Autor: Hans Fallada
Tagi: Beletrystyka, Historia społeczna, II wojna światowa, Niemcy, Austria, Szwajcaria
Opublikowany: 2016-11-20 13:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Zwykli Niemcy i klęska III Rzeszy

W początkach 1945 r. Niemcy mieli już dość wojny. Ale przebudzenie z koszmarnego snu wcale nie przyniosło ukojenia...
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

W tamte noce, w czas wielkiej klęski, doktora Dolla, skoro tylko udało mu się zasnąć, wciąż nawiedzał ten sam senny koszmar. Niewiele spali w tamte pierwsze noce, zdjęci strachem wciąż wyczekiwali jakiegoś zagrożenia, czy to dla ciała, czy dla duszy. Noc dawno już zapadła – po dniu wypełnionym udręką – a oni nadal siedzieli przy oknach i spoglądali na skrawek łąki, zarośla, wąski cementowy chodnik, czy aby nie zbliża się wróg, aż w obolałych ich oczach wszystko zlewało się w jedno i niczego nie mogli już dojrzeć.

Często któreś z nich pytało:

– Czy nie powinniśmy położyć się spać?

Zazwyczaj nikt jednak nie odpowiadał, siedzieli więc nadal, patrząc przed siebie i odczuwając strach. A wtedy doktora Dolla dopadał nagle sen, niczym zbójca, którego wielka dłoń kładzie się duszącym uściskiem na twarzy. Albo jak gęsta pajęcza sieć, wnikająca z każdym oddechem w głąb gardła, obezwładniając świadomość. Zmora…

Hitler i Goering odwiedzają obrońców Berlina, kwiecień 1945 (Bundesarchiv, Bild 183-1983-0331-500 / Hoffmann, Heinrich / CC-BY-SA 3.0)

Zasnąć w ten sposób było nie lada udręką, zaraz potem nawiedzał go senny koszmar, zawsze ten sam. Oto co śnił Doll.

Leżał na dnie ogromnego leja powstałego wskutek wybuchu bomby, na plecach, z ramionami przyciśniętymi do boków, w wilgotnej żółtej glinie. Nie poruszając głową, mógł dojrzeć zwalone do wnętrza leja pnie drzew, a także fasady domów z pustymi otworami po oknach, za którymi nie było już nic. Czasem dręczyła Dolla obawa, że mogłyby zapaść się głębiej i go przygnieść, nigdy jednak żadna z tych groźnych ruin nie zmieniła swego położenia.

Nękała go także myśl, że zaleją go tysiące wodnych żył i źródeł, i wypełnią mu usta żółtą glinianą mazią. Nie było przed tym ucieczki, Doll wiedział bowiem, że o własnych siłach nigdy z dna krateru wydostać się nie zdoła. A jednak również i ta obawa była bezpodstawna, gdyż nie słyszał szumu źródeł ani plusku wody, w tym ogromnym zagłębieniu panowała śmiertelna cisza.

Także i trzecie nurtujące go wrażenie było jedynie iluzją: po niebie nad lejem ciągnęły nieprzerwanie olbrzymie czeredy kruków i wron. Przeszywał go strach, że mogłyby dostrzec leżącą w gliniastej ziemi ofiarę. Nic z tego, wciąż panowała absolutna cisza, stada ptactwa istniały wyłącznie w jego wyobraźni, musiałby przecież dosłyszeć przynajmniej odgłosy ich krakania.

Dwie inne rzeczy nie były jednak urojeniami, dobrze o tym wiedział. Jedną z nich była świadomość, że wreszcie nastał pokój. Bomby nie przeszywały już z przeraźliwym świstem powietrza, nie huknął ani jeden wystrzał. Zapanował pokój, wokół zaległa cisza. Ostatnia ogromna eksplozja strąciła go na gliniane dno tego leja. Nie leżał tam sam. Choć nie dosłyszał żadnego odgłosu ani nie dostrzegł niczego poza tym, co opisano, wiedział jednak, że wraz z nim leży tam cała jego rodzina i cały naród niemiecki, i wszystkie narody Europy, wszyscy równie bezsilni, równie bezbronni jak on, wszyscy gnębieni tymi samymi lękami.

W tych niekończących się godzinach sennej udręki, po której za dnia w energicznym doktorze Dollu pozostawał już tylko lęk, w tych morderczych minutach snu wciąż widział jeszcze i to:

Na brzegu leja siedziała bez ruchu pogrążona w milczeniu Wielka Trójka. Nawet w snach określał ich wyłącznie tym mianem, którego niezatarty ślad wojna wypaliła w jego mózgu. Przypominał sobie potem ich nazwiska: Churchill, Roosevelt i Stalin, choć czasem dręczyła go myśl, że i tu nie tak dawno nastąpiła pewna zmiana.

Trzej Wielcy siedzieli blisko siebie, albo raczej niedaleko od siebie. Siedzieli tak, jakby każdy z nich przybył właśnie ze swojej części świata, i z niemym żalem patrzyli w głąb ogromnego leja, na którego dnie, bezbronni i zbrukani, leżeli Doll ze swoją rodziną, naród niemiecki i wszystkie narody Europy. A kiedy tak siedzieli w milczeniu i patrzyli zasmuceni, Doll z całym płynącym z głębi swego serca przekonaniem sądził, że Trzej Wielcy nieustannie rozmyślają nad tym, jak jemu, Dollowi, i wszystkim innym dopomóc, i o tym, jak pohańbiony świat na powrót uczynić szczęśliwym. Tak, nad tym zastanawiali się bezustannie owi Trzej Wielcy, podczas gdy niezliczone stada wron krążyły nad oswobodzoną krainą, z pól bitewnych całego świata wracając do swych dawnych gniazd, a ciche źródła szemrały bezgłośnie, nanosząc żółtawą glinianą maź coraz bliżej jego ust.

Żołnierze radzieccy pod Bramą Brandenburską, maj 1945 r.

On jednak, Doll, nic nie mógł na to poradzić, z przyciśniętymi do ciała ramionami musiał leżeć cierpliwie i czekać, aż smutnie zadumana Wielka Trójka poweźmie jakąś decyzję. Była to dlań może najgorsza udręka w owym sennym koszmarze – choć wciąż narażony na liczne niebezpieczeństwa, nic jednak nie mógł zrobić, musiał spokojnie czekać, czekać bez końca, bez końca! Puste fasady domów wciąż mogły się zapaść i runąć na niego, wygłodniałe czeredy wron mogły go, bezbronnego, wypatrzyć, żółta glina wypełnić mu usta – on zaś nic nie mógł uczynić, pozostało mu jedynie czekać, choć mogło się okazać, że będzie już za późno, dla niego i tych, których kochał… Może wszyscy zginą!

Wiele, wiele czasu minęło, zanim ostatnie cienie owej sennej mary opuściły Dolla. Uwolnił się od niej dopiero wtedy, gdy zwrot w jego życiu zmusił go do zarzucenia rozmyślań i powrotu do dawnej aktywności. Znacznie dłużej wszakże zajęło mu uświadomienie sobie, że ów koszmar, wyłaniający się upiornie z najgłębszych zakamarków jego duszy, to jedynie podstępne złudzenie. Choć był dlań udręką, Doll wierzył w jego prawdziwość.

Tekst jest fragmentem książki Hansa Fallady „Zmora”:

Hans Fallada
„Zmora”
38 zł
Tytuł oryginalny: der Alpdruck
Wydawca: Sonia Draga
Tłumaczenie: Dariusz Guzik
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 288
Format: 143X205 mm
ISBN: 978-83-7999-781-7
EAN: 9788379997817

Minęło sporo czasu, nim zrozumiał, że nikt, nikt nie był gotów mu pomóc w wydostaniu się z bagna, w jakim ugrzązł. Żaden człowiek, nikt z Wielkiej Trójki, nie wspominając już o rodakach, nie interesował się doktorem Dollem. Jeśli sczeźnie w błotnistej mazi, tym gorzej dla niego – lecz wyłącznie dla niego! Niczyjego serca w świecie całym jego los nie poruszy. Jeśli rzeczywiście pragnął powrócić do swej twórczej pracy, sam musiał przezwyciężyć apatię, podnieść się, strząsnąć z siebie błoto i przystąpić do działania.

W owym czasie Doll jednak tego nie rozumiał. Kiedy wreszcie zapanował pokój, on długo jeszcze sądził, że cały świat tylko czeka, by pomóc mu stanąć na nogi.

Oficer amerykański i oficer sowiecki w uścisku - Torgau, 1945

(…)

Rankiem owego 26 kwietnia 1945 roku Doll obudził się wreszcie w dobrym nastroju. Po tygodniach i miesiącach bezczynnego wyczekiwania na zakończenie wojny chwila oswobodzenia wydawała się bliska. Miasto Prenzlau zostało zdobyte, w każdej chwili mogli się pojawić Rosjanie. Dzień wcześniej nad miastem krążyły samoloty, i nie były to samoloty niemieckie!

Najlepsze nowiny Doll poznał jednak późnym wieczorem: SS było w odwrocie, oddziały volkssturmu rozwiązano, nikt nie będzie bronić miasteczka przed nadciągającymi Rosjanami! Z serca spadł mu wówczas ogromny ciężar: od tygodni nie wychodził za próg, by nie zwracać na siebie uwagi. Postanowił bowiem nie walczyć w szeregach volkssturmu.

Usłyszawszy tak korzystne wieści, znów mógł stanąć przed drzwiami swego domu, nie martwiąc się o to, co powiedzą sąsiedzi, z których co najmniej trzech mogło go dojrzeć przez ogrodzenie i żywopłot. Wyszedł więc razem z młodą swą żoną na dwór, by cieszyć oko wspaniałym wiosennym dniem. Słońce przygrzewało, a jego ciepło, szczególnie tu, w dole, nad wodą, miało kojący wpływ. Zieleń mieniła się tysiącem łagodnych, radosnych odcieni wczesnego rozkwitu, a ziemia zdawała się uginać pod stopami, nabrzmiała od napierającej wegetacji.

Stojąc razem z żoną w błogim nastroju przed domem, spojrzał na dwie długie rabaty bylin, ciągnące się po prawej i lewej stronie wąskiej cementowej dróżki prowadzącej do drzwi wejściowych. Również i one już się zieleniły, ba, zakwitły pierwsze szafirki, pierwiosnki i zawilce. Ten radosny widok psuła jednak plątanina drutów, które, po części zerwane, po części wciąż umocowane do szkaradnych palików, zaburzały wiosenny wzrost młodych roślin, a ich podstępnie zwisające końce uniemożliwiały wręcz bezpieczne wchodzenie na cementową ścieżkę.

Drezno zniszczone nalotami, luty 1945 (Bundesarchiv, Bild 183-Z0309-310 / CC-BY-SA)

– Oto moje zajęcie na dzisiaj! – zawołał Doll, zerknąwszy na ów nieporządek. – Te nędzne zasieki od dawna już mnie irytują! – Przyniósł obcęgi oraz motykę, po czym z zapałem zabrał się do dzieła.

Pracując w słońcu, obserwował przy okazji posesje swoich najbliższych sąsiadów. Wkrótce zauważył ich niecodzienną krzątaninę. Nieustannie biegali tam i z powrotem, walizki i meble przenosili z domów do szop lub odwrotnie, krążyli bez żadnego na pozór celu z łopatami, które tu i ówdzie wbijali na chybił trafił w ziemię.

Jeden z sąsiadów wybiegł spiesznie na pomost, przystanął i włożył ręce do kieszeni, jakby nagle miał mnóstwo wolnego czasu. Po chwili coś wpadło z pluskiem do wody. Sąsiad niezbyt dyskretnie rozejrzał się wokół, czy ktoś go nie obserwuje – Doll nadal żwawo wywijał motyką – po czym wolnym krokiem ruszył zamyślony w kierunku domu, gdzie niebawem znów przystąpił do gorączkowych zajęć.

Wszystko na powrót ucichło. Ludzie gromadzili się przy płotach i zawzięcie do siebie szeptali. Sporych rozmiarów paczki zmieniały właścicieli, wędrując ponad ogrodzeniem. Na koniec wszyscy pilnie się rozchodzili do innych tajemniczych zajęć.

Doll, który dopiero od kilku miesięcy mieszkał na działce należącej do jego drugiej żony, jako „obcy” został z nich wykluczony – i bardzo się z tego cieszył. Wszystkie bowiem owe jawnie sekretne sprawki zajmowały niemal wyłącznie kobiety oraz bardzo starych mężczyzn, on zaś nimi gardził jako „babskim gadaniem”.

Długo się jednak nie nacieszył swym odosobnieniem, gdyż zjawiły się u niego dwie kobiety, rzekomo przyjaciółki jego żony, których nie mógł ścierpieć. Przystanęły, udając ogromne zdziwienie, że w taki dzień znalazł czas na takie zajęcie. Przecież wkrótce zjawią się tu Rosjanie!

Doll, do którego podeszła teraz także żona, z lekko drwiącym uśmiechem wyjaśnił, że właśnie porządkuje dróżkę, by powitać długo wyczekiwanych gości. Zaskoczone kobiety zapytały, czy naprawdę zamierza czekać tu bezczynnie na wroga; z dwójką dzieci, starą babką i młodą żoną nie jest to raczej wskazane. Oni, mieszkańcy przedmieścia, postanowili przeprawić się po zapadnięciu zmroku łodziami na drugi brzeg jeziora, zaszyć głęboko w lesie i zaczekać tam na dalszy rozwój wypadków.

– Nie zamierzamy robić niczego podobnego – wyręczyła go żona, odpowiadając przyjaciółkom. – Nie ruszymy się stąd ani na krok, niczego nie będziemy ukrywać; na progu naszego domu powitamy z mężem długo wyczekiwanych wyzwolicieli!

Gen. Alfred Jodl podpisuje kapitulację III Rzeszy

Kobiety żywo zaoponowały, lecz im usilniej starały się argumentować, tym większych nabierały wątpliwości, coraz mniej były przekonane, że ucieczka w głąb lasu rzeczywiście jest bezpieczna. Kiedy wreszcie sobie poszły, Doll rzekł z uśmiechem do żony:

– Zobaczysz, nic nie zrobią. Jeszcze przez parę godzin będą się krzątać bez celu jak stado kur przed nadciągającą burzą, tu coś schowają, tam coś przestawią. W końcu jednak przysiądą zmęczeni i – jak my wszyscy od tygodni – będą już tylko czekać na wybawienie.

Pani Alma w zupełności zgadzała się z mężem, sama jednak nie czuła się ani znużona, ani gotowa na bezczynne wyczekiwanie. Po posiłku oznajmiła Dollowi, który po niecodziennej porannej pracy zamierzał nieco odpocząć na tapczanie, że pojedzie na rowerze do miasteczka, by uzupełnić zapas środków na dolegliwości żółciowe, gdyż w najbliższych dniach nie będzie po temu okazji.

Doll miał pewne wątpliwości, jako że Rosjanie mogli nadejść w każdej chwili i lepiej by było powitać ich razem przed domem. Z doświadczenia wiedział jednak, że daremnie byłoby próbować odwieść młodą kobietę od tego zamiaru, wskazując na czyhające po drodze niebezpieczeństwa. Dziesiątki razy, wśród przerażającego gradu bomb, w pożodze Berlina czy też podczas nalotów myśliwców szturmowych dowiodła, że strach był jej zupełnie obcy.

Tekst jest fragmentem książki Hansa Fallady „Zmora”:

Hans Fallada
„Zmora”
38 zł
Tytuł oryginalny: der Alpdruck
Wydawca: Sonia Draga
Tłumaczenie: Dariusz Guzik
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 288
Format: 143X205 mm
ISBN: 978-83-7999-781-7
EAN: 9788379997817

– Niech i tak będzie! Powodzenia, moja droga! – odrzekł więc z lekkim westchnieniem, zerknął przez okno, gdy odjeżdżała, po czym z uśmiechem położył się na tapczanie i zasnął.

Pani Alma pedałowała z zapałem w kierunku miasteczka. Droga wiodła najpierw mało uczęszczanymi ścieżkami, przy których nie napotykało się prawie żadnych domostw, potem aleją obrosłą z obu stron willami. Ze zdziwieniem stwierdziła, że na ulicach nie ma żywego ducha, wille zaś – być może ze względu na pozamykane bez wyjątku okna – sprawiały wrażenie niezamieszkanych, miejsc niemal upiornych. „Wszyscy pewnie skryli się już w lesie” – pomyślała pani Doll, czując przy tym wzbierające pragnienie działania.

Ofiary bombardowania, luty 1945 (Bundesarchiv, Bild 183-08778-0001 / CC-BY-SA)

W miejscu, gdzie aleja przemieniała się w pierwszą prawdziwą ulicę miasteczka, natknęła się wreszcie na oznaki życia: ujrzała ogromną ciężarówkę Wehrmachtu. Kilku esesmanów pomagało młodym kobietom i dziewczętom przy wsiadaniu.

– Proszę się pospieszyć, młoda pani! – zawołał jeden z nich do pani Doll tonem niemal rozkazującym. – To ostatni transport Wehrmachtu, jaki opuszcza miasto!

Pani Doll, podobnie jak jej mąż, poczuła zadowolenie z faktu, że miasteczko nie będzie bronione, lecz zostanie poddane bez walki. Nie przeszkodziło jej to jednak w odpowiedzi:

– Jakże to do was podobne, cholerne gnojki, gdy nadchodzą Rosjanie, uciekacie! Do tej pory zachowywaliście się tak, jakbyście byli panami tego miasta, wszystko nam zeżarliście i wypiliście, ale teraz, kiedy robi się groźnie, zmykacie jak tchórze!

Jeszcze poprzedniego dnia nie mogłaby się w ten sposób odezwać do esesmana, nie narażając siebie i swoich najbliższych na najgorsze konsekwencje. W ciągu dwudziestu czterech godzin sytuacja musiała się rzeczywiście zmienić, gdyż esesman odparł nad wyraz spokojnie:

– Proszę wsiadać do samochodu i nie gadać bzdur! Czoło rosyjskiej kolumny pancernej wtargnęło już do miasta!

– Tym lepiej! – zawołała pani Doll. – W takim razie będę ich mogła niedługo przywitać!

Nacisnęła na pedały i ruszyła w głąb miasta, zostawiając za sobą ostatnią bodaj ciężarówkę Wehrmachtu, jaką miała w życiu zobaczyć.

(Młodzież z obozu szkoleniowego dla przywódców Hitlerjugend w drodze na święto wiosny w Zakopanem, 1940-1944 r.)
Młodzież z obozu szkoleniowego dla przywódców Hitlerjugend w drodze na święto wiosny w Zakopanem, 1940-1944 r. (fot. zakład fotograficzny Otto Rosnera, obecnie w zbiorach Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 2-5370)

Znów owładnęło nią nieodparte wrażenie, jakby wędrowała przez wymarłe miasto – może tych kilka kobiet przy ciężarówce rzeczywiście było ostatnimi jego mieszkankami, wszyscy pozostali ratowali się już ucieczką. Na ulicach nie dostrzegła ani jednego człowieka, ba, nawet psa czy kota. Pozamykano wszystkie okna, wszystkie drzwi wyglądały na zabarykadowane. A mimo to, przemierzając ulice i coraz bardziej zbliżając się do śródmieścia, odniosła wrażenie, jakby ten wielesetgłowy stwór wstrzymywał jedynie oddech, jakby tuż za jej plecami, tuż obok niej miał zaraz wybuchnąć przeraźliwym rykiem udręczonego strachem wyczekiwania! Jakby za tymi ślepymi oknami mieszkali jednak ludzie, wprost obłąkani lękiem przed tym, co miało nastąpić, w nadziei, że ta koszmarna wojna naprawdę dobiegła końca.

Wrażenie to jeszcze się nasiliło, gdy zauważyła kilka zawieszonych tu i ówdzie nad drzwiami białych szmatek wielkości chusteczki. Pod wpływem owej upiornej atmosfery panującej w miasteczku pani Doll potrzebowała chwili, by zrozumieć, że te białe szmatki mają oznaczać bezwarunkowe poddanie się. Po raz pierwszy od dwunastu lat ujrzała wiszące na ścianach domów flagi bez swastyki. Mimowolnie przyspieszyła.

Skręciła za rogiem, a wtedy niepokojące uczucie upiornego lęku natychmiast ją opuściło, bezwiednie się uśmiechnęła. Po wyboistej ulicy miasteczka przemieszczało się, w zupełnym na pozór bezładzie, osiem albo dziesięć czołgów. Po mundurach oraz nakryciach głowy stojących w otwartych włazach mężczyzn pani Doll natychmiast poznała, że nie były to czołgi niemieckie, o nie, to czoło rosyjskiej kolumny pancernej, przed którą dopiero co ją ostrzegano!

Zupełnie niepotrzebnie. W promieniach wiosennego słońca czołgi te jeździły wte i wewte, bez trudu pokonywały krawędź chodnika, to znów ocierały się o pnie lip i wracały na jezdnię, ich przejazd nie budził jednak strachu. Wręcz przeciwnie, wydawał się lekką, niemal radosną zabawą. Ani przez chwilę nie zawładnęło nią poczucie zagrożenia. Przemknęła na rowerze między czołgami i dotarłszy do celu, zeskoczyła z niego przed apteką. Ogarnięta swobodnym nastrojem nie zważała na to, że domy przy tej ulicy bojaźliwie zabarykadowano i zamknięto. Ona zaś była jedyną Niemką pośród samych Rosjan, z których kilku stało w pobliżu, dzierżąc w dłoniach karabiny maszynowe.

Z lekkim wahaniem pani Doll odwróciła wzrok od tej niecodziennej ulicznej sceny i spojrzała na wejście do apteki, jak wszystkie pozostałe starannie zabarykadowane. Jako że na nic się zdało pukanie i wołanie, nie namyślając się długo, podeszła szybkim krokiem do jednego z uzbrojonych Rosjan.

Życie w ruinach Drezna (Deutsche Fotothek , df_ps_0000364_001 / CC-BY-SA)

– Słuchaj no, Wanja – rzekła z uśmiechem na twarzy, po czym szarpnęła go za rękaw w stronę apteki. – Otwórz no ten sklep!

Roześmiane spojrzenie jej oczu Rosjanin powitał z pewną obojętnością, przez chwilę miała nieco niepokojące wrażenie, jakby gapił się na nią jak na ścianę domu albo jakieś zwierzę. Wrażenie to szybko się jednak rozwiało, gdyż mężczyzna wcale się nie opierał, w mig zrozumiawszy jej prośbę, kilkakrotnie uderzył donośnie kolbą karabinu w płycinę drzwi. Wkrótce w przeszklonym okienku pojawiła się lwia grzywa aptekarza, mężczyzny po siedemdziesiątce, lękliwie wypatrującego przyczyny łomotania. Jego twarz, naznaczona zazwyczaj przyjaznym bordowym odcieniem, była teraz bladoszara.

Pani Doll skinęła zachęcająco staruszkowi, do Rosjanina zaś rzekła:

– Już dobrze, dziękuję. Możesz odejść.

Żołnierz, bez drgnienia powiek, nawet się nie obejrzawszy, wrócił na ulicę. Przekręcono klucz w zamku, pani Doll mogła wejść do apteki, w której, oprócz siedemdziesięciolatka, przebywała również jego znacznie młodsza żona oraz ich dwu, trzyletnie dziecko. Gdy pani Doll znalazła się w środku, drzwi zostały natychmiast na powrót zamknięte.

Tekst jest fragmentem książki Hansa Fallady „Zmora”:

Hans Fallada
„Zmora”
38 zł
Tytuł oryginalny: der Alpdruck
Wydawca: Sonia Draga
Tłumaczenie: Dariusz Guzik
Okładka: zintegrowana
Liczba stron: 288
Format: 143X205 mm
ISBN: 978-83-7999-781-7
EAN: 9788379997817

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Hans Fallada
Jeden z najwybitniejszych pisarzy niemieckich XX wieku, ma na swym koncie 27 powieści, z czego 13 ukazało się w polskim przekładzie. Fallada jest do dziś regularnie wydawany na świecie.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy