Autor: Stanisława Sowińska
Tagi: Wspomnienia, Historia polityczna, 1945-1989, Polska
Opublikowany: 2017-03-28 17:30
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

Mokotów: droga do stalinowskiego piekła

Partia była dla komunisty wszystkim. Ona miała nigdy się nie mylić, zawsze znać prawdę i wymagała bezwzględnego posłuszeństwa. Ale co zrobić, gdy to partia oskarża komunistę o niepopełnione przestępstwa?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Ledwo skończył się w Budapeszcie proces Rajka, rozpoczął się w Warszawie proces Adama Doboszyńskiego[1].

Adam Doboszyński (domena publiczna)
Ku mojemu zdziwieniu zadzwonił do mnie bezpośrednio do redakcji generalny prokurator wojskowy, generał [Stanisław] Zarakowski[2]. Nie podejrzewałam dotąd, że w ogóle wie o moim istnieniu. Zapraszał mnie na proces: „Warto posłuchać, może się wam przydać, przepustka już przygotowana, możecie ją odebrać na miejscu”.

Poszłam z samej ciekawości. Wychudły, posiwiały oskarżony odsłaniał przed publicznością pokryte pręgami plecy, krzyczał, że zmuszono go biciem do zeznań. Przedwojenny organizator pogromów żydowskich budził we mnie litość zmieszaną z odrazą. Ale sympatii nie budził we mnie i główny oskarżyciel: było publiczną tajemnicą, że generał Zarakowski przed wojną, jako student poznański, w czasach kiedy oskarżony organizował pogromy, należał do organizacji studenckich nie tak znów odległych od „idei” szerzonych przez Doboszyńskiego[3].

Drzwi z jednej strony sali sądowej otworzyły się dyskretnie. Wiceminister Romkowski wkroczył na salę. Towarzyszyli mu Różański i Światło. Cała trójka zasiadła w pierwszym rzędzie – niby na spektaklu. W pewnej chwili [wzrok] Romkowskiego spotkał się z moim wzrokiem. Skłonił lekko głowę, ale jego oczy miały temperaturę lodu. Różański przywitał mnie z daleka z ostentacyjną uniżonością. Światło, bez najmniejszej żenady, wlepił we mnie wypukłe oczy.

Podczas przerwy Różański podszedł do mnie, ręki mi jednak nie podał:

– Dobrze, że przyszłaś, „Barbaro”!

– Dlaczego?

– Przyda ci się w niedalekiej przyszłości! – powtórzył słowa generała Zarakowskiego.

Po tygodniu przedwczesnych przymrozków, mimo że była już druga połowa października, nastał prawie letni dzień[4]. Ulice ożywiły się na powrót jasnymi płaszczami, kolorowymi sukienkami kobiet. Wyjrzawszy przez okno na zielone jeszcze, odżyłe pod promieniami słońca drzewa, zdjęłam sweter, pozostając w sukience z krótkim rękawem; cieplejszą bieliznę zmieniłam na jedwabną.

– Znów się przeziębisz! – napominał mnie mój mąż. – Dopiero co wstałaś po ciężkiej grypie, weź przynajmniej płaszcz!

– Nic mi nie będzie – zapewniłam go beztrosko. – Czuję się dziś, jakbym miała dwadzieścia lat.

Płaszcz jednak wzięłam, letni, wojskowy, ze śladami dystynkcji na ramionach. Zdjęłam je, ponieważ żenowało mnie, kiedy ludzie oglądali się za mną na ulicy.

W porze obiadu zastałam na stole kartkę od męża. Wysłano go niespodziewanie do Krakowa. Trochę mnie to zaskoczyło, bo wyjazdy były dotąd planowane przez Departament Personalny [MON], w którym mąż był zastępcą szefa. Niespodziewany, nagły wyjazd zdarzał się po raz pierwszy. Cóż, służba!

Lubiłam rzadkie chwile samotności w domu. Z każdego tak mi dobrze znanego zakątka promieniowało czymś bliskim, nieuchwytnym, niepowtarzalnym. Uczucie niepowtarzalności przemijających obecnie chwil było tak silne, że zatrwożyłam się. Podobnego uczucia doznawałam już rok prawie temu, w przeddzień oznajmienia mi decyzji o wyrzuceniu z Głównego Zarządu Informacji.

Siedziałam wtedy sama w gabinecie. Wszystko w nim było rezultatem mojej pracy. Wieloletniej, intensywnej. Półki z cennymi książkami przeze mnie gromadzonymi, półki z niezliczonymi aktami. Kasa ogniotrwała zawierająca dokumenty z archiwum okupacyjnego. Maszyna do pisania na biurku, pokiereszowana odłamkami pocisków, które mnie raniły – miałam ją przy sobie razem z torebką z dokumentami.

I teraz, u siebie, we własnym domu – to samo. O co bym nie zaczepiła wzrokiem, każdy przedmiot, najbardziej nawet banalny, zdawał się do mnie uśmiechać. Uśmiechem smętnym, pożegnania, o jakim nic jeszcze nie wiedziałam.

Citroën Traction Avant, popularny samochód stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa (fot. Crochet.david Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)

Otrząsnęłam się z trudem z ogarniającego mnie przygnębienia i wyszłam na ulicę. Na mój widok kierowca, który mnie przywiózł z redakcji, raptownie odjechał. Na jego miejsce podjechał przed bramę czarny, odrapany, bardzo brudny samochód. Jednocześnie podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Jednego z nich znałam dobrze: major Pieskow, radziecki oficer doradcy[5] Wozniesienskiego, mój sąsiad. Drugiego widziałam po raz pierwszy. Był to niski, chuderlawy cywil, z czerepem pokrytym gładkimi, niby z lakieru, przylizanymi włosami. Nie wiem czemu, przypominał mi czerep uszkodzonej lalki, dopiero co odebranej z naprawy. Obaj trzymali ostentacyjnie ręce w kieszeniach.

– Trzeba z nami jechać! – wymamrotał po rosyjsku major.

– Dokąd? – spytałam.

– Wiceminister Romkowski zaprasza was na rozmowę! Zdaje się, że wam to zapowiedział.

– Ale jak wrócę do biura? – upierałam się jeszcze. – Mój kierowca odjechał.

– Nie martwcie się! Po rozmowie odeślą was wozem ministra.

Cywil usłużnie otworzył drzwiczki. Wsiadłam. Siedziałam ściśnięta pomiędzy majorem i tym drugim; nie wypuszczali rąk z kieszeni.

Tekst jest fragmentem książki Stanisławy Sowińskiej „Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”:

Stanisława Sowińska
„Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”
34,00 zł
Wydawca: Ośrodek KARTA

Brama Ministerstwa Bezpieczeństwa na Koszykowej otworzyła się, przepuszczając samochód. Stanął w głębi dziedzińca, przed skrzydłem budynku, w którym mieścił się Departament Śledczy Różańskiego.

– Tędy! Tędy!

Józef Światło (przed 1943 Izaak Fleischfarb) wysoki funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa
W miarę, jak szłam, jak mnie prowadzili właściwie korytarzem, drzwi uchylały się i zatrzaskiwały, przebiegło kilku ludzi, dobiegał mnie podniecony szept:

– Prowadzą ją! Jest! Jest!

– Tutaj! Proszę wejść! – usłyszałam po rosyjsku.

Weszli za mną do brudnego pokoju, stał w nim stół pokryty plamami atramentu, jedno krzesło. Opuścili pokój... i zamknęli drzwi na klucz. Zanim odróżniłam znajdującego się w pokoju majora Światło[6] i pracownicę Różańskiego o bladawej twarzy kształtu lisiego pyszczka – zrozumiałam.

– Broń macie?

Światło postąpił w moją stronę. Milczałam.

– Broń macie?! – powtórzył ostrzej. – Nie odgrywajcie głupiej! Oficerem byłyście, macie zezwolenie na broń! Aa, co ja widzę! – ogarnął wzrokiem mój płaszcz wojskowy. – Sama dystynkcje zdjęłyście! To dobrze, oszczędziłyście nam roboty degradowania!

Śmiejąc się, przeszukał kieszenie mojego płaszcza, potem zwrócił się do „Lisiego Pyszczka”.

– Zrewiduj ją dokładnie, kochana!

– Jazda! Rozpinaj się! – wrzasnęła „Lisi Pyszczek”. Zadeptana podłoga podskoczyła raptem i uderzyła mnie w czoło. Poczułam na ciele kopnięcia.

– Wstań! Nie rób komedii! Ty kurwo!

Zapiekło jak smagnięcie batem. Zerwałam się z podłogi, skoczyłam do „Lisiego Pyszczka”. Oderwał mnie od niej major Światło.

– No, no, kto by pomyślał, bić się chce! – wykręcił mi ręce do tyłu. Trzymał je tak długo, póki „Lisi Pyszczek” mnie nie zrewidowała, palcami mściwie wpijając się w moje ciało.

Puścili mnie, zatoczyłam się i opadłam na krzesło. Światło przeszukiwał torebkę, spisywał w protokole jej zawartość. Na widok legitymacji partyjnej gwizdnął przeciągle, udając zdziwienie.

– Patrzcie, patrzcie, w Partii była!

Kieszonkowe wydanie statutu PZPR (fot. Jacek Halicki, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Unported).

Do pokoju wsunął się czerep uszkodzonej lalki z przylizanymi lakierem włosami.

– Obywatelu majorze, samochód zajechał!

Tym samym, a może takim samym, obskurnym samochodem zawieziono mnie na Rakowiecką. Ceglasty budynek więzienia rozwarł paszczę bramy, by wchłonąć mnie w swoje wnętrza. Otoczona sforą krzepkich drabów, jastrzębim wzrokiem śledzących poruszenia schwytanej ofiary, wspinałam się mozolnie po żelaznych schodach. Między krętymi poręczami rozciągała się siatka zabezpieczająca przed skokiem w dół.

Dotarliśmy na trzecie piętro. Korytarz XI Oddziału[7], długi, mroczny, głuchym echem oddawał kroki podkutych butów tych, co mnie prowadzili. Z obu stron, gęsto jak otwory ula, czerniały drzwi. Stanęli przed oznaczonymi numerem 53.

– Tutaj! – we­pchnęli mnie do celi.

Tekst jest fragmentem książki Stanisławy Sowińskiej „Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”:

Stanisława Sowińska
„Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”
34,00 zł
Wydawca: Ośrodek KARTA

Ciężko, niby wieko ołowianej trumny, zatrzasnęły się za mną drzwi. Huknął rygiel zasunięty uderzeniem pięści, obrócił się ze zgrzytem klucz w zamku.

Prezydent RP i I sekretarz KC PZPR Bolesław Bierut, „polski Stalin” (domena publiczna).
„Koniec! – krzyknęło coś we mnie. – To już koniec!” Stałam pośrodku wąskiej klitki. Ściany do połowy pomalowane na czarny prawie kolor. Betonowa, czarna podłoga. Pod samym sufitem smętne światło rzucała niewielka żarówka w czarnej siatce z drutu. Żelazny katafalk łóżka. Czarny, żelazny blat stolika, blat stołka – umocowane pod zakratowanym okienkiem. Czarny kibel w kącie. Wszystko razem nadawało celi wygląd żałobny. W nozdrza uderzył znajomy, dawno zapomniany odór. Pośród wielu nienazywalnych powonienie odróżniało smród uryny i kału, niemytych ciał, brudnej bielizny, zgniłej kapusty i zjełczałego tłuszczu.

Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Zdawało mi się, że przebywam tu od wieków, że nigdy nie opuszczałam tego ponurego przybytku. Nie było przeszło dziesiątka lat dzielących mnie od doświadczeń pobytu w celi przedwojennego łódzkiego więzienia. Nie było wojny i walki z okupantem. Nie było powojennych lat zmagań o tworzenie nowej, śnionej od tak dawna rzeczywistości. Zawsze, zawsze żyłam w tej wąskiej klitce, świat poza nią nie istniał. Wszystko poza tą celą było nieprawdziwe, tylko ta cela tutaj jest prawdziwa.

Odzyskanym w jednej chwili dawnym nawykiem usiadłam pod okienkiem, opierając łokcie na blacie stolika. Wpatrywałam się bezmyślnie w resztki białego lakieru, które utrzymały się na jego powierzchni. Poczęły przybierać fantastyczne kształty, wyłaniały się z nich miniaturowe roztańczone korowody baletnic w białych, powiewnych spódniczkach.

Nie słyszałam charakterystycznego trzasku odsuwanego co chwila judasza ani szeptów za drzwiami.

– Wstać! – Do celi wszedł strażnik z licznymi odznaczeniami na mundurze.

Generał Stanisław Radkiewicz, minister bezpieczeństwa publicznego (domena publiczna).
Wstałam.

– Zdjąć płaszcz!

Zdjęłam płaszcz, pozostając w letniej sukience z krótkim rękawem.

– W celi nie wolno nosić palta! Nie wolno w celi drzemać! Nie wolno podpierać się rękami! Nie wolno zamykać oczu! Nie wolno kryć się po kątach! Siedzieć twarzą odwróconą do wizjera! Albo chodzić! Zrozumiano?!

Wyszedł. Ogarnęło mnie znużenie, pragnienie snu, tym silniejsze, że zakazane. Było mi duszno, a jednocześnie trzęsłam się z zimna. Zaczęłam chodzić. Siedem kroków wzdłuż, dwa kroki wszerz, siedem wzdłuż, dwa wszerz... Jeszcze jedno takie przemierzenie celi, a upadnę. Usiadłam. Powieki same opadły mi na oczy.

– Wstać!

Wstałam.

– Odwrócić się twarzą do ściany! Będziecie tak stać aż do odwołania.

Stałam twarzą do ściany. Ile czasu upłynęło? Godzina? Dwie? Wieki? O, żeby doczekać apelu wieczornego! Wszystko traciło znaczenie wobec potrzeby położenia się.

Julia Brystygier – „Krwawa Luna”, zbrodniarka stalinowska (fot. ze zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej, „Twarze bezpieki 1944-1990”, str. 42).
Nareszcie rozległ się upragniony dzwonek. Jednocześnie z dzwonkiem otworzyły się z hukiem drzwi.

– Wychodzić!

Dwóch strażników prowadziło mnie po schodach w dół, w górę, znowu w dół... Jak się potem zdołałam zorientować, z XI Oddziału więzienia mokotowskiego na oddział śledczy, mieszczący się w innym skrzydle, istniało specjalne, podziemne przejście.

Jeden ze strażników walił bezustannie kluczami o żelazną poręcz, drugi, raz po raz, kazał mi stawać twarzą do ściany. Z przeciwnej strony, niespodziewanie blisko, rozległo się takie samo walenie kluczami o poręcz. Ktoś szedł nam na spotkanie. Strażnik pchnął mnie na skraj schodów:

– Odwrócić się!

Było za późno. Ujrzałam więźnia idącego tak jak i ja pod eskortą. Jego wygląd przejął mnie dreszczem. Był spuchnięty do tego stopnia, że przypominał worek gumowy rozdęty do granic wytrzymałości. Przekłuć naskórek, a woda wyciecze strugami, zostawiając łachman kształtu człowieka ze zwisającymi szmatami rąk. Twarz barwy ołowianej – ledwo przypominała ludzką. Nic nie było w spojrzeniu, śladu myśli, jakby mózg przeszedł operację gruntownego prania...

Tekst jest fragmentem książki Stanisławy Sowińskiej „Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”:

Stanisława Sowińska
„Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia”
34,00 zł
Wydawca: Ośrodek KARTA

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Stanisława Sowińska
Ur. 1912, zm. 2004 – urodziła się jako Necha Zalcman w łódzkiej rodzinie robotniczej. Od 1934 roku należała do Komunistycznej Partii Polski, w latach 1938–39 przebywała w więzieniu. Pierwsze lata wojny spędziła pod władzą sowiecką, następnie uratowała się z Zagłady na Białorusi. W 1942 roku przedostała się do Warszawy, gdzie po pewnym czasie została kierowniczką Sekretariatu Oddziału Informacji (wywiadu) Gwardii Ludowej. Po wojnie była oficerem do specjalnych zleceń Mariana Spychalskiego i szefową Biura Studiów Głównego Zarządu Informacji WP. W październiku 1949 została aresztowana, stając się jedną z ofiar czystki w poszukiwaniu „wroga wewnętrzne-go” w szeregach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zwolniona w grudniu 1954. Po krótkim okresie pracy w PWN utrzymywała się z renty i twórczości literackiej. Od 1981 roku przebywała na emigracji we Francji, gdzie zmarła.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy