„Age of Empires” po latach okiem historyka – recenzja i ocena

opublikowano: 2021-07-19 06:01
wolna licencja
poleć artykuł:
Serii „Age of Empires” nie trzeba jakoś szczególnie przedstawiać fanom strategii czasu rzeczywistego. Postanowiłem odbyć nostalgiczną podróż i przyjrzeć się, jak po latach radzi sobie pierwsza część produkcji Ensemble Studios.
REKLAMA
„Age of Empires”
nasza ocena:
7/10
Wydawca:
Xbox Game Studios / Microsoft Studios
Rok wydania:
1997
Premiera:
30 czerwca 1997

„Age of Empires”: premiera i podbój rynku

„Age of Empires” swoją światową premierę miało 26 października 1997 r., a 5 dni później gra trafiła także na rynek polski. Wydawcą światowym była firma Microsoft, co przełożyło się na solidne zaplecze finansowe i promocyjne. Produkt wchodząc na rynek od razu odniósł wielki sukces. Pod koniec 1997 r. w USA sprzedano 178 tysięcy egzemplarzy, co uczyniło „Age of Empires” najlepiej sprzedającą się grą RTS (ang. real time strategy – strategią czasu rzeczywistego) w tamtym czasie, natomiast, dzięki wsparciu Microsoft, w ciągu czterech kolejnych miesięcy udało się dostarczyć 650 tysięcy kopii do pięćdziesięciu pięciu krajów. Do roku 2000 w państwach takich, jak chociażby Niemcy, Wielka Brytania czy Francja gra utrzymała status jednej z najlepiej sprzedających się gier w swojej kategorii, a jej twórcy odebrali złote nagrody VUD (Verband der Unterhaldungssoftware Deutschland) i festiwalu Milia w Cannes.

Sukces komercyjny poszedł także w parze z wysokimi ocenami recenzentów, które nie spadały poniżej 4 na 5 gwiazdek. Rok później ukazało się rozszerzenie do gry o tytule „Rise of Rome”, które również może pochwalić się sukcesem. Początkowo opublikowane demo doczekało się 1,350 mln pobrań, a pełna gra do lipca 2001 r. została sprzedana w nakładzie 1, 2 mln kopii. Za „Rise of Rome” Ensemble Studios otrzymało także w 1998 r. nagrodę Add-On of the Year, brytyjskiego magazynu „Computer Games Strategy Plus”. Historia pierwszej części „Age of Empires” jednak na tym się nie zakończyła. Oprócz licznych, fanowskich modów, jakie powstały do dziś, w 2018 r., dzięki współpracy z grupą Forgotten Empires powstała nowa, oficjalna wersja gry – „Definitive Edition”, dzięki której można zagrać w wiekową już grę, odzianą w nową szatę graficzną.

„Age of Empires”, screen z gry

„Age of Empires”: rozgrywka

Po tym entuzjastycznym wstępie czas przedstawić szkic rozgrywki „Age of Empires”. Gra osadzona jest na gruncie nawiązującym do czasów od okresu przedhistorycznego do epoki starożytnej. Celowo nie nazywam jej grą historyczną, gdyż konieczne byłoby wtedy napisanie elaboratu o całej masie błędów i fantazji twórców gry. Na początku wybieramy tryb gry, a więc: pojedynczą grę,, kampanię lub multiplayer.

Klikając grę pojedynczą, możemy dokonać kilku podstawowych wyborów. W zasięgu naszych możliwości jest między innymi ustalenie jaką cywilizacją (jest ich 12, a w „Rise of Rome” 16) chcemy grać, pod jakim kolorem, liczbę pozostałych graczy prowadzonych przez komputer, mapę, początkową epokę, od jakiej zaczniemy rozwój i wreszcie zasady gry, według których będą toczyły się zmagania. W ramach kampanii wybieramy jeden z dostępnych scenariuszy, który, wraz z kolejnym zwycięstwami, krok po kroku prowadzi nas w dalszą część historii. Rozgrywka oparta jest o typowe dla RTS rozwiązania. Zaczynając od epoki kamienia, mamy do dyspozycji garstkę wieśniaków i centrum naszej osady, w której po spełnieniu określonych wymogów możemy wejść na nowy etap rozwoju tj.: „epoki narzędzi”, „epoki brązu” oraz „epoki żelaza”. Dzięki temu budynkowi możliwe jest także tworzenie nowej siły roboczej, która jest podstawą nasze ekonomii. Wieśniacy służą przede wszystkim do pozyskiwania zasobów takich, jak drewno czy żywność oraz budowania. Każdy z budynków ma swoje praktyczne zastosowanie. Na przykład dzięki wybudowaniu portu możliwe jest konstruowanie okrętów, a spichlerz pozwala na szybsze zbieranie zasobów.

REKLAMA

Kolejne epoki to nowy styl wizualny, a przede wszystkim nowe jednostki i ulepszenia. Sprytnym rozwiązaniem jest mechanika „cudów”. Jeśli uda nam się zgromadzić w swojej wiosce wszystkie artefakty (Arki Przymierza) rozsiane po całej mapie, lub wybudujemy horrendalnie drogi budynek (inny w zależności od kręgu kulturowego wybranej cywilizacji), rozpoczyna się odliczanie, zapoczątkowane złowrogim burczeniem. Zanim upłynie czas, jaki w grze odpowiada dwóm tysiącleciom, musimy albo podkraść chociaż jeden z artefaktów, albo zniszczyć cud. Podczas gry pojedynczej szczególną uwagę należy zwrócić na tzw. „death match”, a więc tryb, w którym każdy z graczy ma bardzo wysoki poziom zasobów. Nazwa jest jak najbardziej adekwatna, gdyż powoduje to szybki rozwój i przejście do iście krwawych działań wojennych, które są tak naprawdę clue tej gry. Multiplayer nie wymaga większego omówienia, gdyż jak sama nazwa wskazuje, graczy komputerowych zastępują ludzie, połączeni przez sieć internetową. Na wspomnienie zasługuje jednak funkcjonalność edytora map. Dzięki niemu możliwe jest tworzenie własnych scenariuszy, map i tym samym sprawdzanie granic możliwości, jakie daje Age of Empires.

REKLAMA
„Age of Empires”, screen z gry

„Age of Empires”: estetyka

Gdy pierwszy raz grałem w „Age of Empires” miałem ok. 8 lat i odbywało się to przy użyciu starego komputera stacjonarnego z zainstalowanym systemem Windows 98. Było to niesamowite doświadczenie, które miało wielki wpływ na moje zainteresowanie antykiem. Później, po długiej przerwie powróciłem do tej gry w liceum, a potem na dłuższy czas dopiero w trakcie studiów. Co prawda nie było wówczas wielkiego szoku, ale w pełni odczułem wiekowość tej gry i spojrzałem na nią odarty z dawnego zachwytu, jaki odczuwałem będąc dzieckiem.

Jeżeli ktoś lubi dzisiaj klimaty starych gier, to na pewno spodoba mu się estetyka „Age of Empires”. Już filmik początkowy, pokazujący starcie dwóch hord wojowników, oddaje w pełni charakterystykę tej gry. Epickość, nieco naiwny, ale ujmujący klimat, duża dawka fantazji autorów i „plastikowa” grafika, przypominająca tą, jaką zobaczyć możemy choćby w „Diablo II”. Każdy kto zatrzymał się na dłużej przy wersji podstawowej, z pewnością potrafi zanucić muzykę jaką słyszymy w menu głównym. Skoczna, mająca swego rodzaju plemienny charakter oprawa idealnie pasuje do tła, jakim jest przedstawienie słonia bojowego w trakcie walki. Dźwięk to z pewnością szczególny element „Age of Empires”. Tak jak na stare gry przystało, w ciągu całej rozgrywki towarzyszy nam zestaw utworów odgrywanych za pomocą komputerowych symulacji różnych instrumentów. Dzisiaj brzmią one bardzo tanio, ale ciężko jest mi sobie wyobrazić inną ścieżkę dźwiękową, która lepiej pasowałaby do szaty graficznej. Oprócz niej nagrany jest też cały zestaw uderzeń, ryków, wrzasków i charakterystycznych dla każdego budynku dźwięków, które w miarę zaostrzania się gry przybierają na częstotliwości, tworząc nieraz ciężki do wytrzymania jazgot. Ale czy czasem nie tak właśnie brzmi wojna?

Wracając do kwestii graficznych, jak już wspomniałem, w „Age of Empires” wykorzystywane są proste modele, które w zbliżeniu wyglądają dziś bardzo prymitywnie i nieciekawie. Sprawa jednak wygląda zupełnie inaczej, kiedy widzimy je w czasie gry jako małe przedstawienia jeźdźców, piechoty, budynków etc. Odległość jednak ma znaczenie i prezentują się one wówczas całkiem ładnie. Szczególnie dotyczy to map, które są dosyć malownicze jak na standardy czasów, w których były projektowane. Bardzo podoba mi się stylizacja architektury, osobna dla cywilizacji bliskowschodnich, dalekowschodnich, Egiptu, Grecji i w ramach dodatku także Rzymu oraz kultur, jakie wraz z nim pojawiły się w grze. Dzięki „cudom” możemy też zobaczyć takie atrakcje, jak piramida, ziggurat, czy olbrzymi, odlany z brązu kolos. Z podobną sympatią patrzę także na modele jednostek, wśród których moim zdaniem prym wiodą okręty i wszelkie formacje jazdy z wyszczególnieniem słoni, prezentujących się moim zdaniem o wiele lepiej, niż ich odpowiedniki w drugiej części serii „Age of Empires”. Jednakże nie samym „klimatem”, musi obronić się gra, by uznać ją za dobrą.

REKLAMA
„Age of Empires”, screen z gry

Wojny bezwładnych tłumów i „wololo”

Tu niestety muszę dodać przysłowiowej łyżki dziegciu do beczki miodu. Szata graficzna, muzyka i wytworzony przez nią klimat, moim zdaniem giną niestety w dużej mierze pod ciężarem prostoty tej gry. „Age of Empires” to RTS bardzo organiczny, wręcz zerojedynkowy. By dobrze w niego grać, konieczne jest opanowanie surowej, matematycznej strategii, opartej na odpowiedniej kolejności budowania, tworzenia nowych wieśniaków oraz techniki szybkiego klikania z pomocą „hotkeysów”. W standardowej rozgrywce wygrywa ten, kto zaleje przeciwnika powodzią jednostek, ze względów ekonomicznych często jednego typu, które powstają w olbrzymich bazach wojskowych, składających się z kilku do kilkunastu budynków je produkujących. By przekonać się jak to wygląda, wystarczy zobaczyć nagrania z rozgrywek mistrzów z krajów Dalekiego Wschodu, których technika jest bardzo skuteczna, ale wygląda jak jedna, wielka klikanina. Jakże ma wybrzmiewać antyczny klimat, kiedy miasta wyglądają jak fabryki żołnierzy, a wojna to strumienie maszerujących jednostek?

Kwestia owych „strumieni”, ma też swoje podłoże związane z mechaniką gry. W tej części nie opracowano jeszcze systemu łączenia jednostek w formacje bojowe, które porządkują ich atak i przemieszczanie się tak jak, mamy to unaocznione w „Age of Empires II”. Jedyną opcją, jaką dodał „Rise of Rome”, jest możliwość jednoczesnego zaznaczania żołnierzy tego samego typu i w ten sposób ich grupowania. Co jest absolutnie kuriozalne, nie poprawiono tego także w odświeżonej „Definitive Edition”! Bez możliwości formowania jednostek, idą one bezwładną masą, rozchodzą się na boki i co najgorsze, blokują na przeszkodach. Nie ma mowy, by jednostka w „Age of Empires” wyszła z jakiegokolwiek labiryntu. Wystarczy, że przejdzie się ich grupą przez zróżnicowany teren i od razu możemy zauważyć, że część żołnierzy gdzieś się zagubiła, nie mogąc się ruszyć. Problem owej niezdarności częściowo poprawiał dodatek, jednakże była to w moim odczuciu zmiana kosmetyczna w porównaniu do skali problemu. Sytuacja ta tym bardziej zaskakuje, że w powstałej rok wcześniej części serii „Command and Conquer” wojska poruszają się zupełnie sprawnie. Do tej kwestii konieczne jest podłączyć także problem roli fortyfikacji w całej rozgrywce. O ile można nimi zablokować przejście lub osłonić budynki, o tyle ciężko jest pogodzić ich szczelność z drożnością... ponieważ twórcy gry nie zadbali o stawianie bram! Bez tak podstawowego rozwiązania konieczne jest robienie wyrwy, silnie zabezpieczonej przez wieże strażnicze, które przy odrobinie szczęścia choć trochę uszczuplą wdzierające się jednostki wroga.

REKLAMA

Polecamy e-book pod red. Magdaleny Mikrut-Majeranek „Poradnik młodego humanisty. Studia bez tajemnic”

praca zbiorowa pod red. Magdaleny Mikrut-Majeranek
„Poradnik młodego humanisty. Studia bez tajemnic”
cena:
11,90 zł
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
183
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-44-0
„Age of Empires”, screen z gry

Charakterystycznym i z pewnością nostalgicznym dla koneserów serii elementem gry są kapłani. Na całe szczęście nie są to magowie z serii „Empire Earth”, którzy mogli wywoływać erupcje wulkanów i tornada, ale i w „Age of Empires” mają swoją siłę. Kapłani, których oczywiście rekrutuje się w świątyni, mają przede wszystkim dar konwertowania jednostek przeciwnika na własną barwę. Jest to niezwykle przydatne, jeśli mamy niedostatek żołnierzy, a przeciwnik posiada np. tak cenne w tej grze słonie bojowe. Kapłan, podbierając przeciwnikowi jego jednostkę, zawodzi do niej „wololo”, co jest chyba najbardziej charakterystycznym dźwiękiem tej gry, zaraz obok wrzasków umierających i muzyki w menu głównym. Jest to chyba też najbardziej denerwujące, co można usłyszeć. Ze względu na omawiane powyżej technikalia, przez które walka wygląda tak, jak wygląda, także kapłani są rekrutowani w sposób masowy i idą swoistą „pielgrzymką” w kierunku przeciwnika, przysparzając go o niewyobrażalną nerwicę. Nie mam pretensji do istnienia takiej jednostki, ba, uważam nawet, że dodaje ona dodatkowej głębi rozgrywce. Ale moim zdaniem system gry pozwala na znaczne nadużywanie kapłanów, przez co walka jest męcząca, dziwna, a z całą pewnością komiczna.

REKLAMA

Koreański hoplita?

Kolejną kwestią, która osobiście drażni mnie także w odniesieniu do „Age of Empires II”, jest dobór i kreacja jednostek. I w tym miejscu, podobnie jak odnośnie „tłumowej” charakterystyki prowadzonych oddziałów, proroczy był filmik witający nas po włączeniu gry. Walczący w nim wojownicy mają uzbrojenie przypominające to, jakiego używali hoplici, z wyjątkiem obusiecznych, dość pokaźnych toporów. Jest to zestawienie absolutnie fantastyczne, ale tego rodzaju dziwactwa towarzyszą nam przez całą grę. Falangici wyglądający jak uzbrojeni we włócznie, nieco „fantazyjni” centurioni, legioniści przypominający hoplitów, i można by było tak wymienić jeszcze wiele kolejnych przykładów... Lekki niesmak wzmaga dodatkowo obdarowanie tymi grecko-rzymskimi formacjami cywilizacji takich, jak Choson, Yamato czy Asyria. Jest to jeden z powodów, dla których nie nazwałbym tej gry „historyczną”, czy nawet „opartą na starożytności”, a najwyżej wykorzystującą historię z dużą dozą inwencji własnej.

Rarytas dla starożytników?

Przechodząc do podsumowania, zastanawiam się, co w tej grze jest, że mimo wszystko uważam ją za rarytas dla miłośników starożytności. Być może to efekt mojej nostalgii w stosunku do „Age of Empires” i tego, że to ona walnie przyczyniła się do wyklarowania moich zainteresowań. Może bronię jej na tym polu właśnie z tego powodu? Niewątpliwie jest w tym trochę prawdy, ale przecież coś w tej grze musiało „ze starożytności być”, skoro obudziła we mnie pasje starożytnicze. Patrząc surowo na tę pozycję po latach, widzę w niej przede wszystkim nieskomplikowanego, nieco „rozklekotanego” RTS’a, inspirującego się dawnymi dziejami człowieka. Pomimo wspomnianych wcześniej niedociągnięć i w pewnym sensie prostackiej rozgrywki, „Age of Empires” zachowuje jednak w sobie jeszcze na tyle ujmującego nastroju, że może chwycić za serce nawet kogoś, kto nigdy w tę grę nie zagrał. Szczególnie ważny w tym względzie jest tryb kampanii i scenariusze, jakie możemy rozegrać. Co prawda nie są one skomplikowane, jednak pod kątem starożytnego klimatu ich aranżacja wyciska wszystkie soki z tej gry. Co więcej, owa mechaniczność rozgrywki i wszystko to, co tłumi antycznego ducha, daje się odczuć wyraźnie dopiero wtedy, gdy grę dobrze poznamy. Myślę, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze, a to „Age of Empires” zdecydowanie robi dobrze. Dopóki gracza nie zmęczą wspomniane wcześniej przywary, będzie pochłonięty przez jej atmosferę bez reszty. Poza tym któż ze starożytników nie chciałby zagrać Sumerami?

Redakcja: Mateusz Balcerkiewicz

Polecamy e-book Damiana Dobrosielskiego – „Kobieta w świecie Azteków”

Damian Dobrosielski
„Kobieta w świecie Azteków”
cena:
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
62
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-25-9
REKLAMA
Komentarze

O autorze
Maksymilian Krasoń
Magister historii, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalizuje się w historii wojskowości, a w szczególności dziejach sztuki wojennej i historiografii wojskowej. W czasie wolnym spełnia się w malowaniu ilustracji historycznych i grze w zespole metalowym.

Wszystkie teksty autora

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści. Za darmo.
Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2023 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone