, a rano do roboty! – powiedział Niemiec, rzucając im pod nogi dwujęzyczną ulotkę, którą powinien głośno odczytać. – Urządźcie się tu jakoś. Pokój miał ze dwanaście, może czternaście metrów, na połamanych regałach leżały stosy śmieci, worki po zbożu, podarte kartony.

Władka z Janem sprzątali cały wieczór. W piwnicy znaleźli metalowe łóżka, wiekową szafę, jakiś stolik, trzy zniszczone krzesła i dwa taborety. Kiedy kładli się spać, wyglądało na to, że całkiem nieźle się zagospodarowali. Rano, rozejrzawszy się dookoła, w odrętwienie pomieszane z goryczą wpadli. Na środku pokoju niczym wielki parawan stała szafa, oddzielając dwa legowiska, z których jedno zdążyło się zapaść, bo w ramie łóżka brakowało sprężyn. Koślawy stół straszył spod okna, nie lepiej było z piecem żeliwnym skrytym za drzwiami we wnęce. Nawet naczyń nie dostali prawdziwych. W obdrapanej misce leżała sterta blaszanych talerzy i kubków oraz trzy łyżki i jeden nóż. Władka o domu w Niemojewie pomyślała i łzy zakręciły jej się w oczach, zaraz jednak wskrzeszonej pamięci kazała odejść, żyć trzeba było dziś i ochoty do tego życia zagorzale szukać, by nie pomrzeć na obcej ziemi. Jan zajął się lekturą ulotki, w której stało wielkimi literami, że Rzesza Niemiecka każdemu robotnikowi narodowości polskiej daje pracę, chleb i zapłatę oraz wymaga, aby sumiennie wywiązywano się z nakazów, zakazów i rozkazów, no i oczywiście z harówki, inaczej będą kary wykonywane tu, na miejscu, nie ma co liczyć na odesłanie do Polski. Było więc tak: Bronka u sióstr Fischer, Jan z Władką u Laoona, z  tym że oficjalnie Władka należała do Strochegi. Każde z nich miało teraz właściciela rozporządzającego jego życiem. Jedynie dzieci były niczyje, do szkoły ani do przedszkola chodzić im nie było wolno, musiały same sobą się zajmować, czekając, aż rodzice wieczorem wrócą. Szóste urodziny Janka się zbliżały, ale o tym nikt nie myślał, Krysia miała prawie trzy lata i nie znała innego życia poza wojną. Urodziła się miesiąc po ataku Hitlera na Związek Sowiecki, zaraz po tym, jak Rosjanie pierwszy raz użyli swoich sławnych katiusz podczas walk o Smoleńsk, i dlatego spojrzenie dziewczynki zwykle miało coś wylęknionego w sobie. Tylko gdy patrzyła na brata, rysy jej twarzyczki łagodniały, a z delikatnej buzi opadało napięcie. Od kiedy dzień w dzień zostawali sami, Krysia wpatrywała się w Janka jak w obraz. W nim coś budzić się zaczęło, jakaś odpowiedzialność, której wcześniej, gdy mieszkali w  prawdziwym domu, wcale nie miał. Wtedy wiedział, że jest siostra i kwiatki lubi, ale nie umie ich zrywać, płatki bez łodyżek zostają jej w palcach, więc szczypał paznokciami te łodyżki zaraz przy ziemi i wręczał Krysi bukiety. Więcej się nią nie przejmował. Teraz siostra patrzyła na niego wyczekująco, co powie dzisiaj, co wypowie, co jej opowie, i musiał temu zaradzić, wspólne godziny od świtu do zmierzchu wypełnić. Miał sobie z małą siostrą nie dać rady?

REKLAMA
Rabunek mienia wysiedlonych Polaków. Obwieszczenie niemieckiego nadburmistrza Gdyni na sklepie wysiedlonych polskich właścicieli o „zabezpieczeniu dla żołnierza na froncie”. Gdynia, 10 lutego 1940 r.

Zainteresował Was ten temat? Koniecznie sięgnijcie po książkę Anny Augustyniak „Na targu niewolników III Rzeszy”

Anna Augustyniak
„Na targu niewolników III Rzeszy”
nasza ocena:
8/10
cena:
44,90 zł
Wydawca:
Świat Książki
Rok wydania:
2024
Okładka:
miękka
Liczba stron:
320
Premiera:
24.01.2024
Format:
135x215 [mm]
ISBN:
978-83-828-9989-4
EAN:
9788382899894
REKLAMA

Jedną z bohaterek Pani powieści jest Bronka, głuchoniema siostra Pani babci. Jak osoba niepełnosprawna przetrwała w tak brutalnym świecie?

Z całego rodzeństwa Bronka najmocniej była związana z Władką i gdy moja babcia wyszła za mąż, siostra z nią zamieszkała. Razem je również wysiedlono wraz z mężem i dziećmi Władki. To, że głuchoniema Bronka przetrwała tyle selekcji w Centrali Przesiedleńczej w Łodzi, zadziwia. To, że mimo skazy nie zabito jej od razu jak inne niepełnosprawne osoby, które znikały za ogromnymi, metalowymi odrzwiami bramy, zawdzięczała temu, że rodzina walczyła o nią, mówiła jakby za nią i w jej imieniu, bo się tak dobrze rozumieli oraz… dzięki sobie samej.

Widok z mostu Main Street na rzekę Enz ze żwirową wyspą tuż pod zaporą w Niefern (Niefern-Öschelbronn, Badenia-Wirtembergia, fot. Fröhlich!a)

Bronka była wówczas w pełni swej urody, miała też jakiś czar w rysach twarzy, bujne włosy, mięsiste wargi i oczy jak jeziora. Nie wzbudzała litości, tylko onieśmielała, może nawet zachwycała innych. Kiedy rodzina znalazła się w III Rzeszy na targu, bardzo wiele osób chciało Bronkę kupić, ale rezygnowano, gdy okazywało się, że nie słyszy, bo to, że nie mówi, nie miało przecież dla Niemców znaczenia, że nie usłyszy ich rozkazów, o to chodziło. W końcu kupiły ją siostry Fischer, które mieszkały u podnóża gór na krańcu miasteczka Öschelbronn i wypracowały sobie wspólny język, którym się porozumiewały. Bronka żyła dzięki obserwowaniu otoczenia, spostrzegawczość i zdolności, jakie miała, pomogły trwać w tym niewolnictwie. Z jedną z Niemek, z Elzą, która grała na klawicylindrze oraz szyła płaszcze i sukienki, w jakiś dialog międzyludzki weszła, pozwolono jej jeść przy wspólnym stole, choć to łamało zakaz hitlerowski, z drugą Fischerówną, z Henriettą, nie udało się, ona, choć zależna od rąk Bronki, do końca gardziła Polką.

Bohaterowie Pani powieści mogli powrócić z zesłania dopiero latem 1946 roku, ponieważ - jak wspomina Janek - 1 maja 1946 roku dostali od Amerykanów dokumenty na wjazd z Niemiec. Nie planowali jednak wrócić do Polski, a wybierali się za ocean. Gdzie finalnie odnaleźli swoje miejsce na Ziemi po zakończeniu II wojny światowej?

REKLAMA

Anna Augustyniak: Wojna się zakończyła, a robotnicy przymusowi stali się dipisami, ludźmi, którzy znaleźli się poza swoim krajem i bez pomocy nie mogli wrócić do ojczyzny.

Jan Śliwiński: Trzeba było dalej walczyć o przetrwanie. Były problemy z mieszkaniem, z wyżywieniem, nie dało się też jechać do Polski. Ówczesna władza tzw. Polska Ludowa nie chciała przyjąć do kraju tych wszystkich Polaków deportowanych na roboty przymusowe do Niemiec, którzy przeżyli wojnę i chcieli wracać do swojej ojczyzny, do pozostawionych domów, choć przecież nie wiedzieli, czy mają jeszcze do czego wracać.

Amerykanie po wyzwoleniu Badenii podjęli decyzję, by robotników przymusowych oddzielić od Niemców i utworzyli obozy przejściowe. My też trafiliśmy do takiego obozu w miejscowości Ettlingen. Zamieszkaliśmy w byłych niemieckich koszarach wojskowych. Tam pośród wielu Polaków byli również ludzie innych narodowości, choć w znacznej mniejszości. Spędziliśmy w amerykańskim obozie rok.

Rodzice wahali się, czy jest sens czekać na powrót do kraju, czy lepiej wyjechać do Kanady, Argentyny albo do Brazylii. Co prawda alianci otoczyli nas opieką, ja chodziłem do szkoły, lecz nie było to takie jednoznaczne. Wciąż nie byliśmy wolni, niby wyzwoleni, a jednak mieszkający pod nadzorem żołnierzy z karabinami i nadal pozostający na niemieckiej ziemi. Dopiero 1 maja 1946 roku dostaliśmy od Amerykanów dokumenty i zgodę na wyjazd z Niemiec, bowiem Polska przed pierwszą rocznicą zakończenia II wojny światowej wyraziła zgodę na przyjęcie wysiedlonych. Dla Polaków podstawiono pociąg na stacji kolejowej w Karlsruhe, który złożony był z wagonów bydlęcych. Nie było wody, za toaletę służyły otwory w podłodze. Był to pociąg specjalny, chroniony przez wojsko amerykańskie, który przez dwa tygodnie toczył się powoli przez całe terytorium Niemiec, Czechosłowację i zakończył bieg na polskiej stacji Czechowice-Dziedzice. Dalej, w Polsce, nikt już nie zapewnił uratowanym wysiedleńcom żadnego transportu. Musieliśmy wracać na własną rękę, a ja byłem po wypadku, bo w podróży złamałem obojczyk, ale udało się i znów byliśmy u siebie. Tyle że nasz dom okazał się kompletnie zdewastowany.

Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Materiał powstał dzięki współpracy reklamowej z Wydawnictwem Świat Książki.

Zainteresował Was ten temat? Koniecznie sięgnijcie po książkę Anny Augustyniak „Na targu niewolników III Rzeszy”

Anna Augustyniak
„Na targu niewolników III Rzeszy”
nasza ocena:
8/10
cena:
44,90 zł
Wydawca:
Świat Książki
Rok wydania:
2024
Okładka:
miękka
Liczba stron:
320
Premiera:
24.01.2024
Format:
135x215 [mm]
ISBN:
978-83-828-9989-4
EAN:
9788382899894
REKLAMA
Komentarze

O autorze
Magdalena Mikrut-Majeranek
Doktor nauk humanistycznych, kulturoznawca, historyk i dziennikarz. Autorka książki "Henryk Konwiński. Historia tańcem pisana" (2022), monografii "Historia Rozbarku i parafii św. Jacka w Bytomiu" (2015) oraz współautorka książek "Miasto jako wielowymiarowy przedmiot badań" oraz "Polityka senioralna w jednostkach samorządu terytorialnego", a także licznych artykułów naukowych. Miłośniczka teatru tańca współczesnego i dobrej literatury. Zastępca redaktora naczelnego portalu Histmag.org.

Wszystkie teksty autora

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści. Za darmo.
Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2023 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone