Autor: Melvin Starr
Tagi: Beletrystyka, Historia życia codziennego i obyczajowości, Pełne średniowiecze, Wyspy Brytyjskie, Europa
Opublikowany: 2014-10-18 13:47
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Kradzież w Oxfordzie

Hugh z Singleton przybywa w odwiedziny do rektora Canterbury Hall, Johna Wycliffe'a. Na miejscu okazuje się, że jego dawny mentor został okradziony. Hugh zgadza się mu pomóc, jednak pozornie prosta sprawa kradzieży okazuje się coraz bardziej niebezpieczna i skomplikowana, zwłaszcza, że walczyć musi nie tylko o odzyskanie łupu, ale i przyszłą żonę.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5

Jan Wiklef (W pisowni oryginalnej: John Wycliffe) (rys. John M. Kennedy T., udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Nigdy nie widziałem mistrza Johna Wycliffe’a tak strapionego. Nawet gdy prowadził dysputy z innymi mistrzami, rzadko bywał w takiej rozterce. Zdradził mi później – kiedy już mu zwróciłem utracone dobra – iż obrabowanie z ksiąg bezżennego profesora to równie niegodziwy postępek jak zawrócenie w głowie niewieście poślubionej innemu mężczyźnie i zdobycie jej serca. Rzecz jasna, w owym czasie nie mogłem ocenić trafności tej opinii, jako że byłem kawalerem i posiadaczem ledwie kilku ksiąg.

W ten październikowy czas – a był to poniedziałek i dwudziesty dzień miesiąca – roku Pańskiego 1365 przybyłem do Oksfordu, aby sprawdzić, jakie postępy mogę poczynić w kwestii zaradzenia memu bezżennemu stanowi. Zostawiłem konia w stajni za gospodą Stag & Hounds i udałem się prosto do składu Roberta Caxtona, gdzie powabna córka właściciela, Kate, pomagała przyciągać klientelę spośród bezżennych studentów i absolwentów miejscowej uczelni, a także urzędników i prawników, od których roiło się w Oksfordzie jak od pcheł na psie.

W sklepie Caxtona pojawiłem się pod pretekstem zakupu zwoju pergaminu i flakonu atramentu. Potrzebowałem ich, by zakończyć zapiski dotyczące śmierci nadzorcy folwarcznego Alana i Henry’ego atte Bridge’a. Na ciało Alana, przypomnę tylko, natrafiono na trzy dni przed Wielkim Piątkiem w pobliżu kaplicy św. Andrzeja, na wschód od Bampton. Zabójca Alana, którym okazał się Henry, został natomiast znaleziony w lesie położonym na północ od miasta. Jako rządca zamku w Bampton miałem obowiązek rozwiązać tajemnice owych morderstw, co też uczyniłem. Wywiązałem się z tego obowiązku jednakże dopiero wtedy, gdy zostałem zaatakowany i dwukrotnie uderzony w głowę w drodze powrotnej z Witney. Ani chybi miało to związek z moimi nocnymi odwiedzinami cmentarzy. Gdybym wiedział, że będę narażony na tego rodzaju napaści, prawdopodobnie odrzuciłbym propozycję lorda Gilberta Talbota, który swego czasu zaoferował mi stanowisko rządcy zamku w Bampton, i pozostałbym zwykłym Hugh – chirurgiem przyjmującym swych pacjentów w gabinecie przy głównej ulicy Oksfordu.

Wróćmy jednak do składu Caxtona. Otóż Kate obiecała, że przygotuje dla mnie nowy flakon atramentu, który będę mógł odebrać następnego dnia, a gdy udała się na zaplecze, by tam dalej wykonywać swoje obowiązki, zagadnąłem jej ojca. Robert Caxton niewątpliwie zdawał sobie sprawę z tego, jakie wrażenie wywierała Kate na tutejszych młodzieńcach. Nie wyglądał na zaskoczonego, kiedy poprosiłem go o pozwolenie, by móc starać się o rękę jego córki. Spodziewałem się, iż w najlepszym przypadku ujrzę wyraz zdumienia na jego twarzy, a może nawet usłyszę odmowę. Wszakże jestem tylko chirurgiem i rządcą. Chirurdzy cieszą się zaś niewielkim poważaniem w Oksfordzie, gdzie mieszka przecież mnóstwo medyków. Ponadto niewielu uczciwych ojców marzy o tym, by wydać swą córkę za rządcę. Z pewnością nadobna Kate wpadła w oko niejednemu synowi zamożnego oksfordzkiego mieszczanina czy też młodemu absolwentowi prawa, który miał szansę wzbogacić się w przyszłości. Niemniej wbrew moim obawom Caxton skinął głową na zgodę, udzielając mi tym samym pozwolenia na zabieganie o względy swej córki. Być może nie bez znaczenia był tu też fakt, iż niegdyś pomogłem mu pozbyć się jątrzącej się rany na plecach.

Wyszedłem ze sklepu przepełniony zarówno radością, jak i trwogą. Radość zapewne jest dla was zrozumiała, czy też byłaby, gdybyście mieli szczęście zobaczyć Kate i pobyć chwilę w jej obecności. Moja obawa wynikała zaś z tego, że nazajutrz musiałem wykazać się umiejętnościami, których nigdy mnie nie uczono i obyciem towarzyskim, którego bezsprzecznie mi brakowało. Szczególnie jeśli chodzi o damy. Kiedy bowiem studiowałem w Balliol za bardzo interesowałem się czytaniem obowiązkowych lektur, by zaprzątać sobie głowę tym, jak należy zalecać się do niewiast, a w żadnej z tych ksiąg owa kwestia nie została omówiona. Na wykładach z logiki również pomijano ten temat. Co więcej, od tego czasu moje powinności jako chirurga i rządcy nieczęsto stwarzały okazję ku temu, bym mógł nabywać wprawy w rozmowach z dziewczętami. Ponadto w Bampton mieszka niewiele kobiet w moim wieku i o podobnym statusie.

Wyszedłszy ze składu Caxtona, udałem się ulicą Holywell na Catte Street, a stamtąd w kierunku bramy Canterbury Hall przy Schidyard Street. Idąc, układałem w myślach zdania, które pomogłyby mi zrobić wrażenie na Kate Caxton. Jak się zapewne domyślacie, nazajutrz nie pamiętałem większości z nich. I prawdę mówiąc, byłem kontent, że tak się stało.

Mistrz John Wycliffe, niegdyś profesor kolegium Balliol, a tym samym mój dawny nauczyciel i oddany przyjaciel, został właśnie mianowany rektorem Canterbury Hall. Kilka miesięcy wcześniej, poirytowany faktem, iż nie potrafię dojść, kto zamordował nadzorcę folwarcznego Alana i Henry’ego atte Bridge’a, udałem się do mistrza Johna, by ubolewać nad swoją niewiedzą i prosić go o pomoc. Mój mentor podniósł mnie na duchu i pozwolił mi spędzić noc w pustejkomnacie Canterbury Hall, dzięki czemu oszczędził mi chrapania i robactwa w Stag & Hounds.

Powyższy fragment pochodzi z:

"
":/grafika/recenzjea/sladatramentu.jpg
Melvin R. Starr
„Ślad atramentu”
32,90 zł
Rok wydania: 2014
Format: 140 x 225 mm
ISBN: 978-83-7502-468-5

Kiedy wówczas opuszczałem Canterbury Hall, mistrz John przykazał mi, że mam go odwiedzić, gdy ponownie zawitam do Oksfordu i opowiedzieć, jak zakończyły się owe sprawy. Gdy mnie o to prosił, nie byłem pewien, czy kiedykolwiek uda mi się je rozwiązać. Niemniej zdołałem tego dokonać, w związku z czym udałem się do mistrza Johna, by mu o tym opowiedzieć i raz jeszcze skorzystać z jego gościnności i pustego pokoju, w którym mógłbym spędzić noc.Odźwierny rozpoznał mnie i bez problemu wpuścił do komnaty uczonego. Spodziewałem się, że jak zwykle zastanę mego mentora pochylonego nad księgą.Tak się jednak nie stało. Otworzył drzwi, kiedy tylko do nich zapukałem, popatrzył na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i zrozpaczony wyszeptał:

– Mistrzu Hugh… skradziono moje księgi!

Osłupiałem, słysząc takie powitanie. Zerknąłem ponad ramieniem uczonego, spodziewając się ujrzeć za jego plecami złoczyńców i skradzione tomy. Zamiast tego ujrzałem stół mistrza Johna i półkę, na której zwykle trzymał swoje skarby. Stół i półka były puste! Mistrz odwrócił się, by podążyć wzrokiem za moim spojrzeniem.

Oxford, Balliol College (fot. Peter Trimming, udostępniono na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic)

– Przepadły... – wyszeptał. – Wszystkie!

– Kim są sprawcy? – wydukałem bezmyślnie i natychmiast zganiłem się w duchu za to głupie pytanie. Przecież gdyby mistrz John znał odpowiedź, czym prędzej ruszyłby w pościg za złoczyńcami, by odzyskać księgi. Albo wysłałby szeryfa.

– Nie wiem – odparł Wycliffe. – Przed trzema dniami wyszedłem na kolację. Kiedy wróciłem, ksiąg już nie było… zniknęła nawet ta, którą zostawiłem otwartą na stole.

Mistrz John nie był majętnym człowiekiem. Objął beneficjum w Fillingham i otrzymywał prebendę z kościoła w Aust, lecz były to bardzo skromne środki, ledwie starczające na utrzymanie oksfordzkiego magistra starającego się o wyższy tytuł naukowy z teologii. Zresztą, utrata ksiąg gromadzonych przez całe życie wypełnione nauka była zwykle wielkim ciosem dla każdego uczonego zarówno bogatego, jaki biednego.

– Stróż nie zauważył, aby ktokolwiek obcy wchodził bądź wychodził z Canterbury Hall podczas naszej wieczerzy – przerwał milczenie Wycliffe. – Nazajutrz udałem się do szeryfa, ale sir John ma ważniejsze sprawy.

– Sir John?

– Tak. Roger de Cottesford nie jest już szeryfem.

Stanowisko to objął sir John Trillowe.

– I nie zaoferował żadnej pomocy?

– Nakazał porządkowemu obejść wszystkie składy z artykułami piśmiennymi w mieście i popytać, czy nie pojawił się u nich ktoś, kto chciał sprzedać księgi. Co więcej, dwie z nich pożyczyłem od Nicholasa de Redynga. Będzie zrozpaczony… kiedy dowie się, że zaginęły.

– I co powiedzieli właściciele tych składów? Nie oferowano im żadnych ksiąg?

– Nie te, które utraciłem. Toteż mniemam, że sir John nie widzi sensu dalszych poszukiwań. Kolegia od zawsze chciały cieszyć się autonomią i zachować niezależność od miasta i jego władz. Nic zatem dziwnego, że szeryf był skłonny pozwolić Canterbury Hall, by jego władze na własną rękę próbowały schwyta złodzieja, bez uciekania się o pomoc z jego strony.

– Ile ich było?

– Moich ksiąg? Dwadzieścia… i dwie pożyczone.

Począłem liczyć w pamięci. Mistrz John czytał w moich myślach.

– Księgi, które pożyczyłem od mistrza Nicholasa… hm… jedna z nich była Historia ecclesiastica Bedy, warta blisko trzydzieści szylingów. Znów jedna z tych, co to należały do mnie miała karty papierowe, nie kosztowała wiele, lecz pozostałe to solidnie wykonane księgi z pergaminu.

– Mistrzu, wygląda na to, iż poniosłeś ogromną stratę. Dwadzieścia funtów lub więcej. Jest mi naprawdę ogromnie przykro...

– Owszem – westchnął Wycliffe. – Cztery z nich sam napisałem. Niektórzy mogą uznać, że były niewiele warte. Ale inne… Arystoteles, Grosseteste, Boecjusz… Wszystkie przepadły!

Mistrz John westchnął raz jeszcze i rozejrzał się po swojej komnacie, jak gdyby wierzył, iż skradzione księgi zostały tylko przełożone w inne miejsce i jeśli tylko uważnie przyjrzy się każdemu zakamarkowi, to być może je znajdzie.

– Cieszę się, że cię widzę – powiedział mistrz John. – Zamierzałem po ciebie posłać.

– Po mnie?

– Tak. Liczę na to, że odnajdziesz moje księgi i mi je zwrócisz.

– Ja? Z pewnością szeryf…

– Sir John nie wykazuje zainteresowania żadną sprawą, której rozwiązanie nie przyniesie mu wymiernych korzyści. Plotka głosi, że zapłacił królowi Edwardowi sześćdziesiąt funtów za swój urząd. Będzie więc zajmował się odzyskiwaniem zainwestowanych środków, nie zaś szukaniem skradzionych ksiąg. A ty, Hugh, znakomicie radzisz sobie z rozwiązywaniem zagadek – kontynuował Wycliffe. – Odkryłeś, kim była osoba, której ciało wrzucono do dworskiego szamba i domyślam się, że wiesz już, kto zamordował waszego nadzorcę folwarcznego oraz człowieka, którego znaleźliście martwego w lesie. Czyż nie?

– W rzeczy samej. Było tak, jak przypuszczałem. Henry atte Bridge został znaleziony martwy w lesie, po tym jak zamordował nadzorcę folwarcznego Alana. Ten poszedł za nim w nocy i zobaczył, jak Henry bierze udziec z sarny upolowanej w lesie lorda Gilberta, by zanieść go wikaremu z kaplicy Św. Andrzeja.

– Sarnina? Dla księdza?

– Tak… to długa historia…

Powyższy fragment pochodzi z:

"
":/grafika/recenzjea/sladatramentu.jpg
Melvin R. Starr
„Ślad atramentu”
32,90 zł
Rok wydania: 2014
Format: 140 x 225 mm
ISBN: 978-83-7502-468-5

– Cóż, po tym co się wydarzyło – odparł Wycliffe – jedyne co mi jeszcze pozostało to czas... Nie mam żadnych ksiąg, których lekturą mógłbym go wypełnić. Opowiadaj.

Opowiedziałem więc mistrzowi Johnowi o skandalu, który wybuchł w okolicy, gdy okazało się, że wikary, sprawujący posługę duchową w kaplicy św. Andrzeja, naruszył tajemnicę spowiedzi. Ów niegodziwiec – wyjaśniłem – uknuł wspólnie z Henrym atte Bridge’em i z jego bratem, Thomasem, niecny plan, polegający na szantażowaniu tych, którzy spowiadali się z kłusownictwa, cudzołóstwa i nieuczciwego prowadzenia interesów.

– A dziś – kończyłem swą opowieść – zawitałem do Oksfordu, by uzupełnić zapasy atramentu i pergaminu, ponieważ chciałem spisać te zbrodnie, dopóki wciąż pamiętam szczegóły.

– A w którym składzie się zaopatrujesz?

– U Roberta Caxtona. To ty, mistrzu, po raz pierwszy posłałeś mnie do niego. Wiedziałeś, że znajdę

tam nie tylko książki, atrament i pergamin.

– Doprawdy? Istotnie, teraz sobie przypominam, że mówiłem ci o nowym sklepikarzu, który sprowadził się tu z Cambridge ze swą córką… Ach, to masz na myśli. Ostatnio nie jestem w najlepszej formie. Myślę jeno o mych księgach.

– Nie przyszło ci do głowy, że mógłbym zainteresować się córką właściciela sklepu?

– Bynajmniej... – skrzywił się Wycliffe. – Zadziwia mnie moja krótkowzroczność. Za to ty jesteś młodym człowiekiem z parą bystrych oczu. Córka sklepikarza, powiadasz…

– Kate – dodałem.

– Owszem, Kate to ujmująca niewiasta.

Panorama Oxfordu (fot. Diliff, udostępniono na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)

– W istocie. Dziś uzyskałem zgodę Roberta Caxtona na staranie się o jej rękę.

Zasmucony dotąd mistrz John rozpogodził się. Oczy zaświeciły radosnym blaskiem, a kąciki ust uniosły się. Na twarzy mędrca pojawił się uśmiech.

– Moje gratulacje, Hugh!

– Jeszcze na to za wcześnie. Muszę teraz zabiegać o nią i zdobyć jej serce, a obawiam się, że brakuje mi umiejętności w tym względzie.

– Niestety, ja również nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Musisz liczyć wyłącznie na siebie. Za to ja poszukuję kogoś z twoim talentem do rozwiązywania łamigłówek.

Mistrz John znowu spochmurniał.

– Nie pomyślałem o tym – przyznał. – Służysz lordowi Gilbertowi… i domyślam się, że otrzymujesz za to sowite wynagrodzenie.

– To prawda. Mógłbym zapewnić godziwe utrzymanie żonie.

– Czy jednak miasto nie mogłoby zwolnić cię z twoich obowiązków na tydzień lub dwa, do czasu aż moje księgi nie zostaną odnalezione? Z pewnością chirurg… Zresztą nieważne… Widzisz, jak mało zważam na problemy innych ludzi, kiedy borykam się z własnymi?

– Każdy najpierw myśli o sobie. Dlaczego ty miałbyś być inny? – spytałem.

– Dlaczego? Dlatego że popycha mnie ku temu moja niepohamowana ambicja. Czy nie pragniesz tego samego, Hugh? Czy nie chciałbyś odróżniać się od zwykłych ludzi? Drapią się i bekają gdziekolwiek przyjdzie im na to ochota, a litery na kartach książki są dla nich czymś tak obcym jak Malta.

– Ale… pamiętam wykład…

Na twarzy Wycliffe’a pojawił się grymas.

– …w trakcie którego rozprawiałeś o tym, że wszyscy ludzie są równi wobec Boga. Nie ma panów ani chłopów pańszczyźnianych, wszyscy jesteśmy grzesznikami.

– Ha! Pobiłeś mnie moją własną bronią. Masz słuszność. Co roku wygłaszam to samo kazanie, niemniej jednak choć wszyscy jesteśmy grzesznikami i wszyscy w jednakim stopniu potrzebujemy Bożej łaski, nie wszystkie grzechy są sobie równe tu, na ziemi, mimo że mogą być takimi w oczach Boga. W przeciwnym razie wszyscy otrzymywalibyśmy taką samą karę bez względu na popełnioną zbrodnię.

– Jaka zatem byłaby sprawiedliwa kara dla kogoś, kto ukradł dwadzieścia ksiąg?

Twarz Wycliffe’a ponownie wykrzywił grymas niezadowolenia.

– Dwadzieścia dwie – wymamrotał cicho. – Każdego dnia zmieniam zdanie w tej sprawie… Cóż, kiedy odkryłem, że doszło do rabunku, biegałem wściekły po Canterbury Hall, grożąc złodziejowi stryczkiem.

– A teraz?

Mistrz John uśmiechnął się ponuro.

– Dużo o tym myślałem. Jeśli złodziej to ubogi człowiek, który potrzebował pieniędzy, żeby ocalić swoje dzieci przed śmiercią głodową, prawdopodobnie w ogóle nie będę domagał się kary dla niego, pod warunkiem, że moje księgi zostaną mi zwrócone. Jeśli jednak złoczyńcą jest ktoś, kto za zdobyte pieniądze zamierzał kupić księgi dla siebie, chciałbym, aby surowo go ukarano, zmuszono do opuszczenia Oksfordu i nie pozwolono, by kiedykolwiek mógł zacząć tu studiować bądź nauczać powtórnie, jeżeli okaże się wykładowcą. Zarówno Boskie, jak i ludzkie prawo – rzekł po chwili Wycliffe – głosi, że nie należy czynić drugiemu, co nam niemiłe. W Oksfordzie nie powinno być miejsca dla człowieka, który sprzeciwia się zarówno Bogu, jak i Arystotelesowi.

– Uważasz, że dokonał tego ktoś z uczelni?

Wycliffe obgryzł paznokieć, po czym przemówił: – Któż inny mógłby chcieć moje księgi albo któż znałby ich wartość?

– I tu, moim zdaniem, jest pies pogrzebany – odparłem. – Jeden z uczonych zechciał wzbogacić swoją bibliotekę, bądź też potrzebował pieniędzy, i uznał, że twoje księgi to dobry sposób na zdobycie funduszy.

Powyższy fragment pochodzi z:

"
":/grafika/recenzjea/sladatramentu.jpg
Melvin R. Starr
„Ślad atramentu”
32,90 zł
Rok wydania: 2014
Format: 140 x 225 mm
ISBN: 978-83-7502-468-5

Istniał jeszcze trzeci powód, dla którego ktoś mógłby chcieć ukraść mistrzowi Johnowi jego księgi,

ale to wyjaśnienie zaświtało w mojej głowie dużo

później.

– Czuję się taki zagubiony – ciężko westchnął Wycliffe. – Jestem uczonym bez ksiąg i nie widzę nadziei na ich odzyskanie.

Miałem ogromne wyrzuty sumienia, że nie potrafię pomóc swemu mentorowi, który ratował mnie w tak wielu trudnych sytuacjach. Mogłem mu tylko współczuć, zaoferować słowa otuchy i siedzieć u jego boku ze smutkiem na twarzy.

Jesienne słońce zdążyło schować się za starym oksfordzkim zamkiem, a my nadal rozmawialiśmy. Wycliffe otworzył właśnie usta, by coś powiedzieć, kiedy rozległ się dzwonek dobiegający z przeciwnej strony dziedzińca.

– Wieczerza – wyjaśnił i zaproponował, bym poszedł z nim do refektarza.

Uczeni w Canterbury Hall spożywają solidne, choć proste posiłki. Tego dnia na kolację podano wieloziarnisty, pszenno-jęczmienny chleb, ser, zupę grochową z kawałkami wieprzowiny i rozwodnione piwo w kuflach. Zastanawiała mnie wieprzowina, jako że niektórzy spośród uczonych byli benedyktynami. Kiedy weszliśmy do sali, studenci zerknęli na nas spod oka. Wszyscy wiedzieli o złodzieju i, jak później wywnioskowałem, wzajemnie podejrzewali się o współudział w przestępstwie.

Zachód słońca nad oksfordzkimi łęgami (fot. OxOx, udostępniono na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0)

Następnego ranka, kiedy się zbudziłem, blade, jesienne słońce właśnie próbowało wspiąć się ponad czubki drzew i łęgi na wschód od Oksfordu. Wycliffe, żegnając mnie, prezentował sobą godny pożałowania obraz. Przybity, skulony w sobie, z podkrążonymi oczami, co było niezbitym dowodem, że tej nocy nie zmrużył oka. Życzyłem uczonemu wszystkiego dobrego i dodałem, że będę modlił się o to, aby rychło odzyskał swoje księgi. Nie miałem wątpliwości, że mistrz John wierzył w moc modlitwy, ale moja obietnica, że zwrócę się do naszego Pana w jego intencji, najwyraźniej była dla niego marnym pocieszeniem. Mniemam, że bardziej zależało mu na moim rychłym działaniu niż na modlitwach. Mógł też sądzić, że może mieć i jedno, i drugie. Modlitwa nie kosztuje wiele. Wymaga niewielkiego wysiłku ze strony człowieka, znacznie większego natomiast od Boga. Pan nasz, Jezus Chrystus, powiedział wprawdzie, że możemy prosić Go, o co chcemy, ale podejrzewam, że byłby zadowolony, gdyby ludzie najpierw sami zakasali rękawy i działali, a wzywali Jego imienia dopiero wtedy, gdy powierzone im zadania okazują się być ponad ich siły.

Zastanawiałem się nad tym, zmierzając budzącymi się do życia uliczkami Oksfordu w stronę Holywell Street i składu Roberta Caxtona. Czy aby na pewno zobowiązania wobec lorda Gilberta były tym, co powstrzymywało mnie przed przystąpieniem do poszukiwania skradzionych ksiąg Wycliffe’a, czy może raczej byłem zbyt gnuśny, by uczynić coś więcej niż odmówienie modlitwy w intencji ich odnalezienia? Cóż, prawdę powiedziawszy, nie podobał mi się wniosek, do którego doszedłem.

Zbliżając się do sklepu z artykułami piśmiennymi, dostrzegłem stojącego przed nim wysokiego, młodego mężczyznę przestępującego z nogi na nogę. Młodzieniec ów nie był uczonym. Miał na sobie krótką ciemnoczerwoną tunikę, odsłaniającą umięśnione nogi. Jego nogawice były szaro-czarne, a czapka zakończona długim żółtym ogonem, który zawinął sobie elegancko wokół głowy. Zdziwiła mnie barwa jego czapki. Każdy, kto bywa w Londynie, wie, że prawo nakazuje, aby kobiety lekkich obyczajów mieszkające w tym mieście nosiły żółte nakrycia głowy, dzięki czemu przyzwoite panny i mężatki nie są zaczepiane na ulicach. Młody człowiek miał buty z dobrej skóry, a ich długie czuby zawijały się cudacznie ku górze. Młodzian wyglądał na zniecierpliwionego. Chwilę go obserwowałem. Poszedł na tyły domu Caxtona, doskonale wiedząc, co robi, po czym zawrócił i ruszył w przeciwnym kierunku, ku mnie. Postanowiłem podejść bliżej, by móc lepiej przyjrzeć się jego twarzy. Była ciemna, podobnie jak broda i oczy. Zarost był starannie przycięty, a oczy wpatrywały się we mnie znad imponującego nosa. W przeciwieństwie do mojego jego nos był prosty, gdy tymczasem mój jest wygięty w prawo. Wyglądał na człowieka mniej więcej w moim wieku – około dwudziestopięcioletniego. Był barczysty, a mimo to szczupły, choć dostatnie życie wyraźnie zaczynało odkładać mu się na brzuchu. Zwolniłem kroku, kiedy znalazłem się blisko sklepu, którego okiennice wciąż były zamknięte. Niemniej już zbliżała się pora otwarcia i przyjąłem, że ów fircyk potrzebował pergaminu, atramentu lub księgi, choć nie wyglądał na kogoś, kto poważnie interesuje się słowem pisanym.

Stałem na ulicy, dotrzymując towarzystwa zniecierpliwionemu dandysowi, dopóki Robert Caxton nie otworzył drzwi i okiennic swojego składu, by rozpocząć kolejny dzień handlu. Sklepikarz przeniósł wzrok ze mnie na swojego drugiego klienta i zdało mi się, że jego oczy otworzyły się szerzej. Ukłoniłem się stojącemu obok mnie młodzianowi i przepuściłem go w drzwiach. Przekroczył więc próg sklepu jako pierwszy.

Powyższy fragment pochodzi z:

"
":/grafika/recenzjea/sladatramentu.jpg
Melvin R. Starr
„Ślad atramentu”
32,90 zł
Rok wydania: 2014
Format: 140 x 225 mm
ISBN: 978-83-7502-468-5

Poranne słońce, wiszące nisko na południowo-wschodnim niebie, nie zaglądało zbyt głęboko do sklepu. Ale mimo że w pomieszczeniu było dość ciemno, zauważyłem, że nie ma w nim Kate. Człowiek w czerwonej tunice spostrzegł to samo i odezwał się, zanim ja zdążyłem otworzyć usta.

– Panna Kate dziś nie pracuje? – zapytał.

Caxton spojrzał na mnie, po czym odpowiedział:

– Bynajmniej. Przygotowuje flakon atramentu na zapleczu. Niebawem przyjdzie.

– Zaczekam więc – rzekł mężczyzna, uśmiechając się.

– Jest piękny poranek. Jeśli Kate nie ma innych obowiązków, chciałbym zabrać ją na przechadzkę po łęgu.

Wieża św. Jerzego, zamek Oxford (domena publiczna)
Równie dobrze mógłby zadać mi cios w głowę belką. Szczęka opadła mi tak nisko, że obawiam się, iż zarówno Caxton, jak i nieznany mi zalotnik mieli szansę dokładnie przyjrzeć się moim migdałkom. Robert Caxton, choć zmieszany, nie zapomniał o dobrych manierach. Przedstawił mnie sir Simonowi Trillowe’owi. Rycerzowi. Spokrewnionemu w jakiś sposób z nowym szeryfem Oksfordu, jak należało wnioskować. Kiedy dowiedział się, że jestem tylko zwykłym chirurgiem i rządcą lorda Gilberta Talbota, sir Simon ukłonił mi się płytko i odwrócił w drugą stronę. Dał mi tym samym do zrozumienia, że jestem dla niego człowiekiem, którego status społeczny w żadnym razie nie dorównuje jego pozycji. Ergo – niegodny jestem jego uwagi.

– Od wielu miesięcy nie mieliśmy od ciebie żadnych wieści, mistrzu Hugh – odezwał się nagle Robert Caxton.

To prawda. Zajęty wypełnianiem swoich obowiązków, powierzonych mi w Bampton przez lorda Gilberta, starania o rękę panny Caxton odsunąłem na dalszy plan. Prawdę mówiąc, lękałem się także, że Kate może odrzucić moje konkury, jeśli okażę się zbyt natarczywy. Człowiek, który nie walczy o miłość, pocieszałem się w duchu, nie może doznać bolesnego zawodu.

– Nie wątpię, że rządca ma liczne powinności, które zajmują mu czas – kontynuował właściciel sklepu. Sir Simon niewątpliwie uznał, że byłem zwykłym klientem, nie zaś jego rywalem w walce o serce pięknej Kate. Niemniej już wkrótce miał się dowiedzieć całej prawdy.

Drzwi na zaplecze sklepu Caxtona były otwarte. Kate bez wątpienia słyszała naszą rozmowę – i dobrze. Dzięki temu mogła przygotować się na spotkanie z nami. Zresztą, chwilę później weszła do głównej części składu, trzymając w ręce obiecany mi flakon. Obdarzyła zarówno mnie, jak i sir Simona subtelnym uśmiechem. Odwzajemniłem go, Trillowe nie. Być może zdążył już uświadomić sobie, że atrament nie był tym, co najbardziej interesowało mnie w tym sklepie…

– Panno Kate – sir Simon podszedł do niej, kiedy tylko się pojawiła. – Jest taki piękny jesienny poranek… zapewne jeden z ostatnich przed nadejściem zimy. Ośmielę się więc zaproponować wspólną przechadzkę wzdłuż rzeki Cherwell… jeżeli oczywiście twój ojciec, pani, nie potrzebuje cię w sklepie dzisiejszego ranka.

Te słowa Trillowe skierował już do sklepikarza. Caxton nic nie odpowiedział, jedynie wzruszył ramionami.

– Znakomicie! – sir Simon zaoferował ramię Kate, która uśmiechając się i wyginając brwi w łuk, postawiła flakon z atramentem na stole ojca i przyjęła ramię Trillowe’a. Para opuściła sklep w milczeniu.

Caxton najwyraźniej przygotował sobie usprawiedliwienie, bo o nic nie pytany rzekł:

– Nie pojawiłeś się u nas przez całe lato. Kate sądziła, że nie jesteś zainteresowany. Zeszłego wieczoru powiedziałem jej, że prosiłeś o pozwolenie na to, by starać się o jej rękę. Ale sir Simon odwiedził nas z tuzin razy od 1 sierpnia2… podobnie zresztą jak inni młodzieńcy.

– Inni?

– Tak. Moja Kate bezsprzecznie przyciąga tu kawalerów. Żaden z nich nie zapytał mnie jednak, czy może zabiegać o jej względy. Jeno ty jeden.

– Sir Simon także tego nie uczynił?

– Nie. Jest drugim z synów szeryfa i rycerzem. Nie będzie pytał o zgodę na cokolwiek takiego człowieka jak ja.

– Kate odwzajemnia jego… zainteresowanie?

Caxton wzruszył ramionami.

– Wyszła z nim już trzy razy. Nie zapominaj, że to rycerz. I syn szeryfa. Trudno się jej dziwić.

– To prawda – przytaknąłem.

– Nie sadzę jednak, by jego ojciec był z tego zadowolony. Córka sklepikarza! Na zamku w Oksfordzie wybuchnie skandal, kiedy ta wieść się rozejdzie, a przypuszczam, że już do tego doszło – stwierdził Caxton. – Hm… Wszelkie ziemie po ojcu odziedziczy jego brat. Szeryf będzie więc chciał, aby sir Simon znalazł sobie żonę z własnym majątkiem ziemskim.

Po cichu na to właśnie liczyłem. Jeśli jednak drugi lub trzeci syn działa wbrew woli ojca, trudno skłonić go do zmiany postępowania. Jak można bowiem wydziedziczyć potomka, który i tak w najlepszym przypadku może liczyć na niewielką schedę po ojcu? A zatem nawet jeśli syn oksfordzkiego szeryfa, starający się o rękę Kate Caxton, nie był posłuszny ojcu, w tych okolicznościach jego zachowanie mogło mu ujść na sucho. Ta myśl nie dodawała mi otuchy.

Powyższy fragment pochodzi z:

"
":/grafika/recenzjea/sladatramentu.jpg
Melvin R. Starr
„Ślad atramentu”
32,90 zł
Rok wydania: 2014
Format: 140 x 225 mm
ISBN: 978-83-7502-468-5

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Melvin Starr
Historyk, wieloletni nauczyciel historii w szkołach w szkołach publicznych w amerykańskim stanie Michigan. Autor powieści poświęconych średniowiecznemu chirurgowi Hugh z Singleton, które ukazują się w Polsce nakładem wydawnictwa Promic.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy