Dlaczego „Odyseja” Nolana jest słabym filmem?

opublikowano: 2026-07-18, 11:41
wolna licencja
Mitologia nie jest zbiorem dogmatów. Sami starożytni modyfikowali opowieści na różne sposoby. Recenzenci piszą, że „Odyseja” to dobry film. My powiemy, dlaczego to film nieudany.
reklama
Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Gdy na początku obecnego stulecia Wolfgang Petersen podjął się niełatwego zadania przeniesienia na ekran opowieści o wojnie trojańskiej, postawił na maksymalne urealnienie opowieści, tj. usunął bogów jako wpływających na losy bohaterów (co nie znaczy, że wyeliminował wierzenia czy fatum), ale postawił na dylematy i sprawczość. Jednocześnie nie odebrał Achillesowi, Hektorowi i innym cech, które jeśli nie oddają jeden do jeden tych znanych z mitologii, to z całą pewnością się z nimi rymują. Ot choćby kreatywne spojrzenie na śmierć filmowego Achillesa – oczywiście z pominięciem lokacji rodem z przygód Indiany Jonesa i teatralnego oświetlenia. W każdym razie nie trzeba burzyć mitu, by pokazać go jako mit. Jest to film daleki od doskonałości, ale solidny i z pomysłem.

Jaki pomysł miał Christopher Nolan? Nie do końca wiadomo.

Starożytni chętnie odwoływali się do motywów tam zamieszczonych, twórczo wykorzystywali, modyfikowali i rozszerzali tę opowieść. Wędrówka Odyseusza trwała przecież nawet po powrocie do Penelopy, o czym rozpisywali się inni autorzy. Nie zakończyła się czymś w stylu „żyli długo i szczęśliwie” – choć rzeczywiście na tym kończy się „Odyseja” Homera. Ta filmowa również.

Nie wiemy, o co chodzi Odyseuszowi, gdy narzeka na bogów. Z jednej strony mamy monologi bohatera, gdzie twierdzi, że nie ma sensu szukać w ludziach bogów, a następnie poddaje się ich woli. Szkoda, bo ów wątek walki bohatera z losem, mógł zostać mocniej wyakcentowany. A tak, z racji mnogości wątków Nolan właściwie tylko pokrótce zaznaczył, że coś takiego miało miejsce.

Mroczny Rycerz powstaje

Już na wstępie Agamemnon pojawia się w stroju przypominającym skrzyżowanie Dartha Vadera i Batmana. Nowoczesny pancerz wykonany z ciemnego, matowego materiału, który wygląda na wyjęty prosto z linii produkcyjnej nowoczesnego sprzętu taktycznego. Nie wiadomo tylko, po co on w tym występuje.

Mitologia grecka i uniwersa komiksowe to w istocie te same mechanizmy budowania nowoczesnej mitologii, ale działające w przeciwnych kierunkach. Superbohaterowie to rzeczywiście „herosi w trykotach”. Jednak jest między nimi a postaciami homeryckimi fundamentalna różnica. Postacie mitologiczne są częścią kosmicznego porządku. One nie potrzebują „origin story” w nowoczesnym sensie (wyjaśnienia, dlaczego są tacy, jacy są – traumy, ukąszenia pająka). One po prostu są emanacją pewnych cech: gniewu (Achilles), sprytu (Odyseusz), piękna (Helena). Ich los jest wpisany w porządek świata.

reklama

Jeśli traktujemy Odyseusza jak bohatera z komiksu, to zamieniamy tragizm (gdzie bohater jest trybikiem w wielkiej machinie losu) na heroizm (gdzie bohater sam buduje swoje przeznaczenie). Zamiast pokazać nam człowieka wobec niepoznawalnego, pokazuje nam niezwykłego człowieka wobec przeszkód. To jest bardzo amerykańskie, bardzo współczesne, ale też… miałkie.

Kiedyś bohaterowie mitów byli dla ludzi wzorcami nadrzędnymi. Chcieliśmy być jak Achilles, mimo że wiedzieliśmy, że to skończy się źle. Dziś superbohaterowie są projektowani jako nasze odbicia – muszą mieć nasze lęki, nasze problemy z psychiką, nasze wątpliwości. Gdy reżyser przenosi tę komiksową manierę na Odyseusza, dzieje się coś osobliwego: Odyseusz staje się „gościem z problemami”. Znika dystans, znika sacrum. Jeśli każdy bohater musi mieć „wnętrze” skonstruowane według dzisiejszej psychologii, to tracimy szansę na zrozumienie ludzi, dla których „wnętrze” było definiowane zupełnie inaczej – poprzez przynależność do rodu, miasta i wiarę w bogów.

Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Nolan w „Odysei” próbuje nam powiedzieć: „Odyseusz jest taki sam jak my, tylko w trudniejszej sytuacji”. Tymczasem największą wartością mitu jest właśnie to, że Odyseusz nie jest jak my. Jest człowiekiem, który przeszedł przez perypetie, których my nigdy nie doświadczymy, a jego „spryt” był darem i przekleństwem od bogów, a nie wynikiem sesji u terapeuty.

Trzeba wyraźnie podkreślić, że to nie jest ekranizacja, bo eposu Homera zekranizować się po prostu nie da.

Problem z „Odyseją”

Podstawowy problem z tym filmem bierze się stąd, że choć cechuje go wielki rozmach (za sprawą nowoczesnych środków technicznych), ale brak już wielkich inscenizacji, dystansu, a jest wyłącznie napuszoność. Bohaterowie nie rozmawiają, ale snują opowieści, wygłaszają monologi. Nierzadko wyjaśniają, co dzieje się na ekranie. To chyba dla Amerykanów, którzy nie czytali i nie przeczytają Parandowskiego.

Dialogi brzmią dobrze pod jednym warunkiem – idealnie pasują do konwencji zwiastuna. Bohaterowie robią bowiem coś, czego robić nie powinni. Streszczają nam wydarzenia, tłumaczą zamiast pokazywać. A nawet jeśli reżyser pokazuje, to i tak streszcza.

Wyjaśnienie jest do pewnego stopnia potrzebne i nawet miałoby sens w scenach rozmów z Kalipso, ale ten motyw nie został właściwie wykorzystany. Konwersacje Odyseusza z nią są po prostu puste. Trudno orzec, kto kogo chciał zatrzymać i kto nie chciał jeść kwiatu lotosu. Podobnie jest w czasie wizyty u Kirke. Ciężko tu zrozumieć motywacje bohaterów, bo oboje wymieniają się uwagami na temat trudów i smutków ludzkiego losu. Dlaczego mu pomogła? Nie wiemy.

Polecamy e-book Damiana Piątkowskiego „Leningrad. Opowieść o najdłuższym oblężeniu II wojny światowej”:

Damian Piątkowski
„Leningrad. Opowieść o najdłuższym oblężeniu II wojny światowej”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
202
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-91-4
reklama

Próba uwspółcześnienia mitu przez jego urealnienie postaci okazuje się jego największą słabością. Brytyjczyk konsekwentnie wycisza wątki boskie, czyniąc bogów jedynie abstrakcyjnym tłem, przez co epos traci swój najważniejszy napęd: tragizm człowieka, który zuchwale buntuje się przeciw wyrokom Olimpu. Gdy u Homera Kalipso oferuje Odyseuszowi nieśmiertelność, jego odrzucenie tej oferty jest aktem heroicznego wyboru – to świadoma rezygnacja z boskości na rzecz śmiertelności i miłości do Penelopy. U Nolana ten dramatyzm paruje.

W homeryckim eposie konflikt między bogami stanowi nie tylko tło, ale samą dynamikę dramatu. To Atena knuje, by ocalić swojego ulubieńca, a Posejdon z wściekłością ściga go przez morza, nieustannie wymuszając na nim nowe ofiary. Kiedy Zeus wydaje swój wyrok – że Odyseusz musi cierpieć, ale nie może zginąć – stajemy przed prawdziwie „salomonowym” problemem: ceną, jaką bohater płaci za własną przebiegłość. Posejdon, opuszczając Olimp w akcie buntu przeciwko decyzji Zeusa, dodaje tej historii wymiaru kosmicznej walki, której stawką jest życie śmiertelnika.

A co dostajemy? Odyseusz podejmuje serię błędnych decyzji, z których stara się wyplątać, by po chwili znów je „spartaczyć”. Jego „bunt przeciw bogom” jest w filmie jedynie wyrazem nowoczesnego defetyzmu. Kto nie zjada krów Heliosa? Kto nie czuje głodu, który prowadzi do zguby? U Homera to nie był tylko wybór moralny, to była próba przetrwania w świecie, w którym głód był wyrokiem. U Nolana to tylko kolejny punkt w scenariuszu, mający uwydatnić ludzkie słabości Odyseusza. Bunt, który w eposie był heroicznym mierzeniem się z boskim gniewem, w filmie stał się jedynie psychologiczną niekonsekwencją. Bohater nie walczy z fatum – on po prostu błądzi w labiryncie własnych, źle umotywowanych wyborów, a bogowie – zamiast być żywymi uczestnikami tej gry – stają się jedynie abstrakcyjnym tłem dla jego wewnętrznego kryzysu.

A oto szeroko dyskutowana kwestia. Helena Trojańska – najpiękniejsza kobieta swych czasów. Któż nie starał się o jej rękę! Ba, gdy Parys ją porwał, Menelaos zorganizował wyprawę przeciw Troi. Tak piękna była, że – jak mówią starożytni – mąż wybaczył jej niewierność (filmowy Menelaos ma jednak pretensje). Czekacie na komentarz na temat wyboru castingowego i odtwórczyni roli? Nic z tego.

reklama

Ale pozwólcie na złośliwość. Jak pisał Stezychor z Himery, w Troi znajdował się jedynie fantom Heleny, nie ona sama. Ta trafiła do Egiptu, skąd Menelaos zabrał ją do domu. Wierzymy, że Nolan wykorzystał ten motyw w swoim filmie, a prawdziwa Helena gdzieś tam jest, bezpieczna. Platon pisał, że Stezychor odwołał swoje oskarżenia wobec Heleny jako cudzołożnicy, bo za karę oślepł. Dzisiejsi twórcy już są ślepi. Ale może też ukryli prawdziwą Helenę nad Nilem i muszą ją odnaleźć.

Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Poza tym rola Lupity Nyong’o jest tak rozpisana, że równie dobrze można było ją pominąć, bez straty dla fabuły.

Nie trzeba dodawać, że już same zapowiedzi filmu wzbudziły szeroką dyskusję z powodu obecności aktorów różnego pochodzenia. Niestety brakuje jakiejkolwiek spójnej wizji świata, która miałaby uzasadniać taki wybór. Na pokładzie statku Odyseusza i w pałacowej sali spotykamy przekrój współczesnego nam świata – może to właśnie etniczny tygiel miał sugerować uniwersalność opowieści. Jeśli Nolan chciał, by jego Itaka była mikrokosmosem wszystkich kultur, to powinien był tę wizję uzasadnić wewnętrzną logiką świata, a nie jedynie rzucić nam na ekran losowy skład aktorski.

To w końcu tylko opowieść osadzona na gruncie starożytnego eposu, a nie film historyczny. Nie można przecież traktować mitologii jako zbioru nienaruszalnych dogmatów. Problem rodzi się wtedy, gdy za dogmat służy nam poprawność polityczna. Nawet jeśli jest ona drażniona wyłącznie po to, by wywołać zainteresowanie jeszcze przed premierą. Mit i kulturę można dekonstruować, współczesnych wzorców kulturowych – o dziwo już nie.

W starożytnym eposie los bohatera zależał od kaprysów bogów. Ich działanie było arbitralne, czasem niesprawiedliwe, ale zawsze wewnętrznie spójne z mitem. W dzisiejszym kinie to „poprawność polityczna” pełni funkcję takiego bóstwa: jest wszechobecna, nadrzędna i – co najważniejsze – wymaga ofiar z logiki świata przedstawionego. Jeśli detal historyczny (kostium, hierarchia, mentalność) stoi w sprzeczności z dzisiejszą wrażliwością, to detal musi przegrać. To bóstwo nie znosi sprzeciwu.

„Odyseja” w Excelu

Marketing jest przecież nieubłagany. Ekstatyczne recenzje powstające po pokazach zamkniętych dla prasy skutkują tym, że opiniotwórcza część „komentariatu” narzuca swój punkt widzenia przeciętnemu odbiorcy i tworzy sztuczną presję. Nawet jeśli jest to tekst sponsorowany (a przecież często tak bywa w wypadku kosztownych produkcji, lub raczej rzecz przenosi się na sankcje z odcięciem dostępu do przyszłych pokazów przedpremierowych, nie miejmy złudzeń), to i tak wywiera nacisk: skoro recenzent z prestiżowego medium pochwalił, a mnie się nie podoba, to lepiej przyjąć jego interpretację, niż wyjść na niedouczonego głupka i ignoranta.

Polecamy e-book Łukasza Ścisłowicza pt. „Pastuch panem Rzymu”:

Łukasz Ścisłowicz
„Pastuch panem Rzymu”
cena:
11,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
103
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-67-9
reklama

Ale ignorancja jest przywarą samych twórców. Polega ona na lekceważeniu struktury mitu i logiki dawnego świata. Twórca ignoruje fakt, że „Odyseja” działa dzięki sprawczości sprytu, fatum, strukturze religijnej i hierarchii. Wrzuca do filmu średniowieczne hełmy (bo fajnie wyglądają) lub psychologizuje postać w sposób zupełnie obcy antykowi, twardo broniąc tych wyborów jako „autorskiej wizji”.

Sam fakt, że Nolan wywołał taką dyskusję, świadczy o tym, że mit Odyseusza nadal „żyje” i wywołuje emocje. Nawet jeśli te emocje to złość na reżysera, to mit spełnia swoją rolę – nie daje o sobie zapomnieć. A może problem leży gdzie indziej. Może to nie jest kwestia żywotności mitów, bo one doskonale poradzą sobie bez popkultury. Dzisiaj najważniejsza jest potrzeba wywoływania wrażeń, by popkultura mogła żyć i nie dała o sobie zapomnieć, nawet jeśli jest oderwana od logiki i ludzkich doświadczeń. To przemysł rozrywkowy desperacko potrzebuje mitów, aby legitymizować swoje istnienie i utrzymywać uwagę widza w świecie przesytu. Mit w tym układzie nie jest celem, jest źródłem energii dla systemu. Prawdziwe emocje w micie biorą się z doświadczenia ludzkiego: straty, tęsknoty, starzenia się, konfrontacji z naturą.

Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Twórcy pokazują dziś bogów jako metaforę (coś wewnątrz głowy bohatera) lub jako „źródło magii”. W rzeczywistości antycznej bóstwo było tak samo realne jak pogoda czy podatki. Jeśli Odyseusz w filmie jest „sceptykiem” albo „racjonalistą” w nowoczesnym tego słowa znaczeniu, to przestaje być człowiekiem z epoki brązu, a staje się współczesnym nihilistą. To zabija tragizm: bohater nie walczy z fatum, on walczy z własną depresją – a to o wiele mniej interesujące literacko.

Owszem – rozmawia z Ateną i ona rzeczywiście jest wszechobecną opiekunką. Złośliwy zauważyłby, że ta wszechobecność wybrzmiewa nawet w zwiastunach przed seansem. Czy to w „Diunie”, gdzie nawet kostium ma podobny, czy „Spidermanie”, w którym towarzyszy również Telemachowi przebranemu w strój Człowieka-Pająka.

reklama

Relacje między królem a poddanym, między człowiekiem wolnym a niewolnikiem, były skodyfikowane w sposób, którego współczesny człowiek nie rozumie. Próba „demokratyzacji” tych relacji w filmie, by widz czuł się komfortowo z bohaterami tworzy fałszywy obraz społeczeństwa, w którym brak napięć wynikających z podległości.

Co zagrało?

Można sobie dworować, ale nie oznacza to, że otrzymaliśmy tragiczną produkcję. Jej największą zaletą jest tempo i wizualna maestria. Mimo płytkości narracji i kulejącej motywacji bohaterów, film ogląda się znakomicie. Siedząc w kinie, nie patrzy się na zegarek, jak miało to miejsce w przypadku filmu o pewnym cesarzu Francuzów. Rodak Ridleya Scotta potrafi przykuć rozmachem uwagę widza. Jest też to, do czego przyzwyczaił nas brytyjski reżyser: zabawa czasem i szkatułkowy montaż. Widz nie gubi się w chronologii, a sama „Odyseja” jest dynamicznie zrealizowana – nie doświadczymy więc dłużyzn i nudy. Jako kino rozrywkowe – działa na kilku poziomach.

Nie brakuje tu świetnych kadrów – te są nie tylko plastyczne, ale wręcz malarskie i potwierdzają talent Hoyte van Hoytemy. Ale można odnieść wrażenie, że te najbardziej malownicze są jednocześnie najbardziej absurdalne i wymykające się logice. Oto bowiem koń trojański jest misternie wyrzeźbiony. Wygląda jak dzieło, które mogłoby zdobić plac w renesansowej Florencji. Wygląda na ekranie zjawiskowo, aż chce się zatrzymać kadr, by podziwiać fakturę drewna. A przynajmniej oprawić go w ramkę. Sęk w tym, że w tej wizji forma kompletnie rozmija się z militarnym przeznaczeniem obiektu.

Trzeba też pochwalić muzykę Ludwiga Göranssona. Ona rzeczywiście podnosi realizm (wykorzystanie starożytnych instrumentów jak gongi z brązu, aulos czy lira), ale też wypada zapytać: po co. Nie doświadczymy wprawdzie motywu, który będzie odgrywany przez lata, jednak ścieżka dźwiękowa ma w sobie więcej ze starożytności niż wizja reżysera. Szwedzki kompozytor, trzykrotny laureat Oscara, wznosi się na wyżyny. Kropka.

Najlepiej na ekranie wypada Robert Pattinson jako przywódca zalotników Penelopy. Nie, żeby jego rola była napisana wybitnie – aktor po prostu wyciągnął maksimum ze scenariusza. Jest też bardzo wiarygodny: stworzył postać wyrazistą, bezczelną i odpychająco tchórzliwą. Jest jakiś. Ma wyraźnie nakreślone motywacje i jasno postawiony cel.

Polecamy e-book Krzysztofa Rozwadowskiego pt. „Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”:

Krzysztof Rozwadowski
„Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
155
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-82-2

Książka dostępna również jako audiobook!

reklama
Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Większość aktorów prezentuje się co najmniej dobrze. Matt Damon wprowadza niezbędny ciężar gatunkowy, nawet jeśli scenariusz nie pozwala mu wyjść poza ramy smutku i udręczenia. W kilku momentach można jednak dostrzec filuterny błysk, iskrę, która przypomina, że Odyseusz to przede wszystkim niekwestionowany mistrz fortelu. Szkoda, że owe przebłyski są tak szybko tłumione przez reżyserską powagę. Z kolei Anne Hathaway to castingowy strzał w dziesiątkę – aktorka ma klasyczną, niemal posągową aurę, która idealnie pasuje do wyobrażenia o greckiej królowej. Hathaway odegrała emocje z dużym wyczuciem. To dzięki niej czujemy, że mamy do czynienia z wielkim dramatem.

Odyseusz w Śródziemiu

Lajstrygonowie byli plemieniem olbrzymów z Telepyli, krainy białych nocy. W filmie mają na sobie zbroje płytowe, które przywodzą na myśl późnośredniowiecznych lub wręcz nowożytnych rycerzy w skrzyżowaniu salady czy barbuty z nocnikiem na głowach. Dodajmy, że włoska barbuta istotnie nawiązywała do hełmu greckiego, a to za sprawą specyficznych wycięć na twarzy. Więc wygląda to na oko na przełom XIV i XV wieku n.e. Choć z drugiej strony może to być Sauron, tyle że w uboższej wersji uzbrojenia. Skoro jesteśmy przy tych klimatach, to wypada nadmienić, że Trojanie przypominają elfy z „Władcy Pierścieni”.

Osłona przede wszystkim zaciera różnicę w sposobie walki i odczuwania zagrożenia. Inaczej porusza się człowiek w ciężkiej, płytowej zbroi, a inaczej w lekkim, lnianym czy skórzanym pancerzu. Ten „fizyczny” detal determinuje sposób, w jaki postać wchodzi w interakcję ze światem. Jeśli świat w filmie jest generycznie „średniowieczno-fantastyczny”, bohaterowie tracą swoją unikatową, antyczną sprawczość. Stają się „nami” w przebraniu.

Scena polowania Telemacha i Menelaosa to już z kolei przenosiny do świata Robin Hooda. Ale zostawmy to, Internet kipi od podobnych rozważań.

Czy wobec tego nie powinno się naginać mitologii? Ależ oczywiście, często nawet trzeba. Po to ona jest – tym sposobem jest wciąż żywa, aktualna, inspirująca. Nie oznacza to jednak, że brytyjski reżyser zasłużył na wielkie pochwały tylko dlatego, że się z mitem mocuje i toczy z nim wiele pojedynków. Jest tu kilka naprawdę dobrych pomysłów, ciekawych spostrzeżeń i prób interpretacji eposu (nie zdradzimy, by nie psuć przyjemności z oglądania). Najdziwniejsze, że przegrał w tych konkurencjach, w których wcale nie musiał startować.

reklama

To właśnie najpiękniejsza cecha mitologii – jej niezbywalna plastyczność. Gdyby była sztywna, umarłaby tysiące lat temu wraz z upadkiem religii Greków i Rzymian. Jednak w tej wolności kryje się pewna pułapka, o której chyba warto wspomnieć: różnica między interpretacją a spłaszczeniem lub redukcją. Jeśli zrobimy z Odyseusza ponurego, straumatyzowanego żołnierza, który tylko chce wrócić do domu i „męczy się”, kastrujemy go z tej pierwotnej, antycznej energii odkrywcy. W kinie akcji przygoda to zazwyczaj wymiana ciosów. W homeryckiej „Odysei” przygoda to rozwiązywanie zagadek. Odyseusz to „człowiek o tysiącu sposobów”. Dzisiejsi twórcy wierzą, że ich współczesne spojrzenie jest moralnie lepsze niż spojrzenie starożytnych. Dlatego czują się w obowiązku „poprawiać” mit, tłumaczyć go nam na nowo i oczyszczać z „niegodnych” elementów.

Reżyser podszedł do „Odysei” jak do egzystencjalnego labiryntu, zapominając, że jej fundamentem jest czysta, wręcz chłopięca radość z poznawania nieznanego. Zamiast wulkanu pomysłów, dostaliśmy wulkan smutku. Zamiast przebiegłego króla, który czaruje rzeczywistość swoim sprytem, dostaliśmy ofiarę przeznaczenia.

Owszem, twórcy mają pełne prawo „naciągać” mit. Właśnie na tym polegała kultura antyczna – każdy kolejny autor (od Homera, przez tragików, aż po rzymskich poetów) dopisywał swoje, zmieniał akcenty i kłócił się z poprzednikami. Problem pojawia się nie wtedy, gdy twórca bierze „wiadro z toposami” i układa je po swojemu, ale wtedy, gdy to „naciąganie” wynika z nieznajomości lub lekceważenia ciężaru gatunkowego tych toposów.

Kadr z filmu „Odyseja” (© Melinda Sue Gordon/Universal Pictures)

Obecnie często używa się mitu jako „marki”, a nie jako narzędzia do zadawania trudnych pytań. I tu dochodzimy do paradoksu: skoro mit jest tak pojemny, to dlaczego współczesne wizje są tak zadziwiająco jednorodne i przewidywalne?

Twórcy tacy jak Nolan (lub inni reżyserzy wielkiego formatu) wychodzą z założenia, że widz musi utożsamić się z bohaterem poprzez wspólnotę doświadczeń. Jeśli postać zachowuje się zbyt „obco”, zbyt „starożytnie”, widz może poczuć dystans. Sęk w tym, że zamiast przybliżać nam antyk, twórcy spłaszczają go. Historia przestaje być zwierciadłem, w którym możemy przeglądać się, by dostrzec naszą inność, a staje się wyłącznie echem naszych obecnych przekonań.

„Odyseja” Nolana to nie jest opowieść uniwersalna, ale zdjęcie wykonane w latach dwudziestych XXI wieku. Ono się zestarzeje, a Odyseusz wciąż będzie tułał się z płonącej Troi do rodzinnej Itaki.

Polecamy e-book Damiana Piątkowskiego „Leningrad. Opowieść o najdłuższym oblężeniu II wojny światowej”:

Damian Piątkowski
„Leningrad. Opowieść o najdłuższym oblężeniu II wojny światowej”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
202
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-91-4
reklama
Komentarze
o autorze
Piotr Abryszeński
Absolwent historii i politologii, doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Pracownik Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Przygotowuje pracę doktorską poświęconą postawom społeczno-politycznym środowiska akademickiego Politechniki Gdańskiej w latach 1969-1980.
Cezary Wołodkowicz
Historyk i tłumacz. Pasjonuje się dziejami epoki napoleońskiej i historią wojskowości. Niepoprawny fan Arsenalu Londyn.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone