Manhattan w ogniu. Wielki pożar Nowego Jorku. „Nie było nic poza dymem, ogniem i kurzem”

opublikowano: 2026-07-19, 08:53
wszelkie prawa zastrzeżone
19 lipca 1845 roku na Dolnym Manhattanie wybuchł pożar – w płomieniach stanął nowojorski zakład produkujący olej wielorybi i świece. Wydawało się, że zniszczenia ograniczą się tylko do tego budynku. Szalejący ogień szybko dotarł jednak do magazynu z łatwopalną saletrą. Po chwili rozległa się potężna eksplozja.
reklama
Wielki pożar Nowego Jorku z 1835 roku widziany z Williamsburgu na Brooklynie, obraz autorstwa Nicolino Calyo

Do lat 30. XIX wieku Nowy Jork stał się jednym z najważniejszych miast Stanów Zjednoczonych. Otwarcie w 1825 roku Kanału Erie łączącego rzekę Hudson z Wielkimi Jeziorami przyczyniło się do niebywałego rozkwitu finansowego tej miejscowości – przez zlokalizowany w niej port wypływała ponad połowa eksportu kraju, do miast trafiała też ponad jedna trzecia amerykańskiego importu. Do tego swoje siedziby w Nowym Jorku zaczęły otwierać liczne firmy ubezpieczeniowe, inwestycyjne, działające w branży nieruchomości i wiele innych. 

Rozwój finansowy szedł w parze ze wzrost liczby ludności – w 1835 roku sięgała już ona 300 tysięcy, blisko 150 tysięcy więcej niż dziesięć lat wcześniej. Nie nadążał za nim jednak rozwój działań przeciwpożarowych i straży pożarnej, która był zbyt skromna liczebnie i sprzętowo jak na potrzeby tak dużego miasta. Na efekty tego nie trzeba było długo czekać. Przez całe lato i jesień nowojorscy strażacy gasili licznie wybuchające w mieście pożary. Żaden z nich nie mógł się jednak równać z tym, który wybuchł pod koniec roku.

16 grudnia 1835 roku koło 21.00 w płomieniach stanął czterokondygnacyjny magazyn suchych towarów przy Merchant Street na Dolnym Manhattanie. Porywisty wiatr sprawił, że pożar, który wybuchł w samym sercu ówczesnej dzielnicy handlowej Nowego Jorku, błyskawicznie rozprzestrzenił się na budynki nad brzegiem East River, a nawet zajął cumujące tam statki. Świadkowie opowiadali później, że widzieli pożar z Filadelfii oddalonej o ponad 100 kilometrów. 

Silny, porywisty wiatr nie był jedyną przeszkodą w walce z żywiołem. Strażacy zabrali się do gaszenia ognia, ale akcję ratunkową utrudniała temperatura – najniższa od lat, sięgająca minus 27 stopni Celsjusza. To sprawiło, że położona w mieście cieśnina East River była całkowicie skuta lodem. Jednocześnie było to jedno z głównych źródeł wody – aby się do niej dostać, strażacy zmuszeni byli wiercić przeręble i przekuwać grubą warstwę lodu. W taki sposób udało im się dostać do wody, ale ta szybko zamarzała wokół węży i ​​rur. Przy siarczystym mrozie nie chciały też działać sikawki. 

reklama

Wobec niemożliwości okiełznania szalejącego żywiołu za pomocą wody strażacy postanowili walczyć z ogniem poprzez burzenie stojących na jego drodze budynków – tak, by pozbawić ogień materiału palnego. I przy tych działaniach pojawił się jednak problem – szybko na Manhattanie zaczęło brakować prochu do wysadzania budynków. To na pewien czas zatrzymało akcję ratowniczą. Ogień tymczasem nie czekał – w szaleńczym tempie zajmował kolejne tereny. Do akcji wkroczył więc oddział piechoty morskiej i marynarzy amerykańskich z prochem z Brooklyn Navy Yard. 

Litografia z kwietnia 1836 roku przedstawiająca zniszczony budynek Merchant’s Exchange na Wall Street podczas pożaru, autor: Robinson

Ostatecznie pożar udało się opanować dopiero następnego dnia, po ponad 15 godzinach walki z żywiołem. Jego skutki były wyjątkowo niszczycielskie – ogień zajął 13 akrów (ponad 5 hektarów) na obszarze 17 kwartałów miasta. Zniszczył od 500 do nawet 700 budynków – lokali mieszkalnych, sklepów i magazynów, powodując straty szacowane na około na 20 ówczesnych milionów dolarów (co odpowiada w przybliżeniu dzisiejszym 600 milionom dolarów). 

Redaktor „New York Herald” James Gordon Bennett udał się na miejsce pożaru – w swoim tekście opowiedział czytelnikom o rodzinach owiniętych w koce, płaczących kupcach, ekipach desperacko ratujących towary, o ludziach rozpalających ogniska z niegdyś drogich produktów, by tylko się ogrzać. „Nie było nic poza dymem, ogniem i kurzem” – podsumował.

Łącznie w pożarze zginęły dwie osoby – skala ofiar była stosunkowo ograniczona, ponieważ pożar wybuchł w dzielnicy handlowo-magazynowej, która nocą była niemal całkiem pusta. Po ugaszeniu przeprowadzono śledztwo, które miało wskazać winnych pożaru. Tych jednak nigdy nie znaleziono – postępowanie wykazało, że jego pierwotnym źródłem była pęknięta rura gazowa, która zapaliła się od pieca węglowego. 

Nowy Jork znowu w płomieniach

Pożar z 1835 roku był wielką tragedią dla Nowego Jorku. Władze miasta wyciągnęły z niego lekcje – wprowadziły przepisy zakazujące stawiania drewnianych budynków na obszarze, na którym wybuchł pożar, znacznie poszerzyły ulice, część wytyczyły od nowa. W 1837 roku rozpoczęła się budowa magistrali wodociągowej Old Croton, która miała zapewnić łatwiejszy dostęp wody do miasta.

reklama

Banki z kolei zaoferowały korzystne pożyczki na odbudowę, a te firmy ubezpieczeniowe, które przetrwały, aktywnie zaangażowały się we współpracę przy działaniach na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pożarowego, wspierając je między innymi finansowo. 

To właśnie wtedy swoją pozycję zbudowała choćby firma The Hartford (dziś The Hartford Insurance Group) – jedna z najstarszych i najbardziej znanych firm ubezpieczeniowych w Stanach Zjednoczonych. Jej prezes Eliphalet Terry wraz z dyrektorami zobowiązał się za wszelką cenę pokryć wszystkie należne odszkodowania, gwarantując je nawet własnym majątkiem. Chciał w ten sposób dowieść swojej wiarygodności i udowodnić, że firma wypłaca zobowiązania nawet w sytuacji największych kryzysów. A ten z 1835 roku był ogromny – 23 na 26 firm ubezpieczeniowych działających wówczas w Nowym Jorku zbankrutowało. 

Wybuch magazynu przy Broad Street, 19 lipca 1845 roku

Po pożarze władze zdecydowały się również zreformować struktury straży pożarnej oraz zapewnić jej większe możliwości działania. Wydawało się więc, że Nowy Jork wyciągnął lekcję z tragicznych doświadczeń i jest lepiej przygotowany na przyszłe katastrofy. Okazało się jednak, że nie do końca. Nie minęło dziesięć lat, a miasto znowu stanęło w płomieniach. 

19 lipca 1845 roku koło godziny 2.30 na Dolnym Manhattanie w Nowym Jorku wybuchł kolejny pożar – na trzecim piętrze zakładu produkującego olej wielorybi i świece. W innych okolicznościach może dałoby się ugasić go szybciej – w tym przypadku pogoda nie utrudniała zadania, noc była stosunkowo bezwietrzna. Przez drewniane budynki w pobliżu ogień szybko dostał się jednak do magazynu przy Broad Street, gdzie przechowywano łatwopalną saletrę. To doprowadziło do potężnej eksplozji – jej huk doszedł nawet do Jersey po drugiej stronie rzeki Hudson. 

reklama

Wybuch był tragiczny w skutkach – spowodował zawalenie się okolicznych budynków, co doprowadziło do śmierci wielu strażaków i mieszkańców. Ludzie umierali nie tylko w płomieniach szalejącego żywiołu, ale i od spadających elementów zabudowania. Chwilę po pierwszej eksplozji doszło do drugiej. Budynek został kompletnie zniszczony. 

Obraz przedstawiający wielki pożar Nowego Jorku z 1845 roku widziany z Bowling Green

Koło 3.00 do akcji wkroczyli strażacy z nowojorskiej straży pożarnej, wkrótce ściągnęły do nich dodatkowe załogi strażackie. W tym przypadku działania były lepiej zorganizowane – gaszenie pożaru ułatwiał dostęp do wody zapewniony dzięki ukończonemu trzy lata wcześniej akweduktowi Croton. Ostatecznie koło 13.00 udało się pokonać żywioł. Skutki pożaru były jednak ogromne.

Straty gospodarcze były mniejsze niż w przypadku poprzedniego pożaru – ten z 1845 roku zniszczył 345 budynków i spowodował straty szacowane na 10 milionów ówczesnych dolarów (dziś w przybliżeniu 300 milionów dolarów). Pochłonął jednak znacznie więcej ofiar – zginęło w nim 30 osób: czterech strażaków i 26 mieszkańców. 

Choć władze próbowały ustalić przyczyny pożaru, nie udało się znaleźć winnych. Ostatecznie postawiono zarzuty dwóm pracownikom fabryki świec, oskarżając ich o niedopilnowanie obowiązków i posiadanie prochu. Nie ponieśli jednak żadnych konsekwencji. Władze miasta i z tej katastrofy wyciągnęły odpowiednie wnioski. Nigdy później w Nowym Jorku nie doszło już do pożaru, który przyniósłby tak niszczycielskie skutki.

Polecamy e-book: „Czerwone mundury. Armia Brytyjska w czasach wojny o niepodległość USA”

Michał Rastaszański
„Czerwone mundury. Armia Brytyjska w czasach wojny o niepodległość USA”
cena:
Wydawca:
PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron:
89
Format ebooków:
PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN:
978-83-65156-59-4

Źródła:

reklama
Komentarze
o autorze
Katarzyna Łabicka
Absolwentka dziennikarstwa i nauk politycznych. Miłośniczka historii, reportaży i kultury hiszpańskiej.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone