Autor: Agnieszka Janiszewska
Tagi: Beletrystyka, I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne, Polska
Pierwsza publikacja: 2020-07-30 17:36, aktualizacja: 2020-08-01 14:06
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Kuzynka Marie

Jest rok 1914. Do majątku w Korbielowie przyjeżdża młoda kobieta, której ojciec przed laty mieszkał w tej posiadłości. Zapoznajcie się z fragmentem najnowszej powieści Agnieszki Janiszewskiej.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Po raz pierwszy usłyszałam o niej, gdy miałam dziesięć lat.

– Mam stryjeczną siostrę? – spytałam zdumiona, ale i podniecona.

Zdumiona, bo przecież wedle mojej ówczesnej wiedzy o życiu, rodzeństwo, choćby stryjeczne, powinno się znać i przynajmniej od czasu do czasu widywać. To przecież oznacza bliskie pokrewieństwo, wspólnych dziadków. A tymczasem ja nigdy dotąd nie tylko nie widziałam na oczy mojej stryjecznej siostry, ale nawet nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Dowiedziałam się przez czysty przypadek – po prostu swoim zwyczajem podsłuchałam rozmowę dwóch naszych służących. Na dobrą sprawę to było jedyne moje zajęcie, a zarazem jedyna rozrywka, które wydawały mi się wtedy naprawdę interesujące. Mała dziewczynka wychowywana w wielkim domu na wsi, z dala od towarzystwa innych dzieci, traktowana mniej lub bardziej obojętnie przez rodziców i dziadków – tak to przynajmniej odbierałam. Żadna z moich niań czy też – potem – guwernantek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. Żadna zresztą się o to specjalnie nie starała. W ich oczach byłam ponurym, wiecznie niezadowolonym z życia dzieckiem, zamożną jedynaczką, która – o ile moi rodzice nie doczekają się jeszcze innego potomstwa – miała w perspektywie odziedziczenie bogatego Korbielowa. Rozpuszczoną grymaśnicą, która nie musi się martwić o swój byt i na okrągło ma muchy w nosie. Tak właśnie mnie oceniały, widziałam to po ich niechętnych, czasem nawet poirytowanych spojrzeniach – i nie wyprowadzałam ich z błędu.

Jednak przynajmniej w niektórych tych opiniach bardzo się myliły. Po pierwsze nie grymasiłam – nawet gdybym to robiła, nikt z mojej rodziny z pewnością by się tym nie przejął, a podejrzewam, że cała reszta mieszkańców Korbielowa także wzruszyłaby tylko ramionami. Po drugie – w żadnym razie nie byłam rozpuszczona. Za takie można ostatecznie uznać dziecko kochane i hołubione przez swoich bliskich – co akurat mnie w żadnym razie nie dotyczyło. Natomiast faktycznie nie należałam – i wciąż nie należę – do istot szczególnie pogodnych, wiecznie uśmiechniętych, rozchichotanych i rozgadanych. Mogłam więc sprawiać wrażenie ponurego milczka, choć pewnie gdybym zaznała więcej czułości lub przynajmniej odrobiny ciepła od moich najbliższych, byłabym inaczej przez wszystkich postrzegana. Bo nie wykluczam, że łatwiej byłoby mi wtedy o pogodę ducha i uśmiech. A może nawet i o ten szczególny rodzaj szczebiotu charakterystyczny najpierw dla dzieci, a potem dla dorastających panienek. Niestety, rzeczywistość wyglądała tak, jak to powyżej przedstawiłam, i nikt nie zadawał sobie trudu, by analizować motywy mojego zachowania.

Przypuszczam, że i większość służby za mną nie przepadała. Oczywiście usługiwano mi i zaspokajano wszelkie potrzeby, ale żadna z pokojówek nie wkładała w to ani serca, ani choćby odrobiny sympatii. Wyjątkiem był nasz kamerdyner Franciszek; on często się do mnie uśmiechał, a gdy miał trochę czasu, zagadał, w każdym razie od maleńkości wyczuwałam jego życzliwość. Zapewne jakąś rolę odgrywał tu fakt, że sam uchodził za małomównego dziwaka, z którym jednak wszyscy – zarówno jaśnie państwo, jak i służba – się liczyli, bo był bardzo kompetentny w swojej pracy, znał się jak mało kto na sprawach Korbielowa. Mój dziadek w widoczny sposób wyróżniał go z grona pozostałych domowników (w tym także rodziny), doceniał go i czasem nawet zasięgał jego rady. Te wszystkie okoliczności sprawiały, że z Franciszkiem nikt nie zadzierał, nawet nie próbował tego robić, wielu wolało zejść mu z drogi, choć niektórzy podejmowali starania, aby wejść z nim w bliższą komitywę. To ostatnie nie miało szans powodzenia. Zgadywałam, że przyczyna tkwiła w jego niechęci do rozplotkowanej służby, a jazgot, jaki nieodmiennie towarzyszył wspólnym posiłkom w kuchni, irytował go w najwyższym stopniu. Lubił swoją samotność. I to od niego właśnie nauczyłam się, że nie jest ona czymś strasznym. Że można ją znakomicie oswoić. Wypełnić czymś, co naprawdę sprawia nam radość. I wtedy przestaje być synonimem nudy. To raczej ludzie często bywają nudni – nie samotność. Franciszek lubił mnie być może także dlatego, że widział we mnie pokrewną duszę. Czasem przychodziłam do pokoju, w którym pracował nad rachunkami, porządkował jakieś papiery dla dziadka. Siadałam i w milczeniu mu się przypatrywałam. Nie zawsze do mnie zagadywał, niekiedy bywał bardzo zajęty, ale gdy tylko przekonał się, że nie oczekuję, by mnie zabawiał rozmową, a jedynie chcę pobyć w towarzystwie kogoś życzliwego, bez protestów przystał na moje odwiedziny. Był jedyną osobą w domu, której nie starałam się podsłuchiwać. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do reszty służby zachowywał się naturalnie w mojej obecności.

Pozostali natychmiast przerywali rozmowę, gdy tylko bliżej podchodziłam.

Dworek w Gosławicach (fot. Jolanta Dyr; CC BY-SA 3.0)

– Czego sobie panienka życzy? – pytały służące i po ich minach widziałam, jak bardzo były niezadowolone albo dla odmiany zaniepokojone, że mnie widzą. Jak bardzo im przeszkadzam w rozmowie. To samo dotyczyło także moich rodziców i dziadków. Nic więc dziwnego, że doszłam do przekonania, że wszyscy coś przede mną ukrywają. Coś niesłychanie ważnego albo interesującego, co mogło jednak dotyczyć mnie lub mojej rodziny. Przypuszczam zresztą, że właśnie tak było, choć pewnie nie w każdym przypadku. Toteż czasem, gdy pomimo pouczającego przykładu Franciszka nuda jednak dawała mi się we znaki, nie mogłam się oprzeć pokusie „skradania się”, gdy tylko słyszałam przyciszone głosy pokojówek. Nauczona doświadczeniem domyślałam się, że właśnie taki sposób mówienia oznaczał wymianę wiadomości lub plotek o mojej rodzinie. Teraz także, zwabiona konspiracyjnym pomrukiem dochodzącym z jednego z pokoi gościnnych, zakradłam się i stanęłam za plecami Józefowej i Marcysi, które zmieniając pościel, komentowały półgłosem różne i jak się okazało bardzo interesujące z mojego punktu widzenia, informacje. Ze strzępów dochodzących do mnie słów wynikało, że gdzieś daleko mieszka moja… bliska krewna.

– Mam stryjeczną siostrę? – spytałam, a one obie niemal podskoczyły, zanim gwałtownie odwróciły się w moją stronę. Wyglądały jak rażone piorunem.

Wreszcie Marcysia, która pierwsza doszła do siebie, wzruszyła gniewnie ramionami. Od razu jednak zorientowałam się, że ten gniew z trudem maskował strach i zmieszanie na jej twarzy.

– To nieładnie tak skradać się za czyimiś plecami jak jakiś szpieg – fuknęła. – Co to za podsłuchiwanie?!

W każdych innych okolicznościach pewnie bym się przejęła, zawstydziła i wycofała. Jednak nie tym razem. Instynkt podpowiadał mi, że z pewnością nie naskarżą na mnie mojej matce.

– O jakiej mojej siostrze mówiłyście? – powtórzyłam uparcie. – Gdzie ona jest?

Wymieniły spłoszone, a następnie zrezygnowane spojrzenia, wreszcie Józefowa westchnęła.

– Przecież nie ma panienka żadnej siostry. Gdyby taka istniała, toby tu mieszkała. Bo gdzieżby indziej?

– Ale przecież przed chwilą mówiłyście… – Nie dawałam za wygraną, co samo w sobie było czymś do mnie niepodobnym. Na ogół, gdy mnie w taki czy inny sposób zbywano, wycofywałam się i rezygnowałam. Jednak nie tym razem. Byłam zaintrygowana jak nigdy do tej pory.

– Nie ma panienki siostry – powtórzyła gderliwie (czyli swoim zwykłym tonem) Józefowa. – Mówiłyśmy o panienki kuzynce, ot i cała wielka sprawa.

– O stryjecznej siostrze – mruknęłam. Byłam pewna, że się nie przesłyszałam.

– No więc dobrze. Stryjeczna siostra czy kuzynka, na jedno wychodzi. Przecież panienka słyszała o swoim stryju z Francji. O rodzonym bracie panienki tatusia. Co w tym dziwnego, że stryj panienki ma dziecko?

Mówiła teraz gniewnie, co miało mnie zapewne przestraszyć i zniechęcić do dalszego indagowania. A zarazem dać do zrozumienia, że w gruncie rzeczy niczego nadzwyczajnego się od nich obu nie dowiedziałam. Myliła się. Nikt nie powiedział mi o stryju. Nawet jeśli

kiedyś padła na jego temat jakaś wzmianka – wykluczyć tego w zupełności nie mogłam – to w taki sposób, że nie zwróciłam na nią uwagi. W każdym razie z nikim ani niczym konkretnym jej nie powiązałam. A co dopiero mówić o stryjecznej siostrze?!

Kuzynka, stryjeczna siostra, myślałam gorączkowo. Nawet jeśli nie rodzona, to jednak ktoś bardzo bliski. Zdecydowanie bardziej niż tych kilku powinowatych czy krewnych, o których z kolei kucharka (którą także od czasu do czasu podsłuchiwałam) mówiła z lekceważeniem, że to „dziesiąta woda po kisielu”. A kto wie, czy ta kuzynka nie okazałaby się kimś naprawdę bliskim, w przeciwieństwie do rodziców i dziadków.

Nie skomentowałam na głos wyjaśnienia Józefowej. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju gościnnego. Już w korytarzyku prowadzącym na schody dobiegły mnie słowa Marcysi:

– Skaranie boskie z tym dzieciakiem. Szpieguje po całym domu. I jeszcze do tego świdruje człowieka tymi wytrzeszczonymi ślepiami. Ciarki przechodzą.

Ten tekst jest fragmentem powieści Agnieszki Janiszewskiej „Kuzynka Marie”:

Agnieszka Janiszewska
„Kuzynka Marie”
29,99 zł
Wydawca: Novae Res
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka
Liczba stron: 240
Format: 130x210 mm
ISBN: 978-83-8147-759-8
EAN: 9788381477598

Idąc po schodach, usłyszałam wyraźnie szloch dobiegający z pokoju babki. Drzwi były zamknięte, a ja nagle straciłam odwagę i determinację, by zapukać. Intuicyjnie zgadywałam, że to właśnie babka, jako jedyna w rodzinie, uchyliłaby mi rąbka tajemnicy dotyczącej, jak by nie patrzeć, jednego z jej synów, lecz z drugiej strony te zamknięte drzwi i dochodzący z pokoju płacz działały na mnie demobilizująco. Może gdyby łączyły nas jakieś mocniejsze więzy, serdeczniejsze uczucia, byłoby mi łatwiej zapukać. Ale od kiedy pamiętałam, babka zawsze sprawiała wrażenie, jakby mnie nie dostrzegała. Ani nikogo innego. Przeważnie milcząca, smutna, patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Rzadko kiedy schodziła do jadalni na wspólne posiłki. Niekiedy widywałam ją, jak snuła się (to najodpowiedniejsze określenie) po ogrodzie, ale zawsze mijała mnie bez słowa. Służące czasem szeptały, że pani cierpi na melancholię, ale „przy takim chłopie” jak mój dziadek „to i nie dziwota”. Przy takim mężu kobieta nie ma wielkiego wyboru – albo staje się niemal wiedźmą piekielną, która nauczy go chodzić na palcach, albo, tak jak moja babka, popadnie w melancholię, która w końcu wyssie z człowieka życie. Obserwując czasem babkę, miałam wrażenie, że te wszystkie ponure przewidywania co do jej przyszłości już niedługo się spełnią. Nigdy jednak nie słyszałam i nie widziałam, aby płakała. I chyba to ostatnie spostrzeżenie zdecydowało, że jednak sięgnęłam do klamki. Nie zdążyłam jednak otworzyć, bo w tej samej chwili usłyszałam podniesiony głos dziadka. A jego gniewu bałam się jak niczego na tym świecie czy chociażby w tym domu.

– Nigdy, rozumiesz, nigdy! – krzyczał. – Ja nie rzucam słów na wiatr. Ostrzegałem go kilka lat temu, że jeśli się nie opamięta, nie będzie mógł liczyć na nas ani za życia, ani po śmierci. Wiedział, co wybiera. Ona, ta jego… też wiedziała. Jakie życie, taka śmierć. O żadnym wyjeździe na pogrzeb nie ma mowy!

I wtedy zupełnie niespodziewanie usłyszałam głos mojego ojca, niepewny, zalękniony, ale zarazem pełen rozpaczy. Więc i mój ojciec tam jest? Odsunęłam się od drzwi, ale nie odeszłam. Przytuliłam się plecami do ściany. Słuchałam jak zaczarowana.

– Za mnie, mój ojcze, nie miałeś prawa decydować. Ani za matkę. Powinniśmy tam pojechać. Każde inne rozwiązanie… to barbarzyństwo.

– O, bez obawy! – Tym razem w tonie dziadka pojawiła się drwina. – Nie zabraniam go pogrzebać. Ale zostawiam to zadanie tej jego Antygonie. Niech się postara.

– Prawdopodobnie została bez pieniędzy. – Ojciec mówił jeszcze ciszej, z wyraźnym trudem. – Może w ogóle bez środków do życia. Uważam, że naszą powinnością jest…

– Chcesz podzielić jej los! – huknął dziadek. – Z łaski swojej nie oferuj czegoś, co jeszcze do ciebie nie należy. Przyznaj się od razu, z jakiego powodu tak ci spieszno do tej podróży. Bynajmniej nie o kochanego brata ci chodzi!

– Przestań! – Tym razem to ojciec podniósł głos.

– Jezu, Jezu… – zawodziła babka.

– Skończ z tymi lamentami! – Odgadłam, że teraz dziadek zwrócił się do żony. – Oto jak ich wychowałaś, jednego i drugiego. Teraz jedynie zbierasz żniwo.

jpg Dworek w Gosławicach (fot. Jolanta Dyr; CC BY-SA 3.0)

Wtedy wystraszyłam się, co będzie, jeśli zaraz któreś z nich otworzy drzwi i mnie zobaczy. Po prawdzie nie miałam już ochoty tkwić tam dłużej i słuchać kompletnie dla mnie niezrozumiałej awantury. Pobiegłam do matki; wiedziałam, że o tej porze zazwyczaj przebywała w małym saloniku, który nazywała swoim kantorkiem. Pisała tam listy, niekiedy szyła, czytała.

Spojrzała na mnie z lekkim zniecierpliwieniem; odgadłam, że zakłóciłam jej rozmyślania, bo niczym innym bardziej konkretnym akurat w tym momencie się nie zajmowała.

– Czemu nie jesteś w ogrodzie? – spytała chłodno. – Przecież o tej porze Balbina zawsze zabiera cię na przechadzkę.

Wolałam się nie przyznawać, że umknęłam mojej niani pod pretekstem skorzystania z toalety, a potem zaintrygowały mnie słowa pokojówek dobiegające z pokoju gościnnego. Wiedziałam też, że Balbina wcale mnie nie szukała. Z jej punktu widzenia te nakazane przez moją matkę sztywne pory spacerów były takim samym nonsensem jak z mojego, a poza tym ja i moja niania zgadzałyśmy się w jeszcze jednej sprawie: obie śmiertelnie nudziłyśmy się w swoim towarzystwie.

– Balbinę boli dziś głowa – skłamałam wobec tego.

Matka z irytacją wzruszyła ramionami i sięgnęła po robótkę. Tym samym dawała mi do zrozumienia, że jest zajęta i jej przeszkadzam.

– W takim razie idź do pokoju dziecinnego i pobaw się lalkami – zakomenderowała. – W ostateczności możesz wyjść sama do ogrodu, ale nie odchodź dalej niż do wiązu.

W rzeczywistości już niejednokrotnie zapuszczałam się znacznie dalej w swoich samotnych wędrówkach i nikt tego do tej pory nie zauważył. Albo zauważyć nie chciał – to nawet bardziej prawdopodobne.

Zebrałam się na odwagę.

– Dlaczego babcia płacze, a dziadek krzyczy? – spytałam.

Na wszelki wypadek wolałam nie wspominać o ojcu, przeczuwałam bowiem, że matce bardzo by się to nie spodobało, choć jednocześnie nie potrafiłabym uzasadnić dlaczego. Tak czy inaczej, nie wyglądała na zadowoloną. Zmarszczyła brwi, ale to akurat często jej się zdarzało. Choć była jeszcze zupełnie młodą kobietą, już wówczas sprawiała na mnie wrażenie naburmuszonej matrony.

– Znowu podsłuchiwałaś? – spytała groźnie.

Wiedziałam, że czasem służące skarżyły się na mnie, choć tym razem – jak już wcześniej wspomniałam – byłam niemal pewna, że ani Marcysia, ani Józefowa tego nie zrobią. Mimo to matka się domyśliła.

– Skądże! – zaprzeczyłam gwałtownie, choć rumieniec na mojej twarzy zdradzał, jak było naprawdę. – Przechodziłam akurat koło pokoju babci i…

– Umarł twój stryj, a mój jedyny brat. – W tej samej chwili usłyszałam nad głową głos ojca. – Babcia opłakuje swojego syna, a dziadek po raz kolejny go przeklina.

Przyznam, odjęło mi wówczas na kilka minut mowę. Do tej pory jedynie słyszałam o podobnej reakcji na jakieś słowa bądź wydarzenie. Teraz przekonałam się, że to wcale nie jest tylko literacka fikcja. Stałam i patrzyłam na ojca jak zahipnotyzowana. Nie spodziewałam się go tu zastać, bo kiedy tylko mógł, unikał nas wszystkich, zwłaszcza mojej matki. Jak to się stało, że tym razem znalazł się w jej pokoju? Nigdy go o to nie zapytałam i do dziś nie wiem. Matka, nie mniej ode mnie zaskoczona jego widokiem, poderwała się z miejsca, zrzucając tym samym robótkę na podłogę.

– Jeśli tam pojedziesz… – zaczęła zduszonym głosem, ale uciszył ją jednym znużonym gestem dłoni.

– Był moim jedynym bratem. – Odwrócił się do wyjścia, lecz rzucił jeszcze na odchodnym przez ramię: – Popatrz lepiej na siebie, kim jesteś i jak wyglądasz.

– Umarł – syknęła matka. Nigdy dotąd nie widziałam takiej nienawiści w oczach. – A ta ladacznica i jej bękart zostały same. Ciekawe, jak one teraz wyglądają.

– Popatrz na siebie – powtórzył ironicznie. – Posłuchaj siebie. A ty zapamiętaj…

Te ostatnie słowa były do mnie. Ojciec patrzył w moją stronę. Stało się tak, jak mi polecił. Zapamiętałam.

Ten tekst jest fragmentem powieści Agnieszki Janiszewskiej „Kuzynka Marie”:

Agnieszka Janiszewska
„Kuzynka Marie”
29,99 zł
Wydawca: Novae Res
Rok wydania: 2020
Okładka: miękka
Liczba stron: 240
Format: 130x210 mm
ISBN: 978-83-8147-759-8
EAN: 9788381477598

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Agnieszka Janiszewska
Ukończyła historię na Uniwersytecie Warszawskim. Od urodzenia związana jest z Warszawą chociaż obecnie mieszka w jednej z podwarszawskich miejscowości. Pracuje jako nauczyciel historii w liceum ogólnokształcącym. Jej pasją jest historia, toteż większość jej lektur to monografie i biografie z tej dziedziny nauki. Nie ucieka jednak od beletrystyki, głównie powieści obyczajowych. Lubi podróże, podczas których zwiedza zabytki związane z przeszłością państw, ludzi i różnorodnych kultur.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy