Budzenie zmarłych

opublikowano: 2026-01-29, 13:00
wszelkie prawa zastrzeżone
To była jedna z najgłośniejszych zbrodni w PRL. W 1977 roku rozpoczyna się śledztwo, które odsłoni przerażające fakty.
reklama

Ten tekst jest fragmentem książki Grzegorza Wielgusa „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL”.

Milicjant rozmawia przez telefon, 1977 rok (fot. Grażyna Rutowska, NAC)

„Potrzebują człowieka z zewnątrz”.

To jedno zdanie wystarczyło, żeby porucznik Oskar Grewling opuścił Kraków z ciężkim bagażem pytań bez odpowiedzi. Rozkazy przyszły z samej góry, co oznaczało, że o dyskusji nie było mowy. Pułkownik Zbigniew Jabłoński, oprócz piastowania funkcji komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej, był również prezesem Wisły Kraków, czemu zawdzięczał nieoficjalny przydomek Wiślak, a Wiślak nie należał do osób, które wysyłały swoich piłkarzy poza granice krakowskiego boiska bez wyraźnej potrzeby. Zwłaszcza mając na karku Czarny Marsz po śmierci Staszka Pyjasa. Jeżeli Grewling miałby się cieszyć z czegokolwiek przez ostatnie tygodnie, to byłby to fakt, że nie musi przebywać w Krakowie. Nieustannie zabiegał, żeby jego zawodowe drogi nie przecięły się ze ścieżkami kolegów z kręgów uniwersyteckich, ale z roku na rok robiło się to coraz trudniejsze.

– I dlatego góra uznała, że trzeba mnie odsunąć na boczny tor – rzucił przez otwarte okno piąty albo szósty raz od rozpoczęcia podróży. – Tak będzie lepiej.

Szosa do Tarnobrzega była pusta, zakurzona i rozpalona do granic możliwości. Przy poboczach gromadził się żółtawy osad pochodzący z kopalni odkrywkowej w Machowie, w powietrzu pachniało siarką. Tak upalnego maja nie było od dawna, o czym Grewlinga informował każdy sklepowy sprzedawca oraz operator CPN-u, z jakim rozmawiał po drodze. Po obydwu stronach szosy ciągnął się dziurawy szpaler drzew, zasadzonych jeszcze w czasach zaborów. Ponad skupiskami niewielkich wiejskich domów wznosiły się wyolbrzymione przez rozgrzane powietrze kominy Siarkopolu. Grewling żałował, że nie zabrał ze sobą aparatu. W jednej linii ustawiła się jadąca polną drogą furmanka oraz monstrualne cielsko koparki odkrywkowej, która orała ziemię ogromną, zębatą tarczą i miotała w niebo chmurami pyłu. To jedno ujęcie sprawiłoby, że kilkugodzinna podróż w upale może nie byłaby warta wysiłku, ale choć odrobinę przyjemniejsza.

– Szkoda – mruknął, rozmasowując dłonią kark. Znowu bolał, choć celniejsze było stwierdzenie, że wciąż bolał, tylko podróż autem pogorszyła sytuację.

Minął cmentarz położony obok dworca autobusowego i osiedle bliźniaczo podobnych do siebie bloków. Zaparkował w cieniu budynku prokuratury okręgowej, chociaż nie miało to już większego znaczenia. Pomimo otwartych okien wewnątrz auta było tak gorąco, że po pierwszej godzinie jazdy przestał zwracać uwagę na temperaturę.

reklama

W chłodnym korytarzu rozmawiało dwóch mężczyzn. Milicjant z dystynkcjami kapitana na mundurze oraz niski brunet o starannie przystrzyżonym wąsie. Na widok Grewlinga przerwali rozmowę. Milicjant dotknął ronda czapki i wyszedł z budynku, mijając Oskara. Brunet ubrany był w dobrze skrojony garnitur, niemożliwy do przeoczenia znak, że miało się przed sobą kogoś ważnego. Zestaw szyty na miarę nie należał do tanich i chociaż Grewling nie był na bieżąco z modą, to intensywnie szkarłatna koszula mężczyzny z pewnością nie należała do kanonu prokuratorskiego ubioru. Widać nawet tutaj dotarł powiew zachodniej, jakże zgniłej, a zarazem pociągającej swobody. Mężczyzna sprawiał wrażenie człowieka o przyjacielskim usposobieniu. Czujne ciemnobrązowe oczy temu całkowicie przeczyły. Brunet od razu poznał obcego. W takich miejscach przyjezdni wyróżniali się z daleka.

– Porucznik Grewling? Czekałem na pana.

Oskar skinął głową. Nie przepadał, gdy obcy ludzie czekali na niego. Rzadko kiedy były to przyjemne rozmowy, niezależnie od tego, czy mowa o nowohuckich Junakach, czy szpiclach z bezpieki.

– Jan Świerczyński. Prokurator okręgowy. – Mężczyzna wyciągnął dłoń. Na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. – Miło, że udało się panu dotrzeć. Mam nadzieję, że podróż nie była bardzo uciążliwa. Jeżeli chce się pan odświeżyć, mogę panu podać adres wynajętego mieszkania.

– Wolałbym się najpierw dowiedzieć, dlaczego tu przyjechałem.

– Prosto do rzeczy, co? – Świerszcz uśmiechnął się delikatnie. W jego głosie pojawiła się krztyna ironii. – Obywatelska postawa.

– Ciekawość – odparł Grewling. – W Krakowie nic mi nie powiedzieli.

– Proszę za mną, poruczniku.

Usiedli po dwóch stronach prostego biurka w gabinecie prokuratora. Grewling określił wystrój tego miejsca jako przebrzmiały. Lekko nierówny parkiet, poobijana gdzieniegdzie lamperia z farby olejnej i cytrynowy, mdły tynk na ścianie oraz suficie. Meble z płyty paździerzowej, mocno lakierowane, opatrzone fantazyjnym wzorem, który nawet po kilku kieliszkach czystej nie mógł uchodzić za naturalny układ drewna. Wszystko to pozostawało pod nieustanną obserwacją Edwarda Gierka, którego zdjęcie wisiało oprawione w ramkę ponad prokuratorskim biurkiem.

Aleja Róż w Nowej Hucie, 1970 rok (fot. Janusz Podlecki)

– Służy pan w Nowej Hucie, tak mi opowiadano. – Świerczyński wskazał dłonią na krzesło po drugiej stronie biurka. – Hardy rewir.

– Rewir jak rewir, tylko ludzie trochę niesforni – przyznał porucznik. Nowa Huta cieszyła się w pełni zasłużoną reputacją miejsca, które nie przepadało za osobami wścibskimi, dociekliwymi i zadającymi zbyt wiele pytań. Milicjanci zaliczali się do wszystkich trzech kategorii, co sprawiało, że – jeżeli wierzyć opowieściom – do niektórych nowohuckich mordowni mundurowi wchodzili dopiero z bronią w ręku, niczym stróże prawa z westernów. Grewling osuszył niejeden kufel w Orionie czy Oazie i zwykle kwitował tego typu historyjki uśmiechem. Chyba że mowa była o barakach w Pleszowie. Tam żarty się kończyły. Potocznie i celnie te okolice nazywano Meksykiem – nie bez przyczyny.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Grzegorza Wielgusa „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!

Grzegorz Wielgus
„Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL”
cena:
34,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Initium
Rok wydania:
2026
Liczba stron:
316
Premiera:
14.01.2026
reklama

– Wody? – Świerczyński postawił na blacie syfon ze szklaną butlą opatrzoną papierową etykietą. – Na kawę czy herbatę musiałby pan czekać, a coś mi się wydaje, że nie należy pan do cierpliwych osób.

– Tylko kiedy nie wiem, na czym stoję – odparł porucznik.

– Jestem pewien, że okolica jest tutaj trochę spokojniejsza niż w mieście. – Prokurator nieśpiesznie napełnił obydwie szklanki wodą i przesunął jedną z nich po blacie w stronę milicjanta.

– Nie jestem tutaj z powodu spokoju. Wręcz przeciwnie. – Grewling pozwolił sobie na chłodny uśmiech. Z każdą chwilą jego zainteresowanie powodem wezwania rosło i był pewien, że Świerczyński doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

– Nie traci pan czasu, co? – Prokurator podał mu kopertę trzymaną w dwóch palcach. – To zdjęcia z wypadku na szosie między Połańcem a Porębą. Jestem ciekaw pańskiej opinii.

Grewling przez moment patrzył w ciemne oczy Świerczyńskiego.

O to chodzi, pomyślał leniwie, sprawdzasz miastowego.

Porucznik otworzył kopertę i wysunął pierwsze zdjęcie. Wystarczyła chwila, aby zmarszczył brwi, a jego spojrzenie powędrowało z powrotem na prokuratora. Czarno-biała fotografia przedstawiała przechylony, stojący w rowie autokar SAN H100. Spod przednich kół wystawały buty i fragment ramienia. Przechylona przez zderzak kępa krzewów wisiała nad drugim zakrwawionym ciałem. Zwłoki młodej dziewczyny w poszarpanym i rozchełstanym ubraniu spoczywały koło tylnych kół pojazdu. Na twarzy Grewlinga drgnęło kilka mięśni. Niekontrolowany skurcz sprawił, że zamieniła się w maskę pogardy i obrzydzenia.

Drugie zdjęcie pochodziło z oględzin zwłok. Młody mężczyzna, na oko dwudziestokilkuletni, leżał na stole, zakryty od pasa w dół białą płachtą materiału. Rany wyraźnie odcinały się na tle bladej skóry. Oprócz kilku otarć ramiona mężczyzny pokrywała wysypka ciemniejszych siniaków, a głowa w jednym miejscu była nienaturalnie wklęsła. Trzecie zdjęcie. Kilkunastoletni chłopak pokryty strupami i ranami. Z jego pękniętej czaszki…

reklama

Grewling z niesmakiem schował zdjęcia do koperty. Przełknął ślinę. Wiedział, że na czwartym zdjęciu zobaczy dziewczynę. Powinien obejrzeć materiał dowodowy, ale nie potrafił się do tego zmusić. Zmarłym należał się szacunek, choćby i spóźniony, a ta dziewczyna była o całe życie za młoda na śmierć. Sposób, w jaki ułożono jej ubranie na pierwszym zdjęciu, stanowił nieprzyjemnie znajomy widok. Wypadki na drodze nie rozbierały kobiet, zostawiając mężczyzn w praktycznie nietkniętych ubraniach.

Tyle mu wystarczyło.

– Powiedział pan, że to wypadek. – Porucznik stuknął palcami o kopertę.

– Tak stwierdziła prokuratora rejonowa w Staszowie. Podczas pasterki ktoś ukradł stojący przed kościołem w Połańcu autokar, potrącił śmiertelnie trzy osoby i uciekł z miejsca zdarzenia. – Ton głosu Świerczyńskiego gwałtownie się zmienił. Był zimny, skupiony, napięty jak struna. – Jestem ciekaw opinii kogoś, kto pracuje w kryminale. Z niesfornymi ludźmi, jak to określiliście, obywatelu poruczniku.

Pies milicyjny (owczarek niemiecki) z milicjantem (fot. Zbyszko Siemaszko, NAC)

– Obrażenia się nie zgadzają. – Grewling potrząsnął głową. – Chłopiec ma złamane nogi, jest paskudnie poobijany i ta rozbita głowa. To prędzej wygląda jak potrącenie. Mężczyzna to co innego, chociaż leżeli obok siebie. Liczne rany na głowie, barkach i przedramionach wskazują raczej na napaść niż na wypadek drogowy. Część obrażeń sprawia wrażenie punktowych.

– Punktowych – powtórzył prokurator tonem, który wskazywał, że Grewling tylko utwierdził go w jakimś przekonaniu. – Skąd taka hipoteza?

– Brak otarć wokół ran na ramionach i barkach. – Porucznik rozmasował dłonią prawy nadgarstek. Chociaż od złamania upłynęło już kilka lat, miejsce czasami odzywało się bólem. – Przy upadku człowiek się obija, zwłaszcza na betonie albo asfalcie. Głowa, łokcie, kolana, biodra – wymienił. – Te rany, szczególnie na rękach, tak nie wyglądają. Dziewczyna natomiast…

– Katarzyna – wtrącił prokurator martwym głosem. – Miała na imię Katarzyna.

Grewling nie lubił używać imion ofiar. Miał wrażenie, że w ten sposób budzi zmarłych do życia, a jeżeli po śmierci było jakiekolwiek miejsce lepsze od tego świata, nie chciał ich stamtąd sprowadzać. Dość się tutaj wycierpieli. Więcej niż powinni.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Grzegorza Wielgusa „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!

Grzegorz Wielgus
„Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL”
cena:
34,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Initium
Rok wydania:
2026
Liczba stron:
316
Premiera:
14.01.2026
reklama

– Nie jestem fachowcem od wypadków na drodze, ale nigdy nie widziałem takiego potrącenia – stwierdził w końcu.

– Lekarz prowadzący sekcję na zlecenie staszowskiej prokuratury jest innego zdania – odparł prokurator. – W podsumowaniu określił zajście jako wypadek.

– Pan prokurator nie podziela tej opinii. – Grewling przesunął zdjęcia na stronę Świerczyńskiego.

– Kiedy wspomniał pan o ranach, poruczniku, powtórzył pan kropka w kropkę słowa sierżanta Sagana. Użył tego samego słowa na określenie obrażeń Sebastiana Boreckiego. Punktowe. Zwrócił też uwagę, że mężczyzna ma uszkodzony oczodół, ale nos nie został złamany. To dosyć popularny uraz w przypadku wypadków samochodowych.

– To prawda – przyznał Oskar. – Bystry człowiek.

– Bardzo. Bez niego cała sprawa zostałaby po prostu zapomniana, ot, tragiczny wypadek. Sprawcy nieznani. – Prokurator poprawił się na krześle. Obrzucił porucznika bacznym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się wymuszenie. – Niedawno przyjechała do mnie Wanda Balita, matka świętej pamięci Michałka oraz Katarzyny, teściowa Sebastiana Boreckiego. Powiedziała, że jej dzieci zamordowano. Jest na to świadek.

Świerczyński sięgnął po szklankę wody, z której uleciało już sporo bąbelków. Uniósł drugą dłoń, zanim Grewling zdążył o cokolwiek zapytać.

– Dlaczego nie pojechała do Staszowa? Do prokuratora rejonowego? – podjął po wypiciu kilku łyków.

– Pojechała. Nikt nie chciał jej wysłuchać, a Kajetan Botor odesłał ją spod drzwi swojego gabinetu z takimi słowami: „Dzieciaki są martwe, co się pani szarpie, jakby to mogło je wrócić? Co pani z tego, że się znajdzie sprawcę. Dwa lata dostanie? Dwadzieścia? Jaka różnica dla pani?”.

Nozdrza Grewlinga zadrżały, lewa ręka sama zwinęła się w pięść. Nie miał złudzeń co do tego, że milicja i prokuratura działały od czasu do czasu, w wielu przypadkach na oślep i zwykle tam, gdzie nakazywała partia. Był świadkiem aresztowania człowieka tylko za to, że miał nazwisko podobne do zbiega poszukiwanego listem gończym. Pomyłka prawie skończyła się wykonaniem kary śmierci na niewinnym człowieku. Jednak potraktowanie takimi słowami matki w żałobie, szukającej sprawiedliwości dla swoich dzieci, przekraczało wszelkie granice.

Milicjanci na motorówce, 1971 rok (fot. Grażyna Rutowska, NAC)

– Widzę, że mamy podobne zdanie na temat prokuratora Botora – zauważył Świerczyński.

– Jestem ciekaw, czy pan Botor pokierowałby się taką samą zasadą, gdyby przydarzył się mu jakiś incydent. – Grewling uniósł brwi. – Całkowicie przypadkowy, losowy, niemożliwy do przewidzenia incydent.

reklama

– Intrygująca sugestia. – Prokurator uniósł nieznacznie kąciki ust. – Był pan kiedyś we Frampolu? To niezbyt daleko, może dwie godziny jazdy szosą na Lublin. Trzeba skręcić na Janów Lubelski, no, ale to nieważne. – Świerczyński sunął palcem po krawędzi szklanki. – Pięć lat temu chłopak z Frampola okradł komisariat. Wyniósł stamtąd dość broni i amunicji, żeby rozpocząć kolejne powstanie, a naszym śpioszkom zostały tylko kaski oraz blondyny, którymi mogli co najwyżej krowy popędzać. Ten łebek ukrył to wszystko w stogu siana, po czym rzucił worek z bronią na sanki i przeciągnął obok pięciu albo sześciu patroli. Nie capnęli go przez czterdzieści dni. – Prokurator parsknął śmiechem, ale natychmiast spoważniał. – Blaga po całości, co? Tutaj nie zginęło trochę pepesz i tetetek, ale trzy osoby. Katarzyna Borecka była w ciąży, piąty miesiąc. Płazem tego nie puszczę, rozumiemy się, poruczniku? Wypadek, morderstwo, nieważne. Chcę wiedzieć, co tam się wydarzyło, i upewnić się, że to się nie powtórzy.

Grewling milczał. Czekał na polecenia. Przyciągnął kopertę i wysunął z niej zdjęcie stojącego w rowie SAN-a oraz przymarzniętych do ziemi ciał. Sunął wzrokiem od krawędzi do krawędzi, zapamiętując każdy detal zimowego krajobrazu. Pozbawione liści drzewa, wystające spod śniegu kłęby trawy i duży, kwadratowy dom z czterema oknami od frontu. Nie mógł stać dalej niż kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym spoczywały ciała trójki zabitych oraz porzucony w rowie autokar. To była noc wigilijna, cicha noc, a nikt nie usłyszał, jak rozpędzone sześć ton stali taranuje ludzi, miażdży krzewy, łamie gałęzie i przejeżdża praktycznie na drugą stronę rowu? Nikt nie widział reflektorów? Nikt nie słyszał krzyków rannych? Po prostu to się wydarzyło i nikt nie zwrócił na to uwagi?

Ulica Floriańska w Krakowie, 1978 rok (fot. NAC)

– Ktoś to musiał widzieć – powiedział niemalże bezgłośnie.

– Śledztwem w terenie zajmą się kapitan Dębik i sierżant Sagan – podjął Świerczyński. – To bystrzy ludzie, profesjonalni, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale przyda się również opinia kogoś, kto ma doświadczenie ze sprawami kryminalnymi. Nie chcemy niczego przeoczyć – dodał z naciskiem. Zmrużył jedno oko i cmoknął, jakby przypomniał sobie o czymś nieprzyjemnym. – Poruczniku, będę szczery: wiceprokurator Bełtowski zalecił sprowadzenie kogoś z zewnątrz, aby wykluczyć możliwość jakichkolwiek… nacisków. Wanda Balita nie bez powodu pisała listy do samego KC i postanowiła ominąć prokuraturę rejonową. Ufam swoim ludziom, ale nie wiem, jak sprawa wygląda po drugiej stronie Wisły. Rozumie mnie pan?

– Tak. – Grewling skinął głową. – Nowa Huta jest po drugiej stronie Wisły.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Grzegorza Wielgusa „Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!

Grzegorz Wielgus
„Połaniecka. Najgłośniejsza zmowa milczenia w historii PRL”
cena:
34,90 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Wydawnictwo Initium
Rok wydania:
2026
Liczba stron:
316
Premiera:
14.01.2026
reklama
Komentarze
o autorze
Grzegorz Wielgus
Pisarz. Autor powieści historycznych, kryminałów, sensacyjnych i fantasy, Wśród jego powieści są m.in. "Pieśń pustyni", "Pieśń zemsty" i "Krzyżowiec".

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone