Łukasz Dynowski – „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” – recenzja i ocena

opublikowano: 2026-04-08, 07:54
wolna licencja
Debata o atomie trwa. Zanim jednak zajmiemy ostateczne stanowisko, warto przeczytać „Atomowych” Łukasza Dynowskiego. To wstrząsający zapis historii amerykańskiego programu jądrowego, widziany z perspektywy ludzi, którzy wbrew własnej woli stali się ofiarami testów nuklearnych. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć realną cenę posiadania broni masowego rażenia.
reklama

Łukasz Dynowski – „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” – recenzja i ocena

Łukasz Dynowski
„Atomowi. Testy nuklearne na ludziach”
nasza ocena:
8.5/10
cena:
59,99 zł
Podajemy sugerowaną cenę detaliczną z dnia dodania produktu do naszej bazy. Użyj przycisku, aby przejść do sklepu — tam poznasz aktualną cenę produktu. Szczęśliwie zwykle jest niższa.
Wydawca:
Agora
Rok wydania:
2026
Liczba stron:
288
Premiera:
11.03.2026
Format:
135 x 210 mm
EAN:
9788383804545

Nie ulega wątpliwości, że najważniejszym testem w historii broni atomowej było zrzucenie jej na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 roku. Czy test się udał? Biorąc pod uwagę, że do tej pory żadne państwo mające w swoim arsenale tak śmiercionośną broń nie odważyło się zaatakować innego kraju z jej wykorzystaniem – można to traktować jako sukces, stanowiący jednocześnie skuteczny rodzaj „odstraszacza”.

Nasuwa się zatem pytanie: dlaczego USA, Wielka Brytania czy Związek Sowiecki decydowały się na późniejsze eksperymenty z detonacją broni atomowej i jej kolejnych wariantów? Odpowiedź nasuwa się sama: bo mogli! To najkrótsze i zarazem najprostsze wyjaśnienie decydentów, jakie znajdziemy w książce Łukasza Dynowskiego. Problem w tym, że za tą odpowiedzią kryją się potworne opowieści ludzi, którzy na własnej skórze odczuli „atomowe zabawy” polityków i wojskowych oraz urzędniczą bezduszność ze strony własnych ojczyzn.

Pierwsze strony „Atomowych” to błyskawiczna lekcja historii – od narodzin prochu po technologiczny wyścig zbrojeń. Prawdziwy przełom przyniósł jednak wiek XX, gdy ludzkość zyskała moc niemal boską: zdolność do stworzenia „superbroni”, która jednym uderzeniem potrafi zmieść z powierzchni ziemi całe miasta.

Choć kulisy powstawania bomby w USA wielu z nas kojarzy z kinowym rozmachem „Oppenheimera”, to u Łukasza Dynowskiego ciężar opowieści spoczywa gdzie indziej. Głównymi bohaterami nie są tu genialni fizycy – Robert Oppenheimer, Enrico Fermi, Leó Szilárd czy Richard Feynman – lecz anonimowi statyści nuklearnego spektaklu. Ludzie, którzy nieświadomi śmiertelnego zagrożenia, zostali rzuceni w samo centrum radioaktywnego pyłu. Żołnierze, którzy brali udział w testach, po latach nazwali siebie „atomowymi weteranami”. Z kolei cywilów żyjących w cieniu poligonów ochrzczono mianem „downwinders” – to ci, na których domy, wraz z kierunkiem wiatru, opadał zabójczy, niewidzialny popiół.

reklama

Wszystko zaczęło się 16 lipca 1945 roku na Szlaku Martwego Człowieka – spieczonej słońcem pustyni w Nowym Meksyku. To tam, na poligonie Trinity Site, dokonano pierwszej atomowej detonacji w dziejach. Dwie i pół godziny drogi dalej leży Las Cruces, czyli Miasto Krzyży – symboliczne miejsce spotkań weteranów, których życie naznaczył atom. Jak zauważa Łukasz Dynowski, nazewnictwo tych miejsc jest uderzająco trafne, niemal prorocze wobec nuklearnego żniwa, jakie zasiał tam wiatr historii.

Łukasz Dynowski najwięcej miejsca poświęca amerykańskim operacjom z użyciem broni jądrowej. Skuteczność niszczycielską sprawdzano wszędzie: na lądzie, morzu, a nawet w kosmosie. Podczas pojedynczych misji detonowano od kilku do nawet trzydziestu paru ładunków. Im bardziej zaostrzał się zimnowojenny konflikt, tym mocniej mocarstwa licytowały się na potęgę zniszczenia. W tej opowieści nie mogło zabraknąć radzieckiej „Car-bomby” – najpotężniejszego ładunku, jaki kiedykolwiek zdetonował człowiek. Ta kolosalna konstrukcja o sile ponad 50 megaton została zrzucona 30 października 1961 roku w archipelagu Nowej Ziemi, a wywołana nią fala uderzeniowa trzykrotnie okrążyła kulę ziemską.

Podczas testów kluczowy, choć tragiczny, był udział „czynnika ludzkiego”. Żołnierzy wysyłano do akcji niemal natychmiast po eksplozji, by badać ich reakcje w cieniu kotłującego się nad nimi nuklearnego grzyba. Wiedza uczestników na temat promieniowania była znikoma. Nikt nie zaprzątał sobie głowy rakiem, skoro przełożeni zapewniali, że testy są bezpieczne, a opad nie stanowi zagrożenia. Liczył się postęp, ochrona wolnego świata i „dobro ludzkości”.

„Wysłać żołnierzy na poligon, wsadzić do okopów, przykryć grzybem atomowym i sprawdzić, jak to jest, co im się stanie oraz jak zareagują. Jednym słowem: naukowcy oraz wojskowi mieli zabawkę, więc trzeba było się bawić” – mówił przed laty cytowany w książce admirał William F. Halsey Jr., jeden z najwybitniejszych oficerów amerykańskiej marynarki.

reklama

Wielokrotnie w „Atomowych” natrafiamy na bardzo podobne do siebie wypowiedzi żołnierzy, które dotyczyły momentów detonacji bomb atomowych: „Byłem w szoku, kiedy, mając mocno zaciśnięte powieki, mogłem zobaczyć kości w moim przedramieniu, jakby ktoś mi robił prześwietlenie rentgenowskie”. „Kazano nam zacisnąć pięści i przycisnąć je do oczodołów tak mocno, jak możemy. Zrobiłem to i zobaczyłem własne kości w ręce”. „Widziałem własne kości. Siedzieliśmy na pokładzie startowym lotniskowca. Zero odzieży ochronnej. Niektórzy mieli gogle, ja nie”.

Z jednej strony przekonywano, że testy są niegroźne, z drugiej zaś grożono, że każde słowo na ich temat będzie traktowane jak zdrada ojczyzny. Cena milczenia okazała się jednak straszliwa: gwałtowne pogorszenie zdrowia, nowotwory złośliwe i przedwczesna śmierć. Mimo to weterani, próbujący uzyskać świadczenia z tytułu niepełnosprawności, odbijali się od ściany. Lekarze bezlitośnie ucinali ich roszczenia, twierdząc, że choroby wystąpiły zbyt późno, by wiązać je ze służbą. Ludzi tych wyzywano od „symulantów”, „słabeuszy” i „hipochondryków”. Jak zaznacza Łukasz Dynowski, wielu weteranów do końca pozostało wiernych tajemnicy wojskowej, nie wspominając o udziale w testach nawet swoim lekarzom.

Jeszcze bardziej tragiczny los spotkał cywilów mieszkających w pobliżu „gorących stref”. Tracili majątki, zdrowie i życie, a w zamian od agentów federalnych słyszeli jedynie pogardliwe: „Ty głupi rolniku, co ty możesz wiedzieć o promieniowaniu?”.

W książce nie brakuje wątków dotyczących wykorzystywania „superbroni” w bieżącej walce politycznej czy absurdalnych instrukcji zachowania w razie ataku nuklearnego. Jednak najbardziej porażające fragmenty „Atomowych” dotyczą bezpośrednich eksperymentów na ludziach. Łukasz Dynowski przypomina m.in. historię „radowych dziewczyn” – pracownic malujących tarcze zegarków farbą luminescencyjną, która zawierała zabójczy rad. Innym drastycznym przykładem było podawanie ciężarnym kobietom radioaktywnych tabletek w klinice prenatalnej na Uniwersytecie Vanderbilta w Nashville. Z kolei w jednej ze szkół specjalnych dzieciom serwowano do jedzenia płatki owsiane z dodatkiem radioaktywnego wapnia i żelaza. W zamian za udział w tym „badaniu” oferowano im drobne prezenty i bilety na mecze baseballu.

reklama

Podsumowaniem lektury jest kwestia spóźnionego uznania krzywd atomowych weteranów. Przełomem był rok 2023, gdy brytyjscy żołnierze za swoje cierpienia otrzymali wreszcie pamiątkowe medale. Jednak dla ich rodzin takie zadośćuczynienie to o wiele za mało. Przez dekady unikano uznania statusu weterana, ponieważ wiązałoby się to z publicznym przyznaniem do prowadzenia nieludzkich testów oraz – co najważniejsze – z koniecznością wypłaty ogromnych odszkodowań. I to właśnie o tę sprawiedliwość, a nie tylko o symbole, wciąż toczy się walka.

Lektura „Atomowych” nieuchronnie skłania do refleksji: jak wyglądałyby testy nuklearne w Polsce, gdyby nasz kraj dostąpił wątpliwego zaszczytu posiadania własnej bomby? Można mieć nadzieję, że dziś odbywałoby się to w sposób bardziej cywilizowany. Bądźmy jednak uczciwi – nie trzeba broni jądrowej, by zgotować ludziom piekło w miejscu ich zamieszkania. Wystarczy wspomnieć o tragicznej historii Huty Metali Nieżelaznych „Szopienice” w Katowicach czy składowisku fosfogipsu w Wiślince.

Zapewne u wielu czytelników po lekturze książki Łukasza Dynowskiego jeszcze długo będą wybrzmiewać słowa-klucze: atom, wybuch, wiatr, rak i śmierć. Najlepszym podsumowaniem tej historii niech będzie jednak głos jednego z weteranów, który po latach mówił: „(...) kiedy będziecie dziś wieczorem kładli się spać i przytulicie już swojego pluszowego misia, pomyślcie przez chwilę o ludziach takich jak ja. O wszystkich tych, którzy siedzieli na boisku piłkarskim, podczas gdy Amerykanie zrzucali za naszymi plecami bomby atomowe. To dzięki nam możecie teraz spać spokojnie”.

Zainteresowała Cię nasza recenzja? Zamów książkę Łukasza Dynowskiego „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” bezpośrednio pod tym linkiem, dzięki czemu w największym stopniu wesprzesz działalność wydawcy!

reklama
Komentarze
o autorze
Maciej Gach
Politolog, współpracownik Radia Gdańsk. Jego zainteresowania koncentrują się wokół funkcjonowania systemów politycznych i partyjnych w Europie oraz zagadnień związanych z najnowszą historią Polski po 1945 roku. Zapalony miłośnik biegania.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone