Opublikowano
2009-03-23 23:49
Licencja
Prawa zastrzeżone

Katherine Ashenburg – „Historia brudu” – recenzja i ocena

Natknąwszy się przypadkiem w księgarni na książkę zatytułowaną „Historia brudu” od razu przypomniałam sobie sam początek „Pachnidła” Süskinda – o tym, że w XVIII wieku miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych smród. Myśl ta wywołała szereg dalszych wyobrażeń: jak ludzie wytrzymywali wzajemne towarzystwo myjąc się raz do roku, jak musiały pachnieć ulice, na które kilka razy dziennie wylewano nocniki, wreszcie, skąd się wzięła w społeczeństwie, i to we wszystkich jego warstwach, ta paniczna obawa przed kąpielą? Co sprawiło, że z tego strachu przed czystością nagle znaleźliśmy się w epoce ekstremalnego lęku przed brudem? Mając te wszystkie pytania w głowie sięgnęłam po książkę Pani Ashenburg, chcąc znaleźć w niej choć część odpowiedzi. Znalazłam je, i jeszcze dużo, dużo więcej.


Autor: Katherine Ashenburg
Tytuł: Historia brudu
Wydawnictwo: Bellona
Data wydania: marzec 2009
ISBN: 978-83-11-11461-6
Format: 165 × 24
Oprawa: miękka
Liczba stron: 264
Cena: 39 zł

Ocena naszego recenzenta: 9/10
(jak oceniamy książki?)

Faktem jest, że o tej książce zrobiło się ostatnio dość głośno. Nawet nie z powodu autorki, w której dorobku jest to dopiero trzecia publikacja książkowa (a pierwsza wydana w Polsce), ale raczej z powodu dość kontrowersyjnego tytułu, dokładnie oddającego zawarte w książce treści. I choć w kraju mamy już przetłumaczonych kilka dzieł zagranicznych z zakresu historii ciała, higieny czy brudu (jak choćby „Historia ciała w średniowieczu” Le Goffa i Truonga czy „Czystość i brud” Vigarellego) to jednak praca Katherine Ashenburg jest chyba pierwszą, która porusza zagadnienie tak bardzo przekrojowo – od starożytności po czasy współczesne. I to pomimo faktu, że sama autorka historykiem nie jest, a jedynie dziennikarką z aspiracjami do publicystyki popularnonaukowej. A wiadomo jak to jest z pracami tak bardzo rozległymi czasowo – w tym wypadku Pani Ashenburg należą się brawa za dobór źródeł (jest to na równi literatura piękna, filozoficzna, dzienniki i pamiętniki) i opracowań, nie tylko stricte historycznych, artykułów bardziej lub mniej naukowych, raportów etc. Wszystko to sprawia, że „Historia brudu”, tak solidna w swoich podstawach merytorycznych, zaczyna mieć dla nas wartość bardziej naukową, niż popularną.

O przystępności, profesjonalizmie i potwornych łaziebnych

Konstrukcja treści książki jest chronologiczna i łatwo zrozumiała. Przejrzystość materiału jest naprawdę pomocna, tak samo jak umieszczanie obfitych przypisów, co przecież nie jest zjawiskiem częstym w publikacjach typu popularnonaukowego. Brakuje tylko podrozdziałów, które pozwoliłyby nieco porządkować materiał, zwłaszcza że podejście do higieny ewoluowało często nawet w okresie stulecia. Choć autorka doskonale prowadzi wątek, nie bawiąc się w rozległe i nic nie wnoszące do tematu dygresje, to jednak częste przemiany w traktowaniu czystości i brudu wprowadzają nieco chaosu, kiedy próbujemy sobie po chwili przypomnieć np. kiedy zaczęto używać mydła, pisuaru, kiedy dokładnie przeskoczono z niemycia się do mycia się przesadnego i jakie były ku temu powody. Nie stanowi to oczywiście minusu książki, a jedynie jakiś drobny mankament, podejrzewam, że do nadrobienia w przyszłych wydaniach.

Trzeba również zaznaczyć, że „Historia brudu” jest nie tylko ładnie wydana, korzystna cenowo, ale również napisana we wciągający, fachowy sposób. Bo i ciekawy wstęp, i wyczerpująca bibliografia, i przypisy, i kilkadziesiąt kolorowych ilustracji. Interesujące są również marginalia, a więc niejako nowinki wybrane z najróżniejszych źródeł (które jest zawsze podane), co prawda pozbawione kontekstu w tekście, ale bardzo intrygujące, żeby przytoczyć dla przykładu treść graffiti z I w. n.e.: Byli tu (tzn. w termach) dwaj kompani, i trafiwszy na potwornego łaziebnego imieniem Epafroditus, w sam czas wyrzucili go na zbity pysk na bruk. Potem z największą rozkoszą strwonili 105 ½ sesterców na ruchanie. Albo portret prawdziwego Wersalu: Nowe rozporządzenie wydane na krótko przed śmiercią Ludwika XIV w 1715 roku nakazywało usuwanie raz w tygodniu fekaliów z pałacowych korytarzy.

Człowiek (brudny albo czysty) lustrem epoki?

Nie tylko temat zainteresowań autorki, ale też samo podejście Katherine Ashenburg do niego jest dość innowacyjne. Otóż, stara się ona przedstawić czytelnikowi dowody na to, że podejście do czystości jest stricte wpisane w sposób myślenia człowieka ulokowanego w danym społeczeństwie, że pojęcie czystości i brudu stanowi wytwór kulturowy ciągle poddawany ewolucji, a więc każda epoka i każda kultura czy nawet warstwa społeczna miała inne, czasami wręcz skrajne, podejście do higieny. I to jest właśnie innowacyjne – potraktowanie historii higieny nie tylko jako zachwytu nad greckimi i rzymskimi łaźniami, odrazy do nigdy nie myjącego się średniowiecznego ascety czy równie brudnego XVII-wiecznego arystokraty, nie tylko jako pojawienia się mydła, bidetu czy nici dentystycznej, ale właśnie jako ewolucję społeczeństwa, którą kształtowały przede wszystkim medycyna, religia i rozwój cywilizacyjny.

Wnioski te są tym bardziej warte uwagi, że książka, będąca kompilacją przekrojową przez wszystkie epoki historyczne, jest merytorycznie i faktograficznie równomierna. Pani Ashenberg równie dobrze radzi sobie w arkanach rzymskich term, budując ich obraz nie tylko na podstawie pozostałości architektonicznych, ale wyłuskuje także podejście do higieny z mitologii (z charakterystycznym dla niej humorem nazywa Odyseusza niezwykle czystym, ponieważ Grecy mieli w zwyczaju kąpać się przed wyruszeniem w każdą podróż i po przybyciu na miejsce) czy w traktatach starożytnych filozofów (jak choćby cytat z Marka Aureliusza: Czym ci się zdaje kąpiel: oliwa, pot, brud, woda zepsuta, zgnilizna) oraz w literaturze pięknej (soczyste fragmenty owidiuszowej „Sztuki kochania”). I tak, jak solidnie skonstruowana jest część starożytna, tak każda następna, czy nowożytna, czy współczesna, ciężko więc wskazać, który zakres chronologiczny jest najsłabszy, bo chyba żaden rozdział nie pozostawia po sobie uczucia niedosytu. Nawet dla czasów obecnych autorka skonstruowała rozdział („Domowe sanktuarium. Od roku 1950 do dziś”) oparty nie tylko na własnym doświadczeniu i ogólnie znanej wiedzy, ale dobierając do niego szereg opracowań i „źródeł” (cudzysłów, ponieważ nazywanie współczesnych reklam, literatury czy artykułów z prasy źródłami jest dość kontrowersyjne) i umieszczając na tych kilkudziesięciu stronach prawie pięćdziesiąt przypisów – prawda, że wiele, jak na pracę tylko popularnonaukową? I właśnie ten dobór źródeł wprawił mnie w zachwyt, bo oprócz pozycji raczej standardowych (jak wspomniany Owidiusz, „Powieść o róży”, „Pamiętniki” Casanovy czy „Emil…” Rousseau) autorka z dzienników i listów nowożytnych czy dziewiętnastowiecznych wynalazła takie fragmenty, które zdumiewają nas szczerością w kwestii higieny. Dopiero po tej lekturze zdałam sobie sprawę, skąd w późnym średniowieczu wziął się wstręt do używania wody i zażywania kąpieli, który pokutował aż do początków XIX wieku. Bo tak jak pierwsi chrześcijanie kojarzyli mycie się jako grzeszną przyjemność, tak w XIV wieku stwierdzono „naukowo”, że winowajcą dżumy, trawiącej cyklicznie miliony istnień ludzkich, są głównie gorące kąpiele, wywierające niebezpiecznie rozpulchniający i osłabiający skutek na ciało. Pod wpływem gorąca i wody w skórze otwierały się pory, przez które zaraza łatwo przenikała do organizmu. Tak więc uznano, że brud tworzy na ciele idealną powłokę, która zatyka owe pory i która stanowi idealne zabezpieczenie przed wszelkimi chorobami. Przeświadczenie to było tak silne, że w XVII wieku zmiana bielizny przestała być namiastką kąpieli, stała się od niej czymś lepszym, bezpieczniejszym, bardziej niezawodnym. Bo chyba dość trudno jest nam sobie wyobrazić pełen przepychu dwór królewski, pełen arystokratów i eleganckich dam, kunsztownych strojów i wystawnych bankietów, który niesamowicie śmierdział, mówiąc trywialnie, odorem spoconych, niemytych od kilku miesięcy ciał ludzkich.

Książka „nie dla idiotów”

Książka Katherine Ashenberg urzekła również szacunkiem, jakim autorka darzy swojego czytelnika. Bo mimo tego, że język i styl jest raczej prosty, a już na pewno (dzięki Bogu!) nie hermetyczny, nie mamy uczucia, że traktuje się nas jak pół-idiotów – Pani Ashenberg, tak jak nie tłumaczy prostych i wszystkim wiadomych faktów czy procesów, tak samo nie stroni od użycia jakiejś łacińskiej nazwy czy cytatu w oryginale. Wszystko jest jakby idealnie wyśrodkowane, a już na pewno przemyślane. Chwali się również, że książka ta nie stanowi tylko zbioru luźnych i pozbawionych kontekstu historycznego ciekawostek (z zakresu tych odpowiednich do rzucenia w towarzystwie), ale raczej z powodu tematu, jakim jest brud, wszystkie te treści zdumiewają i zastanawiają, i nawet powszechnie znane wydarzenia oglądane pod kątem podejścia do czystości i higieny wydają się mieć jakby zupełnie inny oddźwięk.

Dziewięć punktów, które przyznałam „Historii brudu” wydaje mi się więc być oceną na wskroś adekwatną w odniesieniu do kawałka porządnej literatury, jaką autorka nam zaserwowała. Bo, jak wspomniałam, jest to jedna z niewielu pozycji popularnonaukowych, która jednocześnie zachwycają, wywołują zdumienie, urzekają, a jednocześnie bardzo wzbogacają w ogrom wiedzy, raczej trudnodostępnej i takiej, którą w innym wypadku byłoby trzeba wyłuskiwać między słowami z opracowań bardziej ogólnych, poświęconych zagadnieniom życia codziennego. I chociaż książka ta nie jest pozbawiona mankamentów (raczej niewielkich, jak choćby nazywanie Ibrahima ibn Jakuba dyplomatą) czułabym się niesprawiedliwie, dając „Historii brudu” choćby jeden punkt mniej.

Książka trafiła do księgarń 5 marca 2009 roku. Jednym z jej patronów medialnych jest „Histmag.org”.

Książkę można zakupić w księgarni internetowej wydawnictwa Bellona S.A.

Zredagował: Kamil Janicki


Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Gość: Agata Niegowska |

hej, ochrona dóbr kultury to w sumie taka historia sztuki pod kątem praktycznym, u nas są trzy specjalizacje, ja jestem na muzealnictwie, a więc poza historią sztuki sensu stricto mamy mnóstwo zajęć praktycznych, od opisów inwentarzowych przez funkcjonowanie muzeum jako instytucji po opisy architektury w plenerze. dosyć ciekawe, choć jesteśmy pierwszym rocznikiem na tym kierunku i wiele spraw wychodzi dopiero w praniu, nie wszystko jest dogadane, ale i tak bardzo interesujące, może nie przyszłościowe, ale studiowanie tego daje naprawdę dużą frajdę :D pozdrawiam!



Odpowiedz

Gość: Anna Nowakowska |

Zainteresował mnie kierunek studiów: ochrona dóbr kultury. A czego tam można się dowiedzieć?



Odpowiedz
Agata Niegowska

Studentka historii na Uniwersytecie Jagiellońskim i ochrony dóbr kultury na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Od maja 2009 stała publicystka „Histmaga” i członek rady merytorycznej.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org