„Chcę mieszkać w mieście”, czyli kobiety w PRL
Ten tekst jest fragmentem książki Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL”.
„Ludność miast Polski zrównała się z liczbą ludności wiejskiej. Ustalono umownie, że urodzony wczoraj w Lublinie chłopak dokonał tego zrównoważenia” – odnotował socjolog 15 grudnia 1966 roku. W tymże roku przetoczyły się wielkie uroczystości Tysiąclecia Państwa Polskiego, połączone z wojskowymi defiladami i innymi pokazami siły PRL. Wysoki przyrost naturalny miał być potwierdzeniem dobrostanu społecznego, a urbanizacja – dawać nowe podstawy bytu. Lecz przyrost naturalny powoli słabł, a migracje zwiększały liczebność miast w większym stopniu niż urodzenia. Najwięcej przyjezdnych stanowili młodzi ludzie w wieku 20–29 lat, co wiązało najwyraźniej z poszukiwaniem wykształcenia, pracy i zmiany pozycji społecznej. Szybciej też rosła skala migracji kobiet niż mężczyzn – był to ważny sygnał rysującej się zmiany.
Małżeństwo z upodobania
„Lutek przyjechał z prześlicznym bukietem kwiatów, który wykpiwała potem matka. […] Spał z ojcem w pokoju, za którego ścianą postękiwała krowa i zawsze było doskonale słychać, jak robiła kupę. Następnego dnia wyjechał. Na mnie posypały się gromy. Że rozwodnik, że w Boga nie wierzy, że za długo ze mną spacerował wieczorem, że bardzo mu »nadskakuję«, że chodził nad stawem w slipach, że taki wstyd, a co by było, gdyby się ludzie dowiedzieli! Taka hańba, taki wstyd, że tylko chałupę podpalić i iść, gdzie oczy poniosą. »Patrzcie no, jaki kawaler, z kwiatami!« Szczególnie dokuczliwa była matka”. Dziewczyna z Wielączy, do której zawitał starający się o nią młody człowiek, student, wstydziła się swojego domu, otoczenia i rodziców. Podobny wstyd był znamieniem czasów. To on właśnie skłaniał wiele młodych kobiet do myśli o migracji i oderwaniu się od wiejskiego życia. Jeśli zaś miały zostawać, to coraz częściej na własnych zasadach. W tamtych czasach na wsi coraz częściej przyzwalano na małżeństwo z „upodobania”, jak to nazywali rolnicy w powiatach Siemiatycze i Łosice na Podlasiu, badanych przez Danutę Markowską. Starsi traktowali wierność w kategoriach obyczajowo-religijnych i wierzyli w sankcję kary za grzech. Z tych samych powodów mimo uznawania roli uczuć w małżeństwie potępiali rozwód. Powszechny był wzór regulacji urodzeń z wizją rodziny z dwojgiem lub trojgiem dzieci, przy czym tylko małżeństwo obdarzone dziećmi miało pełnoprawny status. Osoby samotne lub bezdzietne włączano w życie braci czy sióstr, a pozycja nawet zamożnych, lecz bezdzietnych gospodarstw pozostawała niska. Były to zjawiska zakorzenione w chłopskiej mentalności. Zarazem badaczka sądziła, że w wypowiedziach odbija się wpływ mediów, więc młodzież podkreślała atrakcyjność osobistą potencjalnych żon i mężów (podczas gdy starsi – ich pracowitość i zaradność), a za wzór kultur wskazywano „miejskie zachowanie” .
Tego typu przemiany były charakterystyczne dla całego kraju. Malała presja rodziny na wybór małżonka, spadał średni wiek nowożeńców, którzy nie musieli wyczekiwać na kawałek ziemi, i zarazem wydłużał się czas życia bezdzietnego, ponieważ starano się nieco dorobić, a nierzadko i nacieszyć sobą, gdy związek został zawarty wedle upodobania.
Z tego samego powodu rozwijał się typ zwany wówczas małżeństwem partnerskim. Oznaczało to między innymi rosnący udział mężczyzny w pracach domowych, dotąd uznawanych za „babskie”. Obserwowano to na przykład w rodzinach inżynierów, emblematycznych dla peerelowskiego awansu. Byli to ludzie przeważnie wykształceni i osadzeni w mieście w pierwszym pokoleniu, chłonący nowe wzory, chcący się odróżniać od pozostałych na wsi krewnych i zarazem od miejskiego środowiska robotniczego, z którym obcowali na co dzień. Ojcowie opiekowali się dziećmi i chodzili z nimi na spacery, brali udział w sprzątaniu i praniu, chociaż rzadko w gotowaniu czy reperacji odzieży. W rodzinach, w których jedna z babek lub gosposia uczestniczyła w codziennych pracach, mężczyzna czuł się od nich zupełnie wolny.
W badaniach wśród ludności miast dotyczących sensu zakładania rodziny korzyścią wymienianą najczęściej – niemal w połowie wskazań – był fakt, że „we dwoje łatwiej się dorobić”. Mężczyźni wskazywali też na czołowym miejscu zaspokojenie seksualne, znacznie częściej niż kobiety, i niemal dwukrotnie częściej niż one deklarowali, że małżeństwo to sposób na „rozwiązanie kłopotów”. Niewątpliwie chodziło głównie o wikt i opierunek. Wskazywały na to wypowiedzi mężczyzn: „Małżeństwo daje mi 2 dzieci, prawie wystarczające zaspokojenie płciowe, atmosferę domu-rodziny. Moje uczucie do żony powiększa fakt, że ona sama prowadzi się – o ile wiem – wzorowo, bardzo dużo czasu (poza pracą biurową) poświęca dzieciom i domowi, jest ceniona w biurze, bardzo dobrze gotuje, dobrze szyje, w domu zawsze czysto”. Z perspektywy żony mogło to oczywiście wyglądać inaczej: „Mąż uplasował się na bardzo wygodnej (dla niego) pozycji jeszcze jednego dziecka i pomimo moich różnorakich zabiegów, aby ten stan zmienić, pozostaje na niej do dnia dzisiejszego. Jest najszczęśliwszy, gdy mu się pozwala żyć wyłącznie w świecie jego spraw zawodowych […] uważa, że jego rola wyczerpuje się bez reszty na położeniu przede mną trzydziestego każdego miesiąca 4000 złotych, za to kupuje sobie »spokój« od jakichkolwiek spraw, nie związanych z zawodem (jest architektem)”8 . W tym wypadku chodziło więc o rodzinę inteligencką, i to umieszczoną wysoko w hierarchii prestiżu oraz zarobków. Znamienne były jednak przemiany poglądów w zależności od wieku i wykształcenia. Im niższy wiek, tym silniejsze było przekonanie, że dzięki małżeństwu łatwiej się dorobić i zarazem, iż małżeństwo zawiera się z miłości; im wyższe wykształcenie, tym z kolei malało znaczenie „dorabiania się”, a rosło znaczenie uczuć.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!
„Wiele pracy, korzyści mało”
W latach powojennych pełne wykształcenie podstawowe stało się standardem, co zmieniło horyzont wyobrażeń i oczekiwań młodzieży. Zmieniła się też mechanika rozczarowań. Czy „postęp” przynosi szczęście? Do typowych nieporozumień rodzinnych lat sześćdziesiątych należało przekonanie rodziców, że los dzieci jest bajkowy w porównaniu z ich własnym (chodzeniem bez butów i niedojadaniem, ale głównie grozą wojny), i przekonanie dzieci, że otrzymują od życia zbyt mało. Był to w dużej mierze skutek ekspansji środków przekazu, które ukazywały coraz nowe możliwości, oraz z rozwoju zbiorowej komunikacji. Skoro do liceum pedagogicznego względnie łatwo dojechać autobusem, to dlaczego nie spróbować?
Właśnie takie wykształcenie cieszyło się największym zainteresowaniem dziewczyn we wsi Jamno, znajdującej się tylko pięć kilometrów od sporego miasta, Koszalina, z którym łączyła je linia autobusowa. Dzięki niej grupa młodych kobiet mogła na stałe zatrudnić się w mieście. Codziennie dojeżdżały do Koszalina, w którym pracowały jako kelnerki, drobne urzędniczki, konduktorki autobusów, pielęgniarki czy przedszkolanki. W Jamnie działały sklep spożywczy, punkt skupu mleka, szkoła i biblioteka, co umożliwiało myślenie o karierze sklepowej, nauczycielki albo bibliotekarki, chociaż oczywiście liczba etatów pozostawała ograniczona. Natomiast w Koszalinie było „wszystko”. Miasto, wciąż noszące ślady ciężkich zniszczeń wojennych, obrastało blokami mieszkalnymi, a w grudniu 1962 roku oddano do użytku okazały ratusz o dużych oknach i efektownej ażurowej wieży. Krótki kurs autobusem ze wsi pozwalał na znalezienie się wśród sklepów, zakładów fryzjerskich, przychodni, szkół średnich i urzędów. Właśnie wokół takich rodzajów pracy krążyły wyobrażenia dziewczyn z Jamna. Wśród uczennic podstawówki niemal jedna trzecia wskazywała zawód nauczycielski jako atrakcyjną wizję przyszłości, w następnej kolejności wymieniano pracę ekspedientki i krawcowej, kelnerki i kucharki, fryzjerki, pielęgniarki i lekarki lub po prostu jakąkolwiek posadę biurową. W każdym razie życie rolniczki wydawało im się mało pociągające. Dziewczyny nie chciały naśladować swoich matek, które też coraz rzadziej wyobrażały sobie, że córki odbędą drogę poprzednich pokoleń kobiet: małżeństwo z rolnikiem i przerywaną porodami pracę w gospodarstwie. Dla kształtowania wyobrażeń zbiorowych w Jamnie miał jednak duże znaczenie fakt, że cała jego społeczność przeżyła niedawno wielką zmianę życiową – mowa o migrantach, którzy zasiedlili powojenne Pomorze.
Rodzice zwykle pragnęli dla córek pracy poza rolnictwem i przemysłem. Aspiracje najbardziej elitarne mieli mieszkańcy wielkich miast. W Warszawie osiemdziesiąt procent rodziców wskazywało dla córki zawód umysłowy, ale raczej w rodzaju lekarki, nauczycielki, aktorki czy dziennikarki niż urzędniczki. Przeważająca większość robotników (powyżej trzech czwartych) pragnęła dla córek zawodu inteligenckiego. W miastach małych i na wsi horyzont oczekiwań był inny (jak w Jamnie), ale przecież tendencja – podobna. Społeczeństwo dążyło do awansu, czyli uniknięcia prac fizycznych, zwłaszcza rolnych. W 1962 roku wśród mieszkańców Płocka tylko zawody krawca i niewykwalifikowanego robotnika budowlanego były uważane za mniej korzystne niż zajęcia rolnicze, natomiast w dwóch pobliskich wsiach zawód rolnika (w wyborze dla syna) znalazł się na samym końcu hierarchii. Mieszkańcy sądzili, że w wypadku córki tylko los robotnicy budowlanej jest czymś gorszym niż praca w gospodarstwie rolnym. Oczywiście należy wziąć pod uwagę ubóstwo okolicznych wsi i budowę w Płocku ogromnych zakładów przemysłowych, z daleka pachnących pieniądzem i szansą na zmianę losu. Na zamożniejszym Śląsku Opolskim rodzice chętniej myśleli o pozostaniu córek na wsi niż o ich pójściu do przemysłu czy administracji, ale i tam z pracą rolniczki zwyciężało zatrudnienie w rzemiośle, szkole, przychodni czy sklepie.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!
Ogólnie wśród rolników wyraźne były pragnienia, aby oszczędzić młodym losu podobnego do własnego: „Najgorzej się męczą dzieci w tej gospodarce. Nasze życie to tylko praca jest, a nigdy rozrywki, bo czasu nie ma”; „Przede wszystkim chcę je wykształcić. Bez szkoły nic nie wart, każdy powie mu: cham”; „Ażeby miały zawód, nie truły się w ziemi”. Podobne były wypowiedzi córek. „Za wszelką cenę dążę ukończyć gimnazjum, zdobyć fach pielęgniarki oraz pracę zarobkową, gdyż jest nas duże rodzeństwo, a rodzicom ciężko” – to wypowiedź dziewczyny z dziewięcioosobowej rodziny w małym gospodarstwie. „Chcę mieszkać w mieście, pracować w fabryce, a w wolnym czasie kończyć szkołę średnią i realizować swój plan, tj. uczyć w szkole. Praca na roli nie podoba mi się. Wiele pracy, korzyści mało” – mówiła inna młoda kobieta. Jako powody niechęci wobec wiejskiego życia wskazywano zwykle biedę i ciężką pracę bez ograniczeń czasowych, brak rozrywek, złą komunikację i zaopatrzenie, które sprawia, że „trzeba po najmniejszą drobnostkę jechać do miasta”.
Z kolei pozytywna ocena życia na wsi wiązała się zwykle z niechęcią do miasta („na wsi człowiek jest więcej swobodny”), podkreślaniem zalet natury („dużo lasów i jezior”, „świeże powietrze”), posiadaniem własnego domu, a nie mieszkania w bloku, zżyciem się ze społecznością. Myśli o opuszczeniu wsi towarzyszyły osobom młodym i stanu wolnego, ponieważ małżeństwo przeważnie cementowało sposób życia, nie mówiąc już o starości, chociaż, jak wiadomo, właśnie starsze kobiety nierzadko opuszczały wieś, aby pomagać w gospodarstwie domowym dzieci osiadłych w mieście, chociaż zwykle czasowo. Wśród starszego pokolenia panował też największy pesymizm związany z przyszłością: „Martwię się o dalsze losy mego gospodarstwa, gdyż podupadam na siłach, a dzieci pracują w zawodach w mieście”. „Ja dziś nie martwię się o siebie, no, jestem już stara i mało jem, ale co ludzie będą jedli, kto da cukier i zboże społeczeństwu? Córce mówimy z mężem: »weź kogoś z rolnictwa za męża i prowadź dalej gospodarkę, bo my już nie mamy sił«, a córka nam odpowiada: »po coście mi dali szkołę, żeby teraz w gospodarce zakopać się. Wolę być starą panną, a rolnika za męża nie chcę«. Córka do mnie mówi: »mamo, ile ci jeszcze życia zostało, rzuć to wszystko, sprzedaj gospodarkę i pożyj parę lat beztrosko«”. Kobieta nie chciała o tym słyszeć, ukształtowana przez dziesiątki lat pracy, której nie umiała i nie chciała niczym zastąpić. Podobny był głos pewnej rolniczki z Opolszczyzny – miała siedmiohektarowe gospodarstwo i trzy córki, które nie chciały naśladować matki. Opowiadała o jednej z nich, robotnicy fabrycznej: „Córka […] mówi mi ciągle, że nie chce zupełnie pola. Niechby był przyszły mąż zupełnie biedny, tylko żeby mieszkać gdzieś w mieście, w Opolu. Tak mówi córka, a ja, jak wychodziłam za mąż, to szukałam pola. Nas było pięcioro, a pola mało, mój miał dużo, 7 morgów i konia, i zabudowania, a był jeden. Ja i za niego poszła”.
Ponieważ kobiety często pracowały zarobkowo wyrównywały się relacje w małżeństwach i np. mężczyzna dojący krowę przestał być tematem drwin. Kobiety zresztą włączały się w wiele prac męskich w porach cięższych robót polowych. Mężczyźni znajdowali czasowe zatrudnienie w przemyśle, które starali się łączyć z trzymaniem gospodarstwa. Nazywano ich chłoporobotnikami. W miastach lokowali się wśród grup o najniższym prestiżu – kpiono z ich umiejętności i obyczajów, zarzucano im żerowanie na społeczności miasta. Kształtował się negatywny stereotyp rolnika, który produkuje tylko dla siebie, a w mieście jeszcze czerpie dochody z przemysłu. Wielu takich rolników stopniowo porzucało prace gospodarskie i skupiało się na zarobku w mieście. Dlatego w połowie lat sześćdziesiątych to kobiety grupą przeważającą wśród wykonujących główną pracę w rolnictwie – było ich 3,8 miliona, gdy mężczyzn poniżej 3 milionów. Oznaczało to, że rolniczki przejmowały coraz więcej obowiązków. Wzmacniało to ich pozycję, ponieważ często same decydowały o rozwoju gospodarstwa, zresztą nieraz dążąc do jego zmniejszenia i sprzedając grunty. Lecz pracując z malejącą pomocą dzieci, stawały się przykładami „zaharowania”.
Trudno się dziwić, że dziewczyny pragnęły tego uniknąć. Na wsi powiększała się więc grupa młodych mężczyzn, którzy przejmowali po rodzicach ziemię i tkwili na niej samotnie, daremnie wypatrując kandydatki na żonę. Poszukiwali osobistego szczęścia, a także nadziei na utrzymanie gospodarki. Pewna rolniczka opisała (w 1972 roku) swojego sąsiada, który łączył pracę na roli z zawodem kierowcy w spółdzielni Samopomoc Chłopska i żył na wysokiej stopie. „Kupił w tym roku własną »Warszawę« i kto wie, czy nie dzięki niej zdobył żonę, bo dotąd, mimo 35 lat, nic mu się nie trafiało. […] Wesele ogromne, obliczone na 150 osób, z olbrzymią ilością różnorakiego jadła i napitku. Mówi się, że rodzice panny młodej wydali 25 tysięcy zł, a pan młody tyle samo. Samego alkoholu ma być 100 litrów, i to wszystko wódki gatunkowe, szampan”. Tego rodzaju wesele stało się na wsi rozpowszechnionym obyczajem, ponieważ stopniała grupa ludzi bardzo ubogich, których obrzędy ślubne były skromne. Nowy, pokazowy dostatek, który objawiał się też w budowie ceglanych, piętrowych domów o fasadach dekorowanych szkiełkami, z łazienkami i bieżącą wodą, nie zawsze jednak zwiększał szanse matrymonialne i na tym polegała nowa, nieznana w historii, sytuacja mężczyzn na wsi polskiej. W latach siedemdziesiątych pojawiły się ich anonse matrymonialne, temat trafił do prasy i telewizji. W następnej dekadzie trzydzieści procent rolników w niektórych regionach nie miało żony i nie był to życiowy wybór.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!
Osamotnienie mężczyzn na wsi było objawem wielkiej zmiany – w latach 1950–1968 liczba kobiet zatrudnionych poza rolnictwem wzrosła dwukrotnie, sięgając niemal czterech milionów aktywnych na rynku pracy. Wśród pracujących w przemyśle ich udział sięgnął jednej trzeciej, oczywiście nierównomiernie w różnych gałęziach. Nie zmieniła się jednak zasada: funkcje kierownicze niemal pełnili zawsze mężczyźni, także tam, gdzie przy maszynach stały kobiety, jak we włókiennictwie.
1968. „Stress”
Czy w Zambrowie „przypomniano sobie o socjalizmie”? Raczej zapomniano o wiązanych z nim złudzeniach. Kombinat był doskonałym przykładem „małej stabilizacji”. Technicznie rozwijał się powoli, nastawiony na najniższe sorty bawełny, z których wytwarzał drelichy, czyli zgrzebne tkaniny nadające się na odzież roboczą, worki czy pokrycia materaców. Można uznać, że taki materiał najlepiej odpowiadał naturze czasów. Samo miano „szpulki” przestało być deprecjonujące tak jak w pierwszych latach kombinatu, ponieważ oznaczało niezły byt rodziny: pracownice zambrowskiej fabryki uchodziły za wzór dostatku i modnego ubrania. Lecz warunki ich pracy były ciężkie – powietrze w halach białe od pyłu bawełnianego, który osadzał się w płucach, ogromna wilgoć w tkalni, wysoka temperatura i hałas sięgający stu decybeli, przed którym pracownice broniły się, zapychając uszy watą. Każda tkaczka i prządka obsługiwała kilka warsztatów, pokonując po 15 kilometrów dziennie. Wszystko to mogliby opisać Marks i Engels, jeśli nie Kuroń i Modzelewski, analizując położenie klasy robotniczej i jej rewolucyjny potencjał.
Lecz w Zambrowie nie zanosiło się na rewolucję. Robotnice doczekiwały się mieszkań na przyzakładowym osiedlu, wyposażały je w telewizory i inne atrybuty dobrostanu, korzystały z zakładowego funduszu socjalnego rozdzielanego przez związek zawodowy, który poza tym właściwie się nie zbierał, bo „ludzie nie chcą przychodzić”. Jeszcze bardziej znamienny był przypadek Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa, które w kombinacie wykazywało się sukcesami: należała do niego niemal cała załoga (trzy tysiące członków!), płacąca regularnie składki. Sekret polegał na tym, że zakład opłacał je z funduszu socjalnego. Towarzystwo nawet się nie spotykało. To chyba znamienny przykład społecznego współdziałania lat „małej stabilizacji”.
Ten pozorny spokój skrywał rozmaite problemy społeczne, których nie sposób było wyrazić bezpośrednio. Problemy płci w tej właśnie epoce – emblematycznym roku 1968 i później – znalazły się w centrum kulturowych zmian na umownym Zachodzie. W PRL natomiast wszystkie osiągnięcia kulturowe i edukacyjne kobiet, które zmieniały ich sytuację w społeczeństwie, były zamknięte w klatce systemu kontrolowanego przez mężczyzn. Przy braku mechanizmów pokojowej zmiany politycznej stanowiło to barierę utrudniającą wyzwalanie się kobiet z odziedziczonego patriarchalnego schematu. Innymi słowy, kobiety wyzwalały się indywidualnie w ramach określonych przez mechanizm upaństwowionej edukacji i gospodarki, natomiast nie były w stanie zbudować żadnej siły zbiorowej.
W 1968 roku wykształcenie kobiet na poziomie średnim było lepsze niż mężczyzn: 44 procent miało wykształcenie ponadpodstawowe, podczas gdy wśród mężczyzn odsetek ten wynosił 37 procent. Przede wszystkim kobiety intensywniej starały się o zdobycie wykształcenia – po prostu dlatego, że trudniej im było sięgać po atrakcyjne etaty. Gdy mężczyźni spoczywali na laurach, skończywszy swoje podstawówki albo szkoły zawodowe i zarabiając co najmniej średnią krajową, kobiety wciąż musiały myśleć o dokształcaniu, aby się do niej zbliżyć. W 1968 roku było dwukrotnie więcej kobiet z wykształceniem wyższym niż dziesięć lat wcześniej, a niemal czterokrotnie więcej – z wykształceniem zasadniczym zawodowym, wśród mężczyzn te przyrosty były znacznie niższe (w zakresie wykształcenia wyższego o jedną czwartą, a zawodowego o połowę). Znacznie szybciej również przyrastała liczba studentek. Jeśli w ostatnich latach międzywojennych na 100 studiujących mężczyzn przypadało około 40 kobiet, to 1950 roku już 55, a pod koniec PRL aż 105. Lecz nawet w grupach najbardziej wykształconych, czyli wśród elit wielkomiejskiej inteligencji, której przypisywano otwarte postawy, nad głowami kobiet były zawieszone szklane sufity. W 1968 roku kobiety stanowiły już niemal jedną czwartą osób o stopniu naukowym doktora, ale tylko piętnaście procent doktorów habilitowanych i jedenaście procent profesorów uczelni. Wśród profesorów zwyczajnych, zwanych belwederskimi (bo w warszawskim Belwederze nominacje wręczał im przewodniczący Rady Państwa), mężczyźni stanowili 95 procent. Skoro zaś awans zawodowy zależał – jak w innych dziedzinach życia – od zwierzchników, łatwo sobie wyobrazić negatywny wpływ tego zjawiska na kariery naukowe kobiet. Mowa tu o grupach elitarnych, lecz przykład ilustruje szersze zjawiska.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL” bezpośrednio pod tym linkiem!
W latach sześćdziesiątych w języku pojawiły się słowa anglosaskiego pochodzenia, które opisywały rozpowszechnione zjawiska. Pierwsze brzmiało „stress”. Zaczęli go używać naukowcy, głównie psychologowie, a za nimi publicyści, podejmujący problemy powszedniego zmęczenia, zdenerwowania i szorstkości obyczajów. Pisano, że „nie mający w języku polskim odpowiednika, angielski termin »stress« – jest w istocie swej miarą wszystkich trudów i przeciwieństw życia”. Słowo szybko zgubiło drugie „s”, co świadczyło o jego oswojeniu i przyleganiu do rzeczywistości. Drugim nowym pojęciem w polszczyźnie była „frustracja”. Oba należały do języka nowoczesności i tak zwykle przedstawiano te zjawiska w mediach – ludzie społeczeństw rozwiniętych, przemysłowych doświadczali przecież właśnie stresów i frustracji, a także chorób serca i nowotworów. Lecz właściwością sytuacji PRL był brak mechanizmów zaspokojenia potrzeb, które mogły zmniejszać codzienny stres czy dawały nagrody mogące go okupić. Dlatego rozwijały się inne sposoby rozładowywania frustracji i regulowania emocji. Pośrednim efektem „stressu” było utrwalanie się autorytaryzmu w myśleniu. Jak wiadomo, cechą osobowości autorytarnej jest wiara w nakazowy sposób kontroli rzeczywistości połączona z lękiem wywołanym własną bezsilnością i wyobrażoną wszechmocą sił ustalających bieg świata.
Autorytarne państwo chroniło się przed zmianami, jakie mógł zwiastować cykl pokoleń albo zmiany w świadomości wynikające ze wzrostu wykształcenia. W takim momencie w sojusz z systemem wszedł zestaw odziedziczonych resentymentów. Wrogiem był „inteligent”, korzystający z wielkomiejskiej cywilizacji i oddzielony mentalną barierą od pracy fizycznej i problemów ludzi pracy. Był nim „Żyd”, czyli odmiana wielkomiejskiego inteligenta, obciążona skojarzeniami ze stalinizmem i z udziałem w instytucjach władzy. Odmianą „Żyda” był z kolei „dyrektor”, postać skupiająca niezadowolenie z powszedniego bytowania naznaczonego kryzysem i niemożnością, wynikającą z braku dojść i relacji. W ślad za „dyrektorem” postępowała „żona dyrektora”, która zyskała posadę dzięki niemu albo wykorzystuje dyrektorskie apanaże. W 1964 roku na zebraniach w zakładach pracy pojawiały się dociekania, czy żony mężczyzn piastujących wysokie stanowiska nie są zatrudniane niepotrzebnie6 . W tym okresie narastało też napięcie wokół używania samochodów służbowych do „podwożenia żon na zakupy”, co stanowiło nawrót do charakterystycznej dla początku lat pięćdziesiątych wrogości wobec dysponentów limuzyn, nazywanych wtedy popularnie szewroletariatem.
Wiosną 1968 rok, w toku „kampanii antysyjonistycznej” władze próbowały rozwiązać różne problemy wywołane zablokowaniem cyklu politycznego, który pozwalałby na pokojową wymianę elit. Ponieważ nie istniał mechanizm wymiany, gdyż naruszałby on fundament systemu, który udało się partii ocalić nawet w burzliwych latach 1956–1957, wszelkie konflikty trzeba było rozwiązywać punktowo. Kadry Służby Bezpieczeństwa zostały zmobilizowane i w 1968 roku rozproszyły protesty studenckie, ustanawiając ład oparty na doświadczeniu nagiej siły. Taki ład był z natury konserwatywny. Nie godził się on z ewolucją społeczeństwa, które dzięki instytucjom wspieranym przez sam system zdobywało wykształcenie i aspiracje wykraczające poza scenariusz nakreślony w epoce tużpowojennej. Cechą sytuacji społecznej po 1956 roku był spadek motywacji ideowych, napędzanych wcześniej wśród młodego pokolenia przez grzmiące obietnice ideologiczne, a wzrost pragmatycznych, dotyczących indywidualnego sukcesu życiowego. Było to zjawisko pokrewne ówczesnym aspiracjom młodych Europejczyków, opisanych przez Pereca w Rzeczach. Lecz „rzeczy” odgrywały inną rolę w społeczeństwach demokratycznych, bazujących na samoorganizacji społecznej. Na dobre i złe stanowiły element rynku, który godził się z rynkiem politycznym, stanowiącym żywioł rywalizacji partyjnej. To właśnie było niedopuszczalne za żelazną kurtyną. To groźba narodzenia się demokratycznej rywalizacji – praska wioska w 1968 roku – skłoniła reżimy podległe ZSRR do użycia siły wobec Czechosłowacji. Wskutek agresji „bratnich” państw okrzepł tam reżim „normalizacji”, który wyssał ze społeczeństwa energię polityczną, starał się zaś zaspokoić apetyt na „rzeczy” – samochody, mieszkania, „chaty” za miastem.
