Autor: Przemysław Chudzik
Tagi: Recenzje, Historia społeczna, Historia gospodarki, Gry, 1945-1989, Polska
Opublikowany: 2015-03-05 09:00
Licencja: wolna licencja

„Pan tu nie stał: Demoludy” - recenzja i ocena gry planszowej

Wydawcy gier planszowych już niejednokrotnie przenosili nas w czasy PRL – mogliśmy np. stać w kolejkach czy strajkować. Teraz weźmiemy udział w „merkanturyzmie” – jednej z największych przygód naszych rodziców i dziadków.

"
":/grafika/recenzje2015/pantuniestal2.jpg
Reiner Knizia
Pan tu nie stał! Demoludy
Ocena: 7
59 zł
Wydawca: Egmont
Rok wydania: 2015
Ilustracje: Marek Szyszko

Gra planszowa „Pan tu nie stał: Demoludy”, kontynuacja „Pan tu nie stał”, jest grą, w której naszym zadaniem jest zdobyć deficytowe w Polsce towary. Wybieramy więc jeden z dostępnych samochodów z epoki – „malucha”, Dacię, Trabanta, itp – po czym, wyposażeni m.in. w kremy Nivea, butle z gazem lub wódkę, ruszamy do „bratnich republik”, ZSRR czy Turcji na wakacje i handel wymienny.

Towary wywożone z Polski przedstawione są na kartach mających konkretną wartość liczbową (2-7). Licytujemy nimi towar zagraniczny (żeton w odpowiednim kolorze). Aby wygrać, musimy zdobyć cztery różne towary, które umieszczamy na planszy z naszym samochodem. Dostępne są dwa warianty. W pierwszym zdobyte towary muszą mieć wartość w sumie powyżej dziesięciu (na żetonach są cyfry), a baza żetonów umieszczona na planszy paszportu jest niejawna. W drugim, do gry włączamy karty akcji, dzięki którym możemy przeciwnikom przeszkadzać (np. „Bruderszaft” usuwa ze stołu karty wódki, „Milicjant” pozwala zabrać przeciwnikowi kartę) lub zyskać większą kontrolę nad licytacją („Wizyta na stacji benzynowej” umożliwia zabranie ze stołu swojej karty).

W swojej turze mamy do wyboru dwie akcje – możemy albo przebić poprzedniego gracza, albo spasować. Po każdej akcji dobieramy kartę. Przykładowo towar w kolorze żółtym (np. motorower Samson z NRD) możemy licytować tylko kartami w kolorze żółtym (na których nazwy polskich towarów są po niemiecku). Uniwersalne w grze są dolary (mocne karty o wartości 7 i 10), mamy też możliwość wyłożenia kart rewersem do góry (raz w licytacji), nadając im wartość jeden.

Główną zaletą gry jest jej wartość dydaktyczna i strona graficzna. Wygląd towarów, ich pochodzenie oraz nazwy w poszczególnych językach są wiernie odzwierciedlone. Podobnie jest też z samochodami czy wizami widocznymi na żetonach czy na planszy paszportu. Samochody są przedstawione na tle malowniczych krajobrazów (góry, zamek, las), co nie tylko podnosi wartość estetyczną, ale ma również subtelny wydźwięk humorystyczny. Rysunki na kartach akcji są sympatyczne i dobrze ilustrują klimat epoki.

Walory poznawcze podnosi też dołączona do gry broszurka („Forum ludowe”), nawiązująca do prasy z czasów PRL nie tylko językiem, ale i wyglądem. Informuje nas ona o zjawisku „merkanturyzmu”, czyli o zagranicznych wyprawach Polaków odbywanych już od lat pięćdziesiątych XX wieku w celu zdobycia i przemytu rzadkich w kraju towarów. Niektóre podane tam liczby i statystyki mogą naprawdę zaskoczyć.

Na uwagę zasługuje także specjalny dodatek („Bazar Różyckiego”), który z pewnością ucieszy posiadaczy poprzedniczki „Demoludów” - pozwala bowiem tę grę urozmaicić przez włączenie do rozgrywki zagranicznych towarów.

Choć temat gry jest ciekawy i dość oryginalny, to mechanika jest z nim powiązana jedynie pozornie. Podczas rozgrywki możemy wręcz odnieść wrażenie, że wcale go nie odzwierciedla. Licytujemy, wykładając towary – ktoś, kto zaproponuje kryształ, dwie butle gazowe i bursztyn szybciej zdobędzie w ZSRR telewizor, niż ktoś, kto chce za niego dać krem Nivea i wódkę. Może się jednak okazać, że podczas grania skupimy się wyłącznie na cyfrach i kolorze żetonu, który chcemy zdobyć. Co więcej, karty dochodzą nam na rękę losowo i być może po prostu nie będziemy mieli czym licytować – wtedy za krem ktoś może zdobyć nawet… turecki kożuch. Taka bezsilność może nam trochę psuć zabawę (choć z drugiej strony może być to całkiem zabawne). Może się też okazać, że dużo drożej będzie nas kosztować chałwa lub ołówki niż aparat Zenit, samowar czy magiel, a to niektórym może wydać się zbyt mało realistyczne. Czasami też odczuwa się niedostatek elementów strategicznych, bo tutaj walczymy za każdym razem tylko o jeden towar, a nie, jak w poprzedniej grze z serii o kilka, zdani jesteśmy tylko na nasze karty, a więc – na los. W momencie, w którym w walce o dany towar pozbędziemy się zbyt dużej liczby kart, możemy być później problem z zabawą – po ruchu dobieramy tylko jedną kartę. Dodatkowo, na fioletowych kartach towarów wystąpił błąd – na butli gazowej mamy zamiast dwóch cyfr 4 mamy 4 i 2. Dla rodziców chcących grać ze swoimi pociechami istotna może być informacja, że podana na pudełku dolna granica wieku (10 lat) wydaje się nieco zawyżona – z dorosłymi może wygrać już siedmio-, ośmioletnie dziecko.

Nie znaczy to, że w gra jest źle zrobiona lub że podczas rozgrywki nie pojawiają się emocje. Te ostatnie oczywiście towarzyszą licytacji, a im więcej osób bierze udział w zabawie, tym mogą one być większe. Wiele zależy tu po prostu od zaangażowania graczy. Wariant podstawowy jest dobry jako wprowadzenie, albo do gry z dziećmi. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej sprawdza się wariant z punktami na towarach (możemy walczyć drugi raz o towar z danego kraju, jeśli ma np. wyższą wartość od posiadanego) czy wariant z kartami akcji. Dobrze zostało uwydatnione znaczenie dolara – wówczas mocnego i uniwersalnego środka płatniczego.

Mamy więc do czynienia z ładnie wykonaną grą o ciekawym, atrakcyjnym chyba dla wszystkich temacie i sporej wartości dydaktycznej, w której mechanika jest w pewnym sensie pretekstem dla warstwy informacyjnej. Nie należy spodziewać się po „Demoludach” zmyślnych rozwiązań czy dużej regrywalności – pod tym względem lepiej broni się jej poprzedniczka. Mimo wszystko jest to gra przyjemna i może sprawdzić się jako pozycja rozrywkowa podczas spotkania ze znajomymi, rodziną, lub do pouczającej zabawy z dziećmi.

Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Przemysław Chudzik
Absolwent filologii włoskiej, polskiej i klasycznej. Doktorant w zakresie literaturoznawstwa w Katedrze Filologii Klasycznej UMK w Toruniu, gdzie prowadzi badania nad anegdotą w biografiach antycznych i renesansowych. Miłośnik wycieczek rowerowych, muzyki dawnej, historii, nowoczesnych gier planszowych i kuchni śródziemnomorskiej.

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy