Autor: Tomasz Jarmoła
Tagi: Artykuły, II wojna światowa, Wyspy Brytyjskie, Historia wojskowości
Opublikowany: 2022-07-14 17:52
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Daredevils: specjalsi w służbie Jego Królewskiej Mości

Pierwsze oddziały brytyjskich Commandos zaczęto tworzyć w 1940 roku z inicjatywy Winstona Churchilla. Były wzorem dla podobnych jednostek w innych państwach, a żołnierzy sił specjalnych zaczęto nazywać komandosami. Niekiedy określano ich mianem "daredevils".
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki Tomasza Jarmoły „Saint–Nazaire–Dieppe 1942”.

W październiku 1941 roku na stanowisku szefa Dowództwa Operacji Połączonych, adm. sir Rogera Keyesa, zastąpił jego dawny podkomendny, kmdr sir Louis Mountbatten. Ten inteligentny, 41-letni oficer Royal Navy pochodzący z rodziny królewskiej brał udział w walkach w Norwegii i na Morzu Śródziemnym, a przede wszystkim miał poparcie premiera Churchilla. Odchodzącemu Keyesowi trzeba przyznać, że mimo pewnych kontrowersji wobec jego stylu dowodzenia umiejętnie rozbudował siły specjalne i wywalczył dla nich mocną pozycję u najwyższych władz państwowych i wojskowych. Na okres kadencji Mountbattena w Operacjach Połączonych i przejęcie dowództwa SSB przez Laycocka przypada przeniesienie bazy szkoleniowej komandosów do szkockiego Achnacarry (ang. Commando Trining Depot). Tamtejsze warunki terenowe, podobnie jak wcześniejsze centrum szkoleniowe w oddalonym o ok. 30 km Lochailort, umożliwiały szkolenie morskie, lądowe i wysokogórskie bez konieczności przemieszczania się daleko od bazy, a przy tym znajdowały się w trudno dostępnej okolicy, co utrudniało przeciwnikowi działania wywiadowcze.

Louis Mountbatten (hrabia Mountbatten of Burma) w 1976 roku (fot. Allan Warren)
CC BY-SA 3.0

Przystąpienie do wojny Stanów Zjednoczonych 7 grudnia 1941 roku znacznie polepszyło sytuację wojenną Wielkiej Brytanii, a trwające do tego momentu najtrudniejsze półtora roku w jej nowoczesnej historii odbiło się dwojako na komandosach. Z jednej strony powstały nowy rodzaj żołnierzy i nowatorskie koncepcje grup bojowych, w których współdziałali z lotnictwem i marynarką wojenną. Nowo utworzone siły specjalne w tym trudnym okresie okrzepły pod okiem sprawdzonych dowódców, nabrały doświadczenia bojowego, szkoleniowego oraz zdobyły medialny rozgłos. Z drugiej strony, pasmo klęsk brytyjskich, rozpaczliwe szykowanie się do obrony macierzystych wysp oraz pospieszne użycie elitarnych oddziałów do łatania dziur w systemie obrony marnowało potencjał i wielkie środki włożone w szkolenie.

Pod koniec 1941 roku armie Hitlera i jego sojuszników pędziły na wschód przez Związek Sowiecki. Były też rozrzucone po ogromnych terytoriach okupowanych od koła podbiegunowego po Saharę i od Pirenejów po ukraińskie stepy. Groźba niemieckiego desantu na Wyspy Brytyjskie zniknęła na dobre. W takich warunkach można było wreszcie spokojnie i metodycznie rozwijać siły specjalne oraz wywodzące się z nich wojska powietrznodesantowe.

Do stycznia 1942 roku brytyjskie siły specjalne, znane powszechnie jako Commando, a potocznie zwane przez prasę Daredevils (ang. daredevil – zuchwalec, śmiałek), stworzyły większość oddziałów, które potem funkcjonowały do końca wojny. Do nich należy doliczyć rozwijane na bazie Commando lub równolegle z nimi formacje spadochronowe, elitarne jednostki podległe SOE (np. SSRF) oraz „chodzące własnymi ścieżkami”, głównie w Basenie Morza Śródziemnego, SAS i SBS. Modzie na własne jednostki specjalne uległa także Royal Navy. W lutym 1942 roku utworzono Royal Marine Commando, co nie powinno dziwić, gdyż Królewska Piechota Morska (ang. Royal Marines) naturalnie była szkolona do służby na morzu, niewielkich desantów i abordaży nieprzyjacielskich okrętów, a do tego brała już udział w walkach w Norwegii, Afryce Północnej i Grecji. Za stworzeniem komandosów marynarki optował też Mountbatten, który sam wywodził się z Royal Navy, a nie z armii lądowej. Siły specjalne marynarki miały się później rozrosnąć do kilku tysięcy ludzi i do dziś Royal Marine Commando są (wraz z SAS i SBS) jedynymi spadkobiercami komandosów z drugiej wojny światowej.

Łącznie do początku 1942 roku w Wielkiej Brytanii powstały Commando o numerach 1–12. Commando nr 30 było armijną jednostką specjalną sformowaną głównie z żołnierzy Royal Marines w celu prowadzenia rozpoznania osobowego oraz technicznego podczas operacji prowadzonych przez większe jednostki, a także przesłuchań pojmanych jeńców. Commando nr 50 i 52 wkrótce po sformowaniu włączono do Layforce, zaś utworzone także na Bliskim Wschodzie Commando nr 51 operowało krótko w Erytrei i Etiopii przeciwko siłom włoskim. Ostatecznie składy osobowe Commando nr 50, 51 i 52 włączono do nowo utworzonego Middle East Commando. Po rozwiązaniu Layforce także Commando nr 11 zostało rozformowane na Cyprze latem 1941 roku.

Żołnierze polskiej kompanii 10 Commando przy karabinie maszynowym

Najbardziej wyjątkową brytyjską jednostką specjalną było Commando nr 10 zwane Inter-Allied (pol. miedzyalianckie). Wprawdzie gros działań tej jednostki przypada na okres po operacji w Dieppe, ale niektórzy jego żołnierze wzięli w niej udział i warto o nim wspomnieć, zwłaszcza przez wzgląd na wątek polski. Utworzono je na początku 1942 roku i oddano pod komendę doświadczonego ppłk. Dudleya Listera, wcześniej dowódcy Commando nr 4. W skład jednostki weszły pododdziały narodowe z państw podbitych przez Niemcy i mających emigracyjne siły zbrojne w Wielkiej Brytanii. Dowództwo, kanceliści, zespół medyczny, park maszynowy i logistyka składały się z Brytyjczyków. Kraje alianckie miały swoje własne Troops, liczące zależnie od narodowości od 40 do100 ludzi i dowodzone przez narodowego oficera – Troop nr 1 był francuski, nr 2 – niderlandzki, nr 4 – belgijski, nr 5 – norweski, nr 6 – polski, a nr 7 – jugosłowiański. Polacy stworzyli później Troop nr 6 własną unikatową formację Commando, tj. 1. Samodzielną Kompanię Komandosów, potem rozbudowaną w ramach 2. Korpusu Polskiego we Włoszech jako 2. Batalion Komandosów Zmotoryzowanych. Troop nr 3 (zwany też Troop X) był za to jedną z najbardziej unikatowych jednostek regularnych drugiej wojny światowej, gdyż tworzyli go głównie komandosi mający przed wojną niemieckie obywatelstwo. Byli to niemieccy, austriaccy lub czechosłowaccy działacze antyhitlerowscy, w dużej części Żydzi, niejednokrotnie uciekinierzy z obozów koncentracyjnych.

Ze względu na zdolności językowe i znajomość wroga „od zaplecza” żołnierzy Troop X często dołączano podczas działań bojowych do innych Commando lub jednostek armii w charakterze tłumaczy i oficerów wywiadu. Mieli brytyjskie obywatelstwa i fałszywe dane na wypadek złapania, a ich życiorysy nadawały się na filmy bardziej sensacyjne od przygód Jamesa Bonda. Wojenna i powojenna historia pododdziałów Commando nr 10 jest na tyle ciekawa i rozległa, że warto ją poznać dokładniej w innych publikacjach.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Tomasza Jarmoły „Saint–Nazaire–Dieppe 1942” bezpośrednio pod tym linkiem!

Tomasz Jarmoła
„Saint–Nazaire–Dieppe 1942”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 300
Premiera: 13.07.2022
Format: 125x195 [mm]
ISBN: 978-83-111-4086-8
EAN: 9788311140868

Ten tekst jest fragmentem książki Tomasza Jarmoły „Saint–Nazaire–Dieppe 1942”.

Jak wspomniano wcześniej, początek 1942 roku przyniósł zmianę kierunku kolejnych rajdów z norweskiego na francuski. Pierwszą operacją przeprowadzoną w 1942 roku z Wielkiej Brytanii była ta o kryptonimie „Biting” (pol. ukąszenie). Jej celem stała się niemiecka stacja radarowa wyposażona w radar Würzburg, mieszcząca się tuż obok dużej nadmorskiej willi niedaleko miejscowości Saint-Jouin-Bruneval w departamencie Seine-Maritime na wschód od Normandii. Poza typowym dla rajdów sianiem zamętu wśród wojsk okupacyjnych, głównym celem było zdobycie istotnych części nowoczesnej niemieckiej konstrukcji, zniszczenie stacji i, jeśli to możliwe, wzięcie jeńców z obsługi radaru. Dowództwo Operacji Połączonych zdecydowało się użyć żołnierzy z kompanii C z 2. batalionu spadochronowego jako trzonu sił operacji bojowych, a 32 żołnierzy z Commando nr 12 miało zabezpieczyć brzeg znajdujący się pod klifem ok. 100 m od stacji radarowej i osłaniać odwrót spadochroniarzy po wykonaniu zadania. Ci mieli wylądować kilkaset metrów od stacji i po sformowaniu grupy bojowej zaatakować od strony lądu. Dowódcą grupy uderzeniowej został mjr John Frost, który później w 1944 roku stał się jednym z bohaterów operacji „Market-Garden” (w filmie O jeden most za daleko zagrał go Anthony Hopkins). Był on doświadczonym skoczkiem spadochronowym, ale miał obawy co do podkomendnych, gdyż zarówno jego kompania, jak i cały 2. batalion dopiero kończyły proces szkolenia. Niektórzy z żołnierzy oddali swoje pierwsze skoki w ramach ćwiczeń przed rajdem.

Członek Commando demonstruje technikę pokonywania zasieków w czasie treningu w Szkocji, luty 1942 roku (fot. Imperial War Museums)

Do spadochroniarzy dołączył sierż. Cox z RAF-u, technik radiowy, którego zadaniem było sfotografować zdobyty radar i zdemontować jego części do specjalnie zaprojektowanych wózków, by można je było zabrać do Anglii. Dane wywiadowcze o celu były dość bogate – rozpoznanie fotograficzne RAF-u i dane pochodzące od lokalnej komórki francuskiego ruchu oporu pozwoliły ustalić liczbę Niemców znajdujących w willi obok radaru i pobliskich barakach na ok. 130, a część z nich stanowili słabo wyszkoleni do walki technicy z Luftwaffe obsługujący radar. Nad samym klifem znajdowały się gniazda karabinów maszynowych i bunkier, które trzeba było koniecznie zniszczyć przed ewakuacją. W ocenie wywiadu, obsadzające wybrzeże siły niemieckie były zdolne dotrzeć w miejsce walk w około godzinę od zaalarmowania. Należało więc jak najszybciej pokonać opór osłony radaru. Dłuższe walki nie wchodziły w rachubę. Znany z zamiłowania do historii Frost, podzielił kompanię na pięć zespołów zadaniowych, nadając im nazwy od znanych brytyjskich admirałów: grupa „Nelson” miała uciszyć niemieckie pozycje na klifie i osłaniać odwrót, a grupy „Jellicoe”, „Hardy” i „Drake” przeprowadzić główny atak na radar, willę i pobliskie baraki. Ostatni zespół, „Rodney”, miał za zadanie osłaniać drogę prowadzącą do willi od strony lądu, którą dodatkowo mieli zaminować włączeni do rajdu saperzy-spadochroniarze por. Vernona.

Pierwotnie planowaną na 23 lutego 1942 roku operację przesunięto w oczekiwaniu na idealne warunki pogodowe na 27 lutego. Wówczas przy pełni Księżyca i wysokim przypływie ruszył rajd. Dostosowane do przewozu spadochroniarzy bombowce Whitley przywitał nad wybrzeżem niecelny ogień artylerii przeciwlotniczej. Mimo to zrzuciły ludzi Frosta bardzo dokładnie, w większości ok. 600 m od stacji. Tylko grupa „Nelson” wylądowała ponad 2 km dalej, ale szybko dotarła na miejsce akcji. Po zebraniu skoczków okrążono willę i zaatakowano ją. Okazało się, że było tam znacznie mniej Niemców, niż przewidziano, a zmiennicy pozycji broniących klifu i willi kwaterowali w głębi lądu. W wymianie ognia koło willi zabito jednego i schwytano dwóch żołnierzy wroga, ponosząc jednak straty od ognia z pobliskich baraków i umocnień. Mimo ostrzału sierż. Cox i saperzy zdołali wykonać swoje zadanie przy radarze.

Problemem okazała się łączność radiowa (a właściwie jej brak z powodu wadliwych nadajników) i trzeba było oprzeć dowodzenie na wykrzykiwanych komendach oraz gońcach do dalej wysuniętych grup. Mając jeńców i części, spadochroniarze ruszyli na plażę, ale tam napotkali silny ogień z umocnień nadbrzeżnych i musieli wrócić do willi. Tam z kolei znów byli Niemcy, więc zdobyto ją po raz drugi. Grupy „Nelson” i „Rodney” walczyły o drogę na brzeg, eliminując kolejne gniazda karabinów maszynowych. Krótko po godzinie 2.00 w nocy nie było nadal widać ścigaczy i barek LCA z komandosami, a niedziałające radia uniemożliwiały kontakt z okrętami. Frost zdecydował się wystrzelić awaryjną flarę sygnałową i dopiero wówczas jednostki Royal Navy dowodzone przez australijskiego komandora Cooka zbliżyły się do brzegu, a wkrótce sześć barek LCA dobiło do plaży pod klifami. Komandosi i spadochroniarze z grupy osłonowej trzymali na dystans Niemców grupujących się na klifie, gdy ich koledzy wraz z rannymi i jeńcami odpływali na pierwszych barkach. W pospieszną ewakuację wdał się chaos. Część ludzi nie wiedziała, że w ostatniej chwili przewidziano więcej barek niż w ćwiczonym scenariuszu i niektóre były przez to przeładowane, gdy inne płynęły prawie puste. Ostatecznie udało się zaokrętować oczekujących na ścigacze i pod osłoną czterech niszczycieli oraz licznych samolotów myśliwskich odpłynąć do Anglii.

W trakcie rajdu poległo dwóch spadochroniarzy, rannych było ośmiu, a sześciu dostało się do niewoli, gdyż nie dali rady dotrzeć na czas do brzegu i wejść na barki. Do listy alianckich poległych należy dodać pomagającego wywiadowi członka francuskiego ruchu oporu rozstrzelanego krótko po rajdzie, a także wysłane do obozu koncentracyjnego francuskie małżeństwo, które próbowało ukryć pozostawionych na lądzie spadochroniarzy Frosta. Straty niemieckie wyniosły pięciu zabitych, dwóch rannych i sześciu pojmanych przez Brytyjczyków – wśród nich byli technicy obsługujący radar Würzburg. Dzięki zdobyciu elementów radaru i przesłuchaniach obsługi udało się usprawnić budowę własnych konstrukcji i przygotować zrzucany z samolotów system „Window” (pol. okno), czyli duże ilości pasków folii metalicznej, które skutecznie sabotowały działanie niemieckich radarów i uratowały wiele załóg alianckich bombowców. Sukces rajdu umiejętnie wykorzystała również propaganda, zasypując społeczeństwo artykułami w prasie i kronikami filmowymi.

Simon Fraser, 15. Lord Lovat po rajdzie na Dieppe (fot. Imperial War Museums)

Dowódcy wraz z częścią oficerów biorących udział w akcji spotkali się 3 marca z premierem Churchillem i członkami rządu, by zdać im osobiście relację. Uczestnikom operacji „Biting” przyznano aż 19 wysokich odznaczeń, a Frost i jego ludzie niejako „wywalczyli” przyspieszenie organizacji wojsk powietrznodesantowych. Powodzenie grudniowych operacji w Norwegii, a potem lutowego rajdu na Bruneval było z pewnością jednym z czynników, które skłoniły Dowództwo Operacji Połączonych do zrealizowania jeszcze śmielszego planu wypadu na francuskie wybrzeże, i to na znacznie większą niż dotychczas skalę.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Tomasza Jarmoły „Saint–Nazaire–Dieppe 1942” bezpośrednio pod tym linkiem!

Tomasz Jarmoła
„Saint–Nazaire–Dieppe 1942”
39,90 zł
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2022
Okładka: miękka
Liczba stron: 300
Premiera: 13.07.2022
Format: 125x195 [mm]
ISBN: 978-83-111-4086-8
EAN: 9788311140868
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Tomasz Jarmoła
Historyk, autor kilku książek, w tym „Kreta 1941” i „Saint–Nazaire–Dieppe 1942”.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy