Zło powraca. „Dwaj prokuratorzy” – historyczny film z niepokojąco aktualnymi wnioskami [RECENZJA]
„Drogi towarzyszu Stalinie. Ja, Smirnow, Iwan Siergiejewicz, członek partii bolszewickej od czasów przed rewolucją, zostałem fałszywie oskarżony o przynależność do bloku trockistowsko-bucharinowskiego. Wymuszają na mnie zeznania. Biją mnie w trakcie przesłuchań”.
Z taką skargą jeden z członków partii bolszewickiej osadzonych w więzieniu w Briańsku zgłosił się do przywdócy Związku Radzieckiego, prosząc o interwencję i pomoc. Błagali o nią również inni więźniowie, pisząc o nieludzkich warunkach, w jakich są przetrzymywani, przemocy i torturach ze strony funkjonariuszy NKWD. Żaden z listów nie dotarł do adresata – zostały spalone na polecenie służb więzienia. Z wyjątkiem jednego – napisanego przez Iwana Stepanowicza Stepniaka. Wiadomość od byłego wykładowcy prawa osadzonego w bloku specjalnym dotarła do prokuratury w Briańsku, do nowo mianowanego prokuratora nadzorującego to więzienie – Aleksandra Korniejewa. Ten postanowił zainteresować się sprawą.
Tak zaczyna się opowieść wybitnego ukraińskiego reżysera Siergieja Łoźnicy. Inspiracją do jej nakręcenia było opowiadanie Gieorgija Demidowa, radzieckiego fizyka i pisarza, który na własnej skórze przekonał się, jak działa „idealne państwo” Sowietów. Urodzony w rodzinie robotniczej, od najmłodszych lat wykazywał wyjątkowe zdolności techniczne. Dzięki ciężkiej pracy udało mu się je rozwinąć – szybko i sukcesywnie piął się po szczeblach kariery akademickiej.
Z pewnością udałoby mu się osiągnąć sukces – w dobrze wyposażonych laboratoriach uniwersytetu charkowskiego mógł nawet nieśmiało snuć fantazje o Noblu. Na drodze stanął mu jednak aparat represji. Na fali prześladowań pracowników ukraińskiej uczelni w 1938 roku trafił w ręce NKWD i pod zarzutem poglądów trockistowskich na czternaście lat został wysłany do Kołymy na Syberii. To, co tam widział – systemowe prześladowania, wszechobecna przemoc, zbrodnie NKWD – popchnęło go do pisania. Tak powstało opowiadanie „Dwaj prokuratorzy”.
Zmiażdżony przez system
Łoźnica dostrzegł w nim potencjał i postanowił przenieść je na ekran. Jego film to opowieść o młodym, bolszewickim idealiście i jego starciu z bezlitosnym, bezwzględnym i pozbawionym wszelkich ideałów aparatem państwowym, który pożera wszystkich, którzy staną mu na drodze. Oto nowo mianowany, dorastający już po rewolucji prokurator Aleksander Korniejew, otrzymuje gryps od swojego dawnego wykładowcy prawa osadzonego w więzieniu w Briańsku i domagającego się spotkania z przedstawicielem prokuratury.
Wierząc głęboko w ideały Kraju Rad oraz praworządność, udaje się do naczelnika więzienia i domaga się spotkania ze skazańcem. Usłyszawszy od niego o bezkarności NKWD, która niszczy największy kwiat partii, za jego wskazaniem udaje się do Moskwy, załatwia sobie audiencję u prokuratora generalnego i apeluje u niego o wszczęście śledztwa przeciwko bezkarności skorumpowanej NKWD. Nie zdąży wrócić do Briańska, jak przekona się, jak wygląda radziecka sprawiedliwość.
Historia opowiedziana jest w prosty sposób, co jednak w tym przypadku jest atutem. Nie ma tu dynamicznej fabuły, nieoczywistych postaci czy nagłych zwrotów akcji, które odwracałyby uwagę czytelnika od opowiadanej historii. Nie ma nawet zbyt wielu kolorów – dominują odcienie brązu, szarości i czerni. Poza krwistą czerwienią, która tylko potęguje nastrój grozy, ani na chwilę nie przebija się żaden „żywszy” kolor, który mógły wprowadzić choćby nikły promień nadziei. W warstwie wizualnej film jest przygnębiający i ponury – podobnie jak ponury i beznadziejny był reżim stworzony przez Sowietów.
Szerokie kadry, statyczne ujęcia i przejmująca cisza przerywana jedynie dialogami i pojawiającą się raz na jakiś czas warstwą muzyczną – to wszystko niezwykle wiernie oddaje klimat surowego, pozbawionego nadziei tworu, jakim był Związek Radziecki w swoim najbardziej mrocznym momencie – w czasie Wielkiego Terroru. Pod względem realizatorskim Łoźnica stworzył prawdziwy majstersztyk.
Na pochwałę zasługuje również bez dwóch zdań gra aktorów – szczególnie Aleksandra Kuźniecowa, który wicelił się w rolę Korniejewa. Choć wielki ukraińsko-rosyjski aktor młodego pokolenia w poprzednich produkcjach dał się poznać ze swojej wszechstronności, najbardziej przekonująco wypadał w intensywnych, psychologicznie złożonych rolach. W filmie Łoźnicy dostał inne zadanie. Miał zagrać młodego idealistę – niby inteligentnego, ale przy tym naiwnie wierzącego w to, że naprawdę może zmienić Związek Radziecki. I wypadł w tym bardzo przekonująco – może aż za bardzo.
Ta naiwność jest bowiem tak uderzająca, że aż nieprawdopodobna. Akcja filmu toczy się w 1937 roku, a więc w roku, gdy w Związku Radzieckim rozpoczął się okres Wielkiego Terroru naznaczony masowymi aresztowaniami, egzekucjami i pokazowymi procesami wszystkich, których uznano za „wrogów ludu”. Młody adept prawa mógł być idealistą. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby nie wiedział, jak wyglądała rzeczywistość w kraju, w którym żył, i nie słyszał o zbrodniach popełnianych przez NKWD.
Można byłoby to zrozumieć, gdyby do Kraju Rad przyjechał zza granicy – a i obcokrajowcowi zapwene wystarczyłoby kilka dni funkcjonowania w takiej rzeczywistości, by zrozumieć, z czym ma do czynienia. Naiwna wiara niegłupiego przecież Korniejewa w to, że dzięki nabytej ledwo trzy miesiące wcześniej władzy prokuratorskiej może zrewolucjonizować rozwijany latami reżim terroru, jest aż zadziwiająca.
Niepokojąco aktualne przesłanie
Jeśli chodzi o sam sposób przedstawienia Związku Radzieckiego za czasów Stalina, widz z Europy Środkowo-Wschodniej nie zobaczy w tym filmie raczej niczego, co mogłoby go zaskoczyć. Nie ma żadnej pogłębionej refleksji ani namysłu nad naturą systemu komunistycznego i jego zbrodniczego charakteru. Nie musi to być jednak wada. Być może w ten właśnie sposób Łoźnica chciał pokazać naturę zła w czystej postaci, takiego, które aż poraża swą prostotą.
Na pewno produkcja ta trafi do odbiorców z krajów, które nie zetknęły się z piekłem stalinowskiego terroru i nie mają o nim zbyt dużej wiedzy. I to jest bardzo duża zasługa ukraińskiego reżysera – bo filmów opowiadających o jednym z najtragiczniejszych okresów w historii, jakim był czas wielkich czystek w ZSRR, jest rzeczywiście mało, zwłaszcza takich, które mogłyby trafić do szerszego grona odbiorców. „Dwaj prokuratorzy” mają na to szanse.
Na odbiorcach z Europy Zachodniej film Łoźnicy – zarówno w warstwie narracyjnej, jak i wiualnej – z pewnością zrobi duże wrażenie. Na zamysł skierowania filmu do takiego widza może wskazywać sam fakt, że realizowany on był w kilku krajach: Francji, Niemczech, Holandii, Litwie, Łotwie i Rumunii. I skuteczność tego podejścia potwiedzają wyróżnienia, które już zdążył zdobyć – Nagroda im. Francios Chalais za najlepszy film dokumentalny lub fabularny przedstawiający życie na festiwalu w Cannes oraz nagroda specjalna Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej. Siergiej Łoźnica – wybitny ukraiński reżyser i dokumentalista – znany jest z niebanalnych, pogłębionych intelektualnie produkcji. W przypadku „Dwóch prokuratorów” pozwolił, by prosta fabuła dała wybrzmieć trudnej i bolesnej historii, jaką opowiada.
Nawet jeśli film nie oferuje nowego spojrzenia na dzieje Związku Radzieckiego, zdecydowanie warto go obejrzeć – ze względu na opowiedzianą historię, która, mimo iż przewidywalna, wciąż jest ciekawa i wzbudza emocje, realizatorski majstersztyk – i głębsze przesłanie, jakie za sobą pociąga. Nie jest to bowiem film wyłącznie o bezduszności i brutalności Związku Radzieckiego. To film o starciu jednoski z totalitarnym reżimem i o poszukiwaniu sprawiedliwości w czasach, gdy nie było miejsca na żadną moralność. To kino trudne, momentami przytłaczające, ale bardzo potrzebne – bo pokazuje, do czego prowadzi wzrost radykalizmu i jak łatwo totalitarny reżim może zmiażdżyć każdego, kto tylko stanie mu na drodze.
Być może produkcja nie byłaby tak niepokojąca, gdyby nie fakt, że niesie za sobą uniwersalne przesłanie, które, szczególnie w ostatnich czasach, mocno zyskuje na aktualności. Wystarczy spojrzeć choćby na dzisiejszą Rosję. Prawnicy, którzy reprezentowali Aleksieja Nawalnego, po jego śmierci w pewnym sensie sami zajęli jego miejsce – zostali skazani na kilkuletnie kary więzienia za pomaganie „terroryście”, za jakiego Kreml uznał zmarłego opozycjonistę.
Historia zatoczyła koło. Chciałoby się, żeby tak zostało tylko na ekranie.
Ocena recenzentki: 7/10
