Karawele w Lizbonie
Ten tekst jest fragmentem książki António Lobo Antunesa „Karawele”.
Kiedy Vasco da Gama przyjechał autobusem do Vila Franca de Xira z talią kart w kieszeni marynarki, żeby zatrudnić się w handlu podeszwami, w miejscu drzew i domów, i ulic, które wspominał nocami w Afryce z drobiazgową precyzją tęsknoty, zastał okolicę pełną szpiczastych dachów i pagodę altany dla orkiestry w parku wystające z ogromnej połaci stojącej wody Tagu zalewającej pola, krowy, mury i pchanej listopadowymi deszczami. Rodziny przytulone do szczytów topoli patrzyły, jak w błotnistych wirach przepływają pokiereszowane ciała komód, mułów i psów, kontrabasy muzyków na zawsze porzucające nuty, kobiety o palcach zastygłych w gestach szycia i kubki oznajmiające Pamiątka z Loulé, czekając na trudną do wyobrażenia pomoc strażackich motorówek.
Autobus znieruchomiał w bezpiecznym miejscu, po ominięciu wodospadów, drugorzędnych strumyków i porozbijanych kamieni, na wyniesieniu, gdzie zagubiony północny wschód palił siarkowym smrodem korzenie krzaków, pasażerowie wysiedli, macając stopami nierówne stopnie, i emeryt, dotykając talii kart w kieszeni i od razu odróżniając, dzięki zwykłej inspiracji palca, waleta kier od trójki bez wartości, przysiadł na kamieniu, czekając, aż rzeka powoli opuści miasteczko w refluksie podobnym do przełykania śliny, żeby orkiestra wróciła na scenie ogrodowej do przerwanego walca, ludzie znowu zaczęli spacerować po ulicach, apteki i zielarnie usunęły zasłony z sieci na witrynach, a kalendarz, spokojny, znowu ruszył naprzód którejś niedzieli, ustanowionej palcem przez prezydenta miasta rozpłaszczonym na ślepo na mozaice liczb.
Siostrzeniec ze sklepu obuwniczego pojawi się na balkonie, żeby go powitać z ceremonialnymi, bladymi oczyma zdrowiejącego kucyka, a on rozpozna szkołę podstawową, akademię muzyczną, arenę korridy, plac rynku, akwarium z szarawymi trytonami w niekompletnym muzeum morskim, którego projekt rozbił się wieki temu w szufladzie edyktów do wydania, gdzie szef sekcji wkładał salami z kanapek pomiędzy opinie inżynierów, i całą noc przesiedzi w barze w centrum, dziko rżnąc w biskę z sekretarzem notariusza, który będzie rzucał swoje asy przed moimi i bezlitośnie je przewidywał w przytomności zgaszonego radia i kiści zbaraniałych widzów.
— Cholera, pocieszył się, przyglądając nienawistnie wycofywaniu się Tagu: mimo wszystko zostałem mianowany hrabią.
I przypomniał sobie, jak wezwano go do pałacu, wręczono flotę i rozkazano popłynąć do Indii, dając mu, jako wsparcie, pęk map wymyślonych kontynentów, stosy kłamliwych raportów pieszych podróżników oraz kapucyna z włosienicą i różańcem w garści, na którego nałożono konkretne zadanie błogosławienia umierających. Wspomniał Restelo o poranku, w godzinę odbijania żaglowców, dwór zainstalowany w palankinie z baldachimem z kutasami, żeby zobaczyć, jak odpływa, piastunki, które podszczypywał po omacku w ogrodach pałacowych, myląc ich zapach pumeksu z esencją kwiatu męczennicy królowej. Przypomniał sobie biskupów ozdobionych złotem, nuncjusza apostolskiego i jego czarne oczy ponurego mafiosa, wydekoltowane ambasadorki z dalekich krajów, przyglądający się rynek, w zawieszeniu, gdy podnosili kotwice.
Przypomniał sobie kruki recytujące Hymn Państwowy, przypomniał sobie lud, ach, lud, machający małymi czerwono-zielonymi flagami, staruszkę, która rzuciła mi kanciaste błogosławieństwo proroka, gdy już szliśmy lewym halsem w stronę prądów ujścia, jednak musiał poczekać trzydzieści jeden dni na swoim głazie na wyniesieniu, grając z samym sobą w nieskończonej liczbie kalkulowanych błędów i opieszałych manewrów, nie będąc w stanie nigdy wygrać albo zostać pokonanym, aż Tag wrócił do swojego koryta i Vila Franca w całości wyłoniła się z błota, z dryfujących ciał i połamanych morw, tak jak ją zachował w sobie przez pięćdziesiąt lat w Afryce, już zapominając o żebrzącym akwareliście z metra, który go namalował, jego i innych kapitanów w chwili wyjścia w morze, w uniformach jak drużyny piłki ręcznej przed decydującym spotkaniem.
Wraz z cofnięciem się powodzi osiedle, którego jedynie fragmenty można było dostrzec spod żółtej warstwy wody, wróciło bez okresu przejściowego do swoich zwykłych codziennych zajęć i w połowie zbocza Vasco da Gama usłyszał młotki i silniki warsztatów, i gwar boisk szkolnych, i maszyny do szycia w państwowych biurach, a jednocześnie wiekowy muzyk wspiął się po stopniach altany w parku, usiadł na żelaznym krześle, wyciągnął z futerału wiekowy klarnet i zagrał sam, pośrodku sceny, walczyka lekkiego jak rąbek sukienki, od czasu do czasu unosząc brodę ku dyrygentowi, którego nie było. Napuchnięte woły powróciły do normalnych rozmiarów, pasąc się na trawie nad rzeką, na której cumowały łódeczki wiosłowe rybaków łowiących węgorze i gdzie nimfy wodne przybywały wieczorami, aby ułożyć koki z wodorostów włosów.
Wezwany natrętnym walczykiem piszczałki hrabia wszedł do miasteczka jak nieboszczycy w snach, rozpoznawał kołatki drzwi i kamieniarskie detale i dziwił się osiedlom powstałym podczas swojej nieobecności żeglarza w Oriencie, dzielnicom skromnym, pachnącym zupą z ciecierzycy i zasiłkiem, powyginanym huśtawkom w ogrodach z margerytkami i domom bez przyzby, żeby pijacy mogli sobie odbeknąć. Kable elektryczne znaczyły niebo, przeznaczone na wersety ptaków. I byli nowością czarni przybyli z Gwinei i Angoli, pedałujący w mundurach listonoszy na pocztowych rowerach.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę António Lobo Antunesa „Karawele” bezpośrednio pod tym linkiem!
Sklep obuwniczy, który porzucił, emigrując, w postaci ukrytego zakątka dla spółkowania nietoperzy, zajmował teraz cały kwartał ulicy z witrynami zwieńczonymi neonowym szyldem i wnętrzem, gdzie klęczały dziesiątki subiektów, jak wasale, przed skarpetkami klientów usadowionych na tronach z czerwonego aksamitu. Jakaś dystyngowana pani prowadziła dźwięczące obliczenia na kasie o szufladach wyskakujących z diabelskim impetem. Siostrzeniec w marynarce z sukna z Covilhã i łzawą perłą w krawacie, wystrojony jak na bal grabarzy, z rękami zaplecionymi na plecach prezydował chmarze butów i z niesmakiem poprowadził przed sobą tego wiejskiego pradziadka z mieczem, aby mu wskazać pokój na tyłach lokalu, z okienkiem w suficie i strużką rozmytego światła, jak woda rozlewająca się na szpary podłogi, pod warunkiem że nie będzie nadszarpywać prestiżu rodziny, paradując po ulicach Vila Franca z bokobrodami starożytnego neptuna.
Vasco da Gama bez urazy (Nawet ten głupi król nie sądził, że wrócę) sprawdził kolanem sprężyny łóżka, ułożył na szafce nocnej suchary konieczne do burzliwej podróży długich morskich nocy i czterdzieści osiem godzin później był widziany w barze, jak oskubywał w szwedkę niezapobiegliwych wieśniaków. Wygrał w ten sposób pług, osiemnaście koni, stado niosek, siodło i uprząż nie do pary, oprawioną gramatykę berberyjską, umeblowane mieszkanie w Caneças, wiele miejsc w cieniu i słońcu na gonitwach do wyboru i nawet karetkę strażaków, zakupioną dzięki publicznej zbiórce pieniędzy, pokonując w ostatniej lewie szefa korporacji, o pół punktu magiczną piątką. Kiedy siostrzeniec zobaczył zwierzęta wchodzące przez obrotowe drzwi sklepu w zgiełku dzwonków, płoszących się subiektów i bosych klientów co prędzej wdrapujących się na najwyższe półki, kiedy usłyszał przerażającą syrenę karetki parkującej na chodniku, do wyrzygania kręcącą lampami na dachu, zaproponował żeglarzowi, że odkupi od niego wszystkie jego zdobycze, pod warunkiem wszelako, że ten natychmiast wyruszy w drugą podróż do Indii, w nadziei, że osiemdziesięciolatek padnie na Wyspie Miłości41, wykończony przez ławicę nienasyconych nimf.
Tymczasem hrabia, zmęczony sztormami i pelagrami i dosyć mając leczenia przypadłości wenerycznych z Goa kąpielami w kwasie, które zdzierały mu skórę z moszny i tygodniami nie pozwalały chodzić, polubił miasteczko z czasów swojej młodości, odsłaniane i zasłaniane przypływami Tagu jak ruchami iluzjonisty, gdy nioski dziobały obcasy, szpice i papierowe pudełka z bibułką pod piekielnym rykiem karetki. Nabył zwyczaju odbywania przejażdżek konno, popołudniami, po placach, pokazując karty i wyzywając obcokrajowców na karciany pojedynek, więc w ten sposób stał się właścicielem gazowni, elektrowni w Cartaxo, jedynej betoniarni w dystrykcie, zakładu pogrzebowego, siedmiu hodowli bydła, Szpitala Miłosierdzia Bożego i większości placówek handlowych pomiędzy Tomar i Santarém. Wykoncypował sobie przerażający plan przejęcia całej Portugalii, majorat po majoracie i miasto po mieście dzięki idącej karcie, więc jego urojona jurysdykcja rozciągała się aż do Portoalegre, gdzie przejął sąd i trzy czwarte rady miejskiej, kiedy to król Manuel, uwiadomiony przez zaniepokojony dwór, wezwał go do Lixbony, oznajmiając mu, że wyznaczył go na dowódcę wyprawy sudańskich biologów wysłanych okrętem podwodnym na biegun północny w celu przestudiowania praw genetycznych reprodukcji pingwinów.
Od czterdziestu dwóch lat Vasco da Gama nie rozmawiał z monarchą i po wlokących się miesiącach w poczekalni, czytając magazyny z gabinetów lekarskich, przemieszany z ministrami w kamizelkach, astrologami w pelerynach w gwiazdy, przedstawicielami większościowych partii politycznych, mniejszościowych i nieistniejących, włoską dziennikarką i delegacją związku zawodowego piekarzy oprószonych pudrem porannej mąki, spotkał króla postarzałego, odganiającego muchy berłem, w blaszanej koronie ze szklanymi rubinami na głowie i oddechem o zapachu przecieru jabłkowego dla cukrzyków, przycupniętego na ławeczce przy otwartym gotyckim oknie, wychodzącym na galeony jego eskadry, którym przyglądał się bez zainteresowania w melancholii grypy.
Klasztor Hieronimitów, dokończony już dziesiątki lat temu, natychmiast zmienił się w archaiczny pomnik przeznaczony na niedzielne śluby i żałosne celebracje martwej chwały, gdzie pantofelki ślizgały się na wklęsłych płytach w grzmocie uderzeń. W głębi pomieszczenia grupka szlachty z Minho poważnie dyskutowała o gwałtownej dewaloryzacji escuda. Wspaniałe słońce oświetlało dachy Świętej Katarzyny, tocząc się w chaosie bożonarodzeniowej szopki do przejrzystej doliny przeciętej mostem autostrady. Kaczki migrowały na południe w trójkątnych peletonach, umykając przed rozgoryczeniem jesieni. Stada gołębi odlatywały i przylatywały w szuraniu tafty. Jakieś książątko w wieku trzech lat ciągnęło blaszany samochodzik po dywanie. Admirał ucałował królewską dłoń i obaj w milczeniu wpatrzyli się w teksturę porannej rosy wrześniowego popołudnia.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę António Lobo Antunesa „Karawele” bezpośrednio pod tym linkiem!
— Zapomnij o tych wymysłach z pingwinami, odezwał się król, przeganiając końskie muchy, pocąc się starczym potem pod żałosną koroną. Chodzi o to, że brakowało mi ciebie.
Emeryt pomyślał, że w Lixbonie zmieniło się niemal wszystko, odkąd wyjechał do Angoli, aby zamieszkać pośród dojmującej samotności czarnych. Epidemia chorób nadbrzeżnych praktycznie niemal wytrzebiła wszystkie nimfy Tagu, ostała się tylko jedna ławica szarawych syren, żerujących przy kanałach w Chelas i w osadach z huty, wyrzucanych skomplikowaną siecią kanałów. Lud opuszczał zamki i przenosił się do Luksemburga albo do Niemiec w poszukiwaniu pracy w fabrykach samochodów i wyrobów plastikowych. Książęta zarządzali filiami banków w Wenezueli. Oficerowie ze szkoły w Sagres palili heroinowe skręty i wałęsali się po barach w Albufeirze. I gdyby Kastylijczycy najechali koronę, natknęliby się wyłącznie na obojętnych Anglików grających w golfa w Estoril, strażników podrzemujących przed drzwiami Sztabu i kobiety w czerni w opuszczonych wioskach, rozkładające spódnice wokół drewnianych stołków, wpatrujące się we wnętrzach samych siebie w pusty absolut.
Biologowie już wypłynęli bez hrabiego fregatą, która znikła z radarów na wysokości Szkocji, roztrzaskana na jakimś niegodziwym przylądku, tego samego dnia, w którym Vasco da Gama z monarchą, oszukując napompowanych goryli z pistoletami, których Amerykanie wynajmowali co miesiąc, wychodzili samotnie w kierunku Marvili, gawędząc o odkryciach i boginiach. Postarzeli się tak bardzo, że ludzie z miasta, którzy ich nie rozpoznawali, dziwili się na widok tych staruszków przebranych w dziwaczne ubrania z minionego karnawału, ze sztyletem z blachy za pasem, w szpiczastych mokasynach z aksamitu, w prążkowanym dublecie i z długimi kosmykami włosów pachnącymi oregano z doniczki, gdzie mnożyły się pasożyty z innych wieków. Dzieciaki na Penha de França i w Beato otaczały ich radośnie ciekawską bandą. Sprzedawczynie warzyw, osłupiałe, w pół słowa przerywały nawoływania. Kolory semaforów ulicznych myliły się, gdy przechodzili, doprowadzając do zamieszania w ruchu drogowym taksówek, powozów i ciężarówek, wyzywających się z wzajemną nienawiścią. Zatrzymali się na kanapkę i piwo w barze przy stacji benzynowej pod drzewami i dostrzegli ponad dachami zakotwiczone żagle i proporce transatlantyków, pożądane przez wieczne mewy, te same, które towarzyszyły podbojowi Lixbony przez Afonsa Henriquesa.
Król i żeglarz, dalecy od dworu obiboków, który z nich szydził, śmiejąc się z berła i blaszanej korony, szli sobie wzdłuż Tagu w kierunku Cabo Ruivo i wodnopłatowca ukradzionego falom i postawionego na wapiennym postumencie z kawałkami tkaniny strzępionej przez ptaki i mumiami pasażerów za ramkami okienek. Tuzin obdartusów zarzucał sieci na kraby przy brzegu. Nimfy, którym przepuklina kręgosłupa prawie nie pozwalała pływać, przy urządzeniach Petrochemii iskały się z muszli i ze swego amoniakowego smrodu flaków. W końcu wybrali sobie pomost aż za Chelas, gdzie uchodzili za zwykłych anonimowych staruszków w intrygujących szmatach i gdzie ledwie zipiące stare barkasy pokrywały się mchem, odchodami pliszek i jasnością strychu zapomnienia. Na południe widok rozciągał się aż do Barreiro i Alcochete, widać było pomnik Chrystusa Króla, żelazne przęsła mostu i matową, mętną jak pomyje wodę. Za nimi, w kolorowej nieregularności Lixbony, stały magazyny nabrzeża, w których dowódcy galer byle jak gromadzili indiańskich niewolników, nosorożce, szlachciców amputowanych holenderskimi ciachnięciami i beczki łusek trytonów oraz szopy biedaków, które co roku w miesiącach deszczowych zapadały się i rozpadały. Vasco da Gama i monarcha zdecydowali się na zbocze nad brzegiem rzeki, Pan Manuel ściągnął blaszaną koronę i gronostajowy płaszcz, a marynarz odpasał ciężki miecz, więc usiedli wreszcie równi w swoim zniedołężnieniu i zmęczeniu, po tylu rozstaniach, nieporozumieniach, dąsach i intrygach giermków.
Fregata z pingwinami już dawno wypłynęła w morze, niosąc ładunek biologów w białych kitlach, inkubatorów z ultrafioletowym promieniowaniem i atlasami naukowymi, dwór szeptał z dala od nich, w domu bankietowym na Zamku Świętego Jerzego, gmin zbierał kamienie i grzał czajniki z olejem słonecznikowym do obrony miasta, a my tam, sami, w milczeniu i popołudniowym spokoju, obserwowaliśmy nimfy Tagu zbyt słabe, aby walczyć z przypływami, i nasączaliśmy się nieśpiesznie słodyczą mroku. Powieki wiekowego koguta Jego Wysokości spotkały moje powieki, równie pomarszczone i przydeptane, i przez chwilę naszła mnie absurdalna myśl, że jesteśmy jedną i tą samą osobą, przyglądającą się sobie w lustrze, zaskoczoną ozdobami na szyi, kolczykami i złotymi sprzączkami, w kucki nad wodą z dala od dworu i pochlebców, słabszą i bardziej kruchą niż majtek w nieszczęściu. Sposobiłem się, żeby opowiedzieć królowi swoje lata w Afryce, o załadunku wojska, partyzantach, przychodzących z interioru, żeby zająć Loandę. Opowiedzieć mu o tłustym brzuchu zatoki, o chmurach białych ptaków w styczniu, o zapachu Mulatek o czwartej nad ranem, Panie, gdyby ich pan spróbował, nigdy by pan nie zapomniał, i o nagłych cudownych brzaskach w tropikach. Chciałem mu powiedzieć, w miarę jak nimfy znikały jedna po drugiej w asfalcie fal, o swoim powrocie do Lixbony w ładowni z pościelą nasiąkniętą wymiocinami i o obezwładniającej nędzy, kiedy Jego Wysokość wstał, żeby przynieść deskę z porzuconego rusztowania i cegły pozostałe ze ściany budki strażniczej. O dwieście metrów od nas straż rozpalała latarnie na karakach. Pan Manuel ustawił deskę na cegłach i wytarł ręce w satynę na biodrach:
— Pokaż no tę talię, powiedział. Chcę zobaczyć, czy ciągle szachrujesz w szwedkę.
