Opublikowano
2019-05-22 16:49
Licencja
Prawa zastrzeżone

Legiony Polskie i tłumienie rewolucji haitańskiej

Zamiast walczyć o niepodległość Polski, musieli tłumić zryw wolnościowy mieszkańców Santo Domingo gdzieś na drugim końcu świata. Wyprawa haitańska zakończyła się katastrofą dla polskich żołnierzy.


Strony:
1 2

Widok rozpościerający się z niewielkiego wzniesienia po zachodniej stronie Saint Marc mógł zaprzeć oddech w piersiach. Wzburzone jesiennym sztormem fale Morza Karaibskiego, uderzające spienionymi bałwanami w nabrzeże, malarsko współgrały z bujną zielenią porastającą zbocza gór. Groza morskiego żywiołu w połączeniu z dostojeństwem odwiecznej puszczy poruszała uderzającym pięknem. Generał Philibert Fressinet Jednak major Piotr Wierzbicki, szef trzeciego batalionu 113. półbrygady, nie dostrzegał go, podobnie jak zapewne żaden z ponad setki stojących w pobliżu żołnierzy. W tym momencie zupełnie coś innego zaprzątało jego myśli. Straszliwy dylemat, który musiał rozstrzygnąć bez niczyjej pomocy. Szybko i zdecydowanie. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że kiedyś stanie wobec takiego problemu. Wolałby stracić rękę, niż się z nim mierzyć. Pociągła twarz majora stężała w bolesnym grymasie, a na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wpatrzone w dal, ale niewidzące oczy zaszkliły się łzami. Major drżał na całym ciele i chociaż za wszelką cenę nie chciał dać niczego po sobie poznać, nie był w stanie zapanować nad fizyczną słabością, która nigdy wcześniej w takiej postaci mu się nie przytrafiła. Ale też nigdy od wydanego przez niego rozkazu nie zależało życie kilkuset ludzi. Sześciuset. W jego rękach spoczywał los całego murzyńskiego batalionu ze 112. półbrygady kolonialnej walczącej dotychczas u boku Francuzów, któremu poprzedniego dnia nie udało się, tak jak kilku innym jednostkom, przejść na stronę powstańców. Rozbrojeni, w poszarpanych mundurach, częściowo obnażeni, tłoczyli się na niewielkim, otoczonym z trzech stron murem placyku, zbici w przerażoną, bezbronną gromadę. Dwie kompanie Polaków z nasadzonymi na karabiny bagnetami stały w podwójnym szeregu nieruchomo naprzeciw nich, oczekując na rozkaz, którego treści się domyślali. Wielu wolałoby go nie usłyszeć. Major zaś ciągle nie mógł go wydać. Jego przeciągające się wahanie zostało niespodziewanie przerwane. I nagrodzone. Nagle wszyscy usłyszeli równy, miarowy krok zbliżającego się oddziału. To generał Fressinet nadsyłał francuski batalion z rozkazem wyręczenia Polaków w likwidacji buntowników.

Napoleon i wszy, czyli jak owady zmieniały bieg historii

Owady potrafiły zmieniać bieg historii. W starożytności widliszki i roznoszona przez nie malaria były powodem upadku państwa ateńskiego, owady te zatrzymały też najeźdźcze armie Wizygotów i Hunów. Natomiast wszy i roznoszony przez nie tyfus plamisty przyczyniły się do klęski wojsk Napoleona pod Moskwą.



Czytaj dalej...

Kilka kwadransów później Francuzi dobijali bagnetami ostatnich zdradzających oznaki życia Murzynów, a obszerny plac był zasłany zmasakrowanymi, skąpanymi we krwi ciałami. Asekurujący akcję żołnierze majora Wierzbickiego spoglądali ponuro na rzeź, ciesząc się w duchu, że jej brzemię zostało zdjęte z ich barków.

W 1795 roku na mocy pokoju w Bazylei największa po Kubie wyspa archipelagu Wielkich Antyli, San Domingo (dziś Haiti), dostała się Francji. W jej burzliwą historię, począwszy od chwili hiszpańskiego podboju w początkach XVI wieku, wpisały się rzezie, najazdy, rabunki, wzajemne mordowanie się przez ludność białą i kolorową. Tego straszliwego korowodu gwałtów nie był w stanie powstrzymać trójkolorowy sztandar symbolizujący równość, wolność i braterstwo. Na zaszczepienie tych pięknych ideałów na odległej od Francji wyspie nie było szans. Sama zaś wyspa okazała się jednym z najbardziej niepożądanych upominków, jakie przypadły Francji.

Generał Charles Victoire Emmanuel Leclerc (mal. François-Joseph Kinson)

W 1796 roku władzę nad San Domingo w wyniku krwawych wydarzeń uzyskali Murzyni, przytłaczający liczbą innych mieszkańców wyspy. Na czele murzyńskiego powstania stanął generał brygady w kolonialnej armii francuskiej, François-Dominique Toussaint L’Ouverture. Okazał się on utalentowanym dowódcą. Uniezależnił się od Francji i wyparł z wyspy interweniujących Anglików, z którymi jednak szybko wszedł w porozumienie w obawie przed Francuzami. Toussaint L’Ouverture nie był głupcem — zdawał sobie sprawę, że łat­wo nie zrezygnują oni z San Domingo, nie bez powodu zwanej perłą Antyli. I tak się stało. Napoleon Bonaparte, już jako wszechwładny I Konsul, zadecydował o wysłaniu na Karaiby silnej, liczącej prawie trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy ekspedycji z zadaniem poskromienia Murzynów i odzyskania zagarniętej przez nich wyspy. Na jej dowódcę wybrał swojego szwagra, generała Charles’a-Victora-Emmanuela Leclerca. Pierwszy i najważniejszy cel ekspedycji był dla wszystkich jasny. Ale pojawiły się głosy, że Napoleonowi chodziło również o pozbycie się z kraju nieprzychylnych mu oficerów oraz żywiołów wojskowych „nazbyt przesiąkniętych duchem republikańskim”. Tych zaś w ówczesnej Francji było bardzo dużo. Jeśli przypisywany Bonapartemu zamiar był prawdziwy, to ani on, ani nikt inny nie mógł przewidzieć, że spowodowana wyprawą czystka wśród politycznych przeciwników będzie niemal zupełna. Wyprawa na Antyle przyniosła hekatombę armii i morze cierpień obu walczącym stronom. Wojna z Murzynami miała różne oblicza, wszystkie jednak przerażające i barbarzyńskie. Skalą okrucieństw mogła się z nią równać jedynie późniejsza wojna w Hiszpanii. Zresztą już po latach decyzję o interwencji na San Domingo nazwał Bonaparte „największym błędem, jaki popełniłem w rządzeniu — należało układać się z wodzami Murzynów”.

Jarosław Czubaty: Napoleon powiedział: „musicie zorganizować swoje państwo, a my musimy wygrać wojnę”

Czytaj dalej...

Wśród żołnierzy oddanych pod komendę generałowi Leclercowi znalazło się niemal 5300 Polaków. Stworzona przez legionistów naddunajskich 3. półbrygada, przemianowana po wylądowaniu na San Domingo w 114. półbrygadę francuską, liczyła 2460 żołnierzy, reszta natomiast służyła w 113. półbrygadzie utworzonej z legionistów Dąbrowskiego. Polacy po pokoju w Lunéville stali się nazbyt dużym ciężarem, w połowie 1802 roku wysłano ich na Antyle. Szczególnie z pola widzenia Napoleon chciał usunąć legionistów naddunajskich. Powód, jaki przyświecał I Konsulowi, przedstawił Marian Kukiel: „Zdemoralizowana, rozprzężona, nurtowana przez intrygi i spiski, bohaterska ta legia wydała się najbardziej niewygodną w nowym stanie rzeczy, oddalenie jej najpilniejszym. Co najlepsi ludzie byli nieobecni: jedni rzucili służbę, inni kończyli samo­bójstwem; dowódca półbrygady po wyjeździe Jabłonowskiego, Sokolnicki, pod pozorem choroby uchylił się od udziału w wyprawie”. Symulacja choroby, jeśli chodzi o żołnierza, oficera w szczególności, nie jest godna pochwały, ale akurat w tym przypadku dzięki niej zachował życie jeden ze zdolniejszych polskich oficerów epoki napoleońskiej, który kilka lat później miał zabłysnąć podczas kampanii 1809 roku przeciwko Austrii.

Wspomniany generał Władysław Jabłonowski, zresztą dawny przyjaciel Napoleona z ławy szkolnej, został wysłany przez niego na San Domingo już w maju 1802 roku z misją przeprowadzenia rekonesansu i określenia przyszłych zadań dla Polaków. Jabłonowski. gdyby nawet zorientował się w czekających ich trudach kampanii, morderczym klimacie i wszelkich innych niebezpieczeństwach, to i tak nie pozwoliłby sobie na jakąkolwiek krytykę decyzji Bonapartego, gdyż oddany był mu w sposób absolutny (na nieszczęście dla samego siebie i kilku tysięcy rodaków, chociaż nieuprawnione byłoby obciążanie winą za ich wysłanie na Haiti głównie popularnego wśród żołnierzy Murzynka).

Generał Władysław Jabłonowski

Wyprawę po śmierć pierwsza grupa Polaków rozpoczęła 18 maja w Livorno. W tamtejszym porcie żołnierze 113. półbrygady weszli na okręty, które miały ich przewieźć na Antyle. Dla wielu rejs zakończył się szybko i tragicznie. W pobliżu Elby jeden z okrętów wpadł na skały i zatonął; ponad setka Polaków znalazła grób na dnie morza. Byli pierwszymi ofiarami wojennej awantury, z której miało powrócić niewielu więcej ich rodaków. Jednak ich śmierć nie wpłynęła przygnębiająco na pozostałych. Ot, los żołnierza… Zresztą mocno przedłużone postoje w Maladze i Kadyksie, z serwowanymi przez oba porty atrakcjami, pozwoliły zapomnieć o losie starych kamratów i nie myśleć o Karaibach. A jeśli już, to z uśmiechem na ustach i raczej w oczekiwaniu egzotycznych przyjemności na odległych wyspach kojarzonych z romantycznymi opowieściami o piratach niż grozy wojny z Murzynami. Pierwszy wstrząs przeżyli zaraz po odbytym już bez żadnych niespodzianek rejsie przez Atlantyk i wylądowaniu na San Domingo. Dowiedzieli się o śmierci Jabłonowskiego. Generał nie zginął w bitwie ani w wyniku odniesionych ran, lecz kilka tygodni przed ich przybyciem zabiła go żółta febra. Przerażająca, śmiertelna choroba, czyniąca spustoszenie zwłaszcza wśród nieodpornych przybyszów z Europy. Zresztą nim jeszcze zeszli na suchy ląd, zdążyła już niepostrzeżenie zagościć na okrętach. Malaria, którą znali z Włoch, była przy niej dziecinną igraszką. Nie dano im wiele czasu na rozpamiętywanie. Natychmiast po wylądowaniu w Cap Français pierwszy batalion był już w boju. W walce ze słabo wyszkolonymi Murzynami Polacy łatwo sobie poradzili, odpierając ich odziały od miejscowej fortecy, ale wrogiem zbierającym największe żniwo miała się okazać febra. Jeden z legionistów napisał: „Własność klimatu tak straszną była, że w 24 godziny po zgonie rozlało się ciało jak smoła czarna, tylko kości zostały”. Przed zabójczą zarazą nie było ucieczki, ludzie marli jak muchy. Szef drugiego batalionu Bolesta i jego kilkuset podkomendnych zmarli w męczarniach, stojąc załogą w Port-au-Prince, już po tym, jak pod Marmelade dokonywali heroicznych czynów, walcząc z tłumem Murzynów, a potem tropili ich po bezdrożach wyspy.

Ten tekst jest fragmentem książki Sławomira Leśniewskiego „Napoleoński amok Polaków”:

Sławomir Leśniewski - „Napoleoński amok Polaków” - okładka Tytuł: „Napoleoński amok Polaków”
Autor: Sławomir Leśniewski
Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 15 maja 2019
Rodzaj okładki: oprawa zintegrowana
Wymiary: 143 × 205 mm
Liczba stron: 472
ISBN: 978-83-08-06879-3
Cena: 44,90 zł
Kup ze zniżką!
Cena e-booka: 34,90

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Generał Władysław Jabłonowski był mulatem, tak samo jak generał Tomasz Aleksander Dumas, i zmarł w mieście, w którym Czarny Diabeł się urodził. Obydwaj byli w konflikcie z Napoleonem z powodu Napoleona rasizmu.



Odpowiedz
Sławomir Leśniewski

Doświadczony popularyzator historii, autor kilkunastu książek, m.in.: Historia Polski (RTW, 1994; Mozaika, 2010), I i II wojna światowa (Fenix, 2011), Jan Zamoyski – hetman i polityk (Bellona, 2008), Książę Józef. Wódz i kochanek (Bellona, 2012), Mata Hari. Zdradzona przez wszystkich (Czerwone i Czarne, 2013), Historia tajemnic (RTW, 2007), Poczet polskich królów i książąt (Fenix, 2011), Poczet hetmanów polskich i litewskich (Somix, 1992), Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Legia Nadwiślańska, lansjerzy nadwiślańscy (Karabela D. Chojnacka, 2008) oraz monografii bitew (Jerozolima 1099, Konstantynopol 1204, Marengo 1800, Wagram 1809 – wszystkie Bellona). Publikował artykuły historyczne m.in. w „Polityce”, „Rzeczpospolitej” i „Focusie”. Z zawodu jest adwokatem.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org