Autor: Paweł Czechowski
Tagi: Opinie, Historia sportu, XIX wiek, Polska, Kraków, Małopolska
Opublikowany: 2019-01-09 17:24
Licencja: wolna licencja

Czy należy płakać nad rozlaną Wisłą?

Ostatnia sytuacja związana z Wisłą Kraków przypomina najlepsze komedie Barei – choć kibicom „Białej Gwiazdy” wcale do śmiechu nie jest. Nad drużyną cały czas wisi widmo upadku, a wielkie derby z Pcimianką Pcim wciąż są możliwe. Zapraszam do refleksji nad Wisłą od innej strony – przez pryzmat historii.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Ostatnie miesiące i tygodnie tak pełne były nowych wątków związanych z piłkarską Wisłą, że nie sposób ich tu wszystkich po kolei opisać, bo sytuacja zmieniała się praktycznie codziennie, niczym w kalejdoskopie. Dla niezorientowanych spieszę więc z krótkimi wyjaśnieniami. Wisła Kraków Spółka Akcyjna popadła w olbrzymie długi, przebijając barierę 40 milionów złotych na minusie. Zadłużenie obejmuje m.in. opłaty za stadion względem miasta, zaległe pensje dla zawodników i szereg innych rzeczy. A tymczasem na klubowym koncie znajduje się kwota... 51 tys. złotych. Nie zapomnijmy, że nie mówimy tu o budce z hot dogami, tylko dużej organizacji, która generuje przecież bieżące koszty utrzymania.

Licencja Wisły na grę w Ekstraklasie jest obecnie zawieszona – na razie to nie aż tak wielki problem, bo trwa zimowa przerwa w rozgrywkach, ale już 11 lutego Wiślaków czeka wyjazd do Zabrza na starcie z Górnikiem. Z definitywnego odebrania licencji, wykluczenia Wisły z rozgrywek i automatycznej relegacji z pewnością ucieszą się wszyscy w Zagłębiu Sosnowiec – wtedy wystarczy, że jeszcze jeden klub upadnie i będzie można się cieszyć z kolejnego sezonu w najwyższej klasie rozgrywkowej (żartuję tu ze smutkiem w sercu, jako człek z Sosnowca).

Biała Gwiazda latami świeciła jasno w Ekstraklasie. Widok na stadion Wisły (fot. Piotr Drabik, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0).

W tej historii jest jeszcze kolejny ważny aspekt – we wrześniu ubiegłego roku reporter „Superwizjera” TVN, Szymon Jadczak, ujawnił, że zatrważająco duże wpływy i interesy w Wiśle mają szemrane, kibolsko-przestępcze środowiska. Niebagatelną rolę odgrywał tu Paweł M., pseudonim „Misiek”, przywódca najbardziej zatwardziałych sympatyków „Białej Gwiazdy”. To swoiste lobby miało uzależnić od siebie zarząd z panią prezes Marzeną Sarapatą na czele (czemu wymieniona twardo zaprzeczała). Już wówczas kibice znienawidzili Sarapatę, a ostatnio jeszcze ujawniono, że w 2018 r. zarząd spółki akcyjnej pobrał pensje o łącznej wartości 910 tys. zł (w kasie zostało, przypominam, 51 tys.). Niedawno sprawa Wisły została zgłoszona do tego do prokuratury, a w czasie, gdy pisałem ten tekst, policja zdążyła wejść do budynków klubowych i do mieszkania byłej już pani prezes z zamiarem przeszukania.

I teraz prawdziwa bomba. We wstępie zaznaczyłem, że obecna sytuacja Wisły nadałaby się na komedię w stylu mistrza Barei. Mógłby to jednak równie dobrze być też film z Jimem Carrey'em i serią głupich min, albo skecz Monty Pythona w stylu opowieści o dezorientowaniu kota. Otóż cudownym lekiem na problemy Wisły byłoby wykupienie przez nowego inwestora (inwestorów), co pozwoliłoby na spłacenie długów, stabilizację sytuacji, wypłaty dla zniecierpliwionych graczy i ogólnie, wylizanie ran.

Inwestorzy się znaleźli – wespół zespół akcje Wisły mieli przejąć panowie Vanna Ly z Kambodży i Mats Hartling ze Szwecji (do roli tych postaci w komedii internauci wybrali zgodnie Jackiego Chana i Hulka Hogana). Trzecim muszkieterem i koordynatorem akcji został Polak, Adam Pietrowski (tutaj nie mamy wybranego aktora, ale skoro to polski wątek komediowy, to pewnie Karolak).

Najbardziej enigmatycznym z wymienionych okazał się pan Vanna Ly. Spodobał mi się już w momencie, kiedy przybył na spotkanie ws. Wisły do prezydenta Grodu Kraka, Jacka Majchrowskiego. Taki szczyt (szczytów) był oczywiście łakomym kąskiem dla dziennikarzy, więc ci stawili się licznie pod Magistratem. Vanna Ly przemknął obok fotoreporterów, osłaniając się od fleszy aparatów... parasolką, bo podobno flesze na niego źle działają. Ponoć potem uspokajał dziennikarzy, że przepada za czosnkiem, śpi w łóżku, a nie trumnie i bardzo lubi spacery w pełnym słońcu, bo absolutnie nie sypia za dnia.

Prezydent Majchrowski sam określił rozmowy jako „optymistyczne”, a ostatecznym przypieczętowaniem (dobrego) losu Wisły miał być słynny już przelew pieniężny, który do 28 grudnia miał trafić do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków (ówczesnego i obecnego właściciela piłkarskiej Wisły SA). Przelew oczywiście na konto nie trafił, a Vanna Ly nagle zapadł się pod ziemię. Od tego czasu słyszałem już tak niesamowite historie o tym człowieku, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Najciekawsze:

  • Ly jest wynajętym aktorem, który miał „wyczyścić” różne machlojki w Wiśle (zabrał ze sobą dokumentację klubu).
  • Ly poleciał do Stanów Zjednoczonych i na pokładzie samolotu dostał zawału serca.
  • Ly miał się chwalić w Krakowie, że ma na wyłączność prawa do publikacji autobiografii Mehmeta Alego Agcy (a więc zamachowca, który próbował zabić Jana Pawła II).
  • Ly udawał swoją żonę, korespondując mailowo z Hartlingiem już po tym, jak cala akcja przejęcia Wisły wzięła w łeb.

Drużyna Wisły Kraków w mistrzowskim sezonie 1927/1928. Pierwszy z prawej stoi Henryk Reyman. Po latach zostanie patronem Stadionu Miejskiego w Krakowie, na którym Wiślacy rozgrywają mecze (domena publiczna).

I takich legend krakowskich by się jeszcze trochę nazbierało. Hartling w wywiadzie dla sport.pl nazwał Kambodżanina „małym gnojkiem”, który wszystkich oszukał. Jednocześnie Szwed dalej uważa, że 40% udziałów w Spółce Akcyjnej wciąż mu się należy, co jest zarzewiem kolejnego problemu. No nieźle.

Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale naprawdę warto zobrazować, jak wielki chaos panuje przy Reymonta 22. Chociaż ptaszki na Twitterze ćwierkają, że los Wisły może się jeszcze cudownie odmienić, to zagrożenie upadkiem i rozpoczęcie wszystkiego od nowa, tj. od poziomu IV ligi, jest jak najbardziej realne.

I tu przejdźmy do meritum dotyczącego historii. Załóżmy, że Wisła Kraków SA upada całkowicie i musi praktycznie od zera piąć się w górę polskiego systemu ligowego. Czy należy się smucić, że Wisła straci Ekstraklasę, a Ekstraklasa Wisłę?

Kup koszulkę z królową Boną:

Cena koszulki (dostępna wyłącznie wersja damska) wynosi 34,99 zł.

Kup koszulkę, wesprzyj nasz portal!

1936 r. i 30-lecie istnienia krakowskiej Wisły (domena publiczna).

Zacznijmy od tego, jakim klubem jest „Biała Gwiazda”, bo to ma szczególne znaczenie. Wisła została założona w roku 1906, a więc u samego zarania dziejów zorganizowanej piłki polskiej. Czyni ją to dziś jedną z najstarszych istniejących wciąż ekip w naszym kraju. Dla porównania, w Ekstraklasie na 16 drużyn jedynie 6, prócz Wisły, powstało przed II wojną światową, a tylko Zagłębie Sosnowiec i najwięksi rywale zza miedzy, Cracovia, są rówieśnikami klubu z Reymonta. Z kolei np. w I lidze (drugi poziom w Polsce piłkarskiej) na 18 zespołów połowa powstała przed 1 września 1939 r. Żaden z nich nie jest starszy od Wisły, najbliżej mają ŁKS Łódź (1908), Sandecja Nowy Sącz (1910) i Warta Poznań (1912).

To już czyni z Wisły pewien sportowy ewenement. Tradycja per se nie polega tu jednak jedynie na istnieniu przez ponad 110 lat, ale też na licznych sukcesach, m.in. 13 tytułach mistrzów Polski (lepsze są tylko Ruch Chorzów i Górnik Zabrze, tyle samo ma Legia Warszawa) i 4 Pucharach Polski. Powiedzmy sobie szczerze – spadek Wisły o kilka lig to utrata przez Ekstraklasę jednego z najbardziej utytułowanych klubów.

Wisła nie byłaby pierwszym w historii przykładem, kiedy sprawy pieniężne grzebią ważną piłkarską firmę. W samej tylko Polsce w ostatnich latach z powodu kwestii finansowych podupadł np. wspomniany Ruch Chorzów, z podobnych powodów po niższych ligach tułają się Łódzki KS i Widzew Łódź, przez co jedno z największych polskich miast nie ma swojego przedstawicielstwa na piłkarskim szczycie (choć przy tym np. kibice Widzewa biją rekordy frekwencji w kraju, wyprzedzając pod tym względem niektóre kluby ekstraklasowe).

Wspominałem na początku, że Wiślacy mogą od przyszłego sezonu rozgrywać derby z Pcimianką Pcim zamiast z Cracovią. I nie przesadziłem – Pcimianka czy Clepardia Kraków byłyby potencjalnymi rywalami Wisły, gdyby musiała zaczynać wszystko od zera. Raczej wywinie się Jutrzenka Giebułtów, która na razie przoduje w małopolskiej grupie zachodniej IV ligi. Nie urągając żadnemu z wymienionych zespołów, nie są to na pewno rywalizacje, którymi by się wiślaccy fani fascynowali.

Przekreślenie Wisły przekreśla równocześnie jedno z największych współzawodnictw w polskim sporcie – z popularnymi „Pasami”. To smutne, bo rodzima piłka dużo na tym traci, choć kibice Cracovii dziś raczej nad losami swych rywali nie płaczą. O zniknięciu „wielkich derbów” wiedzą co nieco w Warszawie – gdy finansowo padła Polonia, pogrzebała ze sobą na jakiś, niesprecyzowany bliżej czas, stołeczne batalie z Legią.

Polska nie jest oczywiście jedynym miejscem na Ziemi, gdzie drużyny piłkarskie spotyka marny los bankruta. Gdy jednak upada polski zespół, to przejmujemy się tym przede wszystkim lokalnie, w silniejszych ligach europejskich takie przypadki odbijają się szerokim echem. Znacznie bogatsze i „większe” ekipy też potrafiły zlecieć na łeb na szyję w futbolowe czeluści.

Tego typu przykładem jest chociażby angielskie Leeds United, które obecnie przymierza się do powrotu do Premier League. Popularne „Pawie” były na początku XXI wieku w ścisłej czołówce angielskiej piłki, a legendarna już w zasadzie jedenastka Davida O'Leary'ego bardzo dobrze radziła sobie nawet w Lidze Mistrzów. Zaciągnięte pożyczki, których potem nie było jak spłacić, doprowadziły do wielkich wyprzedaży kadrowych i tak krok po kroku United osunęli się do niższej ligi, Championship.

Nie zawsze łatwo jest się podnieść po relegacji, a w Anglii widać to szczególnie wyraźnie. O ile niektóre drużyny po spadku są w stanie wciągu 1-2 sezonów podjąć walkę o szybki powrót do Premier League, to niektóre przez lata tkwią w marazmie, nie mogąc dojść do siebie po obniżce przychodów, odejściu zawodników itp. czynnikach. Tak trwało w zawieszeniu przez lata Leeds, a obecnie sztandarowym przykładem sportowych kłopotów jest Sunderland, który najpierw zleciał do Championship, by po sezonie znów uderzyć o dno tabeli i udać się do League One.

Piłkarze dwóch wielkich ekip okresu międzywojnia: Wisły Kraków i Pogoni Lwów z gościem specjalnym. Raczej nie trzeba go przedstawiać (domena publiczna).

Pod pewnymi względami analogicznym przykładem do tego, co może wydarzyć się w Krakowie, jest sytuacja z ligi szkockiej, gdzie drużyna Rangers F.C. z Glasgow z powodów finansowych upadła i została zrzucona praktycznie w piłkarski niebyt, do IV ligi szkockiej. W przeciwieństwie do Wisły i Cracovii, specyfika sytuacji w Szkocji wyglądała jednak tak, że były to rozgrywki w zasadzie dwóch drużyn, Rangersów i ich lokalnych rywali z Celticu. Kiedy więc Rangersi z mozołem odbudowywali swoją pozycję, liga stała się jeszcze nudniejsza i nikt nie był w stanie odebrać mistrzostwa Celticowi. Być może uda się to w tym roku.

Wielki żal na całym świecie wzbudzały też raz na jakiś czas zespoły włoskie. Świeżym przykładem jest tu Parma, której sytuacja finansowa stała się w końcu tak dramatyczna, że nie było możliwe nawet bieżące funkcjonowanie klubu. To jednak historia z niejakim happy endem – od 2015 r. odrodzona Parma wspinała się po kolejnych futbolowych szczeblach od Serie D i w końcu wróciła do piłkarskiej elity Włoch. Bardzo podobną drogę zaliczyła florencka Fiorentina, która po zdobyciu krajowego pucharu w 2001 r. już niedługo potem utopiła się w długach.

Wesprzyj nasz portal kupując w sklepie Histmag.org:

„Zniknięcia” klubów zdarzają się na Starym Kontynencie od czasu do czasu, ale, jak mi się wydaje, wywołują one nieco większy szok w porównaniu z tym, co dzieje się z drużynami sportowymi za oceanem. Uwielbiam różnice między różnymi aspektami życia w USA i Europie – system wyborczy w Stanach jest dla mnie strasznie pokręcony, ale kiedy patrzę na rozgrywki ligowe różnych sportów z wszystkimi draftami, play-offami, dywizjami i tak dalej, to jednak głosowanie elektorów nie wydaje się takie skomplikowane.

Amerykański sport ma swoją specyfikę, a jego częścią jest to, że czasami dany klub potrafi zniknąć z jednego miasta, by pojawić się w innym stanie setki kilometrów dalej. O co dokładnie mi chodzi? Wyobraźmy sobie, że nowy właściciel Wisły Kraków postanawia po zakupie klubu przerzucić go do Warszawy – bo to stolica i tam mu się bardziej opłaca prowadzić klub. Tak powstaje Wisła Warszawa z białą gwiazdą w herbie i charakterystycznymi czerwono-białymi strojami.

A bywało i tak: mecz Wisła Kraków – FC Barcelona w ramach eliminacji Ligi Mistrzów 2008/2009. Wiślacy sensacyjnie wygrali 1:0, choć ulegli 4:0 w rewanżu (fot. Michal from St. Wola/Krakow, Poland, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.0 Ogólny).

Całkowita abstrakcja w Polsce, ale w Stanach podobne akcje się zdarzają. Wystarczy przyjrzeć się tylko jednej lidze, NBA. W Polsce każdy fan koszykówki kojarzy popularny w latach 90. zespół Charlotte Hornets. „Szerszenie” z jakiegoś powodu w naszym kraju dość często pojawiały się na, niekoniecznie oryginalnych, ubraniach, od koszulek i bluz po charakterystyczne czapki z daszkiem. Historia klubu w XXI wieku się nieco skomplikowała – Hornets (jako sportowa marka) zostali przeniesieni do Nowego Orleanu, a później, po uderzeniu huraganu Katrina w miasto, zmienili siedzibę na Oklahoma City, gdzie występowali jako New Orleans/Oklahoma City Hornets. Tymczasem w mieście Charlotte założono nowy zespół, Bobcats („Rysie”).

I teraz uwaga: New Orleans Hornets (wrócili w końcu do miasta jazzu) zmienili swoją identyfikację na New Orleans Pelicans. Charlotte Bobcats przejęło znowu wizerunek Hornets i są z powrotem Charlotte Hornets (ich właścicielem jest, co ciekawe, Michael Jordan). Skomplikowane? Szkoda, że Oklahoma została wykluczona z tej historii, bo w tym mieście działa obecnie drużyna Thunder, znana kiedyś jako... Seattle SuperSonics.

Wróćmy jednak do Wisły. Świat jest skonstruowany w taki sposób, że najbardziej żałujemy rzeczy unikalnych. Jeśli doszczętnie spłonie powiatowa biblioteka, to uznamy to oczywiście za smutną informację, o której jednak szybko zapomnimy (w natłoku innych złych wieści, którymi szprycują nas media). Jeśli jednak w pożarze stracimy raz na zawsze unikalny, średniowieczny księgozbiór, w tym jedyne na świecie egzemplarze danego tekstu, to nieprzyjemny ucisk w żołądku z tego powodu jest znacznie większy.

Dlaczego zrobiłem tak długą wycieczkę przez historię sportu, kraje i kontynenty? Chciałem pokazać, że przypadek Wisły nie jest odosobniony. Wisła Kraków nie jest jedynym tak utytułowanym klubem w lidze, nie jest też jedyną drużyną o tak długich tradycjach w rozgrywkach Ekstraklasy. Gdyby Wisła ogłosiła ogólne bankructwo i zaczęło od nowa, od gry na dużo słabszym poziomie – to też nie byłby ewenement, ani na świecie, ani w Polsce. W niektórych krajach takie klubowe roszady są wręcz częstsze. Derby Krakowa też, jako swoiste starcia z dodatkową adrenaliną, nie straciłyby ciągłości jako pierwsze w dziejach. Czy warto więc smucić się nad losem Wisły Kraków przez pryzmat historii i tradycji sportowej?

Warto – podobnie jak w każdym podobnym przypadku, niezależnie, czy mówimy o drużynie z Krakowa, Łodzi czy Warszawy. Jeśli Wisła upadnie z powodu długów, to nie będzie to nic dziwnego, zważywszy na bałagan i podejrzane akcje w klubie. Wzbiera we mnie jednak smutek, że zespół o tak wielkiej tradycji, zasłużony bez wątpienia dla polskiego futbolu, może zmienić ligę nie na podstawie sportowych wyników, ale ze względów finansowo-biznesowych i przez ludzi pochowanych po gabinetach, a nie biegających w czerwono-białych trykotach po boisku. Takie sytuacje sprawiają, że znowu głośniej wybrzmiewa w świecie piłki hasło „Against modern football” („Przeciwko nowoczesnej piłce nożnej”) – bo w tej sprawie zarządzi pieniądz, a nie piłka. Przy czym dla mnie dziś jedno bez drugiego żyć nie może.

Sierpień 2011, Wisła Kraków walczy o Ligę Mistrzów z bułgarskim Liteksem Łowecz. W tamtym sezonie klub z Grodu Kraka był bliższy Ligi Mistrzów niż kiedykolwiek. Czy te czasy powrócą? (fot. Piotr Drabik, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0 Ogólny).

Upadłość Wisły dalej stoi pod znakiem zapytania – być może klub uda się jeszcze uratować. Prognozy zmieniają się co chwila, jak wspomniałem Twitter huczy od plotek, więc tylko czas pokaże, co się stanie z „Białą Gwiazdą”. Tymczasem kolejni piłkarze rozwiązują kontrakty z klubem – w tym np. taki Zoran Arsenić może zasilić Legię Warszawa, co byłoby kolejną szpilką wbitą w lalkę voodoo.

Pomoc zaoferował Kamil Kosowski – piłkarz bardzo w Krakowie poważany, który walnie przyczynił się do wiślackich sukcesów, przede wszystkim na początku XXI wieku. Kibice na pewno z przyjemnością wróciliby do czasów, kiedy na boisku przy Reymonta biegali Kosowski, Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Uche i cała reszta, a klub prezentował się dobrze nawet na poziomie europejskim. Na razie coraz bardziej prawdopodobne jest to, że do Wisły wróci Jakub Błaszczykowski – już trenuje z drużyną. To też byłby ewenement: reprezentant Polski grający w IV lidze...

Kibice Wisły trwają w zawieszeniu, niepewności, wściekłości i śmiechu przez łzy. Z reguły gdy widzi się spadającą gwiazdę, myśli się jakieś życzenie. Kibice Wisły już teraz życzą sobie, by akurat „Biała Gwiazda” nie spadła.

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”. Masz inne zdanie i chcesz się nim podzielić na łamach „Histmag.org”? Wyślij swój tekst na: redakcja@histmag.org. Na każdy pomysł odpowiemy.

Pomóż nam zebrać fundusze na działalność i rozwój portalu Histmag.org!

<a href="https://histmag.org/>


Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Paweł Czechowski
Ukończył studia dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim. W historii najbardziej pasjonuje go wiek XX, poza historią - piłka nożna.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy