Autor: Przemysław Mrówka
Tagi: Opinie, Historia polityczna, Historia współczesna, Bliski Wschód i Afryka Północna
Opublikowany: 04 września 2013
Licencja:wolna licencja

Konflikt na Bliskim Wschodzie: o co w nim chodzi?

Syria, Iran, Egipt, Palestyna i reszta państw to w zasadzie chodzące ogniska kryzysów dyplomatycznych. A z biegiem czasu jest coraz gorzej.

Zobacz też: Bliski Wschód - miejsce starcia cywilizacji? [historia, artykuły, publicystyka]

Czy wiedzą Państwo, jaki jest szczyt okrucieństwa? Nie najechanie kursorem na Pajacyka i niekliknięcie, nie wystraszenie strusia na betonie ani nie przebijanie oczek w rosole. Szczyt okrucieństwa to wysłanie młodego dyplomaty na placówkę na Bliskim Wschodzie i polecenie mu przygotowania referatu o sytuacji politycznej wraz z prognozą. Sieć powiązań między bliskowschodnimi państwami i zaangażowanymi tam krajami z reszty świata to ewenement na skalę globu. Wzajemnie popierające się i zwalczające postacie, grupy, partie, organizacje oraz wtykające palce między drzwi i futrynę państwa zarówno zachodnie, jak i wschodnie - wszystko to rozrysowane przypomina nieco kłębek wełny po dniu sam na sam z psotnym kociakiem. Czy w ogóle da się rozwikłać ten problem? Jak wiadomo, sprawdzonym sposobem na węzły gordyjskie jest cięcie mieczem, w tym wypadku jednak oznaczałoby to wojnę, prawdopodobnie atomową, czego raczej wolelibyśmy uniknąć. Spróbujmy więc, zanim weźmiemy się do naprawiania świata, chociaż rozgryźć, kto jest za kim.

Czas na pierwszą aspirynę.

Kto popiera Bashara al-Assada?

Baszszar Al-Asad (fot. Fabio Rodrigues Pozzebom / Agência Brasil, na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Brazil)
Dlaczego zaczynam od niego? Bo od czegoś muszę, a ten kłębek nie ma nici, od której można zacząć. Startujemy więc od środka i natrafiamy na Iran, Rosję i Hezbollah, wspierające prezydenta Syrii. Mówimy o czynnikach zewnętrznych, bo, według szacunków NATO, poparcie wewnętrzne dla Assada oscyluje w okolicach 70% populacji. Syria z Iranem dobrze dogadują się od lat ’80 i są dowodem, że nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Zbliżenie syryjsko-irańskie było efektem strachu przed reżimem Saddama Huseina, Izraelem i Stanami Zjednoczonymi i twardo trwa, przybierając bardzo wymierne formy: przykładowo, jak podaje Reuters, 3,6 miliardów dolarów kredytu na zakup ropy. Przy nałożonym na Iran embargu są to koszmarne pieniądze, jednak konieczne. Tracąc Syrię, Teheran utraci jedynego sojusznika przeciw USA i Izraelowi, z którym jest w stanie się dogadać, a na dokładkę utrudni mu to kontakty z bazami Hezbollahu w Libanie, które zaopatruje

O poparciu Rosji wobec Assada i jego formach już pisaliśmy. Skąd się ono bierze? Wbrew temu, co piszą niektórzy komentatorzy, Kremlowi nie chodzi o granie Zachodowi na nosie, a nawet jeśli, to nie jest to główna motywacja. Rosja ma alergię na Bliski Wschód jeszcze od czasu Afganistanu i obawia się każdego czynnika, który mógłby pogłębić destabilizację. Assad taką stabilizację gwarantuje o wiele bardziej niż hipotetyczny przywódca wyłoniony spośród rebeliantów. Na dobitkę Rosja jest w Syrii mocno zaangażowana finansowo, głównie, rzecz jasna, w handlu bronią: Syria kupuje rosyjskie myśliwce, amunicję, zestawy rakietowe ziemia-powietrze i jest całkiem chłonnym rynkiem. Po trzecie zaś: Tartus. Od czasów Piotra I Rosja jest głęboko nieszczęśliwa z powodu braku wygodnego dostępu do światowego panoceanu. Jedyne ciepłe morza Rosji przydatne pod względem handlowym to morza Bałtyckie i Czarne. Pierwsze jest zablokowane przez Cieśniny Duńskie, zaś drugie przez Bosfor. Ale Flota Czarnomorska dysponuje czymś, co podwyższa bez porównania jej możliwości operacyjne - bazą pomocniczą w Tartusie. Jest to jedyna baza floty rosyjskiej w akwenie Morza Śródziemnego, flota Bałtycka nie dysponuje niczym analogicznym. Jeśli Rosja utraci Tartus, utraci jedyny, niewielki przyczółek poza cieśninami. Co cofnie ją całkowicie poza Bosfor.

Sojusz między Syrią a Hezbollahem też jest raczej wiekowy i opiera się na obawie przed Izraelem. W zamian za sprzęt, pieniądze i kanały przerzutowe do Iranu Hezbollah rewanżuje się straszeniem i odciąganiem Tel-Avivu oraz działaniami mającymi na celu zdobycie dla Syrii poparcia Libanu.

A dlaczego ma to poparcie dopiero zdobywać? Ponieważ Liban wcale Syrii nie kocha. Dopiero w latach 2008-2009 oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne po dekadach wzajemnego zwalczania się. Dopiero w 2005 Syria wycofała wojska z części okupowanego przez nią terytorium Libanu, a Bejrut pamięta o tym bardzo dobrze. Tak samo jak o niewyjaśnionym wciąż zabójstwie premiera Rafiqa al-Haririego, o które bardzo mocno podejrzewa się Syrię. Nawiasem mówiąc, skoro już zaczęliśmy temat, przyjrzyjmy się, kto jeszcze nie lubi al-Assada

Ulubieni wrogowie Syrii

Skoro więc wiemy już, kto popiera al-Assada, popatrzmy, kto go zwalcza. Liban zachowuje raczej „nieprzychylną neutralność”, co innego Izrael, USA, państwa zachodnie, państwa Zatoki Perskiej, Bractwo Muzułmańskie, Turcja, Hamas… W sumie można powiedzieć, że wszyscy. Aż dziw, że al-Assad jeszcze żyje a po stronie wojsk rządowych nie pozostał jedynie wypalony krater…

Izrael ma na pieńku z Syrią od momentu swego powstania, tak samo, jak z każdym państwem arabskim na Bliskim Wschodzie. Nie ma co tu się rozpisywać. Motywacja USA także jest jasna: wspieranie Izraela i ropa. USA dość paskudnie wmanewrowały się w ciągnięcie schedy po Imperium Brytyjskim, różnica jest jednak taka, że Zjednoczone Królestwo, jak przystało na doświadczone mocarstwo kolonialne, wiedziało, jak sobie radzić z Arabami, natomiast Stany Zjednoczone były na tym polu nowicjuszem, do tego nie dysponującym żadnymi predyspozycjami do piastowania tej roli. Brytyjczycy potrafili odnaleźć się w świecie arabskim, czego dowodem niech będzie to, że jako jedynym od czasów Aleksandra Wielkiego, niemal udało im się zawojować Afganistan. Głównie dlatego, że potrafili działać w ramach zastanej konstelacji politycznej - mówiąc wprost, grali na zasadach znanych lokalnej władzy. A Amerykanie, z finezją młota parowego, zmieniają zasady na swoje, dowodząc, że w polityce zagranicznej neokonserwatyzm dobrze się trzyma zarówno u republikanów, jak i u demokratów. Dopóki nie wyciągną nauki ze swoich dotychczasowych problemów, Bliski Wschód stanie się dla Waszyngtonu czarną dziurą, w której będą znikały pieniądze, żołnierze i poparcie społeczne. Konieczność popierania jedynego zachodniego państwa w okolicy, Izraela, podyktowana zarówno rachunkiem zysków i strat, sprzęga się tu z mocnym w USA lobby żydowskim, któremu na sercu leży dobro państwa ich krajanów.

Husni Mubarak i Beniamin Netanjahu, Barack Obama i przywódca Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas w czasie bliskowschodnich negocjacji pokojowych w Waszyngtonie, 2010 r. (fot. Pete Souza, Biały Dom).

Nie wszystkich udało się jednak USA zniechęcić do siebie. Popierają je tzw. „państwa Zatoki”. Za tym terminem kryją się kraje położone na południe i zachód od Zatoki Perskiej: Bahrajn, Kuwejt, Oman, Katar, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Albo, inaczej patrząc, jedna trzecia państw OPEC i zarazem ta najprężniej działająca, bowiem na cztery pierwsze pod względem produkcji ropy naftowej kraje trzy to państwa Zatoki: Arabia Saudyjska, ZEA i Kuwejt. Innymi słowy, USA popierają całkiem silne kraje, zarazem zwalczające Syrię. Ale dlaczego w zasadzie one tę Syrię zwalczają? W sumie to nie ją, ale Assada. A dlaczego? Bo ten popiera Iran. Rozbicie więzi między Damaszkiem i Teheranem pozwoli państwom Zatoki na sięgnięcie swoimi wpływami na cały Bliski Wschód, ze szczególnym uwzględnieniem Libanu, z którym Arabię Saudyjską zawsze łączyły ciepłe stosunki, ugruntowane przez Rafiqa al-Haririego (O jego śmierć Saudyjczycy również oskarżają Syrię) oraz Irakiem. Dlatego al-Assada trzeba się pozbyć.

Idźmy dalej. Bractwo Muzułmańskie. Na początek zaznaczmy, że nie pojawiło się ono teraz, niczym Atena z głowy Zeusa. To stara organizacja, jedna z najstarszych na Bliskim Wschodzie, założona w 1928 roku przez Hassana al-Bannę, zrzeszająca sunnickich fundamentalistów. Co zaś do ich celu… byli uprzejmi wszystko wyłożyć wprost w swoim motcie: Allah jest naszym celem. Prorok naszym przywódcą. Koran naszym prawem. Dżihad naszą ścieżką. Śmierć na ścieżce Boga jest naszą jedyną nadzieją. Mówiąc delikatnie, nie mój pierwszy typ przy szukaniu sprzymierzeńca, gdybym był zachodnim, demokratycznym i chrześcijańskim (choćby w ogólnych zarysach) krajem. Ale widać nad Potomakiem siedzą tęższe niż moja głowy, ustalając politykę zagraniczną, więc USA sprzymierza się z Bractwem, by obalić al-Assada. No dobrze, ale dlaczego Bractwo w ogóle chce obalać al-Assada? Zasadniczo z zemsty. 16 czerwca 1979 roku Bractwo podniosło powstanie przeciw ojcu Baszara al-Assada, Hafizowi. Niestety dla nich, paskudnie się przeliczyli i, mimo szeroko zakrojonej akcji terrorystycznej, powstanie przegrali. W efekcie cały syryjski odłam Bractwa został z kraju z hukiem wyrzucony. Gdy więc w Syrii niepokoje przerodziły się w wojnę domową, Bractwo z ochotą wykorzystało okazję, by wrócić. Fakt, że znienawidzony przez nich ród al-Assadów, z Baszirem włącznie, to alawici, a więc niewierni, jest dla Bractwa przyjemnym dodatkiem.

Demonstracja poparcia dla Hamasu w Damaszku, grudzień 2008 r. (fot. Thephotostrand, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution 2.0 Generic).
W tej barwnej koalicji znajdziemy jeszcze jedną organizację terrorystyczną: Hamas. Moment, przecież Syria zawsze wspierała Hamas, znajdowały się tam ich obozy szkoleniowe i kanały przerzutowe broni oraz ludzi. Prawda? Prawda. Jest tylko pewien mały problem: Hezbollah. Kiedy w Syrii zaczęły się problemy, Hamas zaczął się wycofywać z tego kraju. Ewakuowano obozy i działaczy, rozpoczęto przygotowania do przerzucenia centrów decyzyjnych organizacji na czele z Khaledem Meshalem, przywódcą Hamasu. Ewakuacja ta była podyktowana chęcią zachowania neutralności, bowiem jedynym, z czym walczyć powinien Hamas, jest Izrael. W tym momencie jednak spotkała ich niemiłą niespodzianka: ich wieloletni partner i sojusznik, Hezbollah, zaangażował się po stronie al-Assada. Hamas odebrał to jako zdradę nadrzędnego celu, czyli wytarcia Izraela z mapy regionu i wypowiedział wojnę zarówno byłemu sojusznikowi, jak i popieranemu przezeń rządowi syryjskiemu. Tłumaczenie jest niezłe, ale dla mnie, osobiście, niewystarczające. Okazuje się, że faktycznie, kiedy poszukać głębiej dowiemy się, że Hamas działa aktualnie na petrodolarach z państw Zatoki, sam Katar obiecał mu w zeszłym roku 400 milionów dolarów na odbudowę Strefy Gazy. To już są pieniądze, za które można się zastanowić nad wbiciem noża w plecy sojusznikowi.

Turcja. Tu sprawa jest jasna: Syria może ze strony Turcji liczyć na ciągłą, troskliwie pielęgnowaną niechęć. Datującą się jeszcze na 1939 rok, kiedy doszło do konfliktu między obydwoma państwami o Republikę Hatay. Przyznana Turcji, stała się zarzewiem ciągnącego się po dziś dzień konfliktu. Uległ on spotęgowaniu podczas zimnej wojny, kiedy to licząca na odzyskanie Hatayu Syria znalazła się w orbicie wpływów ZSRS, w opozycji do prozachodniej Turcji, która nie tyle popiera rebeliantów, co wykorzystuje okazję, by utrzeć nosa uprzykrzonemu sąsiadowi.

Jak na razie wszystko jest jasne, a moje żarty o aspirynie wydają się mocno na wyrost. Wszystkich rozczarowanych uspokajam: dopiero po tym wstępnym zarysowaniu sytuacji mogę przystąpić do prawdziwego komplikowania. Po pierwsze, zapomniałem o jeszcze jednej organizacji: al-Kaidzie. Która występuje przeciw „Partnerowi Ameryki w wojnie z islamem” i wspiera syryjskich rebeliantów. Ramię w ramię z Ameryką.

Faraonowie są zdumieni

O wydarzeniach w Egipcie jest równie głośno. Wszyscy zachwycają się Arabską Wiosną, obaleniem dyktatury Muhammada Husniego as-Sajjida Mubaraka (dla ceniących zwięzłość: Hosniego Mubaraka) i wprowadzenia demokracji… Stop. Po pierwsze, głównym ugrupowaniem opozycyjnym było… Bractwo Muzułmańskie. Dość otwarcie zwalczające wpływy zachodnie, w tym demokrację. Po drugie, jedyny człowiek, który faktycznie dawał nadzieję na demokrację w Egipcie, czyli Muhammad al-Baradai, były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i laureat Pokojowej Nagordy Nobla w 2005 jest aktualnie oskarżony o zdradę i czeka na proces. Po trzecie, kiedy Bractwo Muzułmańskie już wsadziło na fotel prezydencki swojego człowieka, Muhammada Mursiego Isa al-Sajjata, to zaczął on sobie tak jednoznacznie poczynać, że Bractwo musiało się wycofać z poparcia i doszło do zamachu stanu. Teoretycznie następcą Mursiego został Adli Mahmud Mansur, prezes Najwyższego Sądu Konstytucyjnego. Teoretycznie to w tym wypadku słowo klucz. Zamach przeprowadziła tradycyjna siła postępowa w XX-wiecznej historii Egiptu, czyli wojsko. Nikt nie ma wątpliwości, że Mansur jest w istocie marionetką, której sznurki pociąga generał pułkownik Abd al-Fattah Sa’id Husajn Chalil as-Sisi, głównodowodzący Egipskich Sił Zbrojnych. Największych w Afryce, nawiasem mówiąc. Dyktatury wojskowe bywają dobre, bywają złe, ale demokratyczne jak świat światem nie były nigdy. Te też nie są, ale zapowiadają się nie najgorzej: jedną z pierwszych decyzji Sisiego było usunięcie wszystkich obozów Bractwa Muzułmańskiego. Za co momentalnie został oskarżony o łamanie praw człowieka, między innymi przez Bractwo, co logiczne, oraz USA, co już nie do końca. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, iż w większości przypadków nikt na Bliskim Wschodzie nie rozumie do końca, o co chodzi z tymi prawami człowieka i o co właściwie ten szum. Ale nauczyli się, już że to takie zabawne zaklęcie: kiedy oskarżyć kogoś o ich łamanie, to Zachód przybiega i atakuje delikwenta. Sisiego na razie nikt nie zaatakował, ale jest na cenzurowanym w Ameryce. Kto go popiera? A na przykład państwa Zatoki, będące zarazem sojusznikami USA. Chwileczkę, ale przecież te same państwa Zatoki wcześniej popierały Mursiego. I to jak! Zjednoczone Emiraty Arabskie wpompowały w Egipt w krótkim okresie miliard dolarów zaś następne dwa zostały przyznane w charakterze pomocy stabilizacyjnej. I co? I nic, wszak w polityce nie ma sentymentów. Teraz popierają gen. Sisiego. A dlaczego? Po pierwsze, potrzebują zabezpieczenia Kanału Sueskiego. Po drugie, kraje Zatoki obawiają się modelu islamu reprezentowanego przez ugrupowania fundamentalistyczne. Stąd aresztowania członków saudyjskich komórek al-Kaidy przez siły bezpieczeństwa Saudów oraz zwalczanie Bractwa Muzułmańskiego i popieranie nowych władz Egiptu w ich działaniach mających za cel ustabilizować rejon. Tak, proszę państwa, państwa Zatoki są przeciw Bractwu. Ayed al-Manaa, kuwejcki analityk polityczny, mówi wręcz o „silnej wrogości islamistów, a zwłaszcza Bractwa Muzułmańskiego”. Tego samego, które wspierają w walce z Assadem!

To dobry moment na drugą aspirynę.

Wspominałem, że Hadas, jedna z kuwejckich partii mająca cztery mandaty w Zgromadzeniu Narodowym Kuwejtu, to gałąź Bractwa Muzułmańskiego?

Egipski transporter opancerzony pokryty napisami takimi jak „Przecz z Mubarakiem” czy też „Dyktator Mubarak upadł” (fot. monasosh, na licencji Creative Commons Attribution 2.0 Generic)

Hamas, Hezbollah, Chaos

To będzie proste. Hamas i Hezbollah od momentu, kiedy powstali, czyli odpowiednio 1987 i 1982 mają za cel starcie Izraela z powierzchni ziemi, co po raz kolejny dowodzi, że nie ma lepszego spoiwa niż wspólny nieprzyjaciel: Hamas jest sunnicki zaś Hezbollah szyicki. Do niedawna jednak wydawało się, że dopóki w okolicy będą Żydzi, Palestyńczycy i Libańczycy będą mieli lepszy cel, niż siebie nawzajem.

A teraz po kolei: jak już było wspomniano wyżej, Hamas walczy z Assadem. Hamas wspiera Bractwo Muzułmańskie, również walczące z Assadem. USA wspiera Bractwo Muzułmańskie. Hamas i Bractwo Muzułmańskie zwalczają Izrael. Na dokładkę, Stany Zjednoczone uważają Hamas za organizację terrorystyczną, Hamas zaś w 2003 nazwał USA „największym wrogiem islamu” i słów tych nie odwołał.

Hezbollah wydaje się na tym tle ostoją normalności. Zawsze nienawidzili Izrael, zawsze nienawidzili USA, zawsze wspierali Syrię, Liban i Palestynę. Moment, przecież wiemy, że Syria miała z Libanem na pieńku, wiemy o okupacji terytorium libańskiego… A jednak Hezbollah wciąż stał okrakiem na barykadzie, z jednej strony deklarując, że jego celem jest dobrobyt Libanu, z drugiej zaś utrzymywał bliskie więzi z Hafizem al-Assadem. Mimo wszystko, nie takie wolty i przewroty sojuszów już widzieliśmy… No to proszę, coś ostrzejszego: Abdullah ibn Abdulrahman ibn Jibreen, sunnicki duchowny, w fatwie określił Hezbollah jako „rafidhi” – odszczepieńców od wiary islamskiej, zapoczątkowując ostry konflikt na tle religijnym między Hezbollahem a… al-Kaidą.

Mało? W takim razie idźmy dalej. Hezbollah wcale nie walczy z Bractwem Muzułmańskim. To znaczy walczy, ale w Syrii. W Egipcie je popierał, nawiasem mówiąc, razem z Iranem. Który w Syrii Bractwo zwalcza. Czemu jednak i Hezbollah i Iran popierali Bractwo? Z dwóch powodów. Po pierwsze, z politycznych kalkulacji. Liczono, że Kair z silnym wpływem sunnickiego Bractwa będzie przewagą dla wahabickiego Rijadu. Powstałby w ten sposób trzeci, bo doliczamy tu szyicki Teheran a w zasadzie bardziej Kom, jako święte miasto szyitów, silny ośrodek religijny islamu. Osłabiający w ogólnym rozrachunku sunnitów. Po drugie zaś, co jest powiązane, Hezbollah i Teheran liczyli na wprowadzenie w Egipcie „velāyat-e faqīh”, co można z grubsza przetłumaczyć jako „rządy prawodawców”. Była to forma władzy, jaką sprawowali irańscy ajatollahowie, mocno osadzona w religii islamskiej i koranicznym prawodawstwie. Teheran mógłby, po jej wprowadzeniu w Egipcie, poprawić swój wizerunek oraz legitymizację władzy. Fundamentalistyczne Bractwo dawało na to nadzieję, przeciw czemu sprzeciwiały się stosunkowo postępowe i świeckie państwa Zatoki. Teraz walczące z Bractwem ramię w ramię.

Amerykański Sekretarz Stanu John Kerry w czasie spotkania z wywodzącym się z Bractwa Muzułmańskiego, obalonym ostatnio prezydentem Egiptu Muhammadem Mursim (fot. Departament Stanu, domena publiczna).

Czasowe mariaże

Powyższy tekst ma na celu jedynie zarysowanie sytuacji. Jak na razie nikomu jeszcze nie udało się stworzyć całościowego jej ujęcia, uwzględniającego wszystkie motywacje, pobudki i uwarunkowania. Nawet jednak przy tak pobieżnym spojrzeniu widać, że na Bliskim Wschodzie na łopatki rozkładają się dwie dość podstawowe zasady prowadzenia polityki:

Pacta sunt servanda. Stara, rzymska zasada, mówiąca coś, co dla człowieka cywilizowanego wydaje się być podstawą: umów się dotrzymuje. Nie na Bliskim Wschodzie. Tam nikt nie zawiera umów, lecz tymczasowe mariaże wyrachowania i wygody, służące osiągnięciu konkretnych celów. To dyplomacja brutalna, wręcz wyrachowana, ale taka tam działa. W Europie państwo prowadzące politykę tak, jak dowolny kraj bliskowschodni zostałoby w krótkim czasie uznane za niewiarygodne i usunięto poza nawias polityki.

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Nie tam. Tam wróg mojego wroga może być moim wrogiem, przyjaciel mojego przyjaciela może być moim wrogiem, przyjaciel mojego wroga może być moim przyjacielem a wróg mojego przyjaciela to ktoś, z kim warto nawiązać kontakty. Wiąże się to z wzmiankowanymi wyżej mariażami, na Bliskim Wschodzie nie zakłada się niczego z góry.

Jedno tylko założenie jest bezpieczne: zachodnie zasady prowadzenia dyplomacji pasują do Bliskiego Wschodu jak golonka w piwie do iftaru.

Źródła: today.ucla.edu, carnegieendowment.org, online.wsj.com, policymic.com, ecfr.eu, bbc.co.uk, usatoday.com, english.alarabiya.net, newmediajournal.us, al-monitor.com, foxnews.com, jpost.com, huffingtonpost.com, cnsnews.com, danielpipes.org, abcnews.go.com, al-monitor.com, aawsat.net, al-monitor.com.

Zobacz też:

Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Magdalena Mikrut-Majeranek
redaktor naczelna
redakcja@histmag.org
telefon: 796 418 763
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy