Największa katastrofa kolejowa w powojennej historii ZSRR. Zginęły setki osób. „Myśleliśmy, że zrzucili bombę atomową”

opublikowano: 2026-01-18, 14:57
wszelkie prawa zastrzeżone
Do tej tragedii nie miało prawa dojść. Dwa pociągi pasażerskie jadące do – i z – urlopowej miejscowości Adler nad Morzem Czarnym nie miały spotkać się na trasie w pobliżu Ufy. Biegnący nieopodal torów rurociąg powinien pompować nie gaz, a ropę. Kontroler ruchu nie powinien zaś zignorować słów maszynisty, który zgłosił, że w rejonie czuje gaz. Wszystko to jednak się stało. I doprowadziło do tragedii, która wstrząsnęła całym Związkiem Radzieckim. Michał Gorbaczow, który przybył na miejsce, znalazł tylko jedno określenie na to, co zobaczył: „prawdziwe piekło”.
reklama
Jeden z pociągów uczestniczących w katastrofie kolejowej pod Ufą (fot. Mchs.gov.ru)

Już od rana 3 czerwca 1989 roku pojawiały się znaki wskazujące na to, że coś jest nie tak. Jeden z okolicznych zakładów przetwórstwa gazu odnotował zmniejszone ciśnienie dostarczanego surowca – i to ponad dwukrotnie. Poinformował o tym nadzór gazociągu. Operator, nie podejrzewając, że przyczyną może być większy problem, po prostu zwiększył ciśnienie gazu i uznał, że sprawa rozwiązana. Tak jednak nie było – bo jeden z maszynistów przejeżdżając nieco później przez feralny rejon poczuł gaz. 

Niezwłocznie poinformował o tym kontrolera ruchu. Ten jednak zdecydował się nie wstrzymywać przejazdów na tej linii – nie miał bezpośredniej łączności z nadzorem gazociągu, a zebranie zespołu, który mógłby przyjrzeć się sprawie, w nocy z soboty na niedzielę byłoby dość problematyczne. A że nikt inny nie zgłaszał żadnych niepokojących odczuć ani awarii, kontroler postanowił puścić uwagę maszynisty mimo uszu. Niedługo po tym przekonał się, jak wielki to był błąd.

Śmiertelne spotkanie

W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku pod Ufą w Baszkirskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republice Radzieckiej pojawiły się dwa pociągi pasażerskie – numer 212 Adler–Nowosybirsk wracający z wypoczynkowej miejscowości nad Morzem Czarnym i numer 211 Nowosybirsk–Adler udający się dopiero w tamtym kierunku. Oba były maksymalnie wypełnione – łącznie znajdowało się w nich około 1300 osób, łącznie z załogami. Gdyby jechały zgodnie z planem, nie minęłyby się na tym feralnym odcinku. Oba były jednak opóźnione – pierwszy musiał zrobić dłuższy postój w związku z przedwczesnym porodem jednej z pasażerek, drugi z przyczyn technicznych. 

To sprawiło, że oba pociągi o tej samej porze znalazły się na problematycznym odcinku torów – na tym, gdzie wcześnie pojawił się zapach gazu. O 1.15 zaczęły się mijać. Maszynista pociągu numer 211 zgłosił dyspozytorowi, że widzi „silną mgłę”. Nie zdążył powiedzieć nic więcej – kilka sekund później doszło do eksplozji.

Eksperci oszacowali jej siłę na 300 ton trotylu – choć w literaturze pojawiają się szacunki mówiące nawet o 10 tys. ton. Potężny wybuch wyrzucił z torów 11 wagonów. Siedem całkowicie się spaliło, pozostałych ponad 20 spłonęło doszczętnie w środku. Szyny kolejowe złamały się lub poskręcały w niewyobrażalne pętle. Siła eksplozji była tak duża, że wybiła szyby z okien wielu domów w oddalonym o 11 kilometrów mieście Asza.

reklama

Obraz, który zastali milicjanci i zespoły medyczne po przybyciu na miejsce tragedii, jeżył włos na głowie. 

Płomienie buchnęły w niebo, zrobiło się jasno jak w dzień, myśleliśmy, że zrzucili bombę atomową. Pojechaliśmy na miejsce pożaru samochodami i traktorami. Sprzęt nie był w stanie wjechać na strome zbocze. Zaczęliśmy się wspinać – sosny stały dookoła jak spalone zapałki. Na dole widzieliśmy poszarpany metal, powalone słupy, linie energetyczne, fragmenty ciał…

– powiedział Anatolij Bezrukow, milicjant z Komendy Milicji Rejonu Iglińskiego i mieszkaniec wsi Krasny Woschod.  

Wezwanym na miejsce lekarzom i pielęgniarkom powiedziano, że doszło do pożaru jednego z wagonów, przez co kompletnie nie byli przygotowani na to, co tam zastali. Najciężej rannych transportowano do szpitala helikopterami.

Dzieci w wieku od dwóch do dziewiętnastu lat krzyczały, płakały, wrzeszczały histerycznie lub biegały jak szalone z powodu bólu i trudności z oddychaniem 

– powiedziała po latach w rozmowie z BBC dr Swietłana Masgutowa, która w tamtym czasie pomagała w szpitalu w Ufie jako wolontariuszka. Dodała, że podczas pierwszych dni pobytu w nim ​​„jedno na sześcioro dzieci umierało w ich [wolontariuszy] ramionach”.

Sytuacja była na tyle tragiczna, że z prośbą o pomoc i konsultację najcięższych przypadków radzieccy lekarze zwrócili się do amerykańskich ekspertów. Mimo tego 317 z 620 przebywających w szpitalu osób zmarło.

Wiele ofiar tragedii zginęło na miejscu – spalonych tak, że nie dało się ich zidentyfikować. Według oficjalnych danych w wyniku eksplozji zginęło od 575 do 645 pasażerów, w tym 181 dzieci. Ponad 623 osób odniosło ciężkie poparzenia i zostało inwalidami do końca życia. Ówczesny przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow po wizycie na miejscu wypadku znalazł jedno określenie na to, co tam zobaczył – stwierdził, że panowało tam „prawdziwy piekło”.

Szereg błędów i zaniedbań

Przeprowadzone później badania wykazały, że gdyby pociągi minęły się w innym miejscu lub wjechały do skażonej gazem strefy osobno, do eksplozji by nie doszło. Bezpośrednią jej przyczyną był albo niedopałek papierosa wyrzucony przez jednego z pasażerów przez okno w chmurę gazu, albo – co bardziej prawdopodobne – iskry powstałe podczas hamowania pociągów, które zwolniły podczas mijania się. Co istotne, nieco wcześniej, gdy okolica skażona już była gazem, przejechało przez nią kilka pociągów – ale nie musiał hamować, więc uniknęły tragedii. Jak to się stało, że doszło do tego wycieku?

reklama

Michaił Gorbaczow stwierdził, że przyczyną tragedii było złe zarządzanie, nieodpowiedzialność i brak organizacji. W rzeczywistości bardziej przyczyniły się do tego narastające od lat i nawarstawiające się błędy i zaniedbania. Pojawiły się one już na etapie budowy gazociągu. 

Na początku lat 80. radzieckie władze wpadły na pomysł przesyłania gazu z bogatych złóż zachodniej Syberii na użytek przemysłu petrochemicznego. Do tego potrzebny był gazociąg. Jego budowa była jednak dość czasochłonna – według ówczesnych szacunków sam etap projektowania i wstępnych prac zająłby około sześciu lat. Dla radzieckich władz było to za długo. Chciały mieć zyski na już, dlatego postanowiły pójść na skróty.

Zastosowały w budowanym gazociągu rozwiązania typowe dla rurociągów transportujących ropę naftową. Było to o tyle problematyczne, że ma ona inne właściwości, niż gaz, a więc wymaga innych rozwiązań – rury do jej przesyłu powinny mieć średnicę 720 milimetrów, podczas gdy w przypadku mieszanki propanu, butanu i cięższych węglowodorów winno to być 400 milimetrów. Władze postanowilły jednak to zignorować

Gaziciąg Zachodnia Syberia – Ural – Powołże został oddany do użytku w 1984 roku. Nie dość, że technicznie nie był przystosowany do przesyłu gazu, to jeszcze rok później został uszkodzony. Jego budowniczy nie zachowali bowiem norm i położyli rurę w odległości mniej niż kilometr od wsi Sriednij Kazajak. Trzeba było więc wybudować obejście. Na teren, przez który biegł gazociąg, wjechały koparki i jedna z nich uszkodziła rurę. Budowniczy przykryli ją jednak ziemią i podpisano akt odbioru obiektu – bez sprawdzenia czy nadaje się do użytkowania.

reklama

Nie zainstalowano też systemów automatycznego wykrywania gazu potrzebnych z racji tego, że gazociąg przebiegał w niewielkiej odległości od zabudowań mieszkalnych i magistrali kolejowej. Przeważyła chęć szukania oszczęności. Pojawił się pomysł, by bezpieczeństwa pilnowały śmigłowce wyposażone w detektory gazu, które z góry mogłyby kontrolować jego stężenie. Początkowo stosowano tę praktykę, ale niedługo – w tym przypadku również ze względów finansowych. Czerwiec 1989 roku pokazał, jak wysoką cenę przyszło Rosjanom zapłacić za oszczędzanie na bezpieczeństwie. 

Tragedia bez winnych 

W świetle tego wszystkiego długi na 1800 kilometrów gazociąg pozostawał praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli. Pozostała jedynie czujność mieszkańców tamtego rejonu oraz pracowników zakładów przetwórstwa i kolei – ale i ona zawiodła.

Michaił Gorbaczow, który na własne oczy widział tragiczne skutki oszczędności i wieloletnich zaniedbań, na miejscu tragedii oświadczył, że sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan i winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Nie do końca jednak tak się stało.

Na ławie oskarżonych posadzono nie osoby decyzyjne, a wykonawców ich rozkazów – głównie brygadzistów i robotników zaangażowanych w prace z 1985 roku, któro doprowadziły do uszkodzenia gazociagu. Sąd oskarżył ich o uszkodzenie rury, zasypanie jej ziemią i zignorowanie powstałych awarii. Na wyrok trzeba było poczekać sześć lat, tyle bowiem trwało śledztwo. Sąd skazał tylko dwie osoby. W ramach kary zostały wydalone z Ufy.

POLECAMY

Ten artykuł powstał dzięki Waszemu wsparciu w serwisie Patronite! Dowiedz się więcej!

Ten artykuł powstał dzięki Waszemu wsparciu w serwisie Patronite, a jego temat został wybrany przez naszych Patronów. Wesprzyj nas na Patronite i Ty też współdecyduj o naszych kolejnych tekstach! Dowiedz się więcej!

Źródła:

reklama
Komentarze
o autorze
Katarzyna Łabicka
Absolwentka dziennikarstwa i nauk politycznych. Miłośniczka historii, reportaży i kultury hiszpańskiej.

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści, zawsze za darmo.

Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2026 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone