Opublikowano
2014-03-13 18:26
Licencja
Wolna licencja

„Kamienie na szaniec” – reż. Robert Gliński – recenzja i ocena filmu

W przypadku adaptacji „Kamieni na szaniec” można zastanawiać się: czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta? W interpretacji tego filmu można być bowiem zarówno optymista, jak i pesymistą. Oto recenzja filmu, który wzbudził duże zainteresowanie.


Recenzja filmu: „Kamienie na szaniec”
Reżyseria: Robert Gliński
Scenariusz: Dominik W. Rettinger, Wojciech Pałys
Gatunek: dramat, wojenny
Czas trwania: 1 godz. 55 min.
Produkcja: Polska
Data premiery: 7 marca 2014

Ocena naszego recenzenta: 5/10
(jak oceniamy?)

Zośki, Rudego i Alka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Bohaterowie „Kamieni na szaniec” to postacie prawie że mityczne. Dzielni, waleczni, ceniący prawdziwe wartości. Nawet, jeśli ktoś nie czytał powieści Aleksandra Kamińskiego, zwykle kojarzy Szare Szeregi, Mały Sabotaż czy Akcję pod Arsenałem. Nic dziwnego, że na tle tej mitologii narodowej film Glińskiego jawi się jako co najmniej kontrowersyjny.

„Kamienie na szaniec” – film o superbohaterach?

Przez pierwsze dwadzieścia minut można odnieść wrażenie, że ogląda się obraz o superbohaterach, którym wszystko wychodzi – czy to w biały dzień zrzucają z budynków ogromne flagi ze swastyką, czy pod nosem patrolu wieszają kukłę ubraną w niemiecki mundur. Jest ryzyko, jest zabawa, a przy tym można zaimponować dziewczynom. Bohaterowie balansują na krawędzi – i widać, że takie balansowanie ich bawi. Ta początkowa sekwencja trochę przeraża, bo widz bardziej niepokoi się o młodych bohaterów, niż oni o siebie. Jednak w miarę upływu czasu widać na ekranie coraz poważniejsze podejście do sprawy. Większą odpowiedzialność, ale także determinację. Tę zmianę znakomicie ilustruje muzyka Łukasza Targosza. Od gitary i basów, przez sentymentalne „Tango notturno”, aż do typowej muzyki filmowej, uzupełniającej scenerię.

Plusem filmu „Kamienie na szaniec” są aktorzy. Szczególnie wyraźny jest drugi plan – to wprawdzie nic dziwnego, jeśli tworzą go takie nazwiska jak Stenka, Globisz czy Chyra. Szczególnie należy wyróżnić Danutę Stenkę jako mamę Rudego. Scena, w której ogląda z Zośką zdjęcia swojego – już nieżyjącego – syna, jest pełna tragizmu. Nie takiego rozbuchanego, a bardziej subtelnego. Jednak jak na tym tle wypadają młodzi aktorzy?

Świetny poziom prezentuje Tomasz Ziętek jako Rudy. Gra dobrze zarówno jako zwykły chłopak, starający się o względy dziewczyny, i równie dobrze – a może nawet lepiej – jako katowany więzień. Słabiej wypada postać Tadeusza Zawadzkiego i grający go Marcel Sabat. Gra nierówno: w jednej chwili naprawdę dobrze, w następnej – ma minę pewnego aktora, któremu sławę przyniósł „Zmierzch”. Czasami można odnieść wrażenie, że jest zblazowany – nie jest to wierne odtworzenie postaci z książki. I tu, mówiąc o lekturze, trzeba wspomnieć o minusach filmu.

Kiedy widzimy plakat filmowy z tytułem: „Kamienie na szaniec”, od razu myślimy: Zośka, Rudy i Alek. I tu pojawia się problem – reżyser pomyślał tylko: Zośka i Rudy. O trzecim z bohaterów, wydaje się, Gliński zapomniał. Wprawdzie pojawia się, ale jako postać dalekiego planu – z pewnością więcej osób zapamięta pracownika Wedla, niż trzeciego przyjaciela. Alek ginie w akcji pod Arsenałem, ale i tu reżyser nie pozwala zatrzymać się nad jego postacią na dłużej. Nie wiemy o tym, czy miał dziewczynę – w przeciwieństwie do Zośki i Rudego.

I tu pojawia się kwestia dziewczyn. Zarówno Tadeusz, jak i Jan mają swoje „sceny miłosne”, które mogą być wabikiem na młodzież gimnazjalną. Partnerujące panom Sandra Staniszewska i Magdalena Koleśnik wypadają nieźle – szczególnie ta pierwsza, jako dziewczyna Zośki. Zapada w pamięć scena ich ostatniego spotkania. Rozlane czerwone wino nie wróży nic dobrego dla zakochanych. Stanowi subtelny zwiastun końca pozornego szczęścia. Spotkałam się z opiniami, które mówią, że do filmu dodano partnerki chłopaków, aby pokazać, że członkowie „Szarych Szeregów” też wiedli zwykłe życie. Kochali, bawili się, kłócili. Jednak po obejrzeniu filmu nie można oprzeć się wrażeniu, że dziewczęta dodano kosztem Alka, który – jakby nie patrzeć – jest istotną postacią w książce.

Denerwuje w filmie praca kamery. Często, aby dynamizować akcję, reżyser stosuje krótkie ujęcia, które kręcone są z dość ekscentrycznych perspektyw. W najlepszym wypadku widz nie zrozumie, o co w scenie chodzi, w najgorszym – wyjdzie z kina z okropnym bólem głowy. Trzeba jedna oddać, że w filmie jest kilka sekwencji, które z pewnością zapadną w pamięć. Przede wszystkim sceny rozstrzelania Polaków po akcji pod Arsenałem. Znakomicie udało się oddać ładunek emocjonalny tych wydarzeń i, mimo ogromnego dramatu, niosą za sobą nadzieję.

Mówi się, że każde pokolenie ma swoją adaptację. Tegoroczna adaptacja „Kamieni na szaniec” z pewnością skierowana jest do gimnazjalistów, czyli potencjalnych czytelników lektury. Jest bardzo efektowna, głośna, momentami wręcz „hipsterska”. Widać w filmie konflikt na linii starzy-młodzi, który rozbrzmiewa również dzisiaj. Najwyraźniej Gliński próbował interpretować postaci przez pryzmat myślenia dzisiejszej młodzieży. Dobrze, jeśli gimnazjaliści po obejrzeniu filmu zdecydują się sięgnąć po książkę i zweryfikować pewne fakty. Jeszcze lepiej, jeśli zapamiętają, że Zośka to bohater męski. Jednak film niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo, że gimnazjaliści do lektury już nie sięgną, a z filmu wyniosą przekonanie, że z głównych bohaterów istniał tylko Tadeusz i Jan. Niestety, adaptowanie lektury szkolnej jest obarczone ogromną odpowiedzialnością.

Czy „Kamienie na szaniec” mogą być traktowane jako zapowiedź pewnych nowości, których świadkiem będzie polska kinematografia w tym roku? Z ciekawością będę obserwowała, co przyniosą nowe filmy o II wojnie światowej, a sądząc po zwiastunach przed filmem Glińskiego – w tym roku takich obrazów będzie całkiem sporo.

Zaciekawiła Cię recenzja filmu „Kamienie na szaniec”? Zobacz też inne recenzje w naszym serwisie!

Redakcja i korekta: Agnieszka Kowalska

Polecamy książkę: „Historia. Poradnik maturalny”

Autorzy: Sebastian Adamkiewicz, Karolina Sikała
„Historia. Poradnik maturalny”

redaktor: Michał Świgoń

Format: 135×200

Stron: 160

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-62329-12-0

4,9 zł

(e-book)
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Adam |

Film słaby. Nie oddaje wcale klimatu stworzonego w książce a bohaterowie są na nowo stworzeni przez reżysera w myśl -namieszam to będzie dużo hałasu. Tytuł filmu powinien brzmieć inaczej, tak by filmowa historia nie była tu nawet przez chwilę utożsamiana z tą książkową. Ten film to przykład jak można zepsuć nawet najlepszy fundament.



Odpowiedz

Gość: Śmiech |

"Pan rezyser usiłuje dowieść, że niesamowita karność, dyscyplina i poszanowanie Ak-owskiego rozkazu były im obce, a to właśnie te cechy były dla nich najważniejsze! " Ja mam szczerą ogromną prośbę do wszystkich piszących. Co i rusz przy ocenianiu sensu wybuchu powstania warszawskiego podaje się argument, że jakoby nastroje ówczesne wśród młodzieży AK-owskiej były tak podgrzane, że nawet gdyby dowództwo rozkazu nie wydało, powstanie wybuchłoby spontanicznie. Z drugiej strony co i rusz też słyszę- a widzę to choćby u pana Gościa- że ówczesna młodzież po szkole harcerstwa dalece odbiegała od dzisiejszej (vide- cały wpis powyższy) i nigdy nie zrobiłaby niczego dla tromtadractwa i bez rozkazu. Może ktoś mi ten dylemat spróbuje rozstrzygnąć, bo mam wrażenie, że obu tych twierdzeń pogodzić się jednak nie da...



Odpowiedz

Gość |

Takiej tandety - ze świecą szukać. Panie rezyseze, panie razyseze - nic pan nie zrozumiałeś z tamtych czasów. Trzeba było, ja wiem? sfilmować Plastusiowy Pamiętnik, albo Sierotkę Marysię... Chłopcy przedstawieni są jako banda rozwydrzonych dzisiejszych półgłówków, biegających bez ładu i składu po Warszawie, zrywających flagi, wybijających szyby, ot tak, dla draki. To nic, że wywodzili się z przedwojennego harcerstwa, gdzie karność, dyscyplina i braterstwo były motorem wychowania młodzieży. Gdzie NIC nie działo się na pokaz, że większość z akcji Małego Sabotażu była przemyślana, zaplanowana, że każda samowola była piętnowana, bo mogła narazić SS na niewyobrażalne straty. Scena przed akcją pod Arsenałem, gdy Zośka mówi 'wiecie co to oznacza' - w domyśle mamy w dupie to co powie dowództwo i tak odbijemy Rudego - jest całkowicie nieprawdziwa! Pan rezyser usiłuje dowieść, że niesamowita karność, dyscyplina i poszanowanie Ak-owskiego rozkazu były im obce, a to właśnie te cechy były dla nich najważniejsze! Wkraczali w dorosłą walkę z Niemcami, z bronią w ręku, wśród swojej harcerskiej braci, gdzie nie do pomyślenia było postępowanie na własną rękę! Zawsze i wszystko dla dobra ogółu. Takich "prawd" w tym paszkwilu jest więcej - to Zośka powiedział chłopcom, że Rudego nie ma w więźniarce, niezgoda na akcję z powodów ojca Zośki - bzdura, Orsza przedstawiony jest jako kabotyn i bez mała tchórzliwy zagubiony facet. On, naczelnik od jesieni 1943 SS! Śmierć Zośki wreszcie, z jaką skrzywioną psychiką musi być facet, który TO wymyślił. Nie lepiej było sfilmować co tak naprawdę się stało i co ta śmierć oraz śmierci Alka i Rudego znaczyły dla tych chłopców, dlaczego potem ich imieniem nazwano batalion, kompanię, pluton? Nie wiem ile trzeba mieć złej woli, ażeby nakręcić taki paszkwil, ale temu panu się udało. Tandeta, tandeta i jeszcze raz tandeta.



Odpowiedz

Gość: WS |

Niestety ale reżyser podobnie jak jego wielbiciele nie zrozumiał tamtych czasów... Nie zrozumiał dlaczego po śmierci 3 przyjaciół ich koledzy nazwali batalion Zośka, kompanię Rudy pluton Alek... Bo czyż można jeszcze dziś zrozumieć czym jest przyjaźń. Przyjaźń w obliczu zagrożenia. To by udowodnić, że to byli normalni chłopcy nie potrzeba przenosić ich do czasów kulturowo obecnych.



Odpowiedz

Gość |

Jestem gimnazjalistką i ostatnio razem z klasą mieliśmy sposobność obejrzenia tego filmu. Szczerze powiedziawszy z kina wyszłam rozczarowana... Gra aktorska mnie nie ujęła, a nawet przeciwnie - uważam, że to był słaby punkt filmu. Aktor grający Zośkę był nudny i nieważne jak dramatyczną odgrywałby scenę, z moich oczu łzy by nie popłynęły. Naprawdę kiepski jest jego aktorski warsztat. Rudy grał zdecydowanie lepiej, ale jak na złość musiała znaleźć się kolejna wada - pominięcie Alka. Gdy został on ranny na polu walki, reżyser porzucił go zupełnie. Podczas trwania filmu zawsze widzieliśmy Rudego i Zośkę na pierwszym planie, a Alek - który w książce był traktowany na równi z pozostałą dwójką - wałęsał się gdzieś z tył. Wielka szkoda. Nie wiem dlaczego reżyserowi wydał się nieatrakcyjną postacią, a przynajmniej nie na tyle, by dać mu jedną z głównych ról. Chwilami film przypominał mi historię amerykańskich superbohaterów i to nie jest z całą pewnością pochwała. Sceny erotyczne uważam za wysoce zbędne - każdą z tych bezsensownych chwil można było wypełnić jakimś porządnym i inteligentnym dialogiem. Czułam się tak, jakby ktoś na siłę wkleił w tym miejscu momenty z jakiegoś innego filmu. Ogółem słaby film, ale patrząc na poziom polskiej kinematografii oceniam go jako dobry.



Odpowiedz
Agata Łysakowska

Studentka Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się historią nowożytną (ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Pomorza Zachodniego), a także historią filmu. Jest również miłośniczką kultury hiszpańskiej.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org