Powstańczy lekarz: Starałem się zrobić coś więcej, niż tylko dla siebie

Powstanie Warszawskie to nie tylko walki Armii Krajowej, ale również trud wielu ludzi, którzy nieśli pomoc lekarską rannym powstańcom. O to, jak wyglądało tajne nauczanie medycyny w Warszawie oraz powstanie z perspektywy służby medycznej, zapytaliśmy pana Mieczysława Buczkowskiego, ps. „Buk”.
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2

Zobacz też: Powstanie Warszawskie w Histmag.org

Kamil Kartasiński: Panie Doktorze, jak wyglądało życie w okupowanej Warszawie przed wybuchem powstania?

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski1.jpg Mieczysław Buczkowski – ur. 1923, Dr n. med. oraz powstaniec warszawski. Uczęszczał do szkoły w Kaliszu, a następnie w Warszawie do Liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego. W czasie okupacji rozpoczął naukę na tajnych kompletach medycznych. W czasie powstania był medykiem powstańczego szpitala polowego w klasztorze ss. Zmartwychwstanek na warszawskim Żoliborzu. Po wojnie kontynuował studia na Wydziale Lekarskim UW. Przez wiele lat był ordynatorem Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Miejskiego w Gliwicach. Doktor Buczkowski był wychowawcą wielu młodych lekarzy. Jest autorem lub współautorem wielu prac naukowych.
Mieczysław Buczkowski: Wbrew pozorom jest to pytanie trudne, ponieważ trudno w naszych czasach opowiedzieć o sytuacji, jaka była pod okupacją niemiecką. Były inne kryteria życia, zachowań, pracy, myślenia, relacji z władzą, która była okupantem. Wszystkie te aspekty powodują, że wszystko było absolutnie inne niż jest to teraz. Jadąc do pracy do szpitala, albo na tajny uniwersytet, zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wrócić. Zresztą. Niemcy parę razy mnie złapali, ale różnymi cudami udało mi się wyrwać, najlepszy tego dowód, że jestem i żyję. Człowiek dniami, miesiącami, a następnie latami żył w strachu. Zabrzmi to może paradoksalnie, ale można było się do tego strachu przyzwyczaić. Jadąc kiedyś tramwajem na Nowy Świat, zobaczyłem rozstrzelanych ludzi, których Niemcy ładowali do ciężarówki …

K.K.: Jak Pan zareagował?

M.B.: To była codzienność. W jakimś sensie człowiek na to obojętniał. Owszem, gdy widziałem to pierwszy raz byłem wstrząśnięty, ale gdy obcowałem z tym na co dzień to później nie odczuwałem nic. Moje emocje tępiały, nie myślałem o tym. Czy żołnierz idąc do ataku myśli o tym, że może za chwilę zginąć? Nie, on idzie, kieruje nim jakiś imperatyw, adrenalina, przekonania. Instynkt życia, wbrew pozorom jest w każdym z nas bardzo silny... Nie myślimy o tym co może nas spotkać za chwilę.

K.K.: Gdzie Pan pracował w Warszawie? Jak wyglądało tajne nauczanie? W czasie okupacji był Pan studentem tajnych kompletów Uniwersytetu Warszawskiego...

M.B.: Pierwsze dwa lata uczyłem się w szkole Zaorskiego dla pomocniczego personelu medycznego, która była przykrywką studiów medycznych. Później jako pracownik wydziału zdrowia pracowałem w szpitalach równocześnie studiując i słuchając wykładów, ponieważ oddziały szpitalne były de facto klinikami z obsadą pracowników naukowych.

K.K.: Zdawał sobie Pan sprawę, że w każdej chwili mógł być Pan aresztowany?

M.B.: Oczywiście. Była raz sytuacja, że do budynku szkoły Zaorskiego wpadli Niemcy i zorientowali się, że są tam prowadzone studia medyczne. Natychmiast zamknęli wtedy tą szkołę, nas złapano i dostaliśmy bilety do III Rzeszy na przymusowe roboty. Ja miałem jechać do Wrocławia, ale udało mi się tego uniknąć.

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski5.jpg Poświadczenie o wykonywaniu zawodu pielęgniarza.

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski6.jpg Zaświadczenie Szkoły Pomocniczej Personelu Medycznego.

K.K.: Dlaczego?

M.B.: Poszły łapówki dla Niemców i zarówno mnie jak i moim kolegom udało się uniknąć wywózki. Wtedy też dostałem to ,,lewe zatrudnienie”, o którym rozmawialiśmy wcześniej. Takie było życie, sam Pan widzi. Tak żyli wszyscy, nienormalnie, okupacyjnie. Było prawo opresji, szalonej agresji niemieckiej, a z drugiej strony Polskie Państwo Podziemne, które dbało o to, aby zachować pewne zasady.

K.K.: Jak zapamiętał Pan godzinę „W” 1 sierpnia 1944 roku?

M.B.: 1 sierpnia byłem na Żoliborzu, miałem rozkaz zgłosić się w Szpitalu Ujazdowskim, ale mi się to nie udało, w tej dzielnicy walki rozpoczęły się wcześniej. Zostałem więc na Żoliborzu, gdzie w okolicach obecnego Placu Wilsona były organizowane punkty medyczne. Następnie rozpocząłem pracę w szpitalu polowym w klasztorze ss. Zmartwychwstanek przy ul. Krasińskiego 31.

K.K.: Pamięta Pan pierwsza ranną osobę, którą Pan leczył?

M.B.: Tak. To była tęga otyła kobieta, która miała rozerwany brzuch pociskiem. Zmarła.

K.K.: Miał Pan wyrzuty sumienia, że nie udało się jej uratować?

M.B.: Pierwsze wrażenia były bolesne, ale później już nie było czasu na takie rozważania. Gdy w dniach 21-22 sierpnia miał miejsce atak powstańczy na Dworzec Gdański, w pierwszym rzucie przyjechało do szpitala około 300 rannych. 48 godzin staliśmy przy stołach operacyjnych, a siostry zmartwychwstanki wstrzykiwały nam zastrzyki z kofeiną, abyśmy wytrwali. Wtedy się nie myślało kategoriami – czy pacjent przeżyje, ale trzeba było operować.

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski3.jpg Okupacyjny ausweis Mieczysława Buczkowskiego.

K.K.: Czyli pana uczucia były obojętne?

M.B.: Nie. Skoncentrowany byłem na tym co robię. Nawet wtedy, gdy leczyłem osoby, które znałem osobiście. Był to podporucznik Bogdan Kunert ps. ,,Szajer” oraz Andrzej Janowski ps. ,,Eskulap”.

K.K.: Czy Pan miał pan w ogóle czas wolny?

M.B.: Tak, kładłem się na podłodze i spałem, albo starałem się zdobyć coś do jedzenia. Bardzo rzadko wychodziłem wieczorami na zewnątrz szpitala, aby chwilę odpocząć. Wrzesień ’44 roku był bardzo ciepły, takie jakby przedłużenie lata. Niestety, panował wszędzie obrzydliwy trupi smród. Ludzie ginęli pod gruzami budynków i tam zostawali, nie było czasu na odgruzowywanie. Było nas 8 młodszych lekarzy w zespole oraz czterech dyplomowanych chirurgów. Młodsi lekarze nie wykonywali aż tak poważnych operacji, asystowali i pomagali starszym chirurgom. Pamiętam, że pracowały non stop trzy ekipy operacyjne.

Polecamy e-book Pawła Rzewuskiego „Warszawa — miasto grzechu: Prostytucja w II RP”:

Paweł Rzewuski
„Warszawa — miasto grzechu: Prostytucja w II RP”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 109
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-934630-6-0

Książkę można też kupić jako audiobook, w tej samej cenie. Przejdź do możliwości zakupu audiobooka!

K.K.: Leczył Pan Niemców?

M.B.: Tak, było ich kilku. Z jednym zdążyłem nawet trochę porozmawiać – podoficer o nazwisku Peters. Był piekarzem i pochodził z Dusseldorfu. Niemcy leżeli w tej samej piwnicy razem z Polakami. Gdy dostawali papierosy, dzielili się między sobą razem – Polacy i Niemcy. Było to zdumiewające, ale nie czuło się wzajemnej nienawiści. Ranni żołnierze niemieccy zachowywali się przyzwoicie.

K.K.: Do kiedy Pan pracował w szpitalu sióstr zmartwychwstanek?

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski4.jpg Mieczysław Buczkowski w 1943 r.
M.B.: 24 sierpnia szpital został ostrzelany przez ,,krowy” (wyrzutnie rakiet). Podmuch pocisku, który uderzył w szpital, był tak duży, że spadłem z parteru do piwnicy. Wyszedłem z tego cały tylko dlatego, ponieważ na mnie spadła sanitariuszka, która mnie przykryła i sama dostała więcej. Jak się podniosłem, zobaczyłem, że wypłynęło jej oko. Byłem cały zalany krwią, a w głowie utkwił mi odłamek, który mam do dnia dzisiejszego. Zaraz obok zobaczyłem doktora Kanabusa, który miał potrzaskaną rękę. Nie pamiętam dokładnie jak, ale jakoś udało się nam we trójkę wydostać na zewnątrz.

K.K.: Tragiczne przeżycie. Czy dręczyły Pana koszmary związane z tym wydarzeniem?

M.B.: Wie Pan, dlaczego mieszkam na ostatnim piętrze w bloku? Zostało we mnie wspomnienie walących się sufitów, które mnie przysypały. Do tej pory nie mogę zasnąć i bardzo się denerwuję, gdy ktoś chodzi nade mną, dlatego muszę mieszkać na ostatnim piętrze. Druga sprawa – wiele lat po wojnie, kiedy się zdenerwowałem, miałem jakieś okresy stresu, przypominał mi się smród eksplodujących pocisków. Mało się o tym mówi. Przecież, gdy pada pocisk to nie tylko odłamki i wybuch, ale również przeraźliwy odór materiałów wybuchów. Teraz już jakoś nie reaguję tak mocno na te przeżycia. Może to kwestia przedwojennego wychowania? Uczono nas, że jak człowieka spotyka nieszczęście, trzeba wziąć się za bary i zrobić z tym porządek.

K.K.: Proszę wybaczyć ten nacisk na emocje, ale czego Pan najbardziej się bał w czasie Powstania?

M.B.: Czy przeżyję. Nie zastanawiałem się, czy będę kaleką, gdy wokół mnie ginęło tysiące ludzi. Kładłem się spać z myślą „czy się jutro obudzę?”. Człowiek walczył o swoje życie oraz o innych bo takie zostały mu powierzone zadania.

K.K.: Dziękuję. Wróćmy do dalszej opowieści. Co się z Panem następnie działo?

M.B.: W połowie września zachorowałem na czerwonkę. Zacząłem strasznie chudnąć i byłem bardzo słaby. W związku z tym znalazłem się w szpitalu polowym w Forcie Sokolnickiego. Położyli mnie tam, dali mi stary siennik, na którym wcześniej leżały czyjeś zwłoki i nie mówiąc tego wprost, kazali czekać na śmierć. Na dodatek dostałem zapalenia mięśnia serca i byłem w stanie umierającym. Jakimś cudem znalazła się moja matka, która podawała mi kleik i jako tako doszedłem do siebie. Będąc pacjentem, w miarę sił, brałem nadal udział w pracy personelu medycznego. Tam też zastał mnie koniec powstania.

K.K.: Trafił Pan do obozu?

"
":/grafika/articles2015/buczkowski/buczkowski2.jpg Mieczysław Buczkowski w z żoną na obchodach 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
M.B.: Po kapitulacji Żoliborza dostałem się do obozu dla cywilów w Pruszkowie. Byłem wówczas już bardzo chory i dzięki pomocy polskich pielęgniarek na noszach, jako umierający, przeniesiony zostałem z transportu przeznaczonego do wywozu do Auschwitz-Birkenau do transportu wysyłanego do Generalnego Gubernatorstwa. Dostałem lewy papier, że jestem chory na gruźlicę. Jednakże po tej hali chodzili Niemcy i sprawdzali więźniów. W pewnym momencie podszedł do mnie żołnierz Wehrmachtu, który był Ślązakiem i powiedział mi ,,Pieronie! Chowaj się, bo tutaj SS idzie i cię zgarną!”. Ale gdzie tutaj się chować? Podszedł do mnie oficer SS w obstawie dwóch żołnierzy. Popatrzył na moją obandażowaną rękę i powiedział: „Tak tutaj pracują polscy lekarze! Oni uważają, że to jest powód do zwolnienia! Precz stąd!”. SS-man, nawet nie czytał tej kartki z zaświadczeniem o gruźlicy. Jednakże jeden z żołnierzy z obstawy zobaczył tą kartkę, przeczytał oficerowi, a ten wściekły podarł ją, rzucił mi ją w twarz i zostawił mnie. Tym samym uniknąłem pewnej śmierci. Oczywiście, miałem jeszcze potem wiele perypetii, ale udało mi się przeżyć całą wojnę, o czym świadczy chociaż fakt, że teraz rozmawiamy (śmiech).

K.K.: Historia jak najlepszy scenariusz filmowy. Chciałbym zakończyć naszą rozmowę pytaniem jak należy kultywować pamięć o Powstaniu Warszawskim?

M.B.: Rozumiem, ze czasy się zmieniają, są inne pojęcia myślowe, ideały, inne ideologie. Tematy okupacji i wojny są dla młodego pokolenia abstrakcją. Wojna jest zakorzeniona w człowieku i osobiście nie wierzę, aby kiedyś ona znowu nie przyszła. Powinno się przede wszystkim wiedzieć o tym, że było takie wydarzenie jak powstanie, szanować o nim pamięć. Cieszą mnie coroczne obchody rocznicy wybuch Powstania Warszawskiego, a jeszcze bardziej aktywność młodych ludzi i ich zachowanie wobec nas. Przecież w człowieku nie ma tylko samego zła, jest również dobro. W końcu jest powiedziane: naród bez pamięci przestaje być narodem.

K.K.: Uważa się Pan za bohatera?

M.B.: Absolutnie, nie. Znalazłem się w danym miejscy, w danej chwili. Starałem się przeżyć i może trochę czasami coś zrobić, więcej niż tylko dla siebie.

Kup długopisy Histmaga i wesprzyj nasz portal!

Cena zestawu trzech długopisów wynosi 14,90 zł.

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Kamil Kartasiński
https://kkartasinski.pl Doktorant Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Autor publikacji "Chłopak z Wehrmachtu. Żołnierz Andersa" oraz "Odszukaj dziadka w ..."

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy