Autor: Byliśmy w Oświęcimiu
Tagi: Beletrystyka, II wojna światowa, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Polska
Opublikowany: 2022-09-22 17:39
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Homo Sapiens i bydlę

Ta książka w 1946 roku była prawdziwym wstrząsem. Jednym z tekstów zamieszczonych na jej kartach były wspomnienia anonimowego „muzułmana”. Oto jego historia.
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki „Byliśmy w Oświęcimiu”.

W obozie koncentracyjnym Oświęcim powstało i rozpowszechniło się na inne obozy określenie „muzułman”, oznaczające człowieka słabego, głodnego, wyczerpanego fizycznie do ostatnich granic. Sama nazwa powstała z podobieństwa ruchów wykonywanych dla rozgrzewki przez słabych, notorycznie zmarzniętych więźniów do monotonnego kiwania się właśnie muzułmanów podczas modlitw.

Muzułman posiada psychikę zupełnie odmienną od normalnego człowieka. Ze wszystkich zainteresowań inteligentnego poprzednio „cywila” pozostaje tylko jedno: żarcie. Jeść, łykać, napychać żołądek, obojętnie czym i za jaką cenę. Widziałem kotły z zupą, z których dawano dolewkę; kapowie bili wszystkich dla wprowadzenia porządku, a potem dla rozrywki – tych otrzymujących zupę. Muzułmani chętnie płacili za pół miski zupy rozbitym nosem, naderwanym uchem czy kilkoma guzami. Widziałem, jak gromada, walcząc o dostęp do kotła, wywracała go i zbierała drżącymi rękoma krople zupy z rynsztoka.

Więzień Auschwitz po wyzwoleniu

Drugą cechą muzułmana jest strach. Strach, uzasadniony zresztą, strach przed esmanem, kapą, blokowym, przed każdym dobrze wyglądającym człowiekiem, przed silniejszym muzułmanem. Ze strachu tego wynika nienawiść do wszystkiego, co żyje, co może mu zagrażać lub pochłonąć jego żarcie. Każdy muzułman, gdyby mógł, wymordowałby swoje otoczenie. Nienawiść i zawziętość prowadzą do makabrycznych scen: oto dwóch muzułmanów leży na ziemi; są tak wyczerpani, że tylko od czasu do czasu jeden drugiemu zadaje pojedynczy cios trzymaną w ręku miską. Między nimi parę łyżek rozlanej zupy. Walczą już tylko o zlizanie rozpryskanych podczas burdy drogocennych kropli. Muzułman nie jest człowiekiem – jest zwierzęciem, które za zgniłą brukiew gotowe jest oddać życie i wolność. W ciągu czterech lat pobytu w obozach, obcując z ludźmi wielu narodowości i wszystkich klas społecznych, nie spotkałem takich, którzy będąc w tym stanie fizycznym, myśleli i zachowywali się inaczej.

* * *

…że byłem muzułmanem, wiedziałem doskonale, ale nie myślałem, że jest aż tak źle.

Po sześciomiesięcznej chorobie, a właściwie chorobach, podczas których zarówno lekarze, jak i koledzy z sąsiedniego łóżka usiłowali wmówić mi, że umrę, zostałem przeniesiony na blok zwany wypoczynkowym.

REKLAMA

Po szpitalnym „raju” było okropnie. W niewielkiej izbie na siennikach pokrywających całą podłogę leżało nas pół setki. Można było leżeć tylko na boku, wszyscy w tę samą stronę, i obracać się razem z towarzyszami. Każdego coś bolało, wszyscy mieli niewyleczone, jątrzące się rany. Ale można było leżeć i to było dobrze. Jednakże po dwóch tygodniach zostałem zwolniony, uznano mnie bowiem za zdrowego i przeniesiono na blok roboczy. Ważyłem czterdzieści kilo i czułem się proporcjonalnie do wagi.

Przeniesiono mnie na blok roboczy, ten sam, na którym byłem przed chorobą. Blok był ten sam, ale ludzie – inni. Przy stole siedział pisarz, szczupły brunet, zapisujący personalia zugangów, nowo przybywających na jego blok. Przyglądał mi się uporczywie.

Zdjęcie jednego z egzemplarzy pierwszego wydania książki "Byliśmy w Oświęcimiu" oprawionego w pasiaki pochodzące z oryginalnego ubrania więziennego (fot. materiały prasowe)

– Ty…, szczeniaku parszywy, czemu nie jesteś ogolony? – spytał przez zaciśnięte zęby, ogryzając ołówek.

Oczywiście popełniłem błąd: począłem się tłumaczyć. Zameldowałem więc, że na blokach szpitalnych golą raz na tydzień i niestety od ostatniego razu minęło już cztery dni. Pisarz zerwał się od stołu i podszedł do mnie.

Wśród gradu najohydniejszych przekleństw dowiedziałem się, co on, schreiber Stefan Wierzbica, myśli o szpitalu, muzułmanach, wyszczekanych bydlętach, a potem – potem wiedziałem tylko, że mam ucho prawe z lewej strony, nos rozbity, piec stoi na suficie i wszystko wiruje coraz szybciej. Gdyby jakiś miłosierny sztubowy nie wyrzucił mnie na korytarz zręcznym kopnięciem w brzuch, zakończyłbym tam karierę obozową. Po umyciu się i ogoleniu musiałem się zameldować znów u strasznego vertretera.

Na drugi dzień poszedłem na komando. Zaraz po rannym apelu, gdy padło hasło: Arbeitskommandos formieren – zbiórka oddziałami roboczymi, popychany i potrącany przedzieram się pod gong, gdzie arbeitsdienst przydziela „odpowiednie” komanda. Po drodze oczywiście obrywam parę kopnięć i ciosów od kapów i blokowych, którzy aby przyśpieszyć zbiórkę, walą wszystkich na swojej drodze, tworząc wśród przewalającego się tłumu wolne ścieżki. Wir ludzki uporczywie wciska mnie w tę próżnię. Zabrali już wszystkich silniejszych i zdrowszych, istny handel niewolnikami, zostało nas zaledwie kilku, gdy wpadł wysoki, młody kapo, meldując w zadyszeniu, że brak mu dwu ludzi. Nie pytając wiele, chwycił mnie i jeszcze jednego zdechlaka i ruszył biegiem z powrotem, a my za nim. Przewracamy się zresztą po paru krokach, kapo chwyta nas za kołnierze i jak dwa duże kurczaki wlecze do komanda. Orkiestra gra marsza, oddział maszeruje już w kierunku bramy. Mylę krok, nie mogę nadążyć, gubię trepy, w ogóle jestem bardzo nieszczęśliwy. Dopiero parę odpowiednich kopnięć vorarbeitera wyrównuje mnie z szeregiem.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę „Byliśmy w Oświęcimiu” bezpośrednio pod tym linkiem!

Tadeusz Borowski, Krystyn Olszewski, Janusz Nel Siedlecki
„Byliśmy w Oświęcimiu”
54,99 zł
Wydawca: Słowne
Rok wydania: 2022
Okładka: twarda
Liczba stron: 224
Premiera: 24.08.2022
Format: 145 x 204 [mm]
ISBN: 978-83-8251-219-9
EAN: 9788382512199
REKLAMA

Ten tekst jest fragmentem książki „Byliśmy w Oświęcimiu”.

Za bramą można już porozumieć się szeptem z kolegami z jednego szeregu. Trafiłem na Holzhof, do rąbania i piłowania drzewa na opał. Jedno z muzułmańskich komand, ale stosunkowo łagodne i dobre. O rąbaniu nie było mowy: nie mogłem podnieść siekiery, a cóż dopiero myśleć o uderzeniu. Cięliśmy drwalską piłą stare słupy telegraficzne. Po paru dniach otworzyły mi się znowu rany na nogach. Ból był nie do zniesienia. Naprawdę trudno jest po półrocznym leżeniu przestać bez ruchu dwanaście godzin przy pracy. Zręcznie rozrzucałem koło siebie ucięte klocki, a jeden wysokości stołka stawiałem tak, aby można było oprzeć się oń kolanem. Gdy na widnokręgu, zawsze czujnie strzeżonym, ukazywał się ktoś groźny, wystarczało stanąć normalnie, a pieniek wywracał się, nie wzbudzając swym położeniem żadnych podejrzeń. Ale pewnego dnia kapo zaszedł od tyłu, zobaczył moją podpórkę, kopnął mnie, gdzie należy, i dodał:

– Ja rozumiem, ale wiesz, że nie wolno. A jak nie wolno, to znaczy, że nie wolno.

Dobry był chłop, chociaż Niemiec – nie zrobił mi meldunku ani nie pobił mnie. A mógł przecież zabić. Gorzej było z rumiankiem. Dziki rumianek rósł pod płotem. Rwałem go i jadłem na surowo, był zupełnie dobry. Zauważył to mój grupowy i począł mnie szantażować. Wolałem mu dać żądaną porcję chleba niż narazić się na meldunek, bunkier i karną kompanię. Dobre to było komando, ale niestety, wkrótce powrócili ze szpitala poprzednio pracujący drwale i musiałem się z niego wynosić.

Nowo przybyli więźniowie do Auschwitz II-Birkenau, maj/czerwiec 1944 roku

Dostałem inny przydział. Trafiłem do komanda pielącego buraki. Praca była ciężka, ale nie najgorsza. Maszerowaliśmy trzy, cztery kilometry za obóz, po czym rozdzielano nas na pola. Grupa zajmowała całą szerokość pola, każdy otrzymywał jeden rządek buraków do opielenia. Posuwaliśmy się naprzód – wolno było kucać lub „nawet” przyklękać na jedno kolano – wyrywając chwasty, trawy i pozostawiając buraki w odległości trzydziestu centymetrów jeden od drugiego. Jeżeli ktoś pozostawił chwast lub wyrwał zbyt dużo buraków, był traktowany jako sabotażysta i kapo bił go, czym popadło. Tak samo spóźniających się. Dobrą stroną pracy było to, że korzystając z odwrócenia się dozorców, można było szybko połknąć krzaczek szczawiu lub korzonek młodego buraka. Niestety, po paru dniach takiej dobrej pracy zaszedł na komandzie straszny w skutkach wypadek. Obok pola, na którym pełliśmy owe buraki, przechodził tor kolejowy, a po torze często i gęsto łaziły pociągi. Raz, gdy przejeżdżał pociąg z rannymi żołnierzami niemieckimi, kilku z nas okazało zbyt widocznie swoje zadowolenie z tego widoku. Dwie setki więźniów przeniesiono natychmiast do karnej kompanii (zaledwie kilku z nich przeżyło obóz), a resztę pozostawiono przy pracy jako karne komando.

REKLAMA

Z rana szliśmy do pracy biegiem. Wieczorem wracaliśmy do obozu biegiem. Polne miedze pachniały zaczynającym się latem. Przez błękitne niebo leciały ptaki. Wykręcałem obolałe nogi w piekących, drewnianych trepach i myślałem, że jednak dzisiejszego dnia nie przeżyję. Bo jak go przeżyć, gdy wzdłuż szeregów idzie powoli esman z trzonkiem od łopaty w ręku? Wiem, co nastąpi: będzie bił kolejno wszystkich po plecach, po tyłku, przez kark lub łeb. Jeżeli bity syknął czy jęknął lub próbował się uchylić, esman bił aż do skutku, a jeśli więzień był za twardy i zaraz nie zdychał, esman wołał kapę. Odciągali go na bok, w żyto, a po chwili ciało jego układano równiutko wzdłuż drogi, którą wracaliśmy do obozu. Było zwykle tak, że grupowy Cygan trzymał, a esman bił. Cygan trzymał za gardło, a winą więźnia było, że się przy tej okazji dusił. Tak wykańczano dziennie po kilku ludzi. Nie było to przyjemne komando.

Brama główna Auschwitz II (Birkenau) zimą 1945 roku (Bundesarchiv, B 285 Bild-04413 / Stanislaw Mucha / CC-BY-SA 3.0)

Klęczę nachylony nad bruzdą i kątem oka widzę sylwetkę esmana. Zbliża się do mnie. Słyszę w równych odstępach czasu regularne odgłosy ciosów. Nagłe syknięcie bitego i tempo ginie: sypie się grad uderzeń. Bity jęczy głośno i bez nadziei: przegrał. Esman idzie dalej, wciąż zbliża się do mnie. Wiem, że nie wolno drgnąć ani obejrzeć się, bo będzie gorzej. Trwam skulony jak do skoku, mijają całe wieki sekund. Pochyliłem się na lewo, tylko troszeczkę, aby nie zauważył – może choć częściowo uchronię lewą łopatkę, która mnie od wczorajszego bicia boli fatalnie. Nareszcie – świst kija – byle tylko nie syknąć, byle tylko nie w kark. Dostałem w krzyże, dokładnie w kręgosłup. Chyba mi się połamały kręgi, ale za to pękł gruby, grabowy trzonek od łopaty. Nie syknąłem.

– Przeklęta świnia – mruknął esman ze swoistym uznaniem i z żalu za straconym kijem.

I tak kilka razy dziennie, dzień po dniu, długie tygodnie. Wracając do obozu na obiad i na noc, przynosiliśmy ze sobą ciała pomordowanych kolegów. Nie było to naprawdę przyjemne komando.

Ale po miesiącu zainteresował się komandem komendant obozu, do którego uszu widać doszło coś o pieleniu buraków. Może uznał, że kara z powodu radości z widoku pokrajanych Niemców już została odbyta, może pokłócił się z kommandoführerem, dość że zmieniły się instrukcje i zmienili się ludzie. Następnego dnia przybył nowy esman, nowe posty. Kommandoführer zawołał Cygana i pokazując kosz na chwasty leżący o kilka metrów poza linią strzegących nas posterunków, kazał mu aportować. Cygan zawahał się, ale widząc groźny błysk w oczach esmana – poszedł. Patrzyliśmy wszyscy za nim: wiedzieliśmy, co będzie. Gdy Cygan schylił się po kosz, esman skinął na wartownika. Post zmierzył się i położył na miejscu „uciekającego” więźnia.

Tego dnia wracaliśmy do obozu, niosąc tylko jednego trupa.

Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę „Byliśmy w Oświęcimiu” bezpośrednio pod tym linkiem!

Tadeusz Borowski, Krystyn Olszewski, Janusz Nel Siedlecki
„Byliśmy w Oświęcimiu”
54,99 zł
Wydawca: Słowne
Rok wydania: 2022
Okładka: twarda
Liczba stron: 224
Premiera: 24.08.2022
Format: 145 x 204 [mm]
ISBN: 978-83-8251-219-9
EAN: 9788382512199
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Byliśmy w Oświęcimiu
Opowiadanie pochodzi z książki "Byliśmy w Oświęcimiu", jego autorstwo jest nierozstrzygnięte.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy