Autor: Craig Symonds
Tagi: Artykuły, Historia wojskowości, II wojna światowa, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Wyspy Brytyjskie
Opublikowany: 2020-11-04 14:56
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Cel: Zatopić „Bismarcka”

Pancernik „Bismarck” wyszedł w morze z Gdyni 19 maja 1941 w swój dziewiczy rejs. Brytyjczycy podjęli próby przechwycenia potężnego niemieckiego okrętu. Rozpoczęło się polowanie na „Bismarcka”.
REKLAMA

Cieśnina Duńska pomiędzy Grenlandią a Islandią ma ponad 320 kilometrów szerokości, ale w maju dwie trzecie jej zachodniej części pokrywa nieprzebyta warstwa lodu, a wzdłuż jej wschodniej części ciągnęły się brytyjskie pola minowe, więc korytarz nawigacyjny miał mniej niż 80 kilometrów szerokości. Gdyby Lütjens wybrał tę drogę, jak czynił to poprzednio, musiałby przejść przez ten wąski lejek. [John] Tovey skierował więc w to miejsce krążowniki „Norfolk” i „Suffolk” dowodzone przez Wake-Walkera, gdzie stanowiły ruchome punkty obserwacyjne. Oba brytyjskie krążowniki zostały niedawno wyposażone w zestawy radarowe. Urządzenie zamontowane na „Suffolku” było bardziej niezawodne, ale wykrywało tylko obiekty znajdujące się przed dziobem, i kiedy 23 maja o godzinie 7.22 podczas patrolu okręt wykonał zwrot na południe, obserwator na szczycie masztu ujrzał duży szary kształt wyłaniający się z mgły za rufą. Wake-Walker natychmiast przekazał raport o zauważonym okręcie i do godziny 20.00 brytyjskie krążowniki śledziły jednostki niemieckie. Zajęły one pozycje na obu ich flankach, pozostając na tyle blisko, aby je widzieć poprzez mgłę i przelotny deszcz, a jednocześnie być poza zasięgiem 381-milimetrowych dział „Bismarcka”.

John Cronyn Tovey

Niemal 500 kilometrów dalej na krążowniku liniowym „Hood”, którego Holland używał jako swojego okrętu flagowego, oficerowie pochylili się nad stołem z mapami i wyznaczyli pozycję „Bismarcka”, który znajdował się niemal dokładnie na północ od nich. Holland mógł kontynuować rejs na zachód, aby odciąć go od północnego Atlantyku, ale wiedząc o upodobaniu Churchilla do agresywnych działań, postanowił zamiast tego zwiększyć prędkość do 28 węzłów i skierować się na północny zachód. Dzięki temu miał nadzieję szybko zbliżyć się do pancernika. Jednocześnie nakazał komandorowi Johnowi Leachowi na „Prince of Wales”, aby podążał jego śladem. Podczas krótkiej w Arktyce majowej nocy wrogie sobie grupy bojowe zbliżały się do siebie z prędkością niemal 50 węzłów.

Pod koniec maja w Cieśninie Duńskiej słońce wstaje bardzo wcześnie i było już dość wysoko, kiedy 24 maja o godzinie 5.35 przeciwnicy niemal jednocześnie ujrzeli się z odległości około 30 kilometrów. Na pokładzie „Prince of Wales” kapelan, wielebny W.G. Parker, przez głośniki okrętowe odczytał modlitwę – tę samą, którą odmówiły wojska Parlamentu przed bitwą pod Edgehill w 1642 roku, w czasie angielskiej wojny domowej: „O Panie, Ty wiesz, jak bardzo będziemy dzisiaj zajęci. Jeśli zapomnimy o Tobie, Ty nie zapomnij o nas”.

Inaczej niż Harwood, który w 1939 roku podzielił swoje okręty, aby zaatakować „Grafa Spee” z różnych stron, Holland utrzymał swoje okręty razem, być może chcąc w ten sposób osiągnąć większą koncentrację ognia. Jako pierwszy ogień otworzył „Hood”, kierując swoje salwy przeciwko płynącemu na czele okrętowi wroga, który Holland wziął za „Bismarcka”. W rzeczywistości był to „Prinz Eugen”, który odpowiedział ogniem i nieoczekiwanie jeden z pocisków z jego 203-milimetrowych dział trafił w magazyn rakiet sygnalizacyjnych na „Hoodzie”. Nastąpiło spektakularne pirotechniczne widowisko, ale nie spowodowało ono poważniejszych uszkodzeń. Na „Bismarcku” Lütjens rozkazał komandorowi Lindemannowi, aby wstrzymał się z otwarciem ognia do czasu, kiedy będzie można użyć wszystkich jego ośmiu 381-milimetrowych dział, i mimo niecierpliwych błagań głównego oficera artyleryjskiego minęło kilka minut, zanim „Bismarck” odpowiedział. Jednak kiedy już się to stało, słabość stosunkowo cienkiego pancerza „Hooda” została zademonstrowana w widowiskowy sposób. O 5.55 pocisk z szóstej salwy „Bismarcka” uderzył w „Hooda”, przebił się do jego magazynu amunicji i eksplodował.

Jak uderzony olbrzymim młotem w śródokręcie „Hood” przełamał się na pół, a jego dziób uniósł się w górę pod kątem czterdziestu pięciu stopni, podczas gdy w niebo wzbiły się płomienie i dym. Obserwujący to z „Bismarcka” adiutant Lindemanna, kapitan marynarki Burkard Freiherr von Müllenheim-Rechberg, wspominał potem, że ujrzał „górę płomieni i żółtawobiałą kulę ognia, która rozbłysła pomiędzy masztami i wzbiła się w niebo. Białe gwiazdy, prawdopodobnie stopione kawałki metalu, wystrzeliły z czarnego dymu i podążały za płomieniem, a wielkie fragmenty, z których jeden wyglądał jak główna wieża, wirowały w powietrzu jak zabawki”. W ciągu kilku sekund już go nie było. Największy okręt Royal Navy, duma całej floty od niemal dwóch dekad, po prostu zniknął. Z ponad półtoratysięcznej załogi ocalało jedynie trzech ludzi.

Günter Lütjens (Bundesarchiv, Bild 146-2003-0027 / CC-BY-SA 3.0)

Z trudem odrywając oczy od tego zdumiewającego spektaklu, Lindemann skierował działa „Bismarcka” na pancernik „Prince of Wales”. Niemal od razu 381-milimetrowy pocisk uderzył w pomost nowego brytyjskiego okrętu, zabijając wszystkich z wyjątkiem dowódcy, głównego bosmana oraz głównego sygnalisty. Była to istna rzeź, tak że krew spływała przez rurę głosową i kapała na stół. W krótkim odstępie czasu „Prince of Wales” został trafiony trzema kolejnymi pociskami, które zniszczyły jego system kierowania ogniem, roztrzaskały samolot rozpoznawczy oraz przebiły pokład poniżej linii wodnej, co spowodowało, że do kadłuba dostało się 400 ton wody. Jednocześnie mniejsze pociski – 203-milimetrowe z „Prinza Eugena” oraz 152-milimetrowe z baterii pomocniczych „Bismarcka” – wielokrotnie trafiły w jego kadłub. Na domiar złego uszkodzona została gigantyczna czterodziałowa wieża na rufie. Z niesprawną częścią głównej baterii, otrzymawszy solidne lanie, Leach rozkazał postawić zasłonę dymną i wycofał się z bitwy.

Lindemann najchętniej podjąłby pościg i zakończył sprawę, ale Lütjens powściągnął jego zapał. Dla refleksyjnego, ponurego Lütjensa rozkazy były świętością, a Raeder polecił mu, aby unikał starć z wrogimi jednostkami nawodnymi i skoncentrował się na działaniach przeciwko żegludze handlowej – i tak właśnie zamierzał uczynić. Lindemannowi nie mieściło się to w głowie. Mieli szansę zatopić drugi brytyjski pancernik, najnowszy w swojej klasie i – obok „Hooda” – największy we flocie wroga. Jego zniszczenie byłoby zwieńczeniem tego cudownego dnia i okryłoby ich nieśmiertelną chwałą. Lütjens, jak zawsze z kamienną twarzą, powiedział nie i „Bismarck” oraz „Prinz Eugen” kontynuowały rejs na południe, chociaż Lindemann aż kipiał z tłumionej złości.

Churchill przebywał w Chequers, oficjalnej wiejskiej rezydencji premiera położonej na północ od Londynu, i 24 maja o siódmej rano jeszcze spał, kiedy obudzono go wstrząsającą wieścią o zniszczeniu „Hooda”. Był to kolejny ciężki cios, ale nie ostatni z wielu, które otrzymał w czasie wojny. Dopiero później się dowiedział, że gdy „Hood” wyleciał w powietrze, Leach przerwał akcję i wycofał pancernik „Prince of Wales”. Było to dla Churchilla, jak później napisał, „wielkie rozczarowanie”. Po raz kolejny zdawało mu się, że jego dowódcy marynarki wojennej zdradzają niepokojącą niechęć do prowadzenia walki do końca. Rozczarowany był również Pound, nie tylko Leachem, ale także Wake-Walkerem, który po śmierci Hollanda był na miejscu oficerem o najwyższym stopniu. Zamiast ponownie ruszyć do akcji ze swoimi dwoma krążownikami i uszkodzonym pancernikiem, Wake-Walker po prostu podążył śladem niemieckich okrętów. Wiedział, że od wschodu zbliża się Tovey z pancernikiem „King George V” oraz krążownikiem liniowym i lotniskowcem, dlatego wydawało mu się rozsądne zaczekać na ich przybycie.

Również Lütjens musiał podjąć pewne decyzje. Pocisk kalibru 356 milimetrów z pancernika „Prince of Wales” wybił półtorametrową dziurę w dziobowej części kadłuba „Bismarcka” i mimo wodoszczelnych przedziałów do wnętrza przedostały się setki ton wody. W rezultacie okręt miał znaczny przechył na dziób oraz dziewięciostopniowy przechył na lewą burtę. Równie niebezpieczne było to, że jeden z pocisków rozerwał dwa zbiorniki z paliwem. Pancernik nie tylko zostawiał za sobą wyraźną smugę mazutu, ale utrata paliwa w poważnym stopniu ograniczała jego zasięg.

Wodowanie krążownika Prinz Eugen w sierpniu 1938 roku (Bundesarchiv, DVM 10 Bild-23-63-14 / CC-BY-SA 3.0)

Jak zawsze Lütjens nikogo nie prosił o radę – jakiekolwiek myśli przychodziły mu do głowy, gdy rozważał zaistniałe okoliczności, nie podzielił się nimi ani z Lindemannem, ani z nikim innym. Gdyby kontynuował rejs na południe na planowane spotkanie w ustalonym wcześniej miejscu na środkowym Atlantyku z niemieckim statkiem zaopatrzeniowym, mógłby rozwiązać swój problem z paliwem, ale pociągnęłyby za nim śledzące go brytyjskie krążowniki, więc udane rendez-vous było raczej mało prawdopodobne. Rany, które zadano „Bismarckowi” podczas bitwy, zmniejszały jego potencjał jako korsarza, ograniczały również możliwości towarzyszącego mu „Prinza Eugena”. Dlatego Lütjens wysłał nieuszkodzonego „Prinza Eugena” na planowane spotkanie, a sam zawrócił „Bismarcka” na południowy wschód, w kierunku wybrzeża francuskiego, odciągając pościg Brytyjczyków. Po dokonaniu napraw w Breście lub Saint-Nazaire „Bismarck” mógł dołączyć do „Prinza Eugena” w trakcie jego rajdu. Lütjens wysłał Raederowi długą wiadomość radiową, informując go o zniszczeniu „Hooda” i o swoich planach skorzystania z portu w Zatoce Biskajskiej. Kiedy Raeder przekazał to Hitlerowi, Führer, podobnie jak Churchill, zastanawiał się, dlaczego jego dowódca marynarki wojennej nie kontynuował walki w Cieśninie Duńskiej i nie wykończył wrogiego pancernika. Raeder wyjaśnił – ponownie – że celem misji było przeprowadzenie ataku na brytyjski handel, co wyraźnie rozczarowało Hitlera.

Ten tekst jest fragmentem książki Craiga Symondsa „II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”:

Craig Symonds
„II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”
89,99 zł
Wydawca: Znak Horyzont
Tłumaczenie: Fabian Tryl
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 896
Format: 150x235mm
ISBN: 978-83-240-7862-2
EAN: 9788324078622
REKLAMA

Dwa niemieckie okręty rozdzieliły się o godzinie 18.15, podczas ulewy, i od tego momentu „Bismarck” płynął samotnie. Od czasu do czasu następowała wymiana ognia na długi dystans z dwoma brytyjskimi krążownikami oraz pancernikiem „Prince of Wales”, które podążyły za „Bismarckiem”, zostawiając w spokoju „Prinza Eugena”. Od wschodu zbliżał się Tovey, a tymczasem „Bismarck” zmniejszył prędkość do zaledwie 21 węzłów, głównie po to, aby oszczędzić paliwo. Aby go jeszcze bardziej spowolnić, Tovey wysłał lotniskowiec „Victorious” w eskorcie czterech lekkich krążowników, by wykonał szybki wypad w stronę „Bismarcka” i przeprowadził lotniczy atak torpedowy. W tym czasie ciężkie okręty Toveya kierowały się na południowy zachód, aby go przechwycić.

Bismarck w hamburskim porcie (Bundesarchiv, Bild 101II-MN-1361-16A / Winkelmann / CC-BY-SA 3.0)

„Victorious” był okrętem nowszym nawet od pancernika „Prince of Wales” – wszedł do służby zaledwie kilka dni wcześniej, 14 maja. Na jego pokładzie znajdowało się tylko dziewięć sprawnych samolotów, dwupłatowców typu Swordfish. Co więcej, piloci z „Victoriousa” byli nowicjuszami – większość przed zaokrętowaniem miała za sobą zaledwie jedno lub dwa lądowania na lotniskowcu i żaden nie robił tego nocą. Wypad przeciwko „Bismarckowi” był ich pierwszą misją bojową i pierwszym lotem, podczas którego przenosili ciężkie torpedy Mark XII. Mimo to o godzinie 22.15 komandor Henry C. Bovell skierował swój okręt pod wiatr i być może wstrzymując oddech, wypuścił w niebo wszystkie dziewięć swordfishów.

Prowadzone przez komandora porucznika Eugene’a K. Esmonde’a Stringbagi oraz ich niedoświadczeni piloci, lecąc pod wiatr w zapadającym zmierzchu, skierowali się na zachód i w całkowitych ciemnościach, około 23.30, odnaleźli „Bismarcka”. Esmonde podzielił swoją eskadrę na trzy grupy, aby przeprowadzić atak zgodnie z klasycznymi zasadami taktyki. „Bismarck” otworzył ogień ze wszystkich dział, jakie miał na pokładzie, i w powietrze wzbiło się całe mrowie zielonych pocisków smugowych. Nawet wielkie 381-milimetrowe działa rozpoczęły ostrzał morza przed dziobami swordfishów, wzbijając przed nimi wielkie gejzery wody, kiedy powoli i statecznie zmierzały w jego kierunku ze swoimi torpedami. Oficer artyleryjski z „Bismarcka” wspominał, że samoloty „poruszały się tak powoli, iż wydawało się, że stoją w powietrzu”. Początkujący piloci wykazali się wytrwałością i z sukcesem zrzucili torpedy. Z powodu ciemności oraz gwałtownych manewrów wykonywanych przez „Bismarcka” tylko jedna trafiła w cel i uderzyła pancernik na wysokości pasa jego potężnego pancerza. „Bismarck” „lekko się wzdrygnął”, a jeden z marynarzy zginął na skutek wstrząsu mózgu, lecz okręt nie doznał żadnych uszkodzeń. Lütjens później chwalił się, że torpeda zdrapała tylko trochę farby. Do Berlina przekazał, że „uderzenie torpedy było błahostką”.

Atak miał jednak inne znaczenie: wskazywał, że prócz trzech okrętów, które za nim podążały, w odległości zaledwie 160 kilometrów znajduje się inna grupa okrętów Royal Navy. Jego zaś od Brestu lub Saint- -Nazaire wciąż dzieliło niemal dwa tysiące kilometrów. Przy prędkości 21 węzłów potrzebował jeszcze czterdziestu ośmiu godzin, aby znaleźć się wystarczająco blisko, by móc uzyskać osłonę samolotów Luftwaffe startujących z baz lądowych. Na dodatek dzikie manewry „Bismarcka”, które wykonywał podczas nalotu, spowodowały obluzowanie się łat nałożonych na otwory po pociskach przez grupy naprawcze. Kiedy je łatano, Lindemann musiał na jakiś czas zredukować prędkość do 16 węzłów. Lütjens otrzymał również wiadomość od B-Dienst, niemieckiej służby łamania szyfrów morskich, że aby go odnaleźć, Royal Navy wysłała całą flotę. W jej skład wchodziły nie tylko okręty Wake-Walkera i Toveya, ale również Force H z Gibraltaru dowodzony przez Somerville’a, który eskortował konwój z wojskiem i któremu Admiralicja rozkazała iść na północ i przyłączyć się do pościgu za „Bismarckiem”. Łącznie Brytyjczycy wysłali na polowanie cztery pancerniki, dwa krążowniki liniowe, dwa lotniskowce, trzynaście krążowników i dwadzieścia jeden niszczycieli.

Brytyjski lotniskowiec HMS Ark Royal i swordwishe

25 maja Lütjens obchodził pięćdziesiąte drugie urodziny i zaledwie trzy godziny wcześniej otrzymał coś w rodzaju prezentu urodzinowego. Od kiedy „Bismarck” rozdzielił się z „Prinzem Eugenem”, podążające za nim brytyjskie krążowniki zygzakowały, nieustannie zmieniając kurs, co miało je zabezpieczyć przed atakiem ze strony U-Bootów. Był to rozsądny środek ostrożności, ponieważ Dönitz jako wsparcie dla „Bismarcka” wysłał siedem U-Bootów i część planu Lütjensa polegała na wciągnięciu prześladowców w pułapkę zastawioną przez okręty podwodne. Krążowniki zygzakowały za „Bismarckiem”, tracąc go co jakiś czas z zasięgu radaru Typ 284 „Suffolka”, a potem wracały na kurs. O trzeciej nad ranem Lütjens odczekał, aż „Suffolk” znajdzie się w najodleglejszym punkcie swojego zygzaka, a następnie gwałtownie zawrócił i ruszył z pełną prędkością. Sygnał ukazujący „Bismarcka” zniknął z ekranu radaru „Suffolka” i jego kapitan Robert Ellis, zakładając, że wykonał on zwrot na zachód, w kierunku szlaków żeglugowych, zawrócił na południowy zachód, aby go odnaleźć. W rzeczywistości „Bismarck” zatoczył pełny okrąg, kierując się najpierw na zachód, później na północ, a potem na wschód, aż wreszcie powrócił na kurs wiodący na południowy wschód. Udało mu się zerwać ze smyczy. Mimo swojej wielkości „Bismarck” po prostu zniknął.

Aby podnieść morale na swoim okręcie, w południe Lütjens wygłosił oficjalną mowę. Pogratulował swoim ludziom zniszczenia „Hooda” i zapewnił ich, że zmierzają teraz do Francji i wkrótce znajdą się pod osłoną Luftwaffe. Powinien był w tym miejscu zakończyć. Tymczasem wygłosił coś, co bez wątpienia uważał za przemówienie motywujące. Powiedział mianowicie, że Brytyjczycy na pewno wyślą wszystkie swoje siły przeciwko nim, i dając wyraz swej determinacji, oświadczył: „Będziemy walczyć, dopóki lufy naszych dział nie rozżarzą się do czerwoności i nie opuści ich ostatni pocisk”. Zakończył wezwaniem: „Zwycięstwo albo śmierć!”. Jednak skutek przemowy był przeciwny do zamierzonego – wielu członków załogi uznało, że wszystko stracone.

Kiedy Tovey otrzymał alarmujący raport o zniknięciu „Bismarcka”, musiał odgadnąć, gdzie mógł się znajdować. Dokonując kalkulacji, kierował się nie tylko tym, co wydawało się możliwe, ale również tym, co stanowiło największe niebezpieczeństwo dla brytyjskich interesów. Ucieczka „Bismarcka” na atlantyckie szlaki żeglugowe była zdecydowanie najgroźniejszym scenariuszem i dlatego Tovey, podobnie jak Wake-Walker, zdecydował się prowadzić poszukiwania na zachodzie. W pewnym momencie, wczesnym rankiem 25 maja, podążający na południowy zachód Tovey faktycznie przeciął szlak „Bismarcka”, który płynął na południowy wschód – byli wręcz jak okręty mijające się nocą z wiersza Longfellowa. Dalej na południe Force H Somerville’a, zmagając się z falami i silnym wiatrem, przedzierał się na północ. W tej skomplikowanej morskiej układance okrętem Royal Navy znajdującym się najbliżej „Bismarcka”, chociaż nikt wówczas nie zdawał sobie z tego sprawy, był dwudziestoletni pancernik „Rodney” dowodzony przez komandora sir Fredericka Dalrymple-Hamiltona. Wielkie 406-milimetrowe działa „Rodneya” mogły okazać się rozstrzygające, gdyby tylko udało mu się zbliżyć na tyle, by ich użyć. Problem polegał na tym, że maksymalna prędkość leciwego pancernika wynosiła zaledwie 21 węzłów, więc „Bismarck”, nawet uszkodzony, z łatwością mógł mu uciec. Ostatnim elementem układanki była eskadra niszczycieli komandora Philipa Viana, oficera, który przed ponad rokiem zajął „Altmarka” w Jøssingfjordzie. Ponieważ wszystkie brytyjskie niszczyciele wcześniej przydzielone do polowania na „Bismarcka” musiały zawrócić z powodu braku paliwa, aby je zastąpić, Admiralicja wysłała sześć niszczycieli Viana. 25 maja skierował się on na obszar poszukiwań tak szybko, jak tylko jego niszczyciele mogły żeglować po wzburzonym morzu.

Bismarck w 1940 roki (Bundesarchiv, Bild 193-04-1-26 / CC-BY-SA 3.0)

Tymczasem obiekt tych wszystkich działań pozostawał samotny i niewidoczny na bezpośrednim kursie do Saint-Nazaire. Lütjens był praktycznie niewidzialny, a jego położenie i kurs były całkowitą tajemnicą dla licznych prześladowców. Jednak, jak na ironię, nie zdawał sobie z tego sprawy. Detektor radarowy „Bismarcka” wciąż wskazywał, że impulsy radaru „Suffolka” docierają do wielkiego niemieckiego pancernika. Ani Lütjens, ani nikt inny na pokładzie „Bismarcka” nie wiedział, że owe impulsy są zbyt słabe, aby powrócić do „Suffolka”. Dlatego też Lütjens zakładał, że ciągle jest śledzony, i nie zawracał sobie głowy utrzymaniem ciszy radiowej. Okazało się to dla niego zgubne, gdyż jego zaszyfrowane transmisje do Berlina były nadawane w eter, a brytyjskie stacje namiarowe na morzu i lądzie wykorzystywały urządzenia (pelengatory) o wysokiej rozdzielczości, aby wykryć źródło ich emisji. Dzięki zastosowaniu kilku różnych odbiorników możliwe było określenie jego przybliżonej lokalizacji, co pozwoliło Admiralicji powiadomić Toveya, że zmierza w złym kierunku.

Ten tekst jest fragmentem książki Craiga Symondsa „II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”:

Craig Symonds
„II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”
89,99 zł
Wydawca: Znak Horyzont
Tłumaczenie: Fabian Tryl
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 896
Format: 150x235mm
ISBN: 978-83-240-7862-2
EAN: 9788324078622
REKLAMA

Tovey nakazał swojemu sztabowi, aby sam opracował dane, i po dyskusji doszli do wniosku, że „Bismarck” rzeczywiście kieruje się w stronę wybrzeża Francji. Tuż przed godziną 18.00 Tovey zawrócił swoje okręty, ale „Bismarck” dysponował czymś, co mogło mu dać zwycięstwo w tym wyścigu. W tym czasie większość okrętów towarzyszących Toveyowi, w tym „Repulse” oraz „Victorious”, musiała odłączyć się od pościgu by na Islandii uzupełnić paliwo. Jego niszczyciele odpłynęły już wcześniej, więc „King George V” płynął dalej samotnie. „Rodney” płynął równoległym kursem i ostatecznie Tovey go dogonił, co faktycznie podwoiło jego siłę uderzeniową. Było to jednak błogosławieństwo, które miało również drugie oblicze. Tovey na pewno się cieszył, że ma do dyspozycji dziewięć 406-milimetrowych dział „Rodneya”, ale musiał zmniejszyć prędkość, aby „Rodney” mógł dotrzymać mu kroku. Pozwoliło to Toveyowi na ograniczenie zużycia paliwa, ale ponieważ zarówno myśliwi, jak i zwierzyna poruszali się z prędkością 21 węzłów, szansa na przechwycenie „Bismarcka” była teraz wyjątkowo nikła. Bez jakiejś cudownej interwencji było niemal pewne, że „Bismarck” zdoła uciec.

Rufa Bismarcka (Bundesarchiv, Bild 193-04-1-26 / CC-BY-SA 3.0)

Sprawcą owej interwencji stał się Force H dowodzony przez Somerville’a, również działający bez osłony niszczycieli. Dysponując jedynie krążownikiem liniowym „Renown”, lekkim krążownikiem „Sheffield” oraz lotniskowcem „Ark Royal”, Somerville nie mógł stanąć do otwartej bitwy z „Bismarckiem”. Był jednak zdeterminowany, aby go spowolnić i w ten sposób dać szansę Toveyowi. Dlatego też rozkazał komandorowi Lobenowi E.H. Maundowi dowodzącemu „Ark Royal”, aby wysłał swoje samoloty do ataku torpedowego.

Warunki atmosferyczne nie sprzyjały atakom lotniczym ani żadnym formom wsparcia z powietrza. Wiatr osiągał prędkość ponad 55 kilometrów na godzinę i „Ark Royal” musiał się zmagać z trzymetrowymi falami, a jego pokład przy każdej fali unosił się i opadał o ponad 17 metrów, podczas gdy pas startowy zalewały strugi unoszonej przez wiatr morskiej wody. Mimo to o poranku piloci z „Ark Royal” nie tylko wystartowali, ale odnaleźli „Bismarcka” i zgłosili jego położenie. Dwa swordfishe pozostały nad nim, okrążając go z wolna i co jakiś czas meldując o jego położeniu, podczas gdy inne powróciły na „Ark Royal”, aby uzbroić się w torpedy. Nie chcąc, aby „Bismarck” ponownie mu się wymknął, Somerville wysłał przodem lekki krążownik „Sheffield”, który miał go śledzić. Po południu Maund miał do dyspozycji piętnaście swordfishów, zatankowanych i uzbrojonych w torpedy, i o godzinie 15.00 ustawił się pod wiatr, aby móc je wypuścić w powietrze. Wiatr był tak silny, że gdy jeden ze swordfishów skierował się w stronę dziobu, wiatr niemal poderwał go do góry. Jeden po drugim samoloty wspinały się ku niebu, uformowały szyk i ruszyły na północ, w stronę celu.

Prowadzący swordfish był wyposażony w radar, co było wtedy rzadkością, a biorąc pod uwagę słabą widoczność, jaka panowała tego dnia, wydawało się prawdziwym darem niebios. Tymczasem o mało nie doprowadziło do katastrofy. Kiedy na ekranie radaru pojawił się kontakt, podporucznik N.C. Cooper założył, że musi to być „Bismarck”. Radiostacje na swordfishach nie pozwalały im na bezpośrednią komunikację, więc Cooper wstał w otwartym kokpicie i machając rękami, wskazał na prawo. Kiedy samoloty przebiły się przez warstwę chmur, kilku pilotów od razu zauważyło, że okręt wyraźnie nie jest „Bismarckiem”, a niektórzy rozpoznali w nim „Sheffielda”. Niemniej jedenastu pilotów zrzuciło torpedy. „Sheffield” ocalał tylko dzięki wzburzonemu morzu, które spowodowało, że większość torped eksplodowała przedwcześnie, a także szybkiej reakcji zdumionego dowódcy, komandora Charlesa Larcoma, któremu udało się uniknąć pozostałych. Piloci swordfishów zorientowali się, że popełnili błąd, dostali burę i około 17.20 powrócili na „Ark Royal”. Samoloty zostały ponownie zatankowane i uzbrojone – tym razem w torpedy z zapalnikami kontaktowymi – i piloci wspięli się do swoich kokpitów, aby podjąć kolejną próbę.

Dochodziła siódma wieczorem, kiedy swordfishe spadły na „Bismarcka”. Niemieccy artylerzyści znów otworzyli ogień ze wszystkiego, co posiadali. Lindemann znajdował się na mostku i wykonywał szalone manewry, przerzucając stery raz na lewą burtę, raz na prawą oraz zmieniając prędkość tak szybko, jak tylko maszynownia mogła reagować na jego polecenia. Piloci zaatakowali w grupach po trzech, podchodząc z różnych kierunków, aby utrudnić „Bismarckowi” uniknięcie wszystkich torped. Atak trwał pół godziny, po czym dowódca pilotów przesłał na „Ark Royal” ponurą wiadomość radiową: „Nie stwierdzono trafień”. Raport odnosił się jednak tylko do samolotu prowadzącego, gdyż w rzeczywistości dzielni piloci sworfishów osiągnęli kilka trafień – a dokładnie rzecz ujmując, w cel trafiły dwie torpedy. Jedna uderzyła w śródokręcie i nie udało się jej pokonać potężnego pancerza. Jednak druga uderzyła w prawą burtę w pobliżu steru, gdzie pancerz był cieńszy. I był to decydujący cios.

Bismarck w czasie bitwy (Bundesarchiv, Bild 146-1984-055-13 / Lagemann / CC-BY-SA 3.0)

Torpeda, która uderzyła „Bismarcka” w burtę, wybiła otwór, co doprowadziło do zalania maszynowni. Co gorsza, spowodowało też zaklinowanie się sterów, które w tym momencie, zgodnie z ostatnim rozkazem Lindemanna, były mocno wychylone na prawą burtę. Mając stery zaklinowane w tej pozycji, „Bismarck” zaczął krążyć w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, zataczając ogromne koło. Lindemann usiłował to zrównoważyć za pomocą pracy śrubami, ale nie mogły one pokonać oporu stawianego przez ogromne stery. Nie potrafiąc się powstrzymać przed skorzystaniem z radia, Lütjens powiadomił Berlin: „Okręt nie jest zdolny do manewrowania”. Chociaż od bezpiecznego portu dzieliło go zaledwie 650 kilometrów, nie był w stanie ich pokonać. Pół godziny później, po desperackich, lecz nieskutecznych próbach naprawienia sterów, Lütjens wysłał kolejną wiadomość – swoją ostatnią: „Okręt niezdolny do manewrowania. Będziemy walczyć do ostatniego pocisku. Niech żyje Führer”.

Ten tekst jest fragmentem książki Craiga Symondsa „II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”:

Craig Symonds
„II Wojna Światowa na morzu. Historia globalna”
89,99 zł
Wydawca: Znak Horyzont
Tłumaczenie: Fabian Tryl
Rok wydania: 2020
Okładka: twarda z obwolutą
Liczba stron: 896
Format: 150x235mm
ISBN: 978-83-240-7862-2
EAN: 9788324078622
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Craig Symonds
Oficer U.S. Navy, absolwent Naval War College, wybitny historyk, profesor Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, gdzie wykładał przez 30 lat. Specjalista z zakresu strategii morskiej, dziejów marynarki wojennej oraz historii wojny secesyjnej. Autor kilkunastu książek historycznych, które zdobyły szereg prestiżowych nagród i zostały docenione przez miłośników literatury militarnej.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy