Autor: Magdalena Knedler
Tagi: Beletrystyka, Historia życia codziennego i obyczajowości, XIX wiek
Opublikowany: 2019-03-15 14:48
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Ostatnie dni starego świata

Trwa Wielka Wojna, której konsekwencji nikt nie jest w stanie przewidzieć. A w tle losy pewnej wiedeńskiej rodziny…
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

3 kwietnia 1915, Wiedeń

Powinnam chyba napisać jeszcze kilka słów o rodzicach i wyrywkowych wspomnieniach, z których składa się moja przeszłość. Może wtedy uda mi się zaprowadzić więcej ładu w tej historii, dać jej fundamenty i wyprowadzić ku teraźniejszości. Jak mam pisać o chwili, która trwa, jeśli opowieść o mnie nie ma solidnego punktu wyjścia? To prawie tak, jak gdybym ja sama zaczęła się właśnie teraz.

Katedra św. Szczepana w Wiedniu

Mój ojciec nazywał się kiedyś bardzo zwyczajnie – Lejba Aber – i pochodził z Warszawy. Urodził się w niezamożnej żydowskiej rodzinie, która z kolei do Kongresówki przeniosła się z Galicji. Skąd taki kierunek? Nie mam pojęcia, nie znam się na migracjach, a i o moich dziadkach ze strony ojca, wstyd przyznać, mało wiem. Aberowie zamieszkali na warszawskich Nalewkach. Mój dziadek był złotnikiem, prowadził własny warsztat, był podobno bardzo dobry w swoim fachu. Zachowaliśmy kilka przedmiotów, które wykonał, i rzeczywiście robią wrażenie. Aberom urodziło się dwoje dzieci – Lejba i Wilhelmina. Wilhelmina to drugie imię, niemieckie, nadane na pamiątkę galicyjskich korzeni, a pierwszego – Sara – ciotka nie używa.

Jak już pisałam, ojciec, dzięki swojemu sprytowi i umiejętnemu prowadzeniu interesów z zaborcą, dorobił się i otworzył salon jubilerski. Pewnego dnia do tego salonu wszedł elegancki podróżnik z Wiednia, którym był nie kto inny, tylko Zygmund Seidemann, także jubiler. Ojciec zaimponował mu szerokim rozeznaniem w branży, pomysłami, projektami i znajomością języków obcych. Mogę się mylić, ale jeśli ktoś mieszka pod zaborami i chce robić interesy, to znajomość języków obcych wydaje się niezbędna. Mój ojciec też tak sądził. Mówił zatem biegle po rosyjsku, niemiecku i francusku, a trochę po angielsku. Mój dziadek, który umarł, zanim się urodziłam, nauczył go także hebrajskiego i jidysz, ale w domu zawsze rozmawiali ze sobą po polsku. Nie wiem dlaczego nie zapytałam też ojca, kim się czuje – Żydem, Polakiem, Austriakiem, czy może odrobinę Rosjaninem? Nie zapytałam ojca o wiele rzeczy, bo nie umiem z nim rozmawiać. Trochę szkoda. Myślę, że gdyby zechciał mi odpowiedzieć, słuchałabym go z wielkim zainteresowaniem. Muszę się kiedyś odważyć i zapytać. Nie wiem tylko, co zrobię, jeśli mi jednak nie odpowie.

Odbiegam od tematu. Zygmunt był pod wrażeniem mojego ojca i zaprosił go do Wiednia, by odwiedził funkcjonujący od dziesięcioleci rodzinny salon Seidemannów. Ojciec – jak to ojciec – zaproszenie przyjął. A kiedy był już na miejscu, uznał, że zakład jubilerski Seidemannów oferuje interesującą biżuterię, ale cokolwiek przestarzałe wzory, czego nie omieszkał powiedzieć wprost swojemu nowemu przyjacielowi. Zygmunt wcale się nie obraził, tylko przyznał „młodemu Aberowi” rację. Stracił zapał, nie miał pomysłów, a w Wiedniu pojawiła się konkurencja, do tego co rusz objawiał się jakiś nowy artysta, który oddziaływał na odbiorców i nawoływał, by porzucali stare przyzwyczajenia i szukali oryginalnych rozwiązań. To była uwaga o charakterze ogólnym, ale dziadek miał rację. Gustav Klimt malował swoje dziwne obrazy, zmieniała się moda, powstał pawilon wystawowy Secesji Wiedeńskiej, ze złotą kopułą, którą sceptycy nazywali złotą kapustą. Dziadek wiedział, że jego – i czyjekolwiek – przywiązanie do tradycji nie ma tu żadnego znaczenia, bo czasy zmienią się i tak, zawsze przecież następowały jakieś zmiany. Zygmunt twierdził, że Lejba marnował się „tam u Ruskich”.

Wiedeń na przełomie XIX i XX wieku

Lejba był nieco zaskoczony. Nie uważał, by się marnował, a raczej, że wykorzystał wszystkie możliwości, jakie miał – i te, których nie miał, także. Seidemann nie chciał wypuścić z rąk takiego diamentu. Od dawna poważnie chorował i nie łudził się, że przed nim długie lata. Chciał zabezpieczyć rodzinny interes i jedyną córkę, Zofię, dziewczynę o słabych nerwach i zmiennych nastrojach, która miewała swoje dziwactwa i swego czasu leczyła się nawet u doktora Freuda, imiennika dziadka Seidemanna. Sesje skończyły się wtedy, gdy doktor Freud porównał sen Zofii o wspinaniu się po drabinie do stosunku płciowego. Miał to być osiemnasty sen panny Seidemann, który Freud porównał do stosunku płciowego, i dziadkowi puściły nerwy. Tak przynajmniej twierdzi ciotka Wilhelmina, która wszystko to słyszała od mojego ojca.

Cesarz Franciszek Józef I

Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo zamiast dziennika wiedeńskiej panny wyjdzie kronika rodzinna Aberów i Seidemannów. Nie mam na to teraz siły, więc dokończę tylko wątek, który już zaczęłam, by uzyskać upragniony punkt wyjścia dla własnej historii. Zygmunt Seidemann zaproponował młodemu Aberowi rękę swojej córki. Ponoć zapytał ją nawet o zdanie, a ona mruknęła: „Wszystko jedno”.

Tak zachęcony Lejba kilka miesięcy po pierwszych odwiedzinach w wiedeńskim salonie Seidemannów powiódł do złotej synagogi swoją wybrankę. Nie zgodził się zamknąć interesu w Warszawie, ale zatrudnił dobrego i lojalnego kierownika, przyjął podwójne nazwisko i obie rodziny połączyły siły. Lejba Aber ożenił się z firmą, wszyscy o tym wiedzieli. Używał odtąd imienia Leopold, ubierał się zawsze bardzo modnie, szybko przyswoił żargon wiedeński i zyskał u nowej wiedeńskiej „arystokracji finansowej” – jak nas ponoć nazywają – powszechną sympatię.

Moja matka po ślubie nie rozkwitła, ale wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Miała płakać po nocy poślubnej, a kiedy zaszła w ciążę, nie potrafiła zaakceptować swojego stanu. Ciotka Wilhelmina uważa, że to są właśnie skutki „nieuświadomienia kobiety”, ale nie będę teraz tego rozwijać. Może matka nie otrzymała odpowiedniej pomocy? Albo otrzymała ją za późno? Może nikt nie potraktował jej poważnie, uważając, że jej problemy to po prostu kobieca histeria? Nie wiem. Zamykała się w sobie coraz bardziej, aż wreszcie ze sobą skończyła. Chciałabym powiedzieć, że było mi przykro i że ciągle za nią tęsknię, ale przecież tak nie jest. Nie znałam mojej matki. Nie pamiętam, by mnie kiedykolwiek przytulała. Wiem, że matki są różne. Klara na przykład, moja przyjaciółka, która się właśnie zaręczyła, ma czułą matkę, ale Gretchen ze Stubenbastei, z którą mam wspólnego nauczyciela muzyki, mówi, że jej matkę interesuje tylko kolekcja srebrnych łyżek i fotografie zamordowanej siedemnaście lat temu cesarzowej Sisi. Nie wiem, co interesowało moją matkę, ale na pewno nie byłam to ja. Myślę o niej czasem i zastanawiam się, czy… czy z sytuacji, w której się znalazła, istniało jakieś inne wyjście.

A najgorsze jest to, że nie pamiętam, kim była. Nie przypominam sobie brzmienia jej głosu, jej słów, nie wiem, co lubiła jeść, w co się ubierać, czy miała ulubionych kompozytorów i malarzy, czy interesowała się biżuterią, snuła plany na przyszłość, jakie książki czytała. Brak czułości to jedno. Ale mam również wrażenie, że moja matka nigdy ze mną nie rozmawiała. Że jej po prostu nie było.

Wszystko, co mam, to urywki podsłuchanych wypowiedzi i ulotne obrazy, składam je w całość i próbuję ułożyć sensowny wzór. Wniosek, do którego dochodzę, za bardzo mnie przeraża, by go tutaj zapisać. Może jutro. Może jeszcze później.

Ten tekst jest fragmentem książki Magdaleny Knedler „Ocean odrzuconych. Tom I Córka jubilera”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom I
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 536
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-239-5

Do nabycia również tom II „Klątwa wiecznego tułacza”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom II
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 560
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-242-5

Teraz – choć minęło dopiero dziesięć lat – wielokrotnie słyszę, że to po prostu były takie czasy. Ludzie czuli niepokój, wpadali w złe nastroje, mieli różne lęki i obawy dotyczące przyszłości. Przed moimi oczami wciąż rysuje się mglisty obraz Karla Wittgensteina, bajecznie zamożnego magnata stalowego, którego ciotka także przyjmowała w swoim salonie. Ponoć głównie dlatego, że sfinansował budowę pawilonu wystawowego Secesji i był mecenasem wielu współczesnych artystów, co oczywiście postrzegała jako przejaw dobrego smaku. Inne osiągnięcia tego człowieka chyba jej nie interesowały.

Karl Wittgenstein
W każdym razie ów Wittgenstein, który od dwóch lat nie żyje, bo wykończyły go cygara, opowiadał pewnego wieczoru o śmierci swoich dwóch synów. Także się zabili – Hans w tysiąc dziewięćset drugim, a Rudolf w tysiąc dziewięćset czwartym. Ogólnie Wittgenstein miał jednak pięciu synów i trzy córki i choć jestem pewna, że obeszła go śmierć dwójki, być może w jakimś stopniu pocieszał się myślą o pozostałych dzieciach. Bo przecież nie został całkiem sam. Brzmi to bezdusznie, ale przecież muszę pisać szczerze. Zostało mu trzech synów i trzy córki, cyfry nie kłamią. Mnie natomiast nie została żadna matka. Nawet to jednak nie może mnie skłonić do odczuwania prawdziwego żalu. Wydaje mi się, że można, przy odrobinie wysiłku, skierować myśli na konkretne tory, ale nie odczuwanie. Odczuwanie po prostu się dzieje, nie da się go oszukać ani się do niego zmusić. Albo coś czujemy, albo nie. I ja nie czuję żalu, nie znałam mojej matki. Uwiera mnie jedynie świadomość, że postanowiła odejść, że to była jej decyzja. Nie wybrała mnie – wybrała śmierć.

Gdyby natomiast zmarła ciotka Wilhelmina…

Nie, nie będę teraz o tym myśleć. Na samą myśl robi mi się gorąco, a serce chce wyskoczyć przez gardło. W ogóle nie jestem w stanie już dłużej pisać. Spada na mnie prawda ubrana w czarny atrament, przygniatają mnie wnioski i podejrzenia, lęki i obserwacje. Papier przyjmie wszystko, ale ja nie mogę kłamać. Szczerość mnie dusi, okazuje się trudna.

Teraz pójdę sprawdzić, czy u ciotki wszystko w porządku. Może pozwoli mi pooglądać nieprzyzwoite obrazy. Jej pupilkiem nie jest już Egon Schiele ze swoją rudą modelką w czarnych pończochach, tylko Oskar Kokoschka. Twierdzi, że za późno się na nim poznała, bo zaciągnął się do wojska i pewnie zginie na froncie. Jej zdaniem artyści słabo sobie radzą w trudnych warunkach.

Hofburg około 1900 roku

10 kwietnia 1915, Wiedeń

Dziś jest pięknie. Słońce świeci od samego rana i rzuca na wypolerowane posadzki złote refleksy. Wszystko lśni, a w powietrzu, jak każdego poranka, unosi się zapach mydła. Uogólniam, bo oczywiście chodzi o różne środki czystości, amunicję służącej, którą posługuje się w walce z brudem. Wojna czy nie – sprzątać trzeba. Ciotka ma na ten temat swoje zdanie i nic go nie zmieni, podejrzewam, że gdyby nie mogła trzymać służby, sprzątałaby sama bez słowa skargi. W rodzinnej Warszawie, na Nalewkach, robiła to każdego dnia, pomagała matce w prowadzeniu domu, a ojcu w prowadzeniu warsztatu. Znała dobrze zapach brudnej wody z mydlinami, starych ścierek, surowych ziemniaków obieranych ze skórki i pasty do czyszczenia srebra. Wiedziała, jak wygląda warsztat złotnika i co trzeba zrobić, by z granulatu złota powstał piękny kielich. Nikt nie pytał, czy chce wiedzieć. Czy chce zamiatać podłogę, myć okna i podawać ojcu narzędzia. Czy oprócz podawania mogłaby robić coś więcej, coś bardziej wymagającego. A ponieważ nikt nie pytał, nie miała jak udzielić odpowiedzi. Dzięki milczącemu poświęceniu jej brat Lejba mógł się uczyć i rozwijać swój spryt, taki był przecież zdolny, wszyscy w niego wierzyli, cała rodzina. I słusznie, był człowiekiem wielu talentów.

Ciotka poświęcała się dla starszego o kilka lat brata, a w duchu pielęgnowała wściekłość na świat, w którym nie było – jak sądziła – miejsca dla kobiet jej pokroju. Choć przecież nie ona pierwsza chciała zdobyć wykształcenie i pracować zawodowo. Myślę, że gdyby urodziła się teraz, byłoby jej łatwiej w życiu, bo sporo się zmieniło.

– To i tak jeszcze za mało, stanowczo za mało, to właściwie jeszcze nic! – Słyszę jej słowa bardzo wyraźnie, wiecznie to powtarza, a ja wtedy odpowiadam:

– Zawsze coś.

Wilhelmina nigdy nie jest pod wrażeniem, prycha tylko gniewnie i mamrocze pod nosem. Czasem wydaje mi się bardzo biedna, współczuję jej, kiedy patrzę na zaciśnięte usta i kreskę między brwiami. Wiem, że roztrząsa wtedy jakiś ważny dylemat, na przykład – co ma zrobić, jeśli w pełni zgadza się z teorią Adolfa Loosa o konieczności uproszczenia sztuki użytkowej i zrezygnowania z bogatej ornamentyki, a jednocześnie tego samego Loosa nie cierpi, bo on z kolei nie cierpi kobiet. Kiedy zaprojektował Kärntner Bar, lokal tylko dla mężczyzn, na wzór angielskich klubów dla dżentelmenów, wściekła się, wypaliła cztery papierosy z rzędu, nerwowo stukała palcami w blat stołu, tupała nogą i wypiła kilka filiżanek czarnej kawy, takiej jaką zawsze piła we Włoszech, bo „po wiedeńsku” jest dla niej za słodka. Nie wiem, czy pomogła jej ta kawa na nerwy, chyba raczej nie. Wilhelmina z furią cedziła:

– Oczywiście, kobiety w kawiarniach niektórym bardzo przeszkadzają, ale to nie one mają problem ze sobą, nie one!

Wściekłość ciotki na Loosa za Kärntner Bar przypadła na rok tysiąc dziewięćset ósmy, czyli wydarzyło się to trzy lata po śmierci mojej matki i tuż po naszym powrocie z podróży. Ojciec także był wtedy w Wiedniu. Kilkakrotnie przyłapałam go na tym, że przygląda mi się uważnie, ale, jak sądzę, niczego ciekawego nie dostrzegł, bo w końcu przestał. Z tamtego czasu pamiętam jeszcze tylko słowo „obstrukcja”, użyte w zupełnie innym kontekście, niż dotąd słyszałam. Ojciec mówił, że parlament paraliżują obstrukcje. Jest wielu posłów różnej narodowości, każdy wypowiada się w swoim języku i jeśli chce spowolnić pracę parlamentu lub opóźnić czyjeś wystąpienie, stoi godzinami na mównicy i „mamrocze coś, czego większość nie rozumie, bo przecież nie ma tłumacza”. I było ponoć tak, że niektórzy mówili wiersze w swojej ojczystej mowie lub powtarzali w kółko te same zdania. Aż trudno uwierzyć. Myślę, że dorośli powinni być poważni, a już zwłaszcza w parlamencie. Tymczasem urządzają tam kabaret.

Ciotka i ojciec prowadzili też wówczas ważne rozmowy o tożsamości, które z chęcią i zaangażowaniem podsłuchiwałam.

Ten tekst jest fragmentem książki Magdaleny Knedler „Ocean odrzuconych. Tom I Córka jubilera”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom I
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 536
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-239-5

Do nabycia również tom II „Klątwa wiecznego tułacza”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom II
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 560
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-242-5

Ojciec mówił na przykład:

– Jestem Polakiem.

Cesarz Franciszek Józef I

Na co ciotka:

– Jesteś Żydem z nieistniejącego państwa.

Ojciec się nie poddawał i bardzo chciał przejść do sedna, bo chyba nie chodziło tylko o deklaracje narodowościowe:

– Jestem Polakiem, Wili, ale tak się złożyło, że pokochałem też tę dziwną monarchię. Idea wielkiego kraju, utworzonego z kilku mniejszych, z wieloma językami, kulturami, zwyczajami, tak zróżnicowanego, jest dla mnie czymś fantastycznym. To musi być pomniejszona wizja przyszłości. Tak będzie kiedyś wyglądała cała Europa. Nie możemy być wszyscy tacy sami, chodzi o to, by zrozumieć, że właśnie powinniśmy się różnić. I szanować te różnice, uważać je za coś dobrego. I żyć wspólnie pomimo nich.

Moim zdaniem brzmiało to zbyt patetycznie, jak u natchnionego wieszcza. Wiadomo, że wieszczowie oprócz wieszczenia niewiele działali.

Ciotka na to:

– Przedstaw swoje teorie panu Guidowi von Listowi, zobaczymy, co powie. Zaraz wyłoży ci swoją mądrość o rasie panów, aryjskim panowaniu nad światem i prawach hodowli. Obawiam się, że jesteś marzycielem. Nawet jeśli się z tobą zgadzam.

Na to ojciec:

– Guido von List to szaleniec. Tacy zawsze byli i zawsze będą. Pokrzyczy, kilku mu zaklaszcze, a później wszystko się uspokoi.

Na to ciotka:

– Chciałabym w to wierzyć, ale chyba nie umiem.

Nie pamiętam, co jeszcze mówili. Ta rozmowa wydała mi się bardzo podniosła i ważna, choć nie byłam jeszcze w stanie przemyśleć jej w samotności. Nie wiem, czy teraz jestem. W każdym razie utkwiła mi mocno w pamięci, bo zawsze najlepiej zapamiętuję to, co podsłuchuję, i to, co ktoś mówi przy mnie w uniesieniu lub wzburzeniu, a pewnie nie powinien.

Z późniejszych lat pamiętam pojawienie się nowego budynku na Michaelerplatz, zwanego „domem bez brwi”. Zaprojektował go znienawidzony przez ciotkę Loos, a ona nie mogła znieść faktu, że ten budynek bardzo jej się podoba – jest prosty, surowy, bez ozdób.

– Taka powinna być właśnie sztuka przyszłości – wydukała z obrzydzeniem.

Wiedeń na przełomie XIX i XX wieku

To chyba bardzo przykre, kiedy osoba, której nie cierpimy, robi rzeczy, które nam się podobają. Przed światem możemy oczywiście udawać pogardę i brak akceptacji, możemy szydzić i krytykować do woli, ale w głębi serca znamy prawdę. Ciotce mało pocieszające wydawało się to, że owego „domu bez brwi” nie mógł znieść nasz dobry stary cesarz, który – niestety – miał na niego świetny widok z Hofburga. Pieklił się ponoć, że nie będzie codziennie patrzył na coś tak ohydnego, a kiedy nie mógł nikogo zmusić do zburzenia budowli, kazał przytwierdzić do ścian jakieś ozdoby. Loos powiesił doniczki w oknach. Nie wiem, czy o to właśnie chodziło cesarzowi. Dodam jeszcze, że zdaniem ciotki w świecie przyszłości znajdzie się mnóstwo miejsca dla „domów bez brwi”, ale zabraknie go całkiem dla wąsatych imperatorów.

W tysiąc dziewięćset jedenastym były wielkie zamieszki na ulicach. Przez Ringstrasse, nieopodal naszej kamienicy, także przemaszerował wrzeszczący tłum, który domagał się obniżenia cen mięsa. Bałam się, miałam wrażenie, że za chwilę ci ludzie wtargną do środka, do naszego mieszkania z wypolerowanymi posadzkami, i każą nam… no nie wiem… oddać całe jedzenie albo zabiorą ojcu biżuterię ze sklepu. Chyba po raz pierwszy w życiu przytuliłam się wtedy do niego mocno i poczułam, jak się prostuje i napina mięśnie. Był zaskoczony, ale poklepał mnie po plecach, a po chwili także pogłaskał po włosach. Miałam wrażenie, że po moim wnętrzu rozlało się coś ciepłego, i poczułam się błogo. Zastanawiające, jak dużo może zdziałać taki prosty gest. Ojciec chciał mnie podnieść na duchu.

– Nie martw się. Oni wyszli na ulicę, bo mają ciężkie życie. Trzeba ich wysłuchać i zrozumieć. Ale tutaj nie przyjdą.

Ciotka odsunęła się od okna i oparła dłonie na biodrach.

– Maria Antonina pewnie myślała podobnie kilka minut przed tym, jak tłum wpadł do Wersalu. I nie sądzę, by przewidziała, że później utną jej głowę – powiedziała.

Wilhelmina zawsze umiała człowieka pocieszyć.

Ten tekst jest fragmentem książki Magdaleny Knedler „Ocean odrzuconych. Tom I Córka jubilera”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom I
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 536
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-239-5

Do nabycia również tom II „Klątwa wiecznego tułacza”:

Magdalena Knedler
„Ocean odrzuconych. Tom II
44,99 zł
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 560
Data i miejsce wydania: Pierwsze
Format: 130x210, skrzydełka
ISBN: 978-83-8147-242-5

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Magdalena Knedler
Autorka powieści „Pan Darcy nie żyje”, „Winda” i „Nic oprócz strachu”. Za powieść „Pan Darcy nie żyje” otrzymała nominację w kategorii „debiut” do nagrody Emocje 2015, przyznawanej przez Radio Wrocław Kultura za najciekawsze lokalne wydarzenie kulturalne roku i nominację do nagrody WARTO 2016 przyznawanej przez wrocławską Gazetę Wyborczą. Recenzentka i redaktorka współpracująca z portalami kulturalno-informacyjnymi. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy