Autor: Brenda Joyce
Tagi: Beletrystyka, Ameryka Północna, XIX wiek, Inne dzieła kultury
Pierwsza publikacja: 2022-08-19 07:56, aktualizacja: 2022-08-23 11:56
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Na tropie morderstwa Margaret Cooper

Po Nowym Jorku krąży bezwzględny morderca zwany Rzeźnikiem. Właśnie odnaleziono ciało kobiety. Na miejsce zbrodni przybywa detektyw Francesca Cahill.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Brendy Joyce „Śledztwo panny Cahill”.

Nowy Jork, wtorek, 22 kwietnia 1902 roku, piąta po południu

Powiało grozą. Francesca Cahill ominęła policyjną barierkę i przystanęła w progu, a gdy spojrzała na łóżko, poczuła na plecach lodowaty dreszcz. Ta kobieta miała na sobie tylko halkę, gorset oraz pantalony – i z całą pewnością była martwa. Leżała w kałuży zakrzepłej krwi, tak samo brunatnej jak jej włosy.

Łóżko stało na końcu długiego i wąskiego pokoju, zresztą jedynego w tym małym mieszkaniu. Na lewej i prawej ścianie były po dwa okna, ale światła wpadało niewiele, ponieważ stojąca w bezpośrednim sąsiedztwie kamienica zasłaniała słońce. Pokój umeblowano nadzwyczaj skromnie. Przed mocno sfatygowaną sofą stało na dywaniku wiadro z wodą, czyli zapewne denatka przed snem moczyła nogi. Były tu też koślawy stół i dwa rozklekotane krzesła. Nogę jednego z nich umocowano sznurkiem. Na drewnianym kontuarze stało trochę naczyń, a za nim znajdowały się piec kuchenny i zlew.

Nowojorski Flatiron Building na zdjęciu z 1903 roku

Przy łóżku stał mężczyzna średniego wzrostu, mocno zbudowany, w przybrudzonym tweedowym garniturze. Był odwrócony tyłem do Franceski, ale natychmiast rozpoznała inspektora Newmana. Zakasłała, by zasygnalizować swoją obecność, i szeleszcząc spódnicą, ruszyła w jego stronę. Spódnica była granatowa, tak samo jak mały kapelusz na złocistych, upiętych w kok włosach.

– O, panna Cahill. Pani tutaj? – Newman nawet nie próbował ukryć zaskoczenia.

Ona jednak twardo postanowiła, że za nic nie da się wyprosić. Owszem, nikt jej tej sprawy nie zlecił, ale była to taka sprawa, że panna detektyw Francesca Cahill po prostu musiała tu być, koniec kropka.

– Dzień dobry, panie inspektorze. Choć z tego, co widzę, taki dobry to on nie jest.

Inspektor ruszył w jej stronę i spotkali się w połowie drogi.

– Czy komisarz przyjechał razem z panią?

Komisarz… Serce Franceski zabiło trochę szybciej. Z Braggiem od kilku tygodni widywała się już tylko w przelocie w holu szpitala Bellevue, gdy przyjeżdżała odwiedzić jego żonę.

– Nie, nie ma go tutaj – odparła, wpatrując się w martwą kobietę. Denatka była bardzo ładna, a śmierć ją dopadła zapewne jeszcze przed dwudziestymi urodzinami. – Sądzi pan, że to znowu Rzeźnik?

– Ma poderżnięte gardło, jak tamte dwie. Z tym że tamte przeżyły, a ona nie. Może i wygląda to podobnie, ale dopóki koroner nie obejrzy ciała, pewności nie ma.

Francesca pokiwała głową. O dwóch pierwszych napaściach rozpisywano się w gazetach, bo dla żurnalistów taki temat to prawdziwa gratka. Dwie pierwsze ofiary były Irlandkami, też młodymi i ładnymi. Na szczęście przeżyły, choć podczas napadów poderżnięto im gardła, i z tej przyczyny „Tribune” orzekła, że dokonała tego ta sama ręka. Żurnalistom, jak wiadomo, nie należy ufać, ale w tym przypadku Francesca zgadzała się z tą hipotezą, włączając do niej również i tę zbrodnię. Owszem, trzecia ofiara nie do końca pasuje do schematu, ponieważ zmarła, ale instynkt, który nigdy nie zawodził Franceski, już nawet nie podpowiadał, tylko wrzeszczał na całe gardło, że to na pewno on.

Rzeźnik.

Morderca wrócił do gry, a panna Cahill postanowiła wziąć czynny udział w rozwikłaniu tej zagadki. Inaczej być nie może, skoro ludzie, którzy tak wiele dla niej znaczą, mieszkają zaledwie dwa domy dalej. – Czy wiemy już, jak się nazywa? – spytała półgłosem, przyglądając się, w jakiej pozycji leży denatka. Ręce rozrzucone, głowa przekręcona na bok, czyli walczyła o życie. Zatem na pewno też Irlandka.

– Tak, wiemy. Margaret Cooper.

A więc jednak nie, przecież Cooper to w takim samym stopniu nazwisko irlandzkie, jak Cahill włoskie.

Ruszyła w stronę łóżka, ale Newman przytrzymał ją za ramię.

– Panno Cahill, tą sprawą zajmuje się policja i jeśli komisarza tu nie ma, to pani też nie powinno tu być.

– Komisarz przyjedzie niebawem i na pewno nie będzie miał nic przeciwko mojej obecności – odparła niby uprzejmie, z uśmiechem, ale jednocześnie stanowczo, choć prawdę mówiąc, nie była pewna, czy komisarz Rick Bragg będzie zachwycony jej widokiem. Tyle przecież się zmieniło, i to w tak krótkim czasie.

W tym momencie usłyszeli kroki w korytarzu i Francesca – znów ta intuicja! – już wiedziała, kto nadchodzi. Tenże komisarz Rick Bragg, dla Franceski jeszcze niedawno najprzystojniejszy i najdroższy mężczyzna pod słońcem. Póki nie dowiedziała się, że ma żonę, że jego małżeństwo to ciągłe rozstania i powroty, że aktualnie są w separacji. Ale było, minęło. Teraz łączyły ich tylko sprawy zawodowe. Jednak gdy wszedł, jej puls trochę przyśpieszył. A było na co spojrzeć. Rick Bragg, śniady, choć jasnowłosy, już samym wyglądem wzbudzał respekt. Miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, długonogi i szeroki w barach, zawsze przemieszczał się pewnym krokiem, rozwiewając poły brązowego płaszcza automobilisty.

Burmistrz Seth Low na zdjęciu z 1901 roku

Spojrzał na nią, ona spojrzała w jego oczy koloru bursztynu, i żadne z nich nie odwróciło wzroku. Na szczęście po minucie do Franceski dotarło, że wypada jednak coś powiedzieć.

– Witaj, Rick – oznajmiła głosem równym i spokojnym, co nie było łatwe, skoro stał przed nią mężczyzna, w którym była kiedyś zakochana, jak i on w niej. Teraz była zaręczona z jego przyrodnim bratem Calderem Hartem, mężczyzną o mocno zaszarganej reputacji. Niestety stosunki między braćmi nigdy nie były dobre.

– Witaj, Francesco. Co za miła niespodzianka! Zabrzmiało to niemal radośnie, ale widać było, że nie jest w najlepszej kondycji. Na pewno był zmęczony i fizycznie, i psychicznie. Niewątpliwie martwił się stanem zdrowia żony. Francesca chętnie by spytała, jak czuje się Leigh Anne i jak miewają się dwie przysposobione przez nich dziewczynki, a także spróbowała jakoś podnieść go na duchu. jednak to nie było miejsce ani pora na takie rozmowy.

– Spotkałam Isaacsona z „Tribune”. Był akurat w Komendzie Głównej, gdy zgłoszono to morderstwo. Powiedział, że to może być sprawka Rzeźnika i że ofiara mieszkała na rogu Dziesiątej Ulicy i Alei A. Od razu tu przyjechałam, przecież Maggie razem z dziećmi mieszka dwa domy dalej.

– Wiem, Francesco, i też się o nich zaniepokoiłem. – Mówiąc to, przyglądał jej się bacznie, zerkał też na jej palce zaciśnięte na torebce.

Uśmiechnęła się. Udało się, ale on tego uśmiechu nie odwzajemnił i w rezultacie poczuła się bardzo niezręcznie. Bo jak to między nimi teraz będzie? Czy nadal są przyjaciółmi? Czy znienawidził ją za to, że ona pewnego dnia zostanie żoną jego przyrodniego brata, którego miał zawsze w głębokiej pogardzie? Przecież ona w końcu zaakceptowała fakt, że dla Ricka Bragga żona jest najważniejsza.

Bardzo chciała go o to wszystko zapytać, oczywiście nie teraz, ale czuła, że tego jednak nie zrobi. Wyjdzie przecież na egoistkę, a nie mogła dopuścić, by tak pomyślał o niej człowiek, którego podziwiała i podziwia do dziś. Nikt w jej oczach nie był bardziej szlachetny, zdecydowany i bardziej godny szacunku niż on. Kiedy został komisarzem, wraz z nominacją otrzymał rozkaz zlikwidowania korupcji w podległym mu departamencie. I było to niemal niewykonalne zadanie, przypominało bicie głową o mur. Każdy, nawet najmniejszy krok do przodu był żmudny, trudny i niebezpieczny, do tego prasa bacznie śledziła każdy jego ruch. Kler i ruchy reformatorskie domagały się, by robił dużo więcej, politycy, by robił dużo mniej. Stowarzyszenie Tammany Hall, chociaż w ostatnich wyborach poniosło straty, nadal rządziło prawie całym miastem, a Bragg nie należał do zwolenników tej organizacji politycznej. Do tego burmistrz Low nie zawsze go popierał, bojąc się utraty poparcia klasy robotniczej w kolejnych wyborach, które miały się odbyć niebawem. W rezultacie Bragg zmagał się z tym wszystkim sam, i to w czasie, gdy jego żona po odniesieniu ciężkich obrażeń podczas kolizji powozów leżała w szpitalu.

– Słyszałam, Rick, że Leigh Anne wkrótce wraca do domu. Czy to prawda?

– Tak. Już jutro.

– Jak dobrze, że tak szybko odzyskała przytomność. Powiedz, czy prognozy są nadal takie same?

– Niestety tak. Nigdy już nie będzie chodzić – odparł Bragg i jakby uznając temat za wyczerpany, podszedł do łóżka, na którym leżała denatka. – Jeśli to sprawka tak zwanego Rzeźnika, oznacza to, że mamy do czynienia z seryjnym zabójcą. Jednak, jak przeczytałem w raportach, dwie pierwsze ofiary przeżyły. Pierwszy z  tych napadów był w poniedziałek, drugi tydzień później, również w poniedziałek. A tę kobietę znaleziono dziś w południe. Najpewniej zabito ją wczoraj, czyli też w poniedziałek, w nocy.

– Tak, przecież nie ma na sobie sukni.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Brendy Joyce „Śledztwo panny Cahill” bezpośrednio pod tym linkiem!

Brenda Joyce
„Śledztwo panny Cahill. Tom 1”
39,99 zł
Wydawca: HarperCollins Polska
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 384
Premiera: 01.08.2022
ISBN: 978-83-2768-861-3
EAN: 9788327688613
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Brendy Joyce „Śledztwo panny Cahill”.

Długie włosy Margaret były rozpuszczone, przykrywały też szyję. Bragg odgarnął je, odsłaniając makabrycznie pocięte gardło, a Francesca natychmiast zamknęła oczy. Widziała już wiele, ale była pewna, że nigdy nie przywyknie do tego rodzaju widoków. Na razie przeprowadziła dopiero sześć śledztw. Postanowiła zostać detektywem po tym, jak porwano syna sąsiadów. Ze wszystkich sił próbowała pomóc, z początku nie spodziewając się, że te wydarzenia zdecydują o jej dalszym życiu.

– Rick, czytałam, że dwie poprzednie ofiary to młode, mniej więcej dwudziestoletnie Irlandki. Czy to prawda?

– Tak. Poza tym obie porzuciły mężów. A kiedy patrzę na te cięcia, to moim zdaniem mamy do czynienia z Rzeźnikiem, który tym razem poszedł krok dalej i zamordował ofiarę.

– Coś jeszcze, Rick. Ona nie jest Irlandką. To Margaret Cooper, czyli nazwisko bardzo, ale to bardzo amerykańskie.

– Ale pasuje do schematu. Trzy ładne młode kobiety w kiepskiej sytuacji materialnej zaatakowane w trzy kolejne poniedziałki…

Little Italy na Manhattanie około 1900 roku

– Może ta została zabita nieumyślnie? Co o tym sądzisz?

– Nie wiadomo, ale jedno jest pewne. Jeśli morderca atakuje w poniedziałki, to za sześć dni będziemy mieli nową ofiarę.

– Nie, nikt już nie zginie. Dopadniemy drania.

Bragg odwrócił się, spojrzał jej prosto w oczy i wreszcie się uśmiechnął.

– Jeśli ktokolwiek go znajdzie, to na pewno tą osobą będziesz ty.

Francesca odwzajemniła uśmiech, po czym drążyła dalej:

– Przypuszczam, że Rzeźnik to mężczyzna, chociaż nie wykluczam, że może być kobietą. Mieliśmy już taki przypadek.

– Tak, ale tu na pewno mamy do czynienia z mężczyzną. Dwie pierwsze ofiary, Kate Sullivan i Francis O’Leary, wprawdzie go nie widziały, ponieważ zaatakował od tyłu, ale zgodnie twierdzą, że napastnikiem z całą pewnością nie mogła być kobieta.

– Tak… – Francesca pokiwała głową. – Kto tym razem powiadomił policję?

– Pani O’Neil, która mieszka obok, w sąsiednim mieszkaniu.

– Co?! O Boże! Tylko nie mów, że Gwen O’Neil!

– Owszem, tak się nazywa. Teraz jest w Komendzie Głównej. Znasz ją?

– Tak, oczywiście, że znam.

Na miejscu zbrodni Francesca spędziła razem z Braggiem całą godzinę, potem poszła do swojej znajomej Maggie Kennedy, szwaczki, która pracowała w szwalni Levy’ego. Podobnie jak Gwen O’Neil, Maggie mieszkała blisko miejsca zbrodni, bo w tej zatłoczonej i nieciekawej dzielnicy gnieździło się wiele zubożałych kobiet z dziećmi.

Kiedy szła ulicą, ponownie układała w głowie wszystko, czego się dowiedziała. A więc zbrodniarz nadal jest na wolności. Trzecia ofiara została zamordowana być może nieumyślnie. Wszystkie trzy ofiary mają ze sobą coś wspólnego. Młode, ładne, nie pochodzą z wyższych sfer i mieszkają w kamienicy czynszowej. Pierwsze dwie ofiary mieszkają same. Mąż Francis O’Leary prawdopodobnie znikł przed dwoma laty, a Kate Sullivan sama porzuciła męża. Trzecia ofiara, nieżyjąca Margaret Cooper, nie miała na palcu obrączki, nic też nie wskazywało, by ktoś z nią mieszkał, czyli najpewniej też była osobą samotną, ale należy to potwierdzić. Wszystkie ofiary zostały zaatakowane w poniedziałek, w odstępie tygodniowym, można się więc spodziewać, że w następny poniedziałek znów dojdzie do napaści w tej samej dzielnicy, a ofiarą będzie samotna, młoda i ładna kobieta z klasy robotniczej. Dwie pierwsze ofiary przeżyły, można więc z nimi porozmawiać. Policjanci co prawda już je przesłuchiwali, ale mogło coś im umknąć. Będzie też musiała spotkać się z Gwen O’Neil. Jednak te wszystkie rozmowy trzeba odłożyć na później, ponieważ tego wieczoru Julia Van Wyck Cahill, matka Franceski, wydaje proszony obiad, na który należy się pojawić. A zatem po krótkiej wizycie u Maggie Francesca musi szybko wracać do domu.

To tyle, jeśli chodzi o śledztwo. A Bragg… Jak to wszystko się zmieniło! Nagle stali się sobie obcy. Była głupia i naiwna, łudząc się, że Bragg zaakceptuje związek Franceski z jego bratem, i nadal będą przyjaciółmi. Stało się inaczej, ale trudno. Najważniejsze, że Bragg kocha żonę, a ona jest zadurzona w Calderze i nie może się doczekać, kiedy wróci z Chicago, dokąd wyjechał przed dwoma tygodniami załatwiać pilne interesy.

Ocknęła się z zadumy, ponieważ stała już przed drzwiami, za którymi słychać było śmiech dzieci. Maggie Kennedy była wdową i sama wychowywała czwórkę swoich pociech. Drzwi otworzył jedenastoletni Joel, kiedyś złodziej kieszonkowy, teraz nieoceniony pomocnik Franceski podczas jej detektywistycznych poczynań. Znał Nowy Jork jak własną kieszeń i niezliczoną ilość razy pomógł Francesce wydostać się z tarapatów.

– Panna Cahill! Dzień dobry!

Francesca też powitała go miło, zerkając na pokój, gdzie zwykle panował porządek. Teraz wszędzie fruwało pierze, a na podłodze siedziało dwóch młodszych braci Joela, zanosząc się od śmiechu. Każdy z nich trzymał prawie już pustą poszewkę. A zatem właśnie stoczyli bitwę na poduszki.

– Kretyni – mruknął Joel, popatrując na pobojowisko. – Całe pierze wyleciało. Mama się zmartwi, gdy to zobaczy.

– Czy Mathew odrobił lekcje? – Francesca wiedziała, że Mathew, jako jeden z nielicznych chłopców z rodzin robotniczych, chodzi do szkoły. Naturalnie do publicznej, czyli pękającej w szwach i tragicznie niedofinansowanej, ale Maggie nie było stać na prywatną szkołę. Joel też przez jakiś czas chodził do szkoły, dzięki czemu przynajmniej umiał czytać i pisać.

Macy's Herald Square w Nowym Jorku w 1907 roku

– Miał coś do zrobienia, ale mu się nie chciało.

– Powinien usiąść do lekcji. Dopilnuj tego, Joelu. Chyba nie chcesz, żeby twój brat był analfabetą, prawda? O, Lizzie! Dzień dobry!

Z sypialni wyszła zaspana trzylatka, także czarnowłosa jak starszy brat. Francesca pogłaskała ją po główce, a Joelowi nagle rozbłysły oczy.

– Panno Cahill, czy przyszła pani, bo prowadzi pani jakieś śledztwo i mogę się przydać? Bardzo bym chciał, bo od dawna nic się nie dzieje.

– A teraz się dzieje, dlatego przyszłam – odparła, kładąc torebkę na sofie. – Czy wasza mama jest w domu?

– Nie, ale lada chwila wróci. A co się dzieje, panno Cahill?

– Źle się dzieje, bardzo źle, Joelu. Zamordowano kobietę, i to zaledwie dwa domy dalej, tam, gdzie mieszka Gwen O’Neil.

– O’Neil? – Joel zbladł. – Mama Bridget?

– Tak. Ale nic im się nie stało. Zamordowano ich sąsiadkę, Margaret Cooper. Czy mógłbyś rozejrzeć się po okolicy i popytać, czy ktoś zauważył coś podejrzanego? Czy ktoś śledził Margaret Cooper, obserwował jej kamienicę, patrzył w okna? Albo może zauważył, że Margaret Cooper czegoś się boi? Mógłbyś też popytać o jej znajomych i czy ktoś ją ostatnio odwiedzał. Podejrzewamy, że sprawcą jest mężczyzna. Kto wie, może to Rzeźnik.

Joel skwapliwie pokiwał głową.

– Jak tylko mama wróci, od razu się tym zajmę.

– A czym masz się zająć, mój kochany? – spytała obładowana zakupami Maggie Kennedy, pojawiając się w progu. – Witaj, Francesco! Jak miło cię widzieć.

– Jest następna sprawa, mamo! – zawołał Joel. – Zamordowano kobietę! Niedaleko nas!

Maggie zbladła, a Francesca szybko się wtrąciła:

– Joel, pozwól, że ja powiem twojej mamie, o co chodzi.

Chłopiec zamilkł, a Maggie przywitała się czule z dziećmi, po kolei tuląc je do serca. Jednak dwóch młodszych chłopców naturalnie skarciła.

– A co to za bałagan! Doskonale wiecie, że na nowe poduszki nie mam pieniędzy! Proszę pozbierać całe pierze, do ostatniego piórka!

Strofowała dzieci, ale było oczywiste, że bardzo się przeraziła tym, co usłyszała od Joela.

– Maggie, może usiądziemy i porozmawiamy? – spytała Francesca, kładąc rękę na jej ramieniu.

– Ależ tak, bardzo proszę, siadaj, a ja już nastawiam wodę na herbatę.

– Może herbatę sobie darujemy? Przede wszystkim musimy porozmawiać.

– Jak sobie życzysz.

Usiadły i spojrzały na drzwi, którymi właśnie ktoś trzasnął.

– Czyli Joel już wyszedł… – Maggie westchnęła. – Francesco, to cudownie, że Joel dzięki tobie zaczął zarabiać uczciwie, ale nie ukrywam, że się o niego boję.

– Maggie, twój syn jest moim agentem, i to znakomitym, więc trudno, żebym mu nie płaciła, ale zawsze dbam o to, by nie narażać go na niebezpieczeństwo.

– Wiem, wiem… Tyle ci zawdzięczamy, Francesco. I ja, i Joel. Przecież dzięki temu, że pracuje dla ciebie, przestał kraść. – Maggie na moment przymknęła oczy. – Przepraszam, jestem trochę niezborna, ale po całym dniu szycia… Proszę, powiedz, o czym chciałaś ze mną porozmawiać.

– Już mówię. Gwen O’Neil znalazła swoją sąsiadkę martwą.

– O Boże! I co z Gwen? Jak to zniosła?! – Maggie zbladła gwałtownie.

Francesca ujęła ją za rękę.

– Jeszcze się z nią nie widziałam. Wiem tylko od Bragga, że jest wstrząśnięta. Trudno, żeby było inaczej. Po południu przesłuchali ją w Komendzie Głównej. Podejrzewamy, że to sprawka Rzeźnika. Zaatakował po raz trzeci, z tym że dwie poprzednie ofiary przeżyły. A ta ostatnia, Margaret Cooper, nie.

– A ja je wszystkie znam! Przecież mieszkamy po sąsiedzku. To znaczy… Margaret już nie… O mój Boże!

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Brendy Joyce „Śledztwo panny Cahill” bezpośrednio pod tym linkiem!

Brenda Joyce
„Śledztwo panny Cahill. Tom 1”
39,99 zł
Wydawca: HarperCollins Polska
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 384
Premiera: 01.08.2022
ISBN: 978-83-2768-861-3
EAN: 9788327688613
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Brenda Joyce
(Ur. 1950 r. w Nowym Jorku) autorka ponad czterdziestu powieści. Za swą twórczość otrzymała wiele nagród, w tym Best Historical Romance Award i Two Lifetime Achievement Award. Jej powieści przetłumaczono na kilkanaście języków. Obecnie mieszka wraz z mężem i synem w Arizonie. Hoduje wierzchowce wyścigowe, które zdobywają liczne trofea.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy