Opublikowano
2016-12-12 19:59
Licencja
Wolna licencja

Profesor Marcin Kula: Jesteśmy historykami, nie Oficerami Służby Historycznej!

10 grudnia 2016 roku na Uniwersytecie Warszawskim odbyło się Forum Badaczy Dziejów Najnowszych, poświęcone relacjom między polityką a naukami historycznymi. Prezentujemy nadesłany nam głos w dyskusji z tego spotkania, autorstwa prof. Marcina Kuli z Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza.


Prof. dr hab. Marcin Kula. Dla mnie cała „polityka historyczna” jest kontynuacją PRL. Prawda,że wektory dzisiejszej polityki są skierowane w inną stronę – nawet jeśli i tę sprawę można skomplikować (na przykład, wbrew pozorom, komunizm też często był nosicielem nacjonalizmu, a nie internacjonalizmu). Istota zjawiska „polityki historycznej” w każdym wydaniu jest jednak zaskakująco podobna. Istnieje francuskie powiedzenie „les extrêmes se touchent” (skrajności się stykają). W ramach praktycznie wszelkiej „polityki historycznej” przyjmuje się, że historia jest jedna. Otóż nie jest jedna; znacznie łatwiej zgodzimy się co jest fałszem w historiografii, niż co jest prawdą.

Chce się zapanować nad szkołą, edukacją i nauczaniem historii. Historia nie jest traktowana jako pole poszukiwania i refleksji, ale jako instrument wychowania, jednoczenia, władzy. W myśleniu o przeszłości uprzywilejowuje się ideę narodową jako łącznik wspólnoty. Działa się na rzecz zwarcia narodu wobec rzekomego pozbawiania nas tego co nasze i podważania podstawowych ram naszej egzystencji (jakoby gender!). Kładzie się nacisk na martyrologię, bohaterstwo, wspaniałość. Historia ma podbijać „narodowy bębenek”. Nawet prawdziwe zasługi „naciąga się”. W ostatnim numerze „Zagłady Żydów” profesorowie Grabowski i Libionka pokazali jak przekłamano rzeczywistość w muzeum rodziny Ulmów (nr 12, skrócony przedruk „Gazeta Wyborcza” 10-11 grudnia 2016). Tej rodzinie należy się najwyższy hołd, ale wyciąganie wniosków w odniesieniu do szerszych spraw, jak tam uczyniono, jest tendencyjnym przerysowaniem. Zastanawiam się, jakie zbiorowe kompleksy kryją się za całym tym poszukiwaniem zadowolenia z siebie?

Namiętnie obchodzi się kolejne rocznice, zwykłą krytyczną refleksję nazywa się „pedagogiką wstydu”. Zawłaszcza się pojęcie „patriotyzm”. Nie mam wątpliwości, że ludzie to „kupują”. Chcą tego. Rząd w tych sprawach działa w zgodzie – jak mi się zdaje – z potocznymi marzeniami o dobrej ocenie i samoocenie. Najpewniej po prostu dzieli też mentalność częstą w społeczeństwie. Czy jednak historyk zawsze powinien iść za masowymi chęciami i poglądami? Ekonomista nie idzie taką drogą, a przynajmniej nie powinien iść. Dla mnie „polityka historyczna” to zjawisko spoza naszego zawodu. To część polityki, a nie historiografii. Nie może jednak pozostawać poza zasięgiem zainteresowania zawodowych historyków. Nasi koledzy biorą udział w jej uprawianiu, oddziałuje ona na audytorium, które jest też naszym audytorium, nie da się w końcu ukryć, że oddziałuje ona przecież zwrotnie na uprawianie badań i dziejopisarstwo.

W ramach „polityki historycznej” chce się promować, a nawet ustanawiać pewne treści; państwo posiada specjalną agencję dla ustalania wizji historii (IPN). Chce się zmieniać wystawy muzealne. Historię traktuje się instrumentalnie. Wszystko co dobre przypisuje się „nam”, a zwłaszcza obozowi rządzącemu. Objęcie przezeń władzy jest porównywalne z „początkiem historii”. Ustala się wykładnię genezy państwa/ustroju, pojawia się wizja ofiary inicjalnej, wręcz czczonego ojca-założyciela. Z orwellowską namiętnością (vide „grób pamięci”) chce się likwidować ślady po poprzednim systemie (nazwy ulic, pomniki). Pojawia się idea „polityki cmentarnej” i przesunięcia niektórych zwłok w ramach cmentarzy. Mylą się działania badawczo-historyczne i policyjne, także propagandowe. Wprowadza się karalność posiadania przedmiotów, nagrań, druków, będących nośnikami symboliki nurtów ocenianych negatywnie. Rozszerza się listę zagrożeń prawnych dla historiografii niezgodnej z ideami władzy. Stoi się na stanowisku, że ramami rozpatrywania i celem badania historycznego jest historia narodowa, a nie zjawiska społeczne. Jasne, że praktycznie w każdym kraju uprawia się historię narodową. Ją też można jednak uprawiać w sposób szeroki lub zaściankowo. Dziś w Polsce zmierza się do zaściankowości na różnych poziomach rozpowszechniania wiedzy historycznej. Na poziomie najmłodszych proponuje się książeczkę Joanny i Jarosława Szarków „Elementarz małego Polaka” (Rafael 2015). Sam zaproponowałbym dzieciom skandynawską książeczkę Anette Langen i Constanty Droop „Nowe listy od Feliksa. Mały zając podróżuje po przeszłości” (Mamika 2010). Ten zając urokliwie pokazuje dzieciom coś z przeszłości szeroko rozumianej i chwała mu za to.

Budowany gmach Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku w marcu (fot. Ł. Męczykowski).

Projekt nowej podstawy programowej z historii wzbudza moje silne obawy. Na najwyższym poziomie rozpowszechniania wiedzy – w Muzeum II Wojny Światowej – chce się wymóc na dyrektorze podejście zaściankowe w miejsce szerokiego i otwartego, zaproponowanego w projekcie wystawy. Pawle – zwracam się do prof. Machcewicza – jako Twój niegdyś promotor jestem z Ciebie dumny. Dumny z tego, jak zaprojektowałeś swoje muzeum, jak je zbudowałeś i jak stawiasz opór atakom. Sam bym temu nie dał rady. Nawet chałupy bym nie zbudował, a wicepremier Gliński śniłby mi się po nocach.

Marnie widzi się różnorodność narodów żyjących na terenie Rzeczypospolitej. Przypomina się „piastowski” Wrocław – jakby bardziej współczesna historia nie wystarczyła dla określenia jego polskiego charakteru. Przeszłość chce się widzieć w barwach czarno-białych w miejsce pokazywania skomplikowania i różnorodności racji. Miesza się wątki współczesne i dawne (katastrofa smoleńska włączana do apeli poległych!). Obciąża się dzieci rodzicami, szuka się w papierach, szuka się „haków”.

Takie zjawiska mnie się kojarzą – jak powiedziałem – z komunistycznym traktowaniem historii. Jest oczywiste, że rzeczone działania są – jak dotychczas – mniej nasilone niż w PRL. W PRL bym zapewne nie pozwolił sobie na tak szczery ich opis na forum publicznym.

Niemniej jednak mnie wprowadzenie wyjaśniającej gadaninki przed filmem „Ida” kojarzy się „ustawiającymi” wstępami do książek za PRL. Gdybym był jeszcze trochę starszy, to kojarzyłoby mi się zapewne z pogadanką z 1954 r., poprzedzającą „Wesele”: „Sojusz chłopów i panów – mówi Wyspiański – nie prowadzi do niepodległości narodu. Innego wyjścia poeta nie widzi, dlatego zakończenie utworu brzmi dla niego tragicznie. My jednak wiemy, że wyjście istniało. Wyjściem była rewolucyjna walka, łącząca sprawę narodową z wyzwoleniem społecznym. Wyspiański nie dostrzegł siły walczącego proletariatu…” (Joanna Krakowska, Mikołajska, W.A.B. 2011, s. 172). O tym, jak „ustawiono” „Idę” można łatwo dowiedzieć się z Internetu.

Artykuły publicystyczne w naszym serwisie zawierają osobiste opinie naszych redaktorów i publicystów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji „Histmag.org”. Masz inne zdanie i chcesz się nim podzielić na łamach „Histmag.org”? Wyślij swój tekst na: redakcja@histmag.org. Na każdy pomysł odpowiemy.

Spodobał ci się nasz artykuł? Każdego dnia publikujemy wiele nowych tekstów. Dzięki Twojej pomocy możemy zwiększyć liczbę i poziom naszych publikacji. Dołącz do Drużyny Histmag.org!

Regulamin komentarzy

Gość: gvr |

Wydaje się, że prosfor żyje złudzeniem, że można nie prowadzić polityki historycznej...



Odpowiedz

Gość: Michał Janik |

Mój niegdysiejszy nauczyciel akademicki martwi się, że uprawia się politykę historyczną. Jego głos mógłby być potraktowany poważnie, gdyby wcześniej dostrzegał analogiczne działania drugiej strony sporu światopoglądowego. Nie słyszałem żadnych protestów Marcina Kuli wtedy, gdy min Kudrycka zarządziła nadzwyczajną kontrolę na Uniwersytecie Jagiellońskim z powodu pracy magisterskiej (!) Marcina Zyzaka na temat legendy Lecha Wałęsy. Nie słyszałem, aby Marcin Kula dostrzegał mitologizację postaci tegoż Lecha Wałęsy, albo aby zauważył "ubrązawianie" takich postaci o znaczeniu kompletnie marginalnym jak Henryka Krzywonos.
Krótko mówiąc - za słowami profesora Kuli nie kryje się troska o to, że tworzy się jakąś społeczną czy państwową wizję dziejów polski, tylko że ma ona narodowy charakter. Ma być "nie- zaściankowa" czyli oparta na takich koncepcjach, jakie są modne na świecie. Pytanie tylko, czy to oznacza dążenie do prawdy, czy do takiego urobienia materiału historycznego, aby odpowiadał wizji historii odpowiedniej dla zaściankowej lewicy politycznej?
Dla mnie słowo "zaścianek" to słowo pozytywne, oznacza to co najlepsze w polskiej tradycji. To chyba najlepiej pokazuje jak odmiennie patrzymy na dzieje Polski. W tym kontekście oskarżanie o "zawłaczanie patriotyzmu" brzmi pociesznie. My go nie zawłaszczamy, my go podnosimy z błota, gdzie "nie - zaściankowcy" go beztrosko cisnęli pewni, że to zbędny grat.

Ps. Profesor Kula dodatkowo jest dumny z dokonań swojego ucznia, który organizuje bądź organizował muzeum historii II wojny światowej. Pamiętam z wykładów z socjologii u prof. Kuli wskazówkę, aby iść od szczegółu do ogółu. Profesor Kula jest zachwycony koncepcją tego muzeum, światową, nie zaściankową. Ja proponuję zejść do szczegółów. Np. do jedynego w Polsce i okolicznych krajach czołgu Sherman, który ponoć dał się uruchomić, a który w tymże muzeum został zabetonowany w piwnicy. Albo do słynnej na forach internetowych sprawy rzekomego samochodziku - zabawki, który miał pochodzić ze zbombardowanego Kalisza. Niestety, wszystko wskazuje na to, że został wyprodukowany w 1947 roku (http://niezalezna.pl/84819-wpadka-w-muzeum-doradcy-tuska-auto-z-1947-r-jako-przedwojenna-zabawka). To wszystko działo się w muzeum, które powstało za gigantyczne, państwowe pieniądze. W tym samym czasie "zaściankowi" amatorzy i rekonstruktorzy zaopiekowali się niszczejącymi zabytkami i za własne i zebrane przez siebie pieniądze zorganizowali Muzeum Westerplatte. Ja z nich jestem dumny.



Odpowiedz

Gość: grabarz |

@Michał Janik
Fakt, samochodzik i zabetonowany sherman przekreślają ideę muzeum II wojny...Wszak ideą tego muzeum była zabawa w rekonstrukcję historyczną., a ta nie toleruje samochodzików z 1947 roku.
Z pojęciem "narodowy" jest zawsze ten problem, że używa się go w Polsce jako młota do bicia po głowie przeciwników światopoglądowych, politycznych, obyczajowych. Tym samym określa się "naród" nie jako wspólnotę ogólno-obywatelską, a jako rodzaj "uświadomionej elity", natchnioną "jedyną prawdą" grupę, zawsze tę elitarną przynależność przypisując rzecz jasna SOBIE, a wszystkich myślących inaczej odżegnując od bycia "narodem", zarzucając "narodową zdradę" albo przeglądając jej metryki dla udowodnienia, że nie jest "prawdziwym narodem". Co świetnie czynisz w powyższym komentarzu. Takiej właśnie "narodowej" polityki historycznej boi się prof. Kula oraz "niezrzeszona" w waszej świętej wierze we własną nieomylność część "narodu". I boi się tego "podnoszenia z błota", które dla ludzi krytycznych oznacza popadanie w nacjonalistyczne szaleństwo. Z definicji dalekie od prawdy historycznej. Mam dosyć lat, by zaściankowość, "wyciąganie z błota" i "narodową" politykę historyczną pamiętać w wydaniu późnokomunistycznym. Doprawdy, analogie do ich postaci "patriotycznych" (jakoś w Polsce nacjonaliści nie chcą wprost określać się nacjonalistami, może to dla nich za mało zaściankowe określenie???) są uderzające.



Odpowiedz

Gość: wa |

@grabarz Czy naprawdę samochodzik i czołg przekreśla ideę muzeum. Jeżeli to błąd to należy to zgłosić i naprawić, a nie pisać bzdury. Co do muzeum Westerplatte też mam wątpliwości ponieważ jest to mało chwalebny, jeden z przykładów nie wykonania rozkazu dowódcy co skutkowało niepotrzebną śmiercią kilku żołnierzy.



Odpowiedz

Gość: grabarz |

@wa
"Ironia". Jest takie pojęcie. Czytanie jednej wypowiedzi literalnie, bez uwzględnienia poprzedniej, do której czytana się odnosi, kończy się źle. Podobnie jak każde lenistwo umysłowe...



Odpowiedz
Marcin Kula

Profesor doktor habilitowany, historyk i socjolog, emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Specjalizuje się w historii Ameryki Łacińskiej, dziejach najnowszych i socjologii historycznej, interesuje się także obecnością historii w teraźniejszym życiu społeczno-politycznym. Autor licznych publikacji książkowych i artykułów, m.in. Rewolucja 1933 na Kubie (1978), Historia Brazylii (1987), Narodowe i rewolucyjne (1991), Paryż, Londyn i Waszyngton patrzą na Październik 1956 r. w Polsce (1992), Niespodziewani przyjaciele czyli rzecz o zwykłej ludzkiej solidarności (1995), Nośniki pamięci historycznej (2002), Krótki raport o użytkowaniu historii (2004), O co chodzi w historii? (2008), Mimo wszystko: bliżej Paryża niż Moskwy: książka o Francji, PRL i o nas, historykach (2010).

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org