Opublikowano
2019-07-21 15:15
Licencja
Wolna licencja

„Bohemian Rhapsody” – reż. B. Singer – recenzja i ocena filmu

„Bohemian Rhapsody” Bryana Singera to produkcja, na którą czekałem od lat, podobnie jak miliony fanów zespołu „Queen”. No i się doczekałem. Dostałem swoją hagiograficzną, kinową legendę ze świata muzyki. Jak wyszło? Niestety tylko nieźle, bez szału, na jaki zasługuje ta legendarna ekipa i bez szału jaki latami Królowa serwowała swoim wielbicielom.


„Bohemian Rhapsody” – reż. B. Singer – recenzja i ocena filmu

Ile to razy słyszeliśmy, że „coś jest gotowym scenariuszem na filmowy przebój”. Tak tez jest w przypadku filmu Bryan Singera – „Bohemian Rhapsody”. Queen to jedna z najważniejszych grup w dziejach nie tyle rocka, co całej branży rozrywkowej. Rekordy sprzedaży, nieśmiertelne uznanie krytyków i trwająca kilka dekad miłość fanów z każdego pokolenia. Nie dziwi fakt, że Hollywood upomniało się w końcu o historię jednego z najwybitniejszych zespołów świata muzyki. Bohemian Rhapsody Plakat do filmu „Bohemian Rhapsody” Historia zespołu Queen to przecież taka właśnie historia, którą wystarczy tylko nakręcić, puścić na srebrnym ekranie i zacząć już liczyć wpływy z box office oraz „ochy” i „achy” w Internecie. Od samego początku nie było jednak łatwo. Problemy z realizacją filmu wybrzmiewają równie głośno co sama muzyka zespołu.

Jak powstawał film „Bohemian Rhapsody”?

Proces powstawania filmu „Bohemian Rhapsody” do łatwych nie należał. Najpierw Sacha Baron Cohen zrezygnował z roli głównej, a później – jeszcze w trakcie zdjęć – odszedł reżyser, Bryan Singer, choć to on finalnie podpisany jest jako twórca. Scenariusz filmu też przechodził swoje koleje losu. Jego autorem jest Anthony McCarten, który każdy element fabuły musiał konsultować i akceptować z członkami zespołu Queen. Niestety podejście to ustawia cały film, nie daje mu żadnego konkretnego motywu przewodniego i czyni z tej opowieści jedynie grzeczną oraz wygładzoną hagiografię Freddiego Mercury’ego oraz Queen.

Co gorsze scenariusz nie kreśli konkretnej linii fabularnej, przez co akcja po prostu prześlizguje się po kolejnych faktach z życia Farrokha Bulsary (prawdziwe imię Freediego Mercury’ego) i spółki. Dzieło ugrzeczniania historii sprawiło, że scenariusz wiele rzeczy przemilcza, a inne wręcz przeinacza. Wystarczy sprawdzić, że Queen nie był pierwszą kapelą Farrokha Bulsary, pierwszy album zespołu nie był wielkim sukcesem komercyjnym, solowa kariera Mercury’ego nie oznaczała rozpadu grupy jak sugeruje film, a „We Will Rock You” wydano trzy lata wcześniej niż pokazano to w produkcji. „Bohemian Rhapsody” nie jest biografią muzyczną na poziomie filmu „Ray”, który nie tylko opowiadał historią Ray’a Charles’a ale i stanowił epokowy pejzaż Ameryki XX wieku.

Lesley-Ann Jones – „Freddie Mercury. Biografia legendy” – recenzja i ocena

Czytaj dalej...

„Bohemian Rhapsody” – twórcy filmu

Koniec jednak z marudzeniem. Choć scenariusz leży na deskach i głośno woła o pomoc, tak aktorsko i technicznie mamy do czynienia z ucztą dla oczu i uszu. Kostiumy i scenografie oddają ducha epoki. Zdjęcia i montaż dopełniają dzieła czyniąc z filmu prawdziwy wizualny majstersztyk, oddający zamiłowanie zespołu do wielkiego show z fajerwerkami. Kropką nad „i” jest zaś sam Freddie Mercury wybitnie zagrany przez Ramiego Maleka. Jego interpretacja jest bliska ideału. Aktor wygląda jak Freddie, mówi jak Freddie, rusza się jak Freddie. On po prostu jest Freddiem. Nie było więc dla mnie zaskoczeniem, gry Rami Malek został uhonorowany Oscarem za najlepszą pierwszoplanową rolę męską.

Czy reszta ekipy aktorskiej godnie wtórowała głównemu bohaterowi? Większość aktorów jest miłym dodatkiem. Najbardziej zwróciłem uwagę jednak na resztę filmowych członków Queen. Wielkie brawa należą się choćby Gwilymowi Lee, który wygląda i zachowuje się identycznie jak gitarzysta Brian May. Ben Hardy i Joseph Mazzello również łudząco przypominają Rogera Taylora i basistę Johna Deacona, szczególnie gdy podrywają dziewczyny, dowcipkują czy biorą aktywny udział w tworzeniu wielkich hitów. Twórcy podkreślili choćby, że to właśnie basista Queen jest autorem wielkich komercyjnych przebojów – „Another One Bites The Dust” czy „I Want to Break Free”.

Bohemian Rhapsody Plakat do filmu „Bohemian Rhapsody” w Londynie (aut. Roger Green, CC BY-SA 4.0)

„Bohemian Rhapsody” – muzyka główną siłą filmu Singera

A to właśnie te przeboje są główną siłą filmu, któremu fani zespołu spokojnie mogą wystawić ocenę oczko, a nawet dwa oczka wyższą. Gdy oglądamy obrazki z życia Queen, fabuła wcale nie musi nas interesować, ale gdy z głośników zaczynają powolutku wypełzać nuty „Bohemian Rhapsody” by potem z przytupem wbić się w nasze czaszki, wówczas mamy do czynienia z filmową petardą. Każda z muzycznych sekwencji to małe arcydzieło i tyczy się to tak koncertowych scen, jaki i sekwencji nagrywania płyty w stodole czy w studiu realizacyjnym. Spokojnie mogę powiedzieć, że nasze emocje nie raz, nie dwa wezmą górę nad rozumem. Fani grupy Queen podczas oglądania filmu z pewnością zanucą kultowe przeboje, a czasem podskoczą na miejscu czy poklaszczą wspólnie z bohaterami w rytm „We Will Rock You”. Ja tupałem i klaskałem i to mimo faktu, że obok spał mój półroczny syn.

„We are the champions” – o hymnie sportowców i nie tylko

Każdy z nas zna ten utwór, nawet jeśli go nie lubi. Większość z nas czeka ze zniecierpliwieniem aż sportowiec lub drużyna, której kibicujemy podniesie puchar, spadnie confetti, a my przed telewizorami i na trybunach zjednoczymy się śpiewając, że „We are the champions”.



Czytaj dalej...

Muzyczną wisienką na torcie jest kulminacja filmu Singera. Pod koniec widzimy bowiem legendarny występ Queen na Live Aid w 1985 roku , gdzie pojawiła się śmietanka ówczesnego muzycznego świata. To jednak Freddie i spółka doprowadzili publiczność do wrzenia i nie jest to tylko wyobraźnia twórców filmu, „Bohemian Rhapsody” Okładka singla „Bohemian Rhapsody” (domena publiczna, prawa zastrzeżone) ponieważ rzeczywiście występ ten uważany jest za najlepszy podczas całego koncertu.

Scena jest hollywoodzko pompatyczna i sentymentalna, jednak robi niesamowite wrażenie ze względu na odwzorowanie detali, zarówno tych aktorskich, scenariuszowych jak i muzycznych.

Choć scenariusz „Bohemian Rhapsody” popłynął w stronę słabego sentymentalizmu łączącego koncert Live Aid z wiadomością o AIDS Freddiego, nie da się obojętnie czy z gniewem obejrzeć finału tej historii. Przeboje grane w finalnych sekwencjach powodują uczucie ściśniętego gardła. Widz doskonale wie bowiem, że oto bogowie muzyki wkroczyli na szczyt, by za chwilę jednego ze swoich braci zgubić w czeluściach Hadesu.

Polecamy e-book Agaty Łysakowskiej – „Damy wielkiego ekranu: Gwiazdy Hollywood od Audrey Hepburn do Elizabeth Taylor”:

Autor: Agata Łysakowska
Tytuł: „Damy wielkiego ekranu: Gwiazdy Hollywood od Audrey Hepburn do Elizabeth Taylor”

ISBN: 978-83-65156-04-4

Wydawca: Michał Świgoń PROMOHISTORIA (Histmag.org)

Stron: 87

Formaty: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)

7,9 zł

(e-book)
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Piotr |

Film warty obejrzenia. Na + muzyka i gra aktorska na - ... właściwie nie ma się do czego przyczepić. Film pomógł mi odnaleźć Queen po latach :)



Odpowiedz
Marcin Sałański

Historyk, dziennikarz prasowy i telewizyjny, wieloletni współpracownik Histmag.org, autor popularnych e-booków. Współpracował m.in. z portalem Historia i Media, Wydawnictwem Bellona i Muzeum Niepodległości w Warszawie. Był również członkiem redakcji kwartalnika „Teka Historyka”. Interesuje się historią średniowiecza, dziejami gospodarczymi, popularyzacją historii i rekonstrukcją historyczną.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org