Opublikowano
2019-02-11 18:00
Licencja
Prawa zastrzeżone

Przedwojenny Śląsk w oczach Amerykanki

Dla amerykańskiej pisarki Polska była krajem egzotycznym. Przez wspomnienia żony księcia Sapiehy przewijają się Józef Piłsudski, prezydent Ignacy Mościcki oraz... niemieccy nazistowscy urzędnicy.


Strony:
1 2 3

Zamieszkaliśmy na obrzeżach małego miasta w górniczym okręgu Górnego Śląska, sześć mil od niemieckiej granicy. Mój mąż został dyrektorem przedsiębiorstwa obejmującego kopalnie i fabryki chemiczne znajdujące się po połowie w Polsce i w Niemczech. Przed południem pracował w polskim biurze mieszczącym się po drugiej stronie dużego ogrodu za domem, po południu zaś przejeżdżał przez granicę, by dotrzeć do swego niemieckiego biura.

Sojusz polsko-rumuński. Sukces czy zmarnowana szansa?

Czytaj dalej...

Ponieważ pracował tam od sześciu lat, funkcjonariusze strzegący granicy znali go oraz dużego czarnego daimlera, którym jeździł, i rzadko pytali o dokumenty. Przyjrzawszy się dokładnie mojemu amerykańskiemu paszportowi, którego nie potrafili odczytać, kilkakrotnie odstąpili od formalności. Brzuchaty żołnierz ze swastyką na rękawie unosił prawe ramię, wykrzykując „Heil Hitler!” i pozwalał mi przejechać. Ale w drodze powrotnej, na polskiej granicy, jeśli byłam sama, zawsze przeszukiwali samochód, choć niezbyt dokładnie. Podnosili krawędź pledu, zaglądali na przednie siedzenie obok kierowcy i pytali, czy mam coś nowego, na co odpowiadałam: „Nic nie ma”, które to słowa należały do nielicznych łatwych do wymówienia po polsku.
Aczkolwiek to, że „nic nie ma”, raczej nie było zgodne z prawdą. Moje wyprawy do sąsiedniego niemieckiego miasta oznaczały zakupy, ponieważ po naszej stronie biało-czerwonego szlabanu nie było perkali, naczyń, płyt gramofonowych, nawet – poza późną zimą – pomarańczy, które, biorąc pod uwagę moje uprzedzenia, nadawałyby się do nabycia. Dopiero gdy pomieszkałam na Śląsku przez pewien czas, odkryłam, dlaczego uśmiechnięci polscy urzędnicy tak chętnie mi wierzyli. Mój mąż zaopatrywał ich w węgiel.
Okładka wspomnień Virgilii Sapiehy wydanych przez Ośrodek KARTA Nasz kamienny dom, zaprojektowany przed wojną przez niemieckiego architekta z upodobaniem do przepychu, odgradzały od drogi krzewy i wysoki płot. Pokoje miały tak wysokie sufity, że mogłyby pomieścić dwa poziomy, lecz światło wpadające przez wysokie okna było rozproszone i przyćmione przez ciemne boazerie na ścianach.
Kiedy przyjechałam, w drzwiach powitało mnie troje służących i trzy teriery szkockie z kokardami na szyjach. Zanim przekroczyłam próg, Władek – główny zarządca – podsunął mi kieliszek wódki i szczyptę soli. Waleria, krzepka pokojówka, którą mąż sprowadził specjalnie dla mnie, przemówiła: „Teraz, gdy w domu są kobiety, nie będzie spokoju”, dygnęła, pocałowała mnie w rękę i zaprowadziła do mojego pokoju, gdzie wcześniej nakryła ogromne łoże starym koronkowym obrusem mojej matki, który znalazła w uprzednio wysłanym kufrze. Stamtąd mąż zabrał mnie do salonu, który wspólnie z Władkiem urządzili najprzytulniej, jak zdołali. Pośrodku stało duże biurko, a na nim lampa i dwa telefony. Prócz tego trzy płócienne składane krzesła pod ścianą, a w każdym kącie donica z palmą. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol. Nie było zasłon ani dywanów.
Poszukałam uśmiechu na twarzy męża, lecz nie znalazłam, więc starałam się ukryć własny.
– Może zechcesz później poprzestawiać to i owo – powiedział. – Ale wygląda tu całkiem miło, prawda? Wprowadziliśmy dużo zmian.
– Bardzo tu przyjemnie – zapewniłam, ściskając jego ramię, by zabrzmieć bardziej przekonująco.
Kiedy po pierwszej przejażdżce do Niemiec przywiozłam do domu materiał na zasłony, mój mąż i Władek pokręcili głowami. Powiedzieli, że to byłoby niehigieniczne, a i tak nikt nie może zajrzeć przez nasze okna. Gdy jednak zasłony zostały zawieszone, mąż zapragnął ich w każdym pokoju.

Wojciech Korfanty w walce o Wielkopolskę i Śląsk

Wojciech Korfanty, przez niektórych dziś już zapomniany działacz niepodległościowy aktywny na Śląsku i w Wielkopolsce, bez wątpienia należy do panteonu najwybitniejszych polityków II Rzeczpospolitej i szermierzy sprawy polskiej.



Czytaj dalej...

Tymczasem dom prowadzony był tak samo, jak przed moim przybyciem. Wczesnym rankiem młody kucharz przychodził ze swoimi sprawami do mojego męża. Gdy dzwonił telefon, odbierał go Władek i nigdy nie wiedziałam, kto telefonuje i w jakim celu. Waleria zajmowała się czymś zagadkowym w swoim pokoju i tylko od czasu do czasu przychodziła do mnie rozchichotana, z jakimś pytaniem, na które – jak wiedziała – i tak nie potrafiłam odpowiedzieć. Uważała, że niewątpliwie coś jest ze mną nie w porządku, ponieważ pierwszego ranka, kiedy jeszcze leżałam zakopana w pościeli i nie do końca obudzona, podeszła do łóżka, wydobyła moją dłoń i ucałowała ją, ja zaś, zdegustowana, wykrzyknęłam do męża śpiącego w sąsiednim pokoju: „Czego ta kobieta chce? Powiedz jej, że nie jestem królową Rumunii!” i pospiesznymi gestami nakazałam jej wyjść.
Nie mogłam tak dłużej żyć, niczym rozpieszczony pudel pozbawiony jakiejkolwiek władzy, a nawet możliwości wydawania własnych dyspozycji dotyczących obiadu. Uświadomiłam sobie, że muszę się nauczyć przynajmniej rozumieć po polsku, a potem, jeśli to możliwe, zacząć zrozumiale mówić.
Nauczyciel polskiego, którego w końcu wyszukał mój mąż, był krępym, niskim mężczyzną z podwójnym podbródkiem i łysiną. Miał na sobie żakiet. Przekraczając próg, ukłonił się w pas.
Przemówił do mnie po polsku.

Virgilia Sapieha – „Amerykańska Księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk” Pałac na Karłuszowcu (aut. Przykuta CC BY-SA 4.0)

– Przepraszam – wtrąciłam – ale nie rozumiem pana. Musimy zacząć od podstaw. Czy zna pan francuski?
– O, tak. Uczę w szkole – odpowiedział gardłową francuszczyzną. – Jestem doktorem filozofii.
Nie wiedziałam, że jest tak wykształcony.
– Obawiam się, że to dla pana nudne. Będzie pan musiał rozpocząć naukę tak, jakbym była dzieckiem – powiedziałam ze współczuciem.
Skłonił się ponownie. Poprosiłam, by usiadł.
– Być może potrzebuje pani konwersacji – rzekł, przysiadając na skraju fotela.
– Ale ja nie potrafię prowadzić konwersacji. – Przytoczyłam mu znane mi dziesięć słów. – Oto mój zasób słownictwa. Ponadto znam „Zdrowaś, Maryjo”.
Wydobył pomiętą chustkę do nosa i w milczeniu otarł czoło.
– Zacznijmy zatem od słowa „kawa” – zaproponował. – To rzeczownik rodzaju żeńskiego, prosty do wymówienia. Dodamy do tego „czarna”, żeby było ciekawiej. Później odmienię to przez przypadki, a pani będzie powtarzać za mną.
Przemawiał głośno, jakby to miało mi pomóc lepiej go zrozumieć.
– O, czarna kawo! – rzekł, kończąc deklinację. – Na dzisiaj to wystarczy do ćwiczenia odmiany przez przypadki. Następnym razem dodam tryb łączący. Na przykład: „O, czarna kawo, jakże pragniesz być białą!”.
Przez resztę lekcji odmienialiśmy rzeczowniki rodzaju żeńskiego. Gdy wstał, zbierając się do wyjścia, uśmiechnął się po raz pierwszy.
– To zdanie o kawie... Proszę, jeśli można, powtórzyć je księciu, kiedy wróci.

„Śląsk, którego nie było” – nieznana historia śląskiej architektury

Czytaj dalej...
Obiecałam, że to zrobię i nauczyciel wyszedł, gnąc się w ukłonach. W mieście nie było ani jednego Polaka znającego angielski, a ponieważ wolałam nie uczyć się polskiego od Niemca, gotowa byłam wycisnąć ile się da z mojego profesora-gnoma.
Mąż wychodził z domu wczesnym rankiem, wracał na godzinę w porze lunchu, a później, na koniec, między siódmą a ósmą wieczorem. Dni się dłużyły, zwłaszcza po południu, kiedy nadeszła jesień i zrobiło się chłodno i mgliście, a ja spacerowałam samotnie z trzema psami po zaniedbanych polach za miastem, gdzie dawno zapadnięte kopalnie tworzyły wąwozy między garbatymi pagórkami, a przesycona węglowym miałem mgła zdawała się pełna nieuchwytnych cieni.
Pewnego razu, wracając do domu z psami, przeoczyłam moją stałą ścieżkę i znalazłam się na drodze niedaleko naszego domu, biegnącej tuż obok obozowiska bezrobotnych. Przy popadających w ruinę chałupach kręciła się grupka chłopców i dziewcząt.

Ten tekst jest fragmentem książki Virgilii Sapiehy – „Amerykańska Księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk”:

Virgilia Sapieha – „Amerykańska Księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk” – okładka Autorka: Virgilia Sapieha
Tytuł: „Amerykańska Księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk”
Tytuł oryginału: Polish Profile
Tłumaczenie z języka angielskiego: Ewa Horodyska
Wprowadzenie i redakcja: Adam Safaryjski
Wydanie I
Warszawa 2019
ISBN: 978-83-65979-31-5
Oprawa: miękka,
Liczba stron: 299
Cena: 38 zł
Kup ze zniżką w Księgarni Karty!

Tekst ma więcej niż jedną stronę. Przejdź do pozostałych poniżej.

Strony:
1 2 3
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy
Virgilia Sapieha

(1904–1966) – amerykańska pisarka, krytyczka literacka, dziennikarka radiowa i telewizyjna. Na początku lat 50. współprowadziła program telewizyjny Author Meets the Critic. W 1961 roku opublikowała autobiografię A Matter of Life and Death.

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org