Azyl dla porwanych dzieci…

opublikowano: 2026-03-12, 14:10
wszelkie prawa zastrzeżone
W 1946 roku grupa polskich dzieci, porwanych wcześniej przez Niemców w celu germanizacji, znalazła się w Hiszpanii. Tam znalazły swój azyl i zyskały szansę na odzyskanie tożsamości…
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Giseli Pou „Trzy imiona Ludki”.

Tramwaj w Barcelonie, ok. 1950 roku (fot. Salim Virji)

– Wiele z tych polskich dzieci nie zna polskiego. – Mama powiesiła torebkę na oparciu krzesła i popatrzyła na dziadka, na babcię i na mnie. Zdjęła żakiet i przycisnęła do brzucha, jakby chciała w ten sposób ukoić swoje wzburzenie. – Całe szczęście, że pani Wanda mówi po niemiecku, bo w przeciwnym razie...

– Ale co ty opowiadasz! To jakiś absurd, Isabel! – Babcia, z uniesionymi brwiami, spoglądała na córkę sponad okularów.

Dziadek złożył gazetę i z typowym dla siebie spokojem zwrócił się do żony:

– Tereso, może byś jej pozwoliła mówić – upomniał ją. Mama, która tkwiła na środku jadalni, jakby wrosła w podłogę, zastanawiała się, czy powinnam słuchać takiej rozmowy; dziadek odgadł jej wątpliwości i dodał: – Emma jest już dosyć duża, żeby się dowiedzieć, jaki jest ten świat, Isabel.

Mama wyjaśniła, czego się dowiedzieli. Historia uprowadzonych dzieci gruchnęła pośrodku jadalni, spadając na nas jak grom z jasnego nieba – wstrząsnęła nami i zostawiła w osłupieniu.

– To są polskie dzieci porwane ze swoich rodzin po to, żeby je przerobić na idealne dzieci niemieckie. – Mama mówiła wolno, chcąc przekazać nam wszystko, co opowiedziała jej pani Wanda. – Odarli je z nazwisk, pamięci, a także języka.

– Panno święta! – wykrzyknęła babcia, nie kryjąc przerażenia.

Mnie cała ta historia przypominała baśnie o strachach, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Po wielu latach, kiedy zainteresowałam się wydarzeniami z okresu drugiej wojny światowej, kiedy Ludka i ja czytałyśmy o tamtych czasach wszystko, co nam wpadło w ręce, dowiedziałyśmy się, że naziści, dążąc do dominacji rasy germańskiej, postanowili zwiększyć liczebność ludności aryjskiej. Heinrich Himmler, jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, zajął się realizacją programu Lebensborn mającego na celu udoskonalenie przedstawicieli rasy aryjskiej i zwiększenie ich liczby. Z początku jego misja polegała na tym, by nie dopuszczać do przerywania ciąży przez niezamężne kobiety, o ile odpowiadały ścisłym kryteriom czystości rasy. Noworodki były przekazywane organizacji, która je adoptowała i wychowywała. Lebensborn utworzył około piętnastu ośrodków w Niemczech oraz w znajdujących się pod okupacją Belgii, Francji i Norwegii; przyszły w nich na świat tysiące chłopców i dziewczynek. Program był realizowany w sieci centrów przygarniających dzieci niemieckie – nieślubne, ale przeznaczone na obywateli przyszłych Niemiec. Były to swego rodzaju hodowle dzieci doskonałych, które miały zostać panami świata.

reklama

Kiedy Heinrich Himmler zdał sobie sprawę, że program nie spełnia przewidywanych oczekiwań, wydał rozkaz, aby oficerowie, a także wszyscy żołnierze SS i policjanci płodzili tyle potomstwa, ile się da, czy to w małżeństwie czy poza nim. Kiedy i tego nie było dość, zarządził, żeby przemocą gromadzić dzieci rasy aryjskiej. I wówczas na okupowanych ziemiach zaczęły się uprowadzenia dzieci o odpowiednim wyglądzie. Duża część sierot, które przybyły do Barcelony w kwietniu 1946 roku, pochodziła ze Śląska, regionu Polski graniczącego z Niemcami, który został przyłączony do III Rzeszy na samym początku wojny. Te dzieci uprowadzono, sfałszowano ich dokumenty, żeby w ten sposób przemienić je w sieroty, nadano im niemieckie imiona i poddano surowemu programowi germanizacji. Po ukończeniu programu dzieci czuły się Niemcami i uważały, że przynależność do rasy aryjskiej zapewnia im nie tylko wyższość, ale także szczęście.

Mama mówiła przez dłuższą chwilę, a my słuchaliśmy, nie przerywając, ze ściśniętym sercem.

– Nie wiadomo dokładnie, ile dzieci uprowadzili, ale mówi się o dziesiątkach tysięcy. Teraz powinny odzyskać tożsamość, z której niemieccy naziści je okradli – zakończyła.

Dziadek patrzył na swoją córkę. Babcia patrzyła na dziadka, a ja patrzyłam na całą trójkę, nie pojmując, o co chodzi. Dziadek sięgnął po skręcony przed chwilą papieros i powoli zapalił.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Giseli Pou „Trzy imiona Ludki” bezpośrednio pod tym linkiem!

Gisela Pou
„Trzy imiona Ludki”
cena:
64,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Marginesy
Tłumaczenie:
Magdalena Pabisiak
Okładka:
miękka
Liczba stron:
496
Premiera:
11.03.2026
EAN:
9788368549904
reklama

– Co to jest tożsamość? – zapytałam.

– Tożsamość to bycie sobą – odpowiedziała babcia.

– Pomogą tym dzieciom na powrót stać się tymi ludźmi, którymi były wcześniej – dodał dziadek. Słońce rozsiewało mu iskierki na szkłach okularów. Mlasnął językiem z wyrazem bezradności i dorzucił z nutą smutku: – Nas także ze wszystkiego okradli.

Z tego, kim dziadek był kiedyś, nie zostały nawet okruchy; od czasu do czasu dolegliwość, która trawiła mu kości do szpiku, podchodziła aż do głowy. Mama wymieniła spojrzenia z babcią, jakby słowa były im zbędne. A ja w tej samej chwili zobaczyłam tę dziewczynkę z długim warkoczem, jak schodzi ze statku z kieszeniami pełnymi cukierków, tę dziewczynkę, która nie miała imienia ani rodziców i nawet nie wiedziała, kim jest.

Rabunek dzieci polskich podczas operacji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie

Mama poprawiła rękawy swetra i zwróciła się do babci:

– Pani Wanda zaproponowała mi pracę w miejscu pobytu dzieci.

– Ale one będą tutaj tylko przez parę miesięcy; jeśli zrezygnujesz z pracy w domach, w których szyjesz, to kiedy dzieciarnia wyjedzie, zostaniesz z niczym.

– Chodzi tylko o przedpołudnia. Popołudnia będę spędzać w tych domach, co zwykle.

– Tak czy owak, Isabel, powinnaś to przemyśleć.

– Już przemyślałam. I zgodziłam się – powiedziała mama. Szybko wyszła z jadalni, żeby uniknąć pełnego wyrzutu wzroku babci, i zamknęła się w kuchni, gdzie na marmurowym stole czekał na nią już ostygły obiad.

Począwszy od tego dnia, mama codziennie rano jechała tramwajem, żeby zdążyć do domu przy ulicy Anglí w porze śniadania. Nie tylko dbała o garderobę dzieci, pościel i bieliznę stołową, ale również pomagała w nakrywaniu do stołu i sprzątaniu po posiłkach oraz doglądała poczynań Florindy w kuchni.

Po dwóch dniach, jakie Florinda Aymerich spędziła przy kuchni, wyszło na jaw, że ma zbyt chwiejne usposobienie, żeby upilnować czterech rondli jednocześnie stojących na ogniu, a przy tym jest zbyt dumna, by pogodzić się z faktem, że potrzebna jej pomoc. Wobec zagrożenia, że obiad zakończy się katastrofą, pani Wanda lewą ręką, jak to miała w zwyczaju, dała mamie znak, żeby miała na oku, co się dzieje w kuchni, ale dyskretnie, by kucharka się nie zorientowała. I  w  ten oto sposób Isabel Andreu Mora, moja mama, zamieniła się w  anioła stróża kobiety, która pod swoim sakramentalnym „a  nie mówiłam”, niestrudzenie powtarzanym na lewo i prawo, skrywała serce pełne dobroci. Florinda we wszystkim była nadmierna: zbyt gadatliwa, zbyt gruba, zbyt nerwowa i zbyt dumna. Nikt nie wątpił, że jest świetną kucharką, ale usiłując robić wiele rzeczy jednocześnie, mogła doprowadzić do katastrofy. Mleko za mocno się gotowało i kipiało na skromną kuchenkę, podczas gdy ona, zajęta krojeniem jabłek na szarlotkę, zastanawiała się, ile funtów mąki będzie potrzebowała, by upiec magdalenki na następny dzień, i zapominała, że w piekarniku ma garnek batatów.

reklama

Mama co dzień po południu chodziła szyć po domach. Dopasowała godziny pracy i, jeśli nie liczyć pani Wandy, nie straciła żadnego klienta. Jeśli pracowała w potrójnym wymiarze godzin, to nie z obawy przed pozostaniem na lodzie po wyjeździe dzieci, ale po to, żeby uniknąć wyrzutów mojej babci. Nadmiar pracy sprawił, że nie widywałam się z nią jak dzień długi. Kiedy wstawałam, jej już nie było w domu, a gdy wracała, ja już spałam. Dom był przepełniony jej nieobecnością, ja zaś wyobrażałam ją sobie otoczoną dziećmi.

Byłam zła.

Zła na mamę i na te dzieci, które odebrały mi czas, jaki z nią spędzałam. Zła na mamę i na panią Wandę, do której dzieci zwracały się polskim słowem „pani” – pani Wanda; na mamę i na jasnowłosą dziewczynkę z  długim warkoczem, która na mnie spojrzała i mnie nie dostrzegła. Zła na mamę i na dziadków, którzy próbowali temu zaradzić. „Nie chcesz zaczekać do powrotu mamy?” – pytał dziadek, a ja mówiłam, że nie, że jestem śpiąca, że jest strasznie późno, że idę do łóżka. „Może coś jej od ciebie powiedzieć?” – proponowała babcia, a ja kręciłam głową i znikałam w swoim pokoju, oni zaś zostawali w jadalni i cicho rozmawiali.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Giseli Pou „Trzy imiona Ludki” bezpośrednio pod tym linkiem!

Gisela Pou
„Trzy imiona Ludki”
cena:
64,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Marginesy
Tłumaczenie:
Magdalena Pabisiak
Okładka:
miękka
Liczba stron:
496
Premiera:
11.03.2026
EAN:
9788368549904
reklama

Mama co wieczór po powrocie do domu, jeszcze zanim poszła do kuchni, zanim zdjęła żakiet i z torebką wiszącą na ramieniu otwierała drzwi do mojego pokoju i mówiła mi krótkie „dobranoc”, na które nie odpowiadałam. Zazdrość zaatakowała mnie frontalnie, jak wirus mnożący się z niesłychaną prędkością; kąsała mnie od środka i drążyła korytarze. Przybierała na sile aż do chwili, gdy 3 maja mama weszła do mojego pokoju przed siódmą rano, odsłoniła okno i kiedy się budziłam, usiadła w nogach łóżka. Ledwie zdążyłam otworzyć oczy, z tym uśmiechem, od którego rozjaśniała się jej twarz, powiedziała, że po południu będę mogła się z nią wybrać, żeby zobaczyć osierocone dzieci. Wyjaśniła mi łagodnym głosem, że to dzień polskiego święta narodowego i że szykują świąteczny obiad.

Świecki, nazistowski "chrzest" (nadanie imienia) dziecka z Lebensborn przed portretem Adolfa Hitlera (Bundesarchiv, Bild 146-1969-062A-56 / CC-BY-SA 3.0)

– Będą występy i będzie pięknie, sama się przekonasz. – Poprawiła brzeg prześcieradła i potarła palcem wskazującym o kciuk, oczekując mojej odpowiedzi.

Aż mnie skręcało z ochoty, żeby tam iść, ale moja miłość własna przekształciła się w mur nie do pokonania.

– Dzisiaj po południu mam zajęcia z panienką Glorią – wbiłam jej sztych prosto w serce.

Mama, domyślając się, że nie będzie łatwo mnie przekonać, przyjęła atak ze spokojem.

– Mogę z nią porozmawiać i z pewnością nie będzie miała nic przeciwko temu, żeby cię zwolnić z lekcji.

– Panienka Gloria jest miła. Ona mnie lubi. – Mama pogłaskała mnie po policzku, jak to miała w zwyczaju, kiedy chciała poruszyć jakiś ważny temat. – Zdaje mi się, że tam będą klauni – dodała, żebym jej wybaczyła to trwające cały tydzień porzucenie.

– Nie lubię klaunów!

Nie miałam zamiaru sprzedać się za jakichś typów z umalowanymi twarzami. Wyskoczyłam z łóżka, nie dodając ani słowa, i wyszłam z pokoju.

reklama

O trzeciej po południu panna Gloria uczyła mnie obrzucania szydełkiem i miałam za zadanie wykończyć w ten sposób cały brzeg różowego ręcznika. Brak zręczności w takich robótkach sprawił, że spędziłam u jej boku sporo czasu, na przemian dziergając i prując. Nie miałam nic przeciwko temu, bo była to jedyna nauczycielka, którą naprawdę lubiłam; pozostałe zakonnice klauzurowe, a szczególnie siostra Conchita, budziły we mnie raczej strach niż respekt. Chciałam, żeby panna Gloria była ze mnie zadowolona, i wychodziłam z siebie, żeby wbijać szydełko tak jak ona. Kiedy zaczęło mnie już trochę bawić to, ile czasu zajmują mi bezskuteczne próby wykończenia całego ręcznika, pojawiła się siostra Rosa, okrąglutka zakonnica z obliczem jak księżyc w pełni obramowanym kornetem, i kazała mi się zbierać.

Babcia czekała na mnie w końcu korytarza.

– Emmo, idziemy – obwieściła surowo, kiedy znalazłam się przy niej. Nie odpowiedziała na moje pytania, póki nie znalazłyśmy się na ulicy. – Powiedziałam matce przełożonej, że to sprawa rodzinna. Ale to nie ma nic wspólnego z tym, co się dzieje lub nie dzieje w naszym domu. Jeśli w poniedziałek cię o to zapytają, a nie wątpię, że zapytają, powiedz to, co ja, że to sprawa rodzinna. A jeśli się będą dopytywać, powtórz to tyle razy, ile będzie trzeba. One nie muszą wszystkiego wiedzieć!

Gapiłam się na babcię i nie pojmowałam, o co jej chodzi, a ona mówiła i mówiła, i szła szybciej niż zwykle.

– Dokąd idziemy?

– Do domu osieroconych dzieci, do twojej mamy.

Natychmiast się zatrzymałam. Postawiłam szkolną teczkę na ziemi i rzuciłam babci wyzywające spojrzenie.

– Nie chcę tam iść! – Ten okrzyk był jak pocisk przeszywający pierś.

– W tym życiu przyjdzie ci robić wiele rzeczy, na które nie będziesz miała ochoty, więc lepiej, żebyś do tego przywykła. Dlatego weź teczkę i chodź, bo do ulicy Anglí został nam szmat drogi.

Strzała, którą posłała mi babcia, okazała się skuteczniejsza od mojego krzyku, toteż uznałam jej zwycięstwo.

Ruszyłam posłusznie.

Po raz drugi w ciągu ostatnich dziesięciu dni bez słowa protestu szłam tak szybko, jak mogłam, w kierunku domu polskich dzieci przy ulicy Anglí.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Giseli Pou „Trzy imiona Ludki” bezpośrednio pod tym linkiem!

Gisela Pou
„Trzy imiona Ludki”
cena:
64,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Marginesy
Tłumaczenie:
Magdalena Pabisiak
Okładka:
miękka
Liczba stron:
496
Premiera:
11.03.2026
EAN:
9788368549904
reklama
Komentarze
o autorze
Gisela Pou
(Ur. 1959) katalońska pisarka i scenarzystka; pisała literaturę dziecięcą, literaturę młodzieżową oraz powieści dla dorosłych.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone