Opublikowano
2011-02-09 21:55
Licencja
Prawa zastrzeżone

Ludmiła Modzelewska – „Pamiętnik legionistki”

Porywający, oryginalny, wstrząsający. Tylko używając tych słów, można komentować nigdy niepublikowany pamiętnik „Ludki” – Ludmiły Modzelewskiej. To jedyne w swoim rodzaju, niemal egzotyczne – zważywszy na brak pierwszowojennych pamiętników kobiet – świadectwo legionistki Piłsudskiego z pierwszej linii frontu.


Podczas lektury kolejnych wersów czułem się, jakbym razem z nią przebiegał chyłkiem przez bitewne pole pod Laskami, wzdłuż legionowych transzei, a po ciężkim dniu ciągłych walk, zmęczony do granic ludzkiej wytrzymałości, poczuł zapach legionowej „galop-zupki” przyrządzonej naprędce przez „Ludkę”.

Nie pozostaje mi nic więcej, jak zachęcić Czytelników do lektury niewielkiego fragmentu pamiętnika opisującego bitwę pod Anielinem–Laskami (październik 1914 roku) z udziałem polskich legionistów. Mam nadzieję, że spotka się on z entuzjastycznym przyjęciem.

23 października. Trupień pobojowisko

Ludmiła Modzelewska w 1931 roku (fot. ze zbiorów Centralnego Archiwum Wojskowego) Po północy pada rozkaz: „Na prawo wypad z lasu, przebieg przez pobojowisko Trupienia, kierunek południe do wsi Laski. Biec rozsypanym szeregiem”. Wybiegają kompanie sekcjami. W ostatnim plutonie 3-ciej k[o]mp[anii] Wira1 biegnę na końcu z [Wandą] Wisłocką i Borusem2. W jednej ręce karabin, w drugiej ściskam wypełnioną po brzegi (przez aptekarza austr[iackiego]) apteczkę. Nie widzę mojego Borusa, w tym chaosie zginął w lesie. Daremnie biegnąc krzyczę, wołam „Borus”, huk piekielny pocisków tłumi mój głos. Wisłocka biegnie tuż koło mnie, trzymając mnie za bluzę. Nagle, gdy wybiegłyśmy z lasu, zapadłyśmy się w głęboki lej. Szukam jej wokoło, zniknęła.

Podczas oświetlenia pola przez reflektor rosyjski zobaczyłam dużą płaszczyznę pola i biegnące po niej cienie żołnierzy, ale to tylko przez ułamek sekundy, bo otoczyła mnie ciemność. Nie widzę teraz nawet cieni. Daremnie wołam „Wanda”. Głuchy jęk rannych płynie poprzez huki pocisków armatnich i szrapneli. Przytłumiony jęk, jakby płacz ludzki płynie wokół mojej głowy. Dziwna woń krwi ludzkiej wionęła w moją twarz. Fantazja wyolbrzymionej imaginacji potęgowała nastrój. Reflektor – Boże! Boże! Co za widok – leżą ciała świeżo poległych i ciężko rannych tuż u moich stóp. Nie rozróżniam, czy to żołnierze austriaccy, pruscy, czy nasi strzelcy3. Nie słyszę ich głosu, choć przez sekundę widzę usta otwierające się jakby do krzyku. Widzę czołgające się ciała, a nie widzę naszych żołnierzy przebiegających to pole. Reflektor niknie. Ciemność. Odnosiłam wrażenie, że jestem sama na tym pobojowisku. Reflektor… padam na ziemi, a ona dyszy jękami przedpiekla. Ciemno… idę, padam, co chwila w wyboje wyrwane pociskami. Światło i tulę głowę do znękanej ziemi.

Nagle uczułam zimny, mokry dotyk mojej dłoni. Zamarłam z przerażenia. Ranny? Duch? Nie, nie to tylko mój Borus odnalazł panią. Piszczy z uciechy, wije się u moich nóg – przytulam jego głownię i cieszę się, że nie jestem sama na tym polu śmierci. Psisko drżało z trwogi. Chwilami tracę orientację. Ciekawe jest uczucie samotności. Może zbłądziłam? Czekam na światło reflektora. W dali widzę palące się duże zabudowania gospodarskie. Jeszcze padają pociski – szrapnele? Pode mną dyszy ziemia jękami konających. Setki ciał leżących, które potrącałam biegnąc przez to piekło, zdały mi się jakby żywe. Przy świetle widzę chwiejące ramiona, czuję dotyk mokrych rąk. Kamienieję z trwogi, aby nie nastąpić na żyjącego. Kto widział to śmiercionośne pole, kto słyszał te jęki i daremne wołania, ten nie zapomni nigdy okropności wojny. Żołnierze z naszego baonu widocznie biegli drogą na prawo, więc może uniknęli tych wrażeń. Pociski coraz rzadziej walą, wyrzucając słupy ziemi i dymu. Coraz szybciej biegnę, zapadając się w doły i leje, z których z trudem się wydostaję. Nareszcie doszłam do gościńca. To wieś Laski.

[…]

Od dawna intryguje mnie samotnie stojąca chata na przedpolu w zachodniej części widoczności, oddalona do 4 km od pozycji, a stojąca bliżej pozycji nieprzyjacielskiej. Myśląc, że znajdę w niej żywność lub wodę, bez której już nie możemy istnieć, nie pytając się Wira, bo wiem, że by mi nie pozwolił na taki wypad, wyskoczyłam nagle z okopów i mimo nawoływań Wira, krzyku Stefana4 – „Wróć, bo strzelam”, biegłam jak szalona w stronę chaty. Biegłam bez osłony wśród szalejącego wokół ognia artylerii. Za mną jak zawsze biegł mój wierny Borus. Przeskakiwałam leje, wyboje, wreszcie dotarłam do studni stojącej przed chatą. Studnia stara, podobna do „zatrutej studni” Malczewskiego. Imaginacyjnie widziałam cień postaci z fantazji artysty. Wiadro na łańcuchu spuszczam w głąb studni, oczekując orzeźwiającego płynu. Wyciągam powoli wielki ciężar – Boże! Nie ma wody, jest tylko błotnista ciecz.

Zatruta studnia (obraz Jacka Malczewskiego)

Dochodzę do drzwi chaty, z trwogą otwieram wrota. Izba duża, pełna smrodliwego odoru. Na lewo, na łożu widzę leżącego starszego żołnierza austriackiego w agonii. Twarz koszmarna, cała w zakrzepłej krwi, w piersiach coś jeszcze rzęzi, jakaś iskierka życia. Bluza rozpięta, a na piersiach duży szkaplerz z Matką Boską. Instynktownym ruchem zasłoniłam przerażającą swym wyglądem twarz. Na ziemi leży poległy żołnierz austriacki. Po izbie żeruje obrzydliwa, prawie czarna świnia. Powietrze ciężkie, odór rozkładającego się ciała. Pod blachą żarzył się maleńki ogień w dużym kawałku twardego drzewa. Myśl moja krążyła wokół izby, szukając jakiegokolwiek pożywienia. Ani skóreczki chleba nie znalazłam. Weszłam po drabinie na strych i tam ku niebywałej radości znalazłam, w worku słomą nakrytym, trochę kartofli. Roznieciłam ogień, dołożyłam szczapę drzewa. Do dużego żelaznego garnka wsypałam kartofle, zalałam błotem i czekałam na cud ugotowania. Przygotowałam sobie kobiałkę na ugotowane kartofle. Czekałam z duszą na ramieniu, a nuż szrapnel walnie w dymiący komin. To znowu dręczyła mnie trwoga, że nasi wybiegli z okopów – dokąd? Słyszę słaby bulgot gotujących się kartofli, ale i słyszę coraz cichszy charkot konającego żołnierza. Świnię wyrzuciłam z chaty.

Nie zdaję sobie sprawy, po jakim to czasie oszałamiający huk wstrząsnął niespodzianie całą chatą, która wraz ze mną zachwiała się, zadygotała. Zobaczyłam przed oczami czerwone plamy, uczułam silnie uderzenie w piersi, gdy coś rzuciło mnie w otchłań niepamięci. Otoczyła mnie mgła. Jak długo leżałam bezprzytomna w leju, nie zdaję sobie sprawy. W chwili otrzeźwienia byłam jeszcze zamroczona i czułam wielki ciężar na ciele. Zdawało mi się, że jestem ciężko ranna. Tępa ciemność raz po raz tłoczyła się w moją świadomość. Wreszcie jakaś myśl przerwała uczucie śmierci. Pierwszy ruch to powolne poruszania głową, otrząsanie z ziemi, drugi szarpanie lewą ręką, widocznie słabiej zasypaną. Skupiłam wolę w wysiłku. Krople potu zrosiły moje czoło, udręczona myśl krążyła wokół mej głowy. Ranna? Kontuzjowana? Zasypana ziemią? Czy zdołam się wydostać spod tego ciężaru? Otoczyła mnie mgła, wszystko rozpryska się w zamkniętych oczach, wszystko wiruje nieuchwytne, jakby zamazane w pamięci. Łomotało mi w skroniach jakby młotami. Wrażenie strachu potęgowało przerażenie, że wydobyć się z tej masy ziemi nie miałam siły.

Pomnik ku czci lgionistów poległych w 1914 r. w bitwie pod Laskami (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego) Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że leżę w głębokim leju, zasypana ziemią. Powolny ruch ręki odrzucił ciężar ziemi, potem już drugą rękę odkopałam z trudem. Więc żyję! Usuwanie ziemi było powolne, ale coraz więcej wydobywałam się z grobu. Wreszcie wydobyłam i nogi. Na nogach leżał nieżywy mój Borus. Odchyliłam bluzę, szukając rany, krwi. A więc tylko kontuzjowana jakimiś odłamkami w pierś, cała prawa strona sina tamuje oddech. Zrozumiałam, że nie my kierujemy życiem, lecz nieznany, przez innych nazwany los. A kiedy wreszcie wypełzłam z głębokiego grobu, ujrzałam w miejscu chaty stertę opalonych krokwi, gruzów i połowę sterczącego z nich komina. Przed chatą duża wyrwa w ziemi. Co się tu działo, nie mogę sobie odtworzyć. Świnia zniknęła, pewnie uciekła ze strachu. Z trwogą idę po stertach rumowiska jeszcze gorącego. Piec na pół rozwalony, blacha sterczy do góry, a w niej tkwi mój „corny gorcek” z ziemniakami. Z garnkiem wyszłam przed chatę, do jakiegoś strzępu koszyka, włożyłam jeszcze gorące kartofle. Szłam polem przez wyboje powolnym krokiem w stronę naszych okopów, a w piersiach odczuwałam coraz większy ból. Pociski wszelakiego kalibru padały wokół, ale nie imały się upartej baby. Obawa, że nasi już wybiegli z okopów, dodawała mi siły w marszu, ale najmniejszy ruch powodował straszny ból. Postanowiłam nie opowiadać moich przygód nawet Stefkowi, aby nie dać tematu strzelcom. I tak byłam od samego początku pod silną ich obserwacją. Radzi by znaleźć choćby najmniejsze uchybienie, aby roztrząsać kwestię „Kobieta a wojna”. Unikaliśmy ze Stefanem serdecznych powitań i pożegnań, aby nie narazić się na docinki towarzyszy.

Wreszcie zobaczyłam okopy i wzruszona, ręce witające mnie z tej wyprawy. Witał mnie serdeczny okrzyk ob. Sławoja5: „Patrzcie! Ob. Ludka wraca żywa, a chałupa widząc ją ze strachu zapadła się w ziemię”. Wir widocznie widział przez polową lornetkę cały epizod moich przygód, bo nie powitał mnie radośnie, ale z marsem na czole zamruczał: „Kobieta na wojnie! Gdyby to był żołnierz, kazałbym rozstrzelać”. Wisłocka ściskała mnie w ramionach, a Rytwin-Batorski (inż. ze Lwowa) witał mnie braterskim pocałunkiem i uściskiem. Stefan wreszcie przywitał się ze mną, ale wyczułam, że coś obmyśla, aby mnie odesłać do pracy pozafrontowej. Kartofle dałam kucharzowi Janowi, który wraz z Sybirakiem i Grzmotem rozdawał je między sekcje. Ob. Sławojowi wręczyłam sama jeden kartofel z listkiem słoniny, który dostałam od Tarapaty. Humor dra Sławoja z racji otrzymanego kartofla rozproszył przygnębienie głodnych żołnierzy.
 

Ludmiła Modzelewska

Autorka przytoczonych wyżej słów urodziła się 16 września 1879 roku w Krakowie. Ukończyła szkołę handlową oraz konserwatorium (specjalność – fortepian) w Krakowie. W 1913 roku wstąpiła do Koła Kobiet Związku Strzeleckiego w Krakowie, obierając pseudonim „Ludka”. Fakt ten zdeterminował jej dalsze życie. W sierpniu 1914 roku wstąpiła do Legionów. Po pięciomiesięcznej służbie w legionowym mundurze w stopniu sierżanta, w wyniku odmrożenia stóp na froncie, musiała odejść na tyły. Należała do Polskiej Organizacji Wojskowej.

Po odrodzeniu polskiej państwowości w listopadzie 1918 roku służyła w Wojsku Polskim. W Wolnej Polsce mieszkała w Warszawie. Należała do Związku Legionistów Polskich i Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Pracowała w Przysposobieniu Wojskowym Kobiet. Podczas II wojny światowej była żołnierzem Armii Krajowej. Więziona na Pawiaku. W lutym 1944 roku wyjechała z Warszawy do Krakowa, gdzie zmarła w latach 60. (?) XX wieku. Odznaczona Krzyżem Niepodległości, trzykrotnie Krzyżem Walecznych, Złotym i Srebrnym Krzyżem Zasługi, Krzyżem I Brygady „Za Wierną Służbę”. Do końca życia została sierżantem. Wielkim autorytetem był dla niej Józef Piłsudski6.

Jak pisałem we wstępie, jest to tylko niewielki fragment wspomnień Ludmiły Modzelewskiej. Maszynopis przechowuje się obecnie w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu. Łącznie liczy on kilkaset stron, które czekają na wydawcę zainteresowanego publikacją całego pamiętnika.

Przypisy

1 Alojzy Konas „Wir” (1894–1940) – członek ZS, dowódca 3. kompanii V baonu 1. pp. Od 1915 r. kapitan. Po kryzysie przysięgowym w 1917 r. wcielony do armii austriackiej. Później w POW. Od listopada w WP. Był m.in. dowódcą piechoty dywizyjnej 21 DPG. Od 1927 r. pułkownik. Podczas kampanii 1939 r. Dowódca 38. DP rez. Wzięty do niewoli sowieckiej. Zamordowany w 1940 r. w Charkowie.

2 Pies autorki wspomnień.

3 Mimo powstania w sierpniu 1914 r. Legionów Polskich, w oddziałach dowodzonych przez Piłsudskiego nadal używano określenia „strzelec” nawiązującego do przedwojennych organizacji paramilitarnych: Związków Strzeleckich oraz Polskich Drużyn Strzeleckich, z których w sierpniu 1914 r. utworzono pierwsze oddziały wojskowe. Oddziały te podczas samodzielnej akcji Piłsudskiego w Królestwie Polskim określano zbiorczym mianem „Strzelców”.

4 Stefan Modzelewski „Robak” (1889–1947) – mąż autorki wspomnień. Artysta-malarz, członek ZS. Później w Legionach w 3. komp. V baonu, od 1915 r. oddelegowany do POW w Krakowie. Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. W II RP wiceprezes Polskiego Towarzystwa Artystów. Uczestnik wojny polsko-niemieckiej w 1939 r. Zmarł w Krakowie.

5 Sławoj Felicjan Składkowski „Podkowa” (1885–1962) – lekarz, od 13 sierpnia 1914 r. w oddziałach strzeleckich, lekarz V baonu 1. pp., a później 5. pp. W Legionach dosłużył się stopnia kapitana. W latach 1917–1918 internowany w Beniaminowie. Od listopada 1918 r. w WP. Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, zajmował stanowisko m.in. szefa sanitarnego 2. DP Legionów. Od 1924 r. generał brygady, od 1936 r. generał dywizji. Od 1926 r. minister spraw wewnętrznych (przerwa w sprawowaniu funkcji między 1929 a 1930 r.) do 1932 r. Od 1936 r. premier i minister spraw wewnętrznych. Po kampanii 1939 r. internowany w Rumunii. Po wojnie na emigracji w Londynie. Tam też zmarł.

6 Biogram opracowano na podstawie następujących źródeł: Centralne Archiwum Wojskowe w Warszawie, Akta odznaczeniowe Krzyża Niepodległości Ludmiły Modzelewskiej, KN-7.VII.1931 r.; Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu [dalej: BZNO], Kartki z autentycznych notatek sierżanta 1 Pułku Piłsudskiego ob. „Ludki”, rkps. 14082/II, t. 1, k. 3, 9–12; BZNO, L. Krobicka-Modzelewska, Warszawa 1939–1944, rkps. 14083/II, k. 8, 25, 38–39, 43, 149; L. Modzelewska, _Sierżant prowiantowy I Brygady (kartki z pamiętnika), [w:] Wierna służba. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1910–1915, pod red. A. Piłsudskiej, M. Rychtertówny, W. Pełczyńskiej, M. Dąbrowskiej, Warszawa 1927, s. 73.

Zobacz też:


Podał do druku, opracował biogram i przypisy: Mateusz Staroń
Redakcja: Roman Sidorski
Korekta: Justyna Piątek

Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: wojtek |

Ciekawy artykuł, warto pamiętać o takich postaciach.



Odpowiedz

Gość: Mateusz Staroń |

Pani Małgorzato bardzo się cieszę, że pamiętnik okazał się przydatny. Do pamiętnika jest dołączonych kilka ciekawych \"niespodzianek\". Jeżeli Pani bardzo zależy na odszukaniu brata babci proszę pisać na e-mail. Myślę, że będą mógł pomóc. Pozdrawiam. mateusz_staron@wp.pl



Odpowiedz

Gość: Małgorzata Bednarska |

Z ogromną przyjemnością przeczytałam. Weszłam, tu przez przypadek szukając inf. na temat brata mojej babci, który służył w tej samej kompanii pod dowództwem \"Wir-a\". Bardzo się ucieszyłam, mam tylko kilka informacji z CAW-u. A tu piękne wspomnienia współtowarzyszki niedoli. Chętnie poczytałabym jeszcze. pozdrawiam Małgorzata



Odpowiedz

Gość: mateyek |

fajnie :) wkońcu coś o kobietach z tamtego okresu. Raczej nie spotykane wspomnienia, przynajmniej ja nie pamiętam żebym czytał jakieś wspomnienia kobiet z wojaczki, a i z zaciekawieniem sie czyta



Odpowiedz

Gość: Magda |

Dziękuję za udostępnienie fragmentów. Szkoda, że tych cennych wspomnień nie można znaleźć na półce w księgarni.



Odpowiedz
Mateusz Staroń

Absolwent historii UMCS w Lublinie, autor kilkadziesiąt artykułów, biogramów i recenzji dotyczących polskiego ruchu niepodległościowego w latach 1905–1918 (m.in. w „Przeglądzie Historyczno-Wojskowym” i „Sobótce”). Wyróżniony w konkursie IPN-u na najlepszy debiut historyczny roku w kategorii prac magisterskich.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org