Historyk ogląda „Czołg”. Czy Tygrysy naprawdę potrafiły nurkować? [Recenzja i ocena]

opublikowano: 2026-01-29, 13:28
wszelkie prawa zastrzeżone
Przedziwny film. W normalnych okolicznościach historyk złapałby się za głowę na widok tego, co oglądamy tu na ekranie. Jednak finałowa sekwencja każe zastanowić się nad oceną. Niecodziennie podane antywojenne przesłanie, czy mydląca oczy historyczna ściema?
reklama
„Czołg”, fot. Amazon MGM Studios, prawa zastrzeżone

„Czołg” to nowa niemiecka produkcja, która dość niespodziewanie stała się w ostatnich tygodniach hitem na Amazonie. W niektórych krajach, w tym w Polsce, film osiągnął nawet pozycję top 1! Towarzyszy mu też kilka kontrowersji. W naszym kraju szczególnie ważna wydaje się kwestia prowadzenia narracji z punktu widzenia niemieckich żołnierzy i tego, w jakim świetle są oni przedstawiani. Widzów podzielił też finałowy, kluczowy dla filmu zwrot akcji, do którego jeszcze wrócimy (ostrzegę przed spoilerem). Nas oczywiście najbardziej interesują elementy realizmu historycznego filmu.

Przyczajony Tygrys, ukryty czołg

Akcja „Czołgu” rozgrywa się na froncie wschodnim w 1943 roku. Załogę Tygrysa poznajemy, gdy maszyna samotnie opóźnia natarcie Rosjan na most, który wkrótce ma zostać wysadzony. Po brawurowej ucieczce w ostatniej chwili przed detonacją ładunków, czołgiści otrzymują nowe zadanie. Jest to misja specjalna, w ramach której samotny Panzer VI ma przeniknąć przez ziemię niczyją aż za linie wroga, gdzie w ukrytym bunkrze pozostał odcięty od własnych sił oficer Paul von Hardenburg. Zna on szczegółowe plany obrony i rozmieszczenia jednostek niemieckich, stąd jego przechwycenie przez Rosjan mogłoby zakończyć się katastrofą. Zadaniu osobistego wymiaru dodaje fakt, że ów oficer jest przyjacielem i dawnym towarzyszem broni dowodzącego czołgiem porucznika Philipa Gerkinsa. I tak Gerkins prowadzi swoich ludzi na niezwykłą misję ratunkową nie wiedząc jeszcze, że jedzie po rozliczenie z własną, trudną wojenną przeszłością…

Już w tym miejscu dla historyka pojawia się pierwszy poważny zgrzyt. Coś, co z perspektywy filmowej może być ciekawym zawiązaniem fabuły, z punktu widzenia XX-wiecznej wojskowości wydaje się absurdem. Owszem, Panzer VI Tiger w odpowiednich warunkach był potężną i bardzo niebezpieczną dla wroga maszyną. Jednak odporny na ostrzał pancerz przedni i potężna armata 88mm są  w tym czołgu równie legendarne, co niepewność jego układu jezdnego i skomplikowany proces usuwania usterek tego typu – zwłaszcza we wcześniejszych wersjach z przełomu lat 1942/1943. Dodajmy do tego zasięg Tygrysa na jednym tankowaniu, który w niezwykle sprzyjających okolicznościach mógłby wynieść ok. 150 kilometrów. Natomiast w bardziej realistycznych, frontowych, nawet o ponad połowę mniej. O szansach na spotkanie i wymanewrowanie lub pokonanie znaczących sił przeciwnika, dysponującego też przecież radiem, nawet nie wspominając. Założenie, że operujący samotnie czołg ciężki bez rozpoznania i poza zasięgiem własnej logistyki wykona dyskretną misję ratunkową za liniami wroga jest szyte bardzo grubymi nićmi. Ale przecież bez nuty szaleństwa nie byłoby romantyzmu wojennej opowieści!

reklama

Dramatyzm budowany na historycznych przeinaczeniach

Film poświęca wiele z realizmu właśnie na rzecz dobrej opowieści i sprawnie przedstawianych obrazów. Świetnym przykładem będzie tutaj scena, w której załoga czołgu znalazła się niespodziewanie pośrodku pola minowego. Dowódca wraz z niedoświadczonym ładowniczym Michelem odkrywają minę tuż przed gąsienicą maszyny. Podczas próby rozbrojenia pułapki młody żołnierz dostrzega pod miną odbezpieczony granat-pułapkę i szybko wyciąga po niego rękę, powstrzymując detonację. Później widz ogląda pełną dramatyzmu scenę wychodzenia z impasu oraz złożoną grę emocji pomiędzy członkami załogi w tej trudnej sytuacji. Dowódca decyduje się cofnąć najpierw maszynę po śladach gąsienic, a następnie wraca do uwięzionego Michela, któremu każe powoli wyjąć rękę tak, by mina osunęła się na łyżkę odbezpieczonego granatu. Gdy po walce nerwów ta sztuka się udaje, czołgiści z pomocą liny odsuwają minę i detonują ładunek.

„Czołg”, fot. Amazon MGM Studios, prawa zastrzeżone

Z punktu widzenia kina – poprawnie zrealizowana i trzymająca w napięciu scena, która pokazuje też wiele ciekawych elementów psychologicznych. Jednak bardziej dociekliwy widz może zadać sobie pytanie – skoro już Michel wykazał się refleksem i skutecznie sięgnął po granat ręczny pod miną, czemu po prostu nie wyjął go, przytrzymując łyżkę na miejscu? Zapalnik nie zadziała przecież, póki łyżka pozostaje dociśnięta do granatu. Z pewnością byłoby to bezpieczniejsze, niż karkołomne próby ponownego osunięcia miny na łyżkę i wyjęcia dłoni, by dopiero następnie, zgodnie ze sztuką, założyć linę na ładunek przeciwpancerny i odsunąć go z bezpiecznego dystansu. Jednak to o wiele mniej dramatyczna wersja wydarzeń, a kino wojenne kocha przecież dramatyzm sytuacji.

Polecamy e-book Krzysztofa Rozwadowskiego pt. „Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”:

Krzysztof Rozwadowski
„Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
155
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-82-2

Książka dostępna również jako audiobook!

reklama

Czy Tygrysy naprawdę nurkowały?

Kolejna widowiskowa sekwencja, która wprawiła mnie w mocną konsternację, to Tygrys ze specjalnym osprzętem do nurkowania, który w pełnym zanurzeniu ukrywa się pod powierzchnią wody przed maszynami Rosjan. Czy Panzer VI naprawdę mógłby ukryć się pod wodą? Przyznaję, że ten wątek zmusił mnie do mocniejszego pogrzebania i ku własnemu zaskoczeniu odkryłem, że znalazło się tu całkiem spore ziarno prawdy! Jak podaje The Tank Museum w Bovington, dla wczesnych modeli Tygrysów faktycznie przygotowano ekwipunek umożliwiający pełne zanurzenie do głębokości nawet 4,5 metra! Chodziło o możliwość przekraczania cieków wodnych bez ryzykowania przeprawy po słabszych konstrukcyjnie mostach, które mogłyby zarwać się pod ciężarem maszyny. Co ciekawe, szybko okazało się, że zdolność brodzenia do wysokości 1,5 metra jest zupełnie wystarczająca, a od sierpnia 1943 roku nowych maszyn nie wyposażano już w ekwipunek do pełnego zanurzenia. Warto jednak zauważyć, że ta funkcjonalność była związana raczej z logistyką transportu, niż z próbą uzyskania nowych taktycznych możliwości w ogniu walki. Czym innym jest asekurowana, dobrze przygotowana przeprawa przez ciek wodny na zapleczu frontu, a czym innym pokazany na ekranie pośpieszny montaż dodatkowych elementów w ogniu walki, by stanąć Tygrysem na dnie rzeki i zgasić silnik na dłuższy czas. Czy w podobnej sytuacji czołg nie osiadłby po prostu w mule na dnie? Czy odpalenie silnika pod wodą jedynie za pomocą elektrycznego rozrusznika byłoby w ogóle możliwe? Jednak trzeba oddać filmowi, że sami czołgiści punktują graniczące z szaleństwem ryzyko decyzji podejmowanych przez swojego dowódcę.

Nie można też nie zauważyć, że Tygrys ukrył się pod wodą przed ścigającymi go SU-100… które weszły do służby dopiero w 1944 roku. Uwadze komentujących film internautów nie uszły też nienaturalnie przerośnięte lufy radzieckich niszczycieli czołgów, być może przedstawione tak, aby podkreślić powagę zagrożenia z ich strony.

reklama

„Ja tylko wykonywałem rozkazy”

„W moim czołgu nie ma miejsca na politykę” – tak kierowca Helmut ucina zalążek rozmowy o szerszym kontekście wydarzeń, których jesteśmy świadkami na ekranie. Pod tym manifestem spokojnie mogliby podpisać się też twórcy filmu, lub może nawet bardziej sam Amazon MGM Studios. Jest to problem i to poważny. Owszem, sama konwencja „Czołgu” opiera się na dość kameralnie, a nawet klaustrofobicznie rozgrywających się scenach. Na pierwszy plan wysuwają się trudy funkcjonowania pancernej maszyny, relacje między członkami załogi Tygrysa i ich wewnętrzne przeżycia, a nie wojna jako taka. Poruszane są tu nawet wątki niemieckich zbrodni wojennych, w tym także odpowiedzialności za własne czyny tzw. „zwykłych żołnierzy”, którzy „tylko wykonują rozkazy”. Jednak całościowo próba odcięcia się od pełniejszego obrazu rzeczywistości w filmie, który dodatkowo dostosowuje serwowane sceny do gustów szerokiej publiki międzynarodowej,  w moim odczuciu wypada jak wybielanie przykrej prawdy historycznej.

„Czołg”, fot. Amazon MGM Studios, prawa zastrzeżone

Bohaterowie, choć wyraziście napisani z punktu widzenia fabuły, wydają się kompletnie wyrwani z realiów, w jakich żyli. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że „dobrych, amerykańskich chłopaków” z produkcji pokroju „Furii” (swoją drogą też nieźle przerysowanych) po prostu ubrano w niemieckie mundury, kazano im mówić językiem naszego zachodniego sąsiada i delikatnie tylko pozmieniano tematy, do których się odnoszą na ekranie. Stoi to w jaskrawej sprzeczności wobec charakteru i wrażliwości ludzi, które wyłaniają się np. ze wspomnień czy listów pisanych przez prawdziwych niemieckich żołnierzy. Nie chodzi mi tu o bezwzględne potępianie każdego uczestnika II wojny światowej po stronie niemieckiej jako zbrodniarza i odmawianie mu własnych przemyśleń. Raczej o zupełną nieobecność w filmie takich tropów, jak np. etos wojownika mającego dorównać wielkim przodkom, duma narodowa, poczucie misji i wyższości cywilizacyjnej, rywalizacja na osiągnięcia, kult siły i wydajności oraz wiele innych dość specyficznych elementów kulturowych, które były ważnymi składowymi niemieckiego społeczeństwa w tamtym okresie.

Polecamy e-book Krzysztofa Rozwadowskiego pt. „Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”:

Krzysztof Rozwadowski
„Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
155
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-82-2

Książka dostępna również jako audiobook!

reklama

Z jednej strony były one do jakiegoś stopnia kształtowane przez totalitarny reżim, z drugiej współtworzyły one grunt, na którym reżim ten mógł wyrosnąć i funkcjonować. Świetną ilustracją tego problemu jest chociażby historyczna sylwetka Erwina Rommla, na którego silny humanitaryzm, i to także wobec przeciwników, wskazują badacze H. A. Furhman, J. P. Mullin oraz C. A. Sloffer. Co jednak nie przeszkadzało mu wypowiadać opinii pokroju „Jeśli przejedziesz się teraz po okupowanej Francji i będziesz patrzył uważnie, to zobaczysz jak szczęśliwi i zadowoleni są Francuzi. Po prostu po raz pierwszy wiedzą, co mają robić ­­– ponieważ my [Niemcy] im to mówimy” (cyt. za Irving David, The Trail of the Fox. The Search of the True Field Marshal Rommel, tłum. aut.) w przededniu lądowania Aliantów w Normandii.

Mamy za to na ekranie wytarte klisze pokroju zdjęć „gołych bab” powtykanych we wnętrzu czołgu czy karykaturalnego wręcz, paskudnego z twarzy i ostentacyjnie psychopatycznego w sposobie bycia dowódcy SS, kontrastującego ze stonowaną załogą Tygrysa. Choć nie podzielam skrajnych ocen, potępiających film całkowicie za „wystawianie laurek zbrodniarzom”, to bohaterowie produkcji z punktu widzenia historii są dla mnie bardzo niewiarygodni.

Zaskakujący finał, który podzielił widzów

Spornym elementem będzie też finałowy zwrot akcji filmu, który podzielił oglądających. Niektórzy komentujący zarzucali nawet, że przekreśla on sens całego seansu. Jeśli jeszcze nie widzieliście „Czołgu”, a chcielibyście sprawdzić tę scenę samemu, to dobry moment, aby przerwać lekturę i wrócić do niej po filmie

[uwaga, dalej spoilery]

reklama

Jesteście dalej ze mną? No to trzymajcie się krzeseł. Okazuje się, że cała misja porucznika Gerkinsa i jego załogi nigdy tak naprawdę nie miała miejsca. Wydarzenia na ekranie rozegrały się w głowie dowódcy w ciągu kilku sekund, gdy wraz ze swoją maszyną zbliżał się na spotkanie nieuniknionego po zniszczeniu mostu, którego bronił na początku filmu. Z premedytacją opóźnił wydanie rozkazu do odwrotu z przeprawy. Szukał śmierci w walce po otrzymaniu wiadomości o stracie rodziny w bombardowaniu i przytłoczony winą za spalenie żywcem cywilów podczas walk o Stalingrad. Symbolem i świadkiem tamtej tragedii był von Hardenburg, który jak się okazuje w rzeczywistości również nie wyszedł ze Stalingradu. Podróż do ukrytego bunkra i finałowa rozmowa Gerkinsa z von Hardenburgiem to próba wewnętrznego rozliczenia z tamtej zbrodni, od której dowódcę Tygrysa miał odwodzić przyjaciel.

„Czołg”, fot. Amazon MGM Studios, prawa zastrzeżone

Takie przedstawienie sprawy stawia na głowie cały film. Przyznaję, to bardzo sprytne zagranie, którym można wygodnie tłumaczyć wszelkie historyczne przeinaczenia, fantazje scenarzystów czy idealizacje charakteru bohaterów – wszak to tylko wyobrażenia o sobie i towarzyszach broni umęczonego wojną oraz własnymi winami żołnierza. Film faktycznie co jakiś czas delikatne sugeruje, że „coś jest nie tak”, jednak konsekwentnie prawie do samego końca nie zdradza widzowi, co kryje się za tego typu sygnałami. Oryginalne, mające swój wydźwięk i uzasadnienie zakończenie opowieści o tragedii wojny i żołnierskim losie, czy tania zagrywka, obliczona na rozmycie i usprawiedliwienie wątpliwych wątków filmu? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam na to pytanie.

Ocena filmu

Dla mnie mimo wszystko to pierwsze. „Czołg” to sprawne i efektowne, choć niekoniecznie realistyczne kino wojenne, umiejętnie operujące w dość kameralnej skali, co może się podobać i jest ciekawą odskocznią od ogromnych bitew i napompowanych ujęć wojny, tak często proponowanych współczesnemu widzowi. Nie boi się poruszać tematu zbrodni wojennych i odpowiedzialności za nie, a nawet wskazywać palcem winnych, choć dążenie do przedstawienia widzowi, że niemiecka armia okresu II wojny światowych dzieliła się na „dobrych i złych” jest ewidentne. Główne postacie filmu są dla mnie w większości dobrze napisane i ciekawe pod kątem fabuły, choć jednocześnie mocno nieprawdopodobne historycznie. Ucieszyło mnie też stosunkowo skromne wykorzystanie efektów CGI na przestrzeni filmu na rzecz tradycyjnego podejścia i pracy kamerą, co uważam za duży plus na tle innych współczesnych produkcji. Nie wiem, czy warto obejrzeć ten film więcej niż jeden raz. Ale na pewno warto dać mu szansę i przekonać się, czy impresjonistyczna narracja „Czołgu” na temat bezsensu wojny nas do siebie przekona.

Ocena recenzenta: 7/10

Polecamy e-book Krzysztofa Rozwadowskiego pt. „Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”:

Krzysztof Rozwadowski
„Mit blitzkriegu w Polsce. Dlaczego wciąż utrwalamy niemiecką propagandę?”
cena:
16,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
155
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-82-2

Książka dostępna również jako audiobook!

reklama
Komentarze
o autorze
Mateusz Balcerkiewicz
Redaktor naczelny portalu Histmag.org, kustosz Archiwum Akt Nowych w Warszawie, absolwent historii na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktor naukowy i współtwórca portalu 1920.gov.pl. Hobbystycznie członek grupy rekonstrukcyjnej Towarzystwo Historyczne "Rok 1920" oraz gitarzysta.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone