Autor: Michael Wieck
Tagi: Wspomnienia, Historia społeczna, II wojna światowa, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Europa Wschodnia
Opublikowany: 2018-12-08 17:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Zanim Königsberg stał się Kaliningradem

Oblężenie sowieckie doprowadziło do ogromnych zniszczeń i śmierci ponad 100 tys. cywilów. Zbrodnie sowieckie stanowiły zaledwie zwiastun degradacji tego miasta.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

5  kwietnia ledwie zdołaliśmy wrócić do domu. Artyleria strzelała bezustannie. Na Hammerweg i w Luisenwahl zajęły pozycje oddziały bojowe. Ogień z karabinów i karabinów maszynowych sugerował, że wkrótce walki toczyć się będą całkiem blisko. Miałem wrażenie, że przechodzę przez główną linię walk. Co parę metrów musiałem okazywać zaświadczenie o pracy i co chwilę padać na ziemię, kiedy z wyciem nadlatywały pociski. Było oczywiste, że Rosjanie zaczęli swój długo oczekiwany, zmasowany atak. Wszyscy wiedzieliśmy, że Rosjanie mają przewagę: opór był bezcelowy. Generał Lasch oszacował przecież, że stosunek sił wynosi około 250 tysięcy atakujących na 35 tysięcy obrońców. Jedna trzecia całego rosyjskiego lotnictwa była nad Königsbergiem, podczas gdy niemieckiego samolotu nie było ani jednego. Stosunek czołgów był jak 100 do 1. Nikt nie rozumiał, dlaczego ludność cywilna musi jeszcze stawić czoła atakowi z jego morderczym bombardowaniem. Dalibóg, wszyscy już dość wycierpieliśmy. Przepełniała nas bezsilna złość na dowódcę, dla którego tak mało znaczyło życie podległych mu ludzi. Teraz już całkiem otwarcie i głośno przeklinano i pomstowano.

Żołnierze niemieccy w pobliżu Königsbergu, styczeń 1945 (Bundesarchiv, Bild 183-R98401 / CC-BY-SA 3.0)

Z ledwością docieramy do Steinmetzstraße 26 i wiemy, że nie odejdziemy stąd, zanim albo wejdą tu Rosjanie, albo pogrzebią nas ruiny budynku. Znów idziemy do naszej wzmocnionej piwnicy-schronu. Rogalli nie pokazuje się od kilku dni. Norrowie i dwie inne rodziny uciekli, jesteśmy tu więc tylko w kilka osób i możemy zająć więcej miejsca. Gadamy oczywiście ze sobą. Czasy nazizmu dobiegły końca i nagle wszyscy są niezwykle mili. Zapewne liczą po cichu na to, że będziemy w stanie ochronić ich przed Rosjanami.

6 kwietnia: na zewnątrz piekielny rumor. Pociski trafiają w nasz dom, niemniej słychać, że nie jesteśmy jeszcze w pełni zaangażowani w walkę. Żołnierze z wyposażeniem bojowym, pancerfaustami, karabinami maszynowymi i radiostacjami przechodzą przez łączące się ze sobą piwnice. Wyrwy w murach między nimi musiały powstać już wcześniej. Dzięki temu także Rosjanie mogli przemierzyć cały kompleks domów, nie wychodząc z piwnic. Walka uliczna stała się przez to jeszcze bardziej podstępna, bo obie strony przedzierały się na obszar przeciwnika nie tylko ulicami, ale też piwnicami domów.

Niemieckich żołnierzy, którzy przechodzili teraz przez naszą piwnicę, cywile wzywali do zaprzestania walki. Żołnierze z ubolewaniem odrzucali te wezwania i powoływali się na otrzymane rozkazy. Stan wyższej konieczności związany z obowiązkiem wypełniania rozkazów wśród żołnierzy, stan wyższej konieczności związany z obowiązkiem wypełniania rozkazów u generała. Kto zobowiązał się do posłuszeństwa, ten najwyraźniej nie musi się już przejmować odpowiedzialnością – nieważne, ilu ludzi jeszcze umrze, ani co zostanie zniszczone. Dieckert i Grossmann piszą w swojej książce:

Ostateczna, śmiertelna bitwa o twierdzę Królewiec rozpoczęła się 6 kwietnia. O godzinie 7.30 – na południowym, a o 8.30 na północnym odcinku frontu rozpoczęło się wyjątkowo silne przygotowanie artyleryjskie. Tysiące dział, moździerzy i katiusz nieprzyjaciela zasypywało obrońców gradem pocisków. Bez przerwy też nad Królewcem krążyła wielka liczba samolotów, zrzucając tony bomb burzących na nieszczęsne miasto.

Jeńcy niemieccy w Królewcu (Bundesarchiv, Bild 183-R94432 / CC-BY-SA 3.0)

Bez przerwy też nad stanowiskami obrony i ciągami ulic krążyły szturmowce nieprzyjaciela, strzelając ze wszystkich luf. Miasto zamieniło się w morze ruin i płonęło. Niemieckie stanowiska były porozbijane, transzeje zryte pociskami, okopy zrównane z ziemią, kompanie obrońców pogrzebane. Pozrywane również zostały połączenia telefoniczne, a magazyny amunicji zniszczone. Nad resztkami domów w centrum miasta wisiały kłęby gęstego dymu. Na ulicach piętrzyły się sterty gruzów, leżały rozbite pociskami pojazdy, trupy ludzi i zabite konie. Przerażeni cywile uciekali ze zniszczonych albo płonących domów, szukając innego schronienia. Inni pozostawali tam, gdzie się akurat znajdowali, pogrążeni w otępieniu, obojętności i apatii.

Po tej ogniowej burzy, tuż za przesuwającą się nawałą wybuchających pocisków, do natarcia ruszyła falami rosyjska piechota i czołgi. Główne kierunki ich ataków wskazywały na to, że Rosjanie chcą wziąć miasto w kleszcze, posuwając się od północy na południe przez Tannenwalde i od południa na północ przez Ponarth . Wobec tej potęgi niemiecka artyleria polowa z niewielkimi zapasami amunicji była nieskuteczna, a działa przeciwlotnicze też były bezradne wobec krążących na niebie samolotów. Musiały przede wszystkim walczyć z nieprzyjacielskimi czołgami. Również niemiecka piechota, składająca się głównie z nowo sformowanych i jeszcze niewypróbowanych w boju jednostek, nie wytrzymała obciążenia nerwowego. (...)

Następnego dnia ten sam ponury obraz! Rosjanie znowu zasypują potężnym gradem bomb i pocisków wszystkich kalibrów niemieckie stanowiska i całe miasto, a na obrońców nieprzerwanie polują nieprzyjacielskie szturmowce. Domy walą się, a drzewa rozsypują na drzazgi. Nawet łącznicy mają duże trudności z przedostaniem się przez miasto.

Na południu nieprzyjaciel wdzierał się coraz bardziej w głąb miasta, natykając się w rejonie portu i stoczni na gasnący już opór. Od północy Rosjanie dotarli już do Amalienau na zachód od Luisenwahl. 7 kwietnia nie zdołano wykonać nakazanego przez generała Lascha ataku 5. Dywizji Pancernej z odcinka bronionego przez 561. Dywizję, aby w ten sposób odzyskać dawne pozycje 548. Dywizji. W trakcie nawiązywania kontaktu z 5. Dywizją Pancerną nastąpił silny atak rosyjski na pozycję 1. Dywizji, na północ od Seerappen . Rosjanie bez przerwy ponawiali ataki na pozycję zajmowaną przez tę dywizję. Nie dysponując ciężką bronią, dywizja i tak zniszczyła piętnaście nieprzyjacielskich czołgów. (...)

Pod nieustannym, straszliwym gradem bomb topniejące w oczach jednostki dzielnie broniły swoich stanowisk. Rosjanie miotaczami ognia wykurzali obrońców z jednego za drugim gniazd oporu. W zastraszający sposób wzrastała w mieście liczba rannych. W zamienionym w ruiny i zgliszcza mieście brakowało lazaretów, a braki w zaopatrzeniu przyczyniały się do tego, że nie można było opanować sytuacji związanej z napływem nowych rannych.

W tak beznadziejnym położeniu generał Lasch złożył wniosek o wydanie zgody na przeprowadzenie przez załogę twierdzy próby przebicia się na zachód, aby w ten sposób uratować masy ludności cywilnej przed Rosjanami (Lasch wiedział jednak dobrze, że nie ma na to najmniejszej szansy! – przyp. Autora). Dowództwo armii odrzuciło tę propozycję w szorstkiej formie”.

Ten tekst jest fragmentem książki Michaela Wiecka „Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”:

Michael Wieck
„Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”
34 zł
Seria: Świadectwa XX wiek
Data i miejsce wydania: I
Redakcja: Anna Richter
ISBN: 978-83-65979-10-0

7 kwietnia nastąpiła kulminacja wojennego hałasu. Siedzieliśmy w piwnicy, zatykając uszy. Na domiar wszystkiego przyszli jeszcze dwaj podoficerowie z czterema ludźmi, żeby zająć pozycje przy narożnych oknach obu piwnic. Nasz dom był narożny, a w walce ulicznej właśnie takie domy były równane z ziemią. Ojciec spytał rozsądnie wyglądającego oficera – jakby ten był w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi – co zamierza. Musi przecież wiedzieć, że przy najmniejszym oporze nasz dom zostanie ostrzelany pociskami i nie zostanie tu kamień na kamieniu. Ponieważ jednak piwnice są pełne cywilów, obecni tu mieszkańcy domu zabraniają mu oddać choćby pojedynczy strzał. Oficer wysłuchał tego w spokoju i powiedział łagodząco: „Niech się pan nie martwi, znikniemy stąd w porę”. Uznaliśmy to za informację, że nie zamierzają walczyć, i to nas uspokoiło. Żołnierze pozostali w swoich piwnicach, bacznie przysłuchując się odgłosom walki, nasilającym się to tu, to tam. Koło południa ostrzał wzmocnił się i nie ulegało wątpliwości, że teraz walki toczą się w naszym sąsiedztwie. Przyszła kolej i na nasze domy. Pociski padały gęsto, słychać było salwy z tak zwanych organów Stalina, czyli montowanych na ciężarówkach

Zamek krzyżacki w Królewcu, niemal doszczętnie zniszczony w 1945, pozostałe ruiny wysadzono w 1968 roku (domena publiczna)
wyrzutni rakietowych, z których pociski wystrzeliwane były bardzo szybko i eksplodowały niemal jednocześnie. Słychać też było buczenie samolotów, zrzucających bomby ciężkiego kalibru, z których jedna trafiła w podwórko, druga w skrzyżowanie przed domem. Zakołysała się podłoga, ściany popękały, wapienny kurz wypełnił piwnicę, a huk i ciśnienie powietrza groziły rozsadzeniem czaszki. Przy czymś takim pociski artyleryjskie wydały się nam nieszkodliwe. Zaryglowaliśmy solidnie drzwi do piwnicy i mieliśmy nadzieję, że nawet gdyby dom miał się zawalić, sufit piwnicy jest wystarczająco wzmocniony grubymi belkami, by to wytrzymać.

W tych godzinach 7 kwietnia nasze miasto stało się polem walki i znalazło się pod ostrzałem huraganowego ognia. Było to nie do zniesienia i trudno było sobie wyobrazić, że można przeżyć coś takiego na otwartej przestrzeni. Biada domowi, który teraz będzie stawiał opór. Na szczęście nasi wojacy znikli niezauważalnie. Pod wieczór wszystko ucichło. Ostrzał przeniósł się na inne ulice. Potem stało się niemal niebezpiecznie spokojnie i spodziewaliśmy się, że lada chwila do piwnicy wpadnie granat albo zjawią się tu Rosjanie. Znajdowaliśmy się już na ziemi niczyjej – napięcie rosło, stale podchodziłem do niestrzeżonego piwnicznego okna, by sprawdzić, co się właściwie dzieje. Zauważyłem, że wszystkie domy są ciężko uszkodzone. Miały wielkie dziury w ścianach i częściowo zniszczone piętra. W żadnym oknie nie było szyb. Pełne odłamków i dziur po kulach fasady wyglądały jak pokryte piegami. Plama przy plamie, dziura przy dziurze. Wyglądało jednak na to, że w najbliższej okolicy nic się nie pali.

(…)

Po bitwie

Ostatnie punkty obrony w totalnie zniszczonym śródmieściu, w którym już od dawna nie mieszkali żadni cywile (choć nie mogę wykluczyć, że w ostatniej chwili ktoś się tam schronił), skapitulowały dopiero wtedy, gdy Rosjanie podpalili zajęte wcześniej i jeszcze zamieszkane dzielnice, paląc przy tym wielu zamkniętych w piwnicach cywilów. Pod pretekstem trwających działań wojennych Rosjanie szczególnie okrutnie obchodzili się z mieszkańcami miasta. Podczas bezsensownych walk obronnych po 6 kwietnia – czyli po rozpoczęciu wielkiego ataku – lekkomyślnie wydano na pastwę wojny cywilną ludność Königsbergu. Tysiące istnień ludzkich można było uratować, gdyby kapitulacja nastąpiła chociaż trzy dni wcześniej.

Hitler skazał wprawdzie generała Lascha na śmierć, ale w rzeczywistości mógłby go pochwalić za wierne wypełnianie obowiązków. 9 kwietnia Königsberg tak czy inaczej uległby sowieckiej przewadze. Gdyby przy tym dowódca stracił życie, bohaterska epopeja pozostałaby, w pojęciu Hitlera, bez skazy. W tej sytuacji stwierdzenie generała Lascha, że wobec Boga i własnego sumienia postąpił tak, by ocalić ludzkie życie, jest zwyczajnym mydleniem oczu. (Ocalił w każdym razie swoje życie).

Wspomnienia wojenne takich generałów jak Lasch są być może historycznie pouczające i mogą nawet zadziwiać tym, na jaką energię i organizację potrafią się zdobyć ludzie, żeby osiągnąć w walce swoje cele. Ale jest w nich też wiele niedających się zrozumieć elementów – choćby to, że cała złość takich dowódców z powodu katastrofalnej sytuacji skierowała się głównie przeciw tchórzliwym partyjnym bonzom lokalnej proweniencji, którzy, jak gauleiter Koch, troszczyli się jedynie o ratunek dla siebie, jednocześnie szczując żołnierzy do walki do ostatniej kropli krwi. Tych natomiast, którzy przez swoją arogancką ideologię i systematyczne przygotowania wojenne wciągnęli narody Europy w tę morderczą wojnę, oszczędzają. W żadnym zdaniu nie ma ani słowa o tym, że poćwiartowane Niemcy, zniszczona Europa i cierpienia milionów są konsekwencjami manii wielkości, którą z reguły sami podzielali, co czyniło ich współwinnymi. Wszyscy oni co prawda szukali dla siebie wytłumaczenia, ale ani jednym słowem nie wyrazili żalu za to, co Niemcy zrobili w Rosji – za zniszczone rosyjskie, polskie, francuskie miasta, za napaść na te kraje, za deportacje cywilów do pracy przymusowej, za wymordowanie niemieckich i obcokrajowych Żydów, komunistów, Cyganów, przeciwników politycznych... Takiego żalu nie mogliby wyrazić, nie stawiając jednocześnie pod znakiem zapytania całego swojego bohaterstwa. Wojna Hitlera była wojną zbrodniczą, a oni byli jego poplecznikami. Ich zwycięstwa to były pirackie zwycięstwa.

Nagłe zniknięcie niemieckich mundurów dało nam cudowne poczucie uwolnienia. Wystarczająco długo cierpieliśmy z powodu związanej z nimi władzy. Teraz już nikt nie będzie nas szkalował jako mniej wartościowych ani chciał z tego powodu pozbawić życia. Może nawet będziemy traktowani lepiej, może dostaniemy jakieś zadośćuczynienie – za to, że w tej narodowosocjalistycznej wojnie pozostaliśmy bez winy, że byliśmy prześladowani. To byłoby sprawiedliwe. A przede wszystkim liczyliśmy, że otrzymamy może wreszcie normalne racje żywnościowe, bo nasze siły już się wyczerpywały. Ale najważniejsze było to, że wojna się skończyła, a Hitler został pokonany.

Z tych rozmyślań wyłoniło się pytanie, czy powinniśmy teraz wyrzucić nasze żydowskie gwiazdy, czy też nosić je nadal. Byłby to poniekąd symbol naszego niebycia nazistami, znak, który wszyscy Rosjanie musieliby respektować. Rozmyślaliśmy nad tym i – choć niczego nie życzyłem sobie goręcej niż pozbycia się w końcu tej oznaki hańby – postanowiłem jednak ją zatrzymać. Kto wie, jak to dalej będzie.

Królewiec tuż po wojnie (domena publiczna)

Czy poczucie uwolnienia przyniosło ze sobą pragnienie zemsty? Tak, już w pierwszej chwili. Kiedy upewniłem się, że Rosjanie zdobyli Hufen, coś po prostu wypchnęło mnie w stronę domu naprzeciwko. Mieszkał tam kupiec Dossow, który wcześniej nieustannie nas obserwował i szykanował, a w końcu – zadenuncjował. Z żydowską gwiazdą w widocznym miejscu zapukałem do drzwi jego mieszkania na parterze, a gdy otworzył, przestraszony na mój widok, powiedziałem z niedobrym poczuciem satysfakcji: „Panie Dossow, Rosjanie już tu są. Skończyły się czasy, kiedy mógł pan nas prześladować. Tylko tyle chciałem panu powiedzieć”. Dossow popatrzył z lękiem i zmieszaniem, a potem powiedział jeszcze coś niezrozumiałego i zamknął drzwi.

Odszedłem bez żadnej satysfakcji. Zresztą było o wiele za wcześnie, by w ogóle opuszczać dom. Zbliżający się Rosjanie strzelali do wszystkiego, co ruszało się na ulicy – zachowanie typowe zwłaszcza dla żołnierzy walczących na tyłach.

Ta akcja była moją jedyną zemstą i pozostawiła po sobie niesmak. Zrozumiałem, że zemsta nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Nie jest to odpowiedni sposób na wyrównanie rachunków – i z reguły dotyka niewłaściwych ludzi.

Ten tekst jest fragmentem książki Michaela Wiecka „Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”:

Michael Wieck
„Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”
34 zł
Seria: Świadectwa XX wiek
Data i miejsce wydania: I
Redakcja: Anna Richter
ISBN: 978-83-65979-10-0

Po południu dowiedziałem się przypadkiem, że ludność cywilna ma się zebrać na skrzyżowaniu Luise- i Hermannalle. Rosjanie zamierzali spalić wszystkie niezniszczone części Königsbergu. Mówiono, że taka groźba znalazła się w ultimatum kapitulacyjnym i zostanie spełniona jeszcze tego samego dnia, jeśli stawiająca opór załoga twierdzy w centrum miasta się nie podda. Ultimatum, którego sens trudno było zrozumieć. Niszcząc zdobyczne dobra, nie wyrządza się szkody przeciwnikowi; a zatem musiało chodzić o coś innego – by zagrożenie systematycznym zniszczeniem ocalałego Königsbergu, ze względu na swoją nieodwracalność i konsekwencje dla ludności cywilnej, zrobiło odpowiednie wrażenie na komendancie. Nie wiem, czy w ultimatum faktycznie znalazła się taka groźba. Bardziej prawdopodobne jest to, że Stalin chciał po prostu raz na zawsze zmieść z powierzchni ziemi Königsberg i niemieckie Prusy Wschodnie. W swojej książce generał Lasch nie wspomina o rosyjskim wezwaniu do kapitulacji, którego tekst znajdowaliśmy na ulicach i podwórkach w formie ulotek. Pełna relacja z upadku Königsbergu zawierałaby również taką informację.

Jedna z ulic Królewca na początku XX wieku... (domena publiczna)

Jest oczywiste, że Rosjanie byli zainteresowani tym, aby nie ponosić więcej ofiar. Poświęcili już przecież około 20 milionów, żeby pozbyć się intruza, który zaklasyfikował ich jako podludzi i chciał uczynić z nich niewolników. Kapitulacja zanim doszło do okupionych licznymi ofiarami walk ulicznych byłaby i dla nich korzystna. To, że Rosjanie nie chcieli iść na żadne układy, przyjmując kapitulację miasta, które kosztem wielu ofiar już i tak zostało zdobyte, jest z rosyjskiego punktu widzenia zrozumiałe. Nie wymaga dyskusji stwierdzenie, że Rosjanie musieliby wtedy zachowywać się bardziej cywilizowanie i humanitarnie, nawet gdyby Niemcy, zwłaszcza SS, swoim zachowaniem dali im najgorszy przykład. Jestem przekonany, że w zamian za poddanie miasta we właściwym momencie Rosjanie poszliby na ustępstwa. Robili tak w innych miejscach – w książce Dieckerta i Grossmanna opisany jest taki przypadek.

Trzeba było wielu namów i perswazji, by przekonać mieszkańców naszego domu, siedzących w piwnicy z resztkami dobytku, że lepiej będzie pójść razem na miejsce zbiórki niż czekać bez żadnej ochrony, aż kolejny pijany Rosjanin przyjdzie i będzie czegoś od nas żądał albo zrobi nam krzywdę. Poza tym, gdyby Rosjanie zgodnie z zapowiedzią faktycznie podpalili Hufen, nasze położenie stałoby się krytyczne także z powodu rosnącej temperatury. Spakowaliśmy plecaki, torby, skrzypce i walizki i zwartą grupą ruszyliśmy Steinmetzstraße w stronę Schillerstraße. Nad głowami wciąż jeszcze huczały nam pociski artyleryjskie lecące w kierunku śródmieścia. Z naszej okolicy już nikt nie odpowiadał ogniem. Szliśmy usianą kamieniami, fragmentami murów i lejami po bombach ulicą, mijając na wpół zniszczone domy, które teraz miały zostać spalone. Szaleństwo nie miało końca. Po pierwszych 100 metrach ujrzałem obrazek, który mocno zapadł mi w pamięć – mongolskiego żołnierza z pistoletem maszynowym wymierzonym w dwie młode kobiety, pędzącego je przed sobą w stronę jakiejś ruiny. Szły bez sprzeciwu – co im zresztą pozostało. Miałem tylko ogromną nadzieję, że po wszystkim puści je wolno, gdyż wiele z tych kobiet – jak miałem przekonać się później jako Leichenbestatter – zabijano. Na sąsiednich ulicach widzieliśmy pędzone dokądś oddziały niemieckich jeńców.

...i ta sama ulica w 2013 roku (fot. Kemal KOZBAEV, opublikowano na licencji "Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0":hhttps://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/)

W tym czasie nie nosiliśmy już raczej żydowskich gwiazd. Zrozumieliśmy, że nie będzie dla nas żadnych wyjątków – naszym przeznaczeniem jest dzielić los wszystkich. Ale też nie pragnąłem już żadnej szczególnej pozycji, żadnego bycia poza nawiasem. Dla Rosjan wszyscy bez różnicy byliśmy znienawidzonymi Niemcami. Nawet uprowadzone i zmuszone do niewolniczej pracy rosyjskie dziewczęta pędzili przez sobą jako więźniarki, jakby te biedne istoty dobrowolnie kolaborowały z Niemcami. Nikt nie mógł tego pojąć. Nic nie było oczywiste, nikt nie zastanawiał się nad przyszłością.

Nasza grupa składała się z około 18 osób i powoli poruszała się naprzód. Każdy mógł się zorientować, że rosyjscy żołnierze, którzy teraz ciągnęli ulicami, nie należeli do oddziałów bojowych. Te znajdowały się już około kilometra od centrum. Ci żołnierze byli żądni łupów, zabierali zegarki i bagaż podręczny, przetrząsali porzucone mieszkania i piwnice w poszukiwaniu rzeczy, które mogliby wysłać do domu. Wszędzie walały się bezmyślnie pozostawiane butelki po winie i sznapsie, których zawartość odbierała im ostatnie hamulce. Jak okiem sięgnąć nie było nikogo, kto by temu położył kres. Niektórzy żołnierze próbowali jeździć rowerami, ale z nich spadali. Pochodzili z takich części kraju, gdzie nie było ani rowerów, ani toalet. Kiedy wszedłem do jednej z działających na pierwszym piętrze naszego domu ubikacji, stwierdziłem, że załatwili swoje potrzeby na podłodze i użyli ręcznika do tego, do czego my używamy papieru. Śmierdziało tam potwornie. Do zmobilizowania ludzi z takich okolic zmusiły Rosjan straty poniesione w ostatnich latach, te dzieci stepu po zajęciu Königsbergu po raz pierwszy zetknęły się z nowoczesnym miastem. Podekscytowani do granic, rozswawoleni w swojej radości ze zwycięstwa, zadziwieni pełną luksusowych urządzeń cywilizacją, pijani, bez kontroli i bez żadnych hamulców szli za głosem popędów, obojętnie, czy chodziło o seks, władzę, posiadanie, żarcie, chlanie czy mord; nie obawiali się przy tym żadnej kary czy innych konsekwencji. Co za nienawiść! Kto jednak atakował i bronił się tak bezlitośnie, jak Niemcy, ten też będzie bezlitośnie zwalczany i zwyciężany.

Także naszą grupę prowadzili żołnierze, którzy popatrywali na nasze kobiety i bagaże, w ostateczności jednak zainteresowali się dwoma solidnie wyglądającymi walizkami. Z gotowymi do strzału pistoletami zabrali je, otworzyli i powyrzucali na ulicę większość ubrań, pamiątek, jak albumy ze zdjęciami, a potem odeszli, zabierając puste walizki ze sobą. Potrzebowali tylko czegoś, w czym mogli wysłać do domu swoje cenne łupy. Stopniowo stawaliśmy się coraz bardziej obojętni wobec utraty swoich rzeczy i byliśmy zadowoleni, gdy przynajmniej fizycznie nie doznaliśmy uszczerbku. Nasze kobiety zrobiły się tak nieatrakcyjne, jak się dało, i wszystkie – włącznie z Ute – wyglądały jak pokrzywione staruszki.

W końcu dotarliśmy na miejsce zbiórki, gdzie zjawili się cywile ze wszystkich okolic Hufen. Tu panowała już pewna dyscyplina – oficerowie podzielili zgromadzonych i rozmieścili nas w kilku przydomowych ogródkach, w których usiedliśmy, wyczerpani. W obecności wyższych oficerów, których nawet się słuchano, poczuliśmy się dużo pewniej. Odkryłem w sobie nieśmiałe poczucie szczęścia, płynące wyłącznie z tego, że nie byłem już wykluczony – mogłem bez lęku rozmawiać, pytać. Wreszcie żadnego więcej szczególnego traktowania. Delektowałem się tym uczuciem, chociaż twarze wokół mnie wyrażały lęk i bezsilność, a to, co działo się nocami, nadal bardzo mnie poruszało. Opowiadano niewiarygodne historie o gwałconych dziewczętach w wieku jedenastu, dwunastu lat, o rodzicach, mordowanych, jeśli się wtrącili, o strzałach przez policzek – w poprzek ust – jeśli zwlekano z oddaniem żądanych przedmiotów. Nic nie było niemożliwe ani niewyobrażalne. W każdej chwili mogło się wydarzyć najgorsze i była to raczej reguła niż pojedyncze zajście. Wszystko, co mówiono o wojnie trzydziestoletniej, napadach Tatarów, rabunkach i innych budzących grozę wydarzeniach, w ciągu jednej nocy stało się rzeczywistością. I to znacznie gorszą od tego, co można sobie wyobrazić i co da się przekazać.

Ten tekst jest fragmentem książki Michaela Wiecka „Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”:

Michael Wieck
„Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”
34 zł
Seria: Świadectwa XX wiek
Data i miejsce wydania: I
Redakcja: Anna Richter
ISBN: 978-83-65979-10-0

Straszliwy los czekał natomiast tych, którzy wpadli w ręce Rosjan, czy to dlatego, że z jakichkolwiek powodów pozostali w swych mieszkaniach, czy też dogonili ich Rosjanie w czasie ucieczki. Rosjanie po prostu zatłukli wielu z nich, przede wszystkim mężczyzn, zasłaniających własnymi ciałami żony i córki, pragnących je w ten sposób ochronić. Rosyjscy żołnierze całymi dniami i nocami wyciągali z domów dziewczęta i kobiety, w tym także liczące po 70 lat staruszki. Jeden za drugim gwałcili te biedne stworzenia.

Rynek w Królewcu na pocztówce z początków XX wieku (domena publiczna)

W 54 gminach powiatu reszelskiego Rosjanie zamordowali co najmniej 524 osoby, w tym 26 chłopów, których najpierw zamknięto w piwnicy na buraki, a potem wysadzono w powietrze. W Różyńsku Wielkim [Gross-Rosen] 28 ludzi spędzono do stodoły, a następnie tam spalono. Taki sam los spotkał innych, zamkniętych w jednym z kościołów. W Kronowie [Kronau], w powiecie giżyckim, Rosjanie zamordowali 52 osoby, w tym 18 francuskich jeńców wojennych. Z jednej z kolumn uciekinierów z Ełku wyciągnięto pod Odoje [Nickelsberg ] i zamordowano 97 osób. Podobnie postąpiono z 32 dziećmi pod Bemowem Piskim [Schlagakrug], w powiecie Insterburg. Taki sam los spotykał wszystkich członków Volkssturmu, kiedy zostali rozpoznani .

Godzinami siedzieliśmy na placu zbiórki. Z zaopatrzeniem w wodę i wyjściem do toalety był problem. O prowiant każdy musiał zadbać sam. Zdaje się, że wtedy już od dłuższego czasu nie piłem i nie jadłem niczego konkretnego. Szczególnie dokuczliwe było pragnienie. Około trzeciej po południu utworzono większe grupy, które wyruszały w drogę prowadzone przez dwóch żołnierzy każda. Dokąd, tego nikt nie wiedział. Nasza grupa oddalała się od miasta w głąb Sambii , w stronę Charlottenburga . Przeszliśmy przez potok. Poprosiłem pierwszego z brzegu człowieka o kubek albo garnek, zbiegłem na brzeg i napełniłem naczynie wodą, którą wraz z matką, ojcem i kilkoma innymi osobami piliśmy łapczywie. Szliśmy jednak naprzód bez chwili przerwy, poganiani przez strażników nieustannym „Dawaj!”.

Mijaliśmy zniszczony sprzęt wojskowy, niemiecki i rosyjski, pojazdy opancerzone, działa przeciwpancerne i trupy żołnierzy. Z pewnością większość ciał już uprzątnięto, ale jeszcze nie wszystkie. W rosyjskim czołgu, najwyraźniej trafionym pancerfaustem, utknęli dwaj próbujący się wydostać żołnierze. Ich torsy zwisały z włazu – to, co pozostało w środku, musiało spłonąć. Na gałęzi drzewa wisi stary Volkssturmmann, pod innym siedzi w kucki ktoś zastrzelony, skurczony i zapadnięty w sobie. Nie tylko w obejściach widać ślady ciężkich walk, wszystko jest podziurawione kulami, usiane lejami po granatach, drzewa są połamane i popękane. Parę metrów dalej, na skraju drogi, siedzą dwie wieśniaczki – pewnie matka i córka. Zamarły w bezruchu, z zakrwawionymi ustami, patrzą tępo przed siebie. Uciekły z piekła, które rozpętało się w ich położonym na uboczu domu – i szukały schronienia na otwartym polu. Może przy stale uczęszczanej drodze ludzie będą mieli więcej litości albo hamulców przed ich ponownym zgwałceniem. Stanowiły tak pożałowania godny obrazek, że nikt z nas nigdy tego nie zapomni. W porównaniu z tymi kobiecymi postaciami widok porozrywanych czy nabrzmiałych ciał poległych niemal sprawiał mi ulgę.

Epitafium Radziwiłłów w katedrze królewieckiej, fotografia przedwojenna (domena publiczna)

Na niewielkim stoku robimy przerwę, natychmiast otoczeni przez poszukiwaczy łupów, którzy upatrzyli sobie nasze pakunki. Strażnicy próbują nawet zapobiec kradzieży, nie mogą sobie jednak dać rady. Znika coraz więcej bagaży. To cud, że do tej pory zachowaliśmy skrzypce, ale też je akurat ukryliśmy najlepiej. Altówka matki jest całkiem nie do wypatrzenia pod płaszczem. Na parę chwil przed wymarszem jeden z Rosjan odkrywa jednak skrzypce ojca, które nosi on przypięte na plecach. Wchodzi pomiędzy nas i wskazuje prosząco na instrument – ojciec odmawia. Wtedy Rosjanin wyciąga pistolet i przykłada ojcu do policzka w taki sposób, że i ja, stojący obok, znajduję się na linii strzału. Ojciec mówi: „Proszę, strzelaj”, a ja ustawiam głowę tak, by – jeśli strzeli – musiał trafić. Jednocześnie daję żołnierzowi znaki, żeby tego nie robił. Ten odchodzi od nas zirytowany, ale też, jak mi się zdaje, z pewnym szacunkiem.

Choć ojciec zrobił to w odruchu rozpaczy i z natury nie był żadnym bohaterem, jego zachowanie zaimponowało mi. Stracić zęby trzonowe to był kiepski pomysł, a wiedzieliśmy już, że Rosjanie w taki sposób przełamują opór, kiedy nie chce im się mordować. Po raz kolejny mogliśmy zatem mówić o szczęściu – tym dziwnym, niemal nachalnym towarzyszu tak wielu ocalałych.

W naszej grupie znaleźli się Stockowie i wszyscy starali się, jak dotąd skutecznie, ochraniać Ute. W międzyczasie zrobiło się ciemno i tę noc spędziliśmy na trawniku pod gołym niebem. To, co wiedzieliśmy za dnia, tak nas przeraziło, że nikt nie był w stanie ani nie miał ochoty rozmawiać. Jednak to, co słyszeliśmy nocą, wstrząsnęło nami jeszcze bardziej. To, co widzieliśmy, już się wydarzyło – co słyszeliśmy, wydarzało się właśnie w tej chwili. Krzyki, wołanie o pomoc, strzały, lamenty i znowu wołanie o pomoc działały bezpośrednio na wyobraźnię i emocje – było nie do wytrzymania. Tłem dla tych wydarzeń był płonący ostatnio mocniej Königsberg.

Rosjanie faktycznie zrealizowali swoją groźbę i podpalili wszystkie ocalałe budynki. Jak to dobrze, że wyprowadzono nas z miasta, inaczej co stałoby się z tymi, którzy pozostaliby w domach? Tym razem patrzyłem z dala na przedmieścia Königsbergu, płonące tak, jak wcześniej śródmieście po nalotach. Znowu w niebo buchały płomienie, mające w sobie coś tak nieubłaganie obojętnego, jak wszystko, co działo się wokół nas.

Ten tekst jest fragmentem książki Michaela Wiecka „Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”:

Michael Wieck
„Miasto utracone. Młodość w Königsbergu w czasach Hitlera i Stalina”
34 zł
Seria: Świadectwa XX wiek
Data i miejsce wydania: I
Redakcja: Anna Richter
ISBN: 978-83-65979-10-0

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Michael Wieck
Ur. 1928, niemiecki skrzypek i pisarz. Jego wspomnienia dotyczące upadku Królewca ukazały się w 1989 roku jako Zeugnis vom Untergang Königsbergs. Przetłumaczono je na kilka języków.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy