Jak depesza Zimmermanna zmieniła los I wojny światowej?
Ten tekst jest fragmentem książki Sławomira Leśniewskiego „Wojna – pokój – wojna (1914–1945)”.
Z dzisiejszej perspektywy dość zaskakująco muszą brzmieć zacytowane słowa ministra Zimmermanna. Jeszcze bardziej absurdalne muszą się wydać ich uzasadnienie i treść instrukcji przekazanej dyplomacie w odległym kraju na drugiej półkuli. Oto nowy szef resortu spraw zagranicznych zapewniał ambasadora, że przy „hojnym finansowym wsparciu Niemiec” Meksyk mógłby się pokusić o odzyskanie terytoriów utraconych kiedyś na rzecz Stanów Zjednoczonych. Chodziło o ogromne tereny w Kalifornii, Teksasie, Arizonie, Nowym Meksyku, Utah, Kolorado i Nevadzie. Pokój zawarty w 1848 roku w Guadalupe Hidalgo po nieszczęśliwej dla Meksyku wojnie ze Stanami Zjednoczonymi okroił go o niemal połowę dotychczasowych terytoriów. Odtąd Jankesi zaczęli uchodzić za wielkiego wroga południowego sąsiada i właśnie tę zadawnioną traumę w czwartym roku Wielkiej Wojny postanowiły wykorzystać Niemcy. Powód był aż nadto oczywisty — na początku 1917 roku już coraz wyraźniej rysowało się niebezpieczeństwo przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny po stronie ententy. W Berlinie zdawano sobie sprawę, że coraz liczniejsze incydenty związane z zatapianiem amerykańskich statków przez U-Booty doprowadzą wreszcie — by użyć popularnego i dobrze obrazującego sytuację porównania — do zerwania struny naciągniętej do granicy wytrzymałości.
W takim kontekście Meksyk, pomijając nawet jego niewielki potencjał militarny i polityczny, skutecznie umniejszany przez wewnętrzne konflikty, byłby pożądanym przez Berlin sojusznikiem. W każdym razie ewentualny alians niemiecko-meksykański mógłby wpłynąć jeśli nie na rezygnację z przystąpienia do wojny, to z pewnością na mniejsze zaangażowanie Amerykanów w Europie wobec konieczności pozostawienia części sił do zabezpieczenia swojej południowej granicy. Aby podnieść szanse na to, by Stany Zjednoczone utrzymały swoją dotychczasową formalną neutralność, Niemcy sięgnęli również po mniej wyrafinowane metody.
Zaledwie kilka dni po wysłaniu depeszy do Meksyku niemiecki ambasador w Waszyngtonie hrabia Bernsdorff poprosił o pilne nadesłanie 50 tysięcy dolarów, aby rozdysponować tę sumę w gronie przychylnych kongresmenów. Trzeba przyznać, że nawet biorąc pod uwagę ówczesną wartość pieniądza, kwota ta nie mogła zrobić wielkiego wrażenia. Szczególnie w porównaniu z ważkością celu, jaki dzięki niej chciano uzyskać. Niezależnie jednak od wysokości funduszu przeznaczonego na łapówki i pozyskanie wystarczająco obszernej grupy lobbystów w amerykańskim parlamencie na skuteczną akcję nie było już czasu i sprzyjającego klimatu. Nie dość, że angielscy łamacze szyfrów odczytali apel hrabiego Bernsdorffa o przysłanie pieniędzy, to 3 lutego jeden z U-Bootów zdobył kolejny skalp w postaci amerykańskiego statku handlowego „Housatonic”. Nie stało się nic gorszego niż wcześniej. Przeciwnie. Załoga ocalała i utracono tylko przewożony ładunek, ale w istniejącej napiętej sytuacji wydarzenie to okazało się kroplą, która przelała czarę goryczy. W Białym Domu zapadła decyzja o wzięciu udziału w wojnie. Stanowisko to może w największym stopniu zaskoczyło Zimmermanna, który zupełnie zbagatelizował incydent i w rozmowie z amerykańskim ambasadorem w Berlinie wyraził chełpliwe przekonanie, że: „Wszystko będzie w porządku, albowiem jedyne, czego pragnie prezydent Wilson, to pokój. Nic się zatem nie zmieni”. Zimmermann, wytrawny dyplomata, tym razem całkowicie pomylił się w swoich przewidywaniach.
Zupełnie inny pogląd na sprawę miał Alfred von Tirpitz: „Wilson w moim przekonaniu […] nigdy nie mógłby wypowiedzieć nam wojny, gdybyśmy depeszą w sprawie Meksyku i całym szeregiem innych błędów sami nie nastawili przeciwko sobie ludności Zachodu i południa Stanów Zjednoczonych, bardzo przyjaznej Niemcom”. Wbrew przekonaniu Zimmermanna zmieniło się bardzo wiele, aczkolwiek jeszcze nie wszystko. 5 lutego do Berlina nadeszła wiadomość o zerwaniu przez Stany Zjednoczone stosunków dyplomatycznych. Kaiser był bardziej przewidujący od swojego ministra. Jeszcze przed nadejściem feralnych wieści zza Atlantyku wydał rozkaz do przeprowadzenia stosownych korekt na froncie zachodnim zmierzających do skrócenia frontu i zapewnienia wojskom łatwiejszych do obrony pozycji. Oddziały zajmujące wysunięte, grożące odcięciem stanowiska zostały przesunięte za linię Zygfryda (Hindenburga), długą na jakieś 145 kilometrów i biegnącą od Arras przez Laon do Saint-Quentin. Jej budowę rozpoczęto kilka miesięcy wcześniej z inicjatywy Hindenburga, składała się z trzech pasów obronnych i była systematycznie wzmacniana.
Manewr ten pozwolił na skrócenie frontu o mniej więcej 40 kilometrów i wycofanie na tyły kilkunastu dywizji. Dzięki temu bez większego ryzyka osłabienia frontu zachodniego mogły one zostać użyte na wschodzie. Przesunięciu wojsk towarzyszyło przeprowadzone na wielką skalę niszczenie terenów opuszczanych przez Niemców. Szczególnie wiele do roboty miały oddziały saperskie. Stało się tak, gdyż w sztabie głównym, pomimo głosów sprzeciwu, przeważyło stanowisko, aby aliantom niczego nie ułatwiać i pozostawić po sobie spaloną ziemię. Optował za tym przede wszystkim Ludendorff, któremu udało się zmarginalizować następcę tronu, marszałka polnego księcia Ruprechta z Bawarii, odważnie sprzeciwiającego się brutalnej decyzji. Wszystko, co wcześniej nie uległo zniszczeniu, teraz zamieniało się w dymiącą ruinę w wyniku wysadzenia (budynki, tory kolejowe, elementy infrastruktury drogowej), spalenia (farmy) i wycięcia (sady). Wycofujący się Niemcy postępowali niczym hordy barbarzyńców sprzed wieków. Czyniąc tak, poniekąd przyznawali się sami przed sobą, że powrót na zamieniane w pustynie tereny będzie bardzo trudny, jeżeli w ogóle możliwy. Szczególnie po spodziewanym przystąpieniu Amerykanów do wojny. Taka groźba już zawisła nad Niemcami i pozostałymi państwami centralnymi, chociaż nad nimi nie tak bezpośrednio, ale jej realizacja musiała jeszcze trochę poczekać.
Zainteresował Cię ten fragment? Koniecznie zamów książkę Sławomira Leśniewskiego „Wojna – pokój – wojna (1914–1945)” bezpośrednio pod tym linkiem!
Tymczasem z Rosji nadeszły do Berlina tyleż niespodziewane, co krzepiące wiadomości. Tron carów zaczął się chwiać pod presją społecznego niezadowolenia i coraz głośniej artykułowanych żądań, a wraz z nim rozchwiała się rosyjska armia. W niczym już nie przypominała potęgi, która w 1914 roku przystępowała do wojny. Jej szeregi były przetrzebione. Do wiosny 1917 roku zginęło już ponad milion żołnierzy, ale jeszcze większe wyrwy w szeregach wojsk carskich poczyniły choroby, rany i dezercje. Ogromna liczba sołdatów — jakkolwiek nieprawdopodobnie to może zabrzmieć — najzwyczajniej rozeszła się do domów! Do kobiet, dzieci, prac w polu. W dziejach armii rosyjskiej była to rzecz niebywała. Tak długo utrzymywani w żelaznych ryzach, traktowani z najgłębszą pogardą i obijani pałkami przez oficerów, tłuczeni do nieprzytomności lub na śmierć, nagle poczuli, że dotychczasowa bezwzględna dyscyplina wraz ze wszechobecnym strachem trzymająca ich w szeregach zmieniła się w zataczający coraz większe kręgi bałagan. To on wziął w posiadanie armię, z której uczynił bezradnego, niezdolnego do walki molocha.
Rosjanie mają w słowniku piękne określenie na opisanie takiego stanu — bardak, słowo, które znaczy właśnie tyle co bałagan albo bajzel lub w bardziej wyrazistej postaci nawet burdel. Jako kraj i naród doświadczyli go kiedyś w wyjątkowo ostrej formie pod mianem wielkiej smuty, kiedy na przełomie XVI i XVII wieku państwo moskiewskie stanęło nad przepaścią i było bliskie rozpadu. Teraz wszystko zaczęło zmierzać w tym samym kierunku. Niemcy mogli z satysfakcją zatrzeć ręce. W ich sytuacji było to istne zrządzenie losu.
Amerykanie nie wydawali się już tak poważnym przeciwnikiem, jak o nich myślano jeszcze kilka tygodni wcześniej. W połowie lutego jeden z oficerów, generał Hoffmann, zanotował refleksję nieobcą wielu jego kolegom w Sztabie Generalnym: „Z głębi Rosji napływają zachęcające wieści. Wydaje się, że nie przetrwa ona do jesieni”. To była rzetelna prognoza, mająca jednak poważną słabość. Rosja w dotychczasowej postaci rzeczywiście miała nie przetrwać wskazanej perspektywy czasowej, ale bliska była przepoczwarzenia się w sposób, którego nikt wówczas nie mógł sobie wyobrazić. Carską Rosję zastąpić miała bolszewicka bestia, która z wolna czaiła się do ataku, aby pożreć dawny porządek i utopić kraj w morzu krwi.
Tymczasem car, jakby nie dostrzegając symptomów rozpadu państwa i nie przeczuwając nadchodzącego niebezpieczeństwa, roił o wielkiej, powojennej Rosji. Niemal w tym samym czasie, kiedy jej upadek wieszczył generał Hoffmann, car Mikołaj II dogadywał się z zachodnimi aliantami w kwestii przyszłych granic. W zamian za zgodę na przyłączenie do Francji Alzacji i Lotaryngii oraz nadanie specjalnego statusu terytoriom w Dolinie Saary uzyskał dla Rosji także deklarację — obok wcześniejszej dotyczącej zagarnięcia Konstantynopola i cieśnin czarnomorskich po zwycięstwie nad Turcją — swobody w określeniu jej zachodnich granic. Takie zachowanie przypominało atmosferę towarzyszącą słynnej uczcie Baltazara; w prostych słowach przedstawił ją Martin Gilbert: „Rosja i jej armia pogrążały się w zamęcie, a rosyjscy władcy wciąż śnili o terytorialnych zdobyczach”. Tymczasem powinni przemyśliwać o sposobach ratunku.
Z pozoru szale wojny się wyrównały. Meksyk nie mógł i nie chciał pomóc Niemcom, Rosja zaś nie stanowiła już pełnowartościowego członka ententy. Tyle że jej władca i niektórzy z jego bliskich współpracowników jeszcze o tym nie wiedzieli.
[…]
Amerykanie bardzo długo wzbraniali się przed przystąpieniem do wojny światowej. Niechęć do wysłania wojsk do Europy w społeczeństwie amerykańskim była tak duża, że przechodzono do porządku nad powtarzającymi się co jakiś czas doniesieniami o zatopieniu kolejnych statków z obywatelami Stanów Zjednoczonych. Ręki do budowania atmosfery nieprzychylnej udziałowi w wojnie przykładała aktywna mniejszość niemiecka. Skandal wywołany depeszą Zimmermanna, a krótko po niej decyzja Niemiec o wprowadzeniu nieograniczonej wojny na morzu otworzyły jednak Amerykanom oczy i spowodowały zmianę w postrzeganiu konfliktu rozgrywającego się w Europie. Byli gotowi do wysłania swoich wojsk za ocean. Możliwość taką absolutnie wykluczał szef sztabu floty cesarskiej admirał Holtzendorff, który zapewnił Kaisera: „Daję Waszej Wysokości słowo oficera, że żaden Amerykanin nie postawi nogi na kontynencie”. Był równie pewien w swoim osądzie rzeczywistości jak hrabia Bernsdorff. I pomylił się w równie dramatyczny sposób.
21 marca 1917 roku resztki cierpliwości Stanów Zjednoczonych ostatecznie się wyczerpały. Tankowiec „Healdon” wraz z dwudziestką amerykańskich marynarzy poszedł na dno na holenderskich wodach, na których była wyznaczona strefa bezpieczeństwa. Dowódca U64 nie uszanował jej i przyczynił się do decyzji prezydenta Wilsona, który zwrócił się do senatu i Izby Reprezentantów o wyrażenie zgody na wypowiedzenie wojny Niemcom. Stało się to 6 kwietnia. W tym momencie armia amerykańska liczyła zaledwie 200 tysięcy ludzi i jedynie jej część od razu mogła wziąć udział w działaniach wojennych.
W kolejnych miesiącach sytuacja ta zaczęła się radykalnie zmieniać i ostatecznie Amerykański Korpus Ekspedycyjny miał się składać z około 2 milionów ludzi, z których ponad 800 tysięcy tworzących ponad 40 dywizji znalazło się na froncie. W porównaniu z armiami aliantów nie były to wielkie siły. Jednak znaczenie kwietniowej decyzji polegało na czymś innym. Amerykański przemysł, wspierający aliantów sprzętem wojennym już od 1915 roku, mógł dość szybko zarzucić Europę wielką ilością różnorakiej broni i w ten sposób wpłynąć na ostateczny wynik Wielkiej Wojny.
