Opublikowano
2011-06-26 18:25
Licencja
Wolna licencja

Big history, czyli historia w makroskali

Kiedy zaczyna się historia? Czy wraz z powstaniem pierwszych miast i państw? A może w momencie wynalezienia pisma? Każda z tych propozycji jest dość arbitralna i może zostać łatwo podważona. Kliku historyków postanowiło w tej sytuacji zacząć od początku. Od samego początku.


Strony:
1 2

„Wielka historia” (big history) jest wprawdzie nieduża, jeśli spojrzeć na liczbę uprawiających ją badaczy, natomiast imponująca, gdy wziąć pod uwagę skalę wyzwań, które sama przed sobą postawiła. Kwestionuje ona „to, co wszyscy historycy wiedzą” o historii, próbując w ten sposób dać nowe odpowiedzi na fundamentalne pytania, łamiąc przy tym konwencje, granice dyscyplin naukowych i (zdaniem niektórych) zasady pracy naukowej. W zamian proponują wizję historii, która zarówno w sensie przestrzennym, jak i czasowym przekracza wszystkie dotychczasowe próby nakreślenia historii uniwersalnej w dosłownym znaczeniu tego słowa. Big history zaczyna się bowiem wraz z Wielkim Wybuchem, a swoim zakresem obejmuje cały wszechświat.

Ilustracja przedstawiająca schematycznie rozwój Wszechświata począwszy od Wielkiego Wybuchu (NASA/WMAP Science Team)

Pomysł big history narodził się w pierwszej połowie lat 90. w głowach dwóch ludzi na dwóch krańcach świata: David Christian, badacz dziejów carskiej Rosji, prowadził zajęcia z historii powszechnej w Australii; drugi zaś – Fred Spier (z wykształcenia biochemik, zajmował się socjologią historyczną) – pracował wówczas na Uniwersytecie w Amsterdamie1. Efektem burzy mózgów była seria artykułów, seminariów i książki, które do dziś stanowią fundament tego nurtu historiograficznego2. Z góry powziętym założeniem projektu było pisanie historii w skali makro, przekraczającej dotychczasowe ujęcia historii globalnej. Także waga pytań, które stawiano, była znacznie większa niż w większości prac historycznych. Całość historii – zarówno tej naturalnej, jak i społecznej – miała zostać ujęta w jednej spójnej narracji, którą porównać można najwyżej do mitów o stworzeniu świata3.

Projekt ten wydaje się tak ambitny, że aż bezczelny, niemniej jego zwolennicy argumentują, że nie jest to podejście zupełnie nowe4. Twierdzą oni, że jest wręcz przeciwnie i big history wpisuje się w dwie tradycje obecne od pewnego czasu w naukach społecznych i historycznych: w koncepcję historii powszechnej oraz posthumanistyki.

Świat w łupinie orzecha

Animal studies – wyzwanie dla historiografii?

Czytaj dalej...
Koncepcja historii powszechnej jest jednym z najstarszych pomysłów w historiografii. Już Herodot czy Polibiusz, opisując dzieje odpowiednio wojen perskich i punickich, wykroczyli poza tę wąską perspektywę, tworząc panoramy dziejów całego znanego im świata śródziemnomorskiego5. Myślenie w takich szerokich kategoriach było także silnie obecne w historiografii chrześcijańskiej: skoro Kościół miał charakter powszechny, to również jego historia była automatycznie historią powszechną w sensie zarówno geograficznym (tłumaczyła bowiem dzieje całego świata), jak i czasowym (wiedziano przecież, jak świat powstał i jak się skończy). Podobnie oświecenie znalazło w historii powszechnej swój „naturalny” gatunek historiograficzny. Dopiero zwycięstwo haseł nacjonalizmu i wkroczenie nauk historycznych na uniwersytety spowodowały, że koncepcja dziejów powszechnych zeszła na dalszy plan, ustępując miejsca mniejszym, narodowym historiom, bardziej użytecznym z punktu widzenia państwa i chętniej przyjmowanym przez czytelników.

Świat Herodota w niewielkim stopniu wykraczał poza basen Morza Śródziemnego... (fot. NASA)

Historie nienarodowe powróciły do łask dzięki zmianom mentalnym i specyficznej grupie ekscentryków, którzy na nowo dostrzegli, że badaniem historycznym można objąć nie tylko dzieje polityczne państw jak chociażby Francja, Wielka Brytania czy Polska, lecz przykładowo również dawny handel czy kulturę. Wymagało to wyjścia poza ciasne ramy historiografii narodowych. Wielu spośród tych ekscentryków – Toynbee, Pirenne czy Braudel – zostało dzięki temu zaliczonych do grona klasyków historiografii i zajęło trwałe miejsce w programie studiów historycznych.

Christian i Spier wpisują się w tę tradycję. Zasadniczą nowością jest poszerzenie definicji świata i historii powszechnej. W paradygmacie big history granice świata to granice naszego poznania, stąd też nawet najdalsze zakątki znanego nam Wszechświata są obszarem zainteresowania historyków na równych prawach z na przykład Półwyspem Apenińskim. Wynika to – argumentuje Christian – nie tyle ze zmiany założeń badawczych przyjętych jeszcze przez Herodota, lecz z postępu naszej nauki. Świat pierwszego historyka był geograficznie ograniczony ze względu na trudności w komunikacji, nasz świat, dzięki postępowi technik badania kosmosu, wydaje się niemal nieograniczony.

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Lubisz czytać artykuły w naszym portalu? Wesprzyj nas finansowo i pomóż rozwinąć nasz serwis!

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Wojciech Andryszek |

Są dwie nieścisłości w dyskusji. 1. Kosmologia nie jest obecnie silnie przywiązana do czasu (jako takiego) a fizycy coraz częściej wspominają o nim w zupełnie innych kategoriach (nie ujętych w innych dziedzinach). Pojawiła się bowiem potrzeba wyjaśnienia czym jest, o ile w ogóle jest, czas (w różnych jego postaciach). 2. Samo istnienie zasady antropicznej nie oznacza żadnych \"tylnych drzwi\". Wszechświat, jako taki, coraz bardziej kojarzy się badaczom jako twór niedeterministyczny. A czy świat nie jest już antropocentryczny... hm. Trudno się zgodzić. Przypomnieć można \"inteligencję\", charakterystyczną dla człowieka, jako swoistego bożyszcze ewolucji. Kto wie, być może egzobiologia niedługo zmieni ten pogląd, choć ostatnio również świat nieożywiony, domaga się w tym względzie swoich praw. To również, choć niekoniecznie, może być argumentem przeciw big history. Przyznam też, że nie rozumiem dlaczego dyskurs przepleciony jest wątkami filozoficznymi, przyjmowanymi za prawdy objawione. Nie jest to zarzut w złym tego słowa znaczeniu. W odniesieniu do nauk ścisłych jest to bowiem błądzenie po omacku. Inna rzecz, że historia w ujęciu big history, to zderzenie się z przepaścią między doświadczalnikami a teoretykami. Co ciekawe, to jest właśnie przeniesienie w świat filozofii, jak to ma miejsce w przypadki M-teorii. Jest to matematycznie uzasadniony twór, jednak na chwilę obecną bez żadnych szans na weryfikację. Na tym tle, big history oznacza historię pod silniejszym niż dotychczas i wyjątkowo plastycznym szyldem \"chyba\".



Odpowiedz

1. Tutaj pełna zgoda - nie myślmy, że źródła znikną :) (zresztą to też miałem na myśli mówiąc, że big history nie będzie głównym nurtem historycznym. 2. Co do Kanta (i Hume\'a, często niedocenianego) pełna zgoda. Chodziło mi właśnie o epistemologiczne zastosowanie epistemologicznego podejścia w naukach ścisłych. Bez tego nie ma szans na myślenie historyczne. 3. Jeśli chodzi o interdyscyplinarność, dyskusja toczy się dalej, a ilość pomysłów nierzadko przerasta ilość zaangażowanych badaczy. Model transdyscyplinarny wydaje się dość ciekawy, podobnie jak postulowana przez Immanuela Wallersteina (wprawdzie głównie w sferze nauk społecznych) unidyscyplinarność. 4. Co do nieidiograficzności podejść np. Leszka Nowaka czy Lorenza, a także - szerzej - filozofii historii - pełna zgoda. FH jest jednak dość specyficzną dziedziną, przynależącą dziedzinowo bardziej do filozofii niż do historii ze względu na specyfikę pracy i (najczęściej) umocowanie instytucjonalne (np. zmarły w 2009 r. Nowak był pracownikiem funkcjonował w ramach Instytutu Filozofii UAM, nie zaś Wydziału Historycznego. Wpływ nauk społecznych wpłynął na zwiększenie pierwiastka nomologicznego w pracach historycznych; moim zdaniem rdzeń nauk historycznych pozostał w gruncie rzeczy idiograficzny. Jeśli chodzi o kategorie Diltheya, faktycznie odnosiła się ona do człowieka i tworów kultury, jednak nurt transhumanistyki, przede wszystkim zaś STS (science and technology studies) i ANT (actor-network theory, m.in. Latour czy John Law), którzy włączyli do nauk społecznych elementy nie-ludzkie. Co więcej, Latour włączył w ten system nie tylko maszyny, lecz także zwierzęta. Wszystkie te podejścia dadzą się jednocześnie zmieścić w tradycji verstehen. Co do możliwości zbierania zespołów, to wiadomo jak jest, szczególnie w polskich praktykach akademickich. ;-)



Odpowiedz

Gość: Eugeniusz |

1. Tak, w przypadku badań porównawczych odwoływanie się do źródeł nie jest koniecznością. Można pisać tylko na podstawie literatury przedmiotu. Istnieje cenny nurt historii cywilizacji, którego ciekawego dorobku nie sposób podważać. A jednak wydaje się, że ktoś jednak musi, w obrębie historii, zajmować się wciąż żmudną pracą źródłową. Bez tego warsztatu, niejako historyk-syntetyk musi \"pasożytować\" na pracy historyka-źródłoznawcy. Odwrotna relacja jest już rzadsza. Parafrazując Lakatosa: bez syntez historia jest ślepa, bez źródeł - pusta :-) 2. Rozwiązanie w postaci przeniesienie czasu z ontologii w epistemologię zastosował wspomniany Immanuel Kant. Stwierdził, że czas (wraz z przestrzenią) jest konieczną formą poznania umysłu ludzkiego. Jego zdaniem, możemy w eksperymencie myślowym \"usunąć\" z naszego umysłu wszystkie wrażenia i myśli, ale nie czas i przestrzeń. Wydaje się jednak, iż współczesna fizyka z powrotem \"ontologizuje\" czas. Jeśli bowiem czas jest zależny od przestrzennego układu odniesienia, a kosmologia stwierdza, że czas powstał wraz z materią (więc pytanie co było przed Wielkim Wybuchem ulega tu automatycznie zawieszeniu), to wydaje się, że nauki przyrodnicze posługują się wciąż kategorią czasu ontologicznego. 3. Zgadzam się, że przerzucenie mostów między naukami humanistycznymi a przyrodniczymi jest celowe i potrzebne. Stwierdzam tylko, że to zadanie niezwykle karkołomne i naszpikowane różnymi minami intelektualnymi. Próby infiltracji z obu stron są, ale wiele - jak podałem we wcześniejszych przykładach - jest nieudanych. Zwróciłbym też uwagę, że sama interdyscyplinarność jest niewystarczająca. Interdyscyplinarność jest twórczym, ale dość rozproszonym środkiem korzystania metod badawczych z różnych dziedzin. Są badacze, którzy postulują przejście do transdyscyplinarności, która miałaby precyzyjniej (mniej eklektycznie) korzystać z kategorii różnych dziedzin (nieco więcej w dyskusji na tym forum: http://www.mishogolnopolski.fora.pl/hyde-park,15/transdyscyplinowosc-a-interdyscyplinarnosc,58.html). Na obecnym etapie nauk wydaje mi się, że całkiem sprawnie idzie dialog nauk humanistycznych z naukami przyrodniczymi, ale gorzej realna współpraca metodologiczna. Porównując to do teologii :-) - mamy do czynienia obecnie z instytucjonalnym dialogiem ekumenicznym i spotkaniem różnych grup wyznaniowych (w nauce - różne instytucje jako platformy akademickie propagujące interdyscyplinarność), ale nie mamy jeszcze obecnie wspólnych wyników z zakresu teologii dogmatycznej (fizyk spotyka się z historykiem, ale po wymianie myśli obydwaj wracają do swoich \"działek\"-swoich kościołów) ;-) Obserwuję także inne niepokojące zjawisko - coś w rodzaju postpozytywizmu, czy neonaturalizmu metodologicznego. Np. prężnie rozwijająca się kognitywistyka, w sposób subtelny, ale dość wyraźny, zmierza do likwidacji epistemologii w jej postaci czysto filozoficznej (i tu klasycznej epistemologii grozi większe niebezpieczeństwo, niż np. ze strony postmodernistycznego i literackiego Rorty\'ego). 4. Powyższa dychotomia wydaje mi się nieco nietrafna. W obrębie historii, czy też filozofii historii, pojawiają się próby jej uchwycenia za pomocą modeli, czy też narzędzi nomologicznych. Metody i aplikacje o takim, nie-idiograficznym charakterze twórczo próbują rozwijać Leszek Nowak, czy Chris Lorenz. Z naukami ścisłymi też nie jest tak łatwo. Na przykład między zupełnie nieempiryczną i formalną matematyką a skonkretyzowaną biologią jest niewiele podobieństw metodologicznych. W gruncie rzeczy wszystkie działy systematyki w biologii należą do nauk idiograficznych - a to czyni biologię znacznie bardziej podobną do historii. Biologia ponadto ma niewiele praw - z wyjątkiem kilku zasad Mendla i genetyki, w zasadzie obchodzi się bez nomologii. Ostrożny byłbym także z używaniem kategorii rozumienia. W dotychczasowej tradycji humanistycznej \"rozumienie\" było odnoszone do człowieka i jego tworów kultury. Można było założyć tu pewną Dilthey\'owską empatię, wynikającą z podobieństw między podmiotami ludzkimi. Tymczasem w wyżej zarysowanej propozycji big history nastąpiłaby próba rozumienia tworów pozaludzkich. Jak to w praktyce zrobić, nie pozostając na poziomie opisu? Nie jestem pewien, czy cała tradycja hermeneutyczna może tu w czymś pomóc. Projekt big history jako nauki idiograficznej wydaje mi się niezmiernie ambitny i ciekawy, ale zgoła niewykonalny dla jednej jednostki ludzkiej. Zakres przedmiotowo-czasowy takiego przedsięwzięcia byłby przecież gigantyczny. Wymagałby powołania wielkich kolektywnych zespołów badaczy-historyków, na wzór nauk ścisłych. A z tym, jak wiadomo nauki humanistyczne mają jeszcze problem. Współpraca zespołowa udaje się przy czysto protokolarnych przedsięwzięciach - jak pisanie słowników czy encyklopedii - ale gorzej ze współpracą naukową o innym charakterze. Choć nie jest to oczywiście niemożliwe. 5. Zgoda. Świat nie jest już antropocentryczny co najmniej od czasów Kopernika (\"pęknięcie geocentryczne\"), a później Darwina (\"pęknięcie gatunkowe\") i Freuda (\"pęknięcie rozumu\"). W kosmologii co prawda antropocentryzm wraca tylnymi drzwiami kuchennymi poprzez tzw. zasadę antropiczną, ale to już inny temat :-) Pozdrawiam!



Odpowiedz

Gość: Wojciech Andryszek |

Wydaje mi się, że w wielu punktach jestem skłonny się zgodzić, choć chyba nikt z nas nie stawiał nauk ścisłych i humanistycznych, jako sobie przeciwstawnych. Jednak o ile świat nie jest \"antropocentryczny\" o tyle historia (nie dosłownie) jak najbardziej. Inna rzecz, że Wszechświat jaki dziś opisujemy jest w dużej mierze ilustracją pewnych modeli matematycznych. Póki co, jest bardziej \"abstrakcyjny\" niż \"namacalny\". Jest też całkiem prawdopodobne, że bliżej nam do naszego nieistnienia niż choćby szerszej wiedzy na jego temat. Jednak równie dobrze może się kiedyś okazać, że historyk będzie opisywał Wszechświat i to z punktu widzenia innej niż jego inteligencji. A to już pełna symbioza świata ścisłego i humanistycznego (choć nie ma między nimi ustalonej granicy).



Odpowiedz

Z pozycji autora postaram się odpowiedzieć: 1. Ostry podział na syntezy (oparte na opracowaniach) i monografie (oparte na źródłach) we współczesnej historiografii ulega zatarciu. Jak bowiem ująć np. książkę Williama McNeilla, The Rise of the West, która ma niewątpliwie wielką wartość naukową, choć oparta jest prawie wyłącznie na literaturze przedmiotu. Stąd też pozostaje tu pole do negocjacji, a samo korzystanie ze źródeł nie jest moim zdaniem koniecznym warunkiem do napisania ważnej pracy historycznej (szczególnie ważne jest to we wszystkich formach \"historii światowych\" [world histories], czy w przypadku badań porównawczych). 2. Problem linearności czasu jest dość ciekawy, szczególnie wobec alternatywnych wobec innych niż Wielki Wybuch koncepcji kosmologicznych. Wspomniane tworzenie \"rzeczywistych historii możliwych\" w oparciu o koncepcje wielości światów Everetta byłoby jednym z najciekawszych przedsięwzięć intelektualnych współczesnej humanistyki. Z drugiej jednak strony, jak zauważają choćby Wiktor Werner i Jerzy Topolski, zauważają, że bez czasu linearnego nie sposób wyobrazić sobie narracji historycznej; nieskończoność umożliwia de facto myślenie synchroniczne. Może rozwiązaniem byłoby przeniesienie czasu linearnego ze sfery ontologicznej do epistemologii? 3. Czy historia przez flirt z kosmologią utraci swoją autonomię? Wydaje się to dość wątpliwe. Po pierwsze, trzeba pamiętać, że skonceptualizowany u Diltheya podział na nauki humanistyczne i przyrodnicze nie zakładał ich opozycyjności, lecz raczej komplementarność. Proces, który doprowadził do wytworzenia się (wg Charlesa Snowa) \"dwóch kultur\", między którymi nie ma komunikacji, jest zjawiskiem późniejszym. Stąd też, ewentualne przerzucenie mostów między naukami humanistycznymi a przyrodniczymi jest celem uzasadnionym, choć dyskusji może podlegać sposób tej syntezy. Wilson i - szczególnie - Dawkins byli krytykowani nie za samo podjęcie próby, lecz raczej za nieadekwatność modelu i zbytni biologiczny redukcjonizm (podobne zarzuty spotkały także koncepcję potrzeb podstawowych Bronisława Malinowskiego). Współpraca nie musi oznaczać asymilacji historii w ramy nauk przyrodniczych, już choćby ze względu na trudności opisu zjawisk historycznych w kategoriach fizycznych (konieczność uwzględnienia zbyt wielu zmiennych). Posługując się analogią, przedmiot badań geologii można zredukować do fizyki, lecz taki redukcjonizm niewiele by wyjaśnił, a znacznie skomplikowałby opis zjawisk geologicznych. W związku z tym historia, szczególnie w oparciu o swój warsztat pojęciowy, pozostaje moim zdaniem bezpieczna. 4. Co jednak historyk może wnieść do nauk przyrodniczych? Wbrew pozorom dużo. Trzeba pamiętać, że historia jest nauką idiograficzną, interpretatywną i kładącą nacisk na perspektywę diachroniczną, podczas gdy nauki ścisłe preferują nomologiczne, empiryczne i skupione na synchronicznych zależnościach (co wynika z założenia o uniwersalności praw fizycznych). Wnosi to inne spojrzenie w rozpatrywaniu dziejów kosmicznych, które umożliwia próbę zrozumienia, nie zaś jedynie opisania rzeczywistości. Jest to bliskie filozofii, lecz zamiast w poszukiwaniu uniwersalnych praw czy zasad, \'big history\' skupia się na idiograficznym opisie i poszukiwaniu tendencji w rozwoju człowieka w jego środowisku naturalnym. 5. Czy \'big history\' faktycznie rozpatruje świat w oderwaniu od człowieka i cywilizacji? Moim zdaniem nie, pytanie o miejsce człowieka we wszechświecie pozostaje centralne, natomiast sama pozycja człowieka - już nie. Historia nadal zadaje pytanie o człowieka i jego pozycję w świecie, lecz ten świat nie jest już antropocentryczny.



Odpowiedz
Michał Wasiucionek

Absolwent historii UW, niespełniony socjolog i antropolog, obecnie doktorant historii w European University Institute we Florencji. Zajmuje się historią Europy Południowo-Wschodniej w epoce nowożytnej, głównie Mołdawią i Imperium Osmańskim. Po godzinach zajmuje się światem pozaeuropejskim (głównie islamskim) w epoce nowożytnej, metodologią historii i podróżowaniem. Jego ostatnimi prywatnymi odkryciami są powojenne Włochy i polski funk lat 70.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org