Opublikowano
2015-06-06 18:13
Licencja
Wolna licencja

Przedwojenny słoik warszawski

„Warszawka” (czy też „warszafka”) to termin, który określa typowego nadętego mieszkańca stolicy, swoją godność noszącego na piersi niczym wartość absolutną. Uważa on, że dziadek powstaniec to wystarczający argument za tym, że w przeciwieństwie do innych jest on „prawdziwy”. Prawda jest jednak taka, że z wyjątkiem nielicznych, „prawdziwi” mają wśród swoich przodków tzw. słoiki.


Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że zgodnie z oficjalnymi dyrektywami snobizmu jestem warszawiakiem pełną gębą – warszawskość mojej rodziny sięga grubo przed pierwszą wojnę światową (w porywach aż do końcówki wieku XIX), do tego w pakiecie odziedziczyłem przodków walczących w powstaniu i wszystkie inne atrybuty prawdziwego warszawiaka (łącznie z resztkami warszawskiej gwary w rodzinnym domu). Prawda jest jednak taka, że kiedy mój pradziad przybywał do Warszawy, był dokładnie takim samym słoikiem, jak dzisiejszy. A pod wieloma względami może nawet jeszcze większym.

Garść statystyki

Obok Łodzi Warszawa była w dziewiętnastym stuleciu najprężniej zmieniającym się miastem. Rok za rokiem, dzień za dniem, zmieniało się ono, rozrastało i pięło w górę. Miasto, które na progu XIX wieku było specyficznym zlepkiem magnackich siedzib z domami rzemieślników, w ciągu stu lat stało się lokalnym centrum. Nie Petersburgiem czy Paryżem, ale jednak centrum, z kanalizacją, tramwajami i siecią ulicznych elektrycznych latarni, a co najważniejsze z dziesiątkami czynszowych kamienic. Jednym słowem: wielkim miastem.

Plan Warszawy z 1880 r.

Miastem, które cały czas się rozrasta. Od roku 1916 zaczyna się włączanie w jego obszar kolejnych terenów. Odkąd Warszawa przestała mieć znaczenie militarne, mogła odetchnąć, zaciągnąć ciasny gorset fortów i rozrosnąć się. W jej granice włączono Bielany, a inne tereny, które wcześniej formalnie należały do miasta, jak Żoliborz, Ochota czy Wola, zaczęły być zabudowywane. Gdy przejdzie się po ulicy Wolskiej i przyjrzy dokładnie układowi budynków, zobaczy się pewne trendy rozwojowe, jakie zaczęły były widoczne dużo wcześniej.

Wielkie miasto przyciąga ludzi. Wystarczy spojrzeć na statystyki – na początku XIX wieku Warszawa liczyła jedynie 63 400 mieszkańców, między rokiem 1882 (383 000) a 1921 (936 713) skok wynosi ponad 500 tysięcy osób, a w 1939 roku mówimy już o 1 289 000 mieszkańców. Oczywiście, warto wierzyć w płodność warszawianek, ale każda z nich musiałby rodzić po co najmniej piętnaścioro dzieci. Dla porównania, różnica między rokiem 2000 (1 610 471) a 2014 (1 732 707) nie jest zbyt powalającą.

Słoik jak przed wojną

Do Warszawy w XIX wieku ciągnęły tłumy ludzi: chłopi, zbiedniała szlachta, oficerowie carscy. Skupmy się jednak na dwudziestoleciu międzywojennym. Cieszy się ono w Polsce pewnego rodzaju fetyszem – wszytko co pochodzi z czasów II RP niemalże z definicji jest lepsze niż współczesne. Nie inaczej jest w przypadku Warszawy.

Przedwojenna stolica jest jednoznacznie piękna (o slumsach między Dworcem Gdańskim a Żoliborzem czy o Czerniakowie się milczy), natomiast współczesna jest brzydka i ohydna. Estymą otacza się również przedwojennych warszawiaków.

Ulica Marszałkowska w 1912 r.

Skupmy się więc na tym jakże ciekawym w historii Polski okresie. Warszawa jest stolicą państwa ubiegającego się o status mocarstwa. Miasto ma być wizytówką całego kraju, miejscem, w którym jak w soczewce skupiają się ambicje Polski. Na przedwojenną Warszawę, a szczególnie na jej mieszkańców, dzisiaj patrzymy przez pryzmat Wiecha i jego twórczości. Jest to perspektywa równie malownicza co nieprawdziwa.

Kim był więc przedwojenny słoik? To dosyć proste – był chłopem, bowiem to właśnie ludzie z prowincji w wielkiej Warszawie widzieli swoja szansę. Część z nich przyjeżdżała do pracy w fabrykach, inni zaczynali jako drobni kupcy zieleniną. Wiele z dziewcząt ze wsi znajdowało pracę jako służące, a mężczyzn zatrudniano jako dorożkarzy czy też taksówkarzy.

Miasto się rozrastało i „prawdziwi” warszawiacy dla przedwojennych mieszkańców to przede wszystkim ludzie z prowincji. Marian Sękowski, warszawski taksówkarz, pisał wprost, że dla niego niejasnym jest, kim są rdzeni mieszkańcy Warszawy.

Prawda jest więc taka, że ci prawdziwi mieszańcy, których rodziny żyły w stolicy jeszcze przed początkiem rozrostu miasta, stanowili nikły procent mieszkańców Warszawy w roku 1939, nie mówiąc już o roku 1945. Większość z „prawdziwych” warszawiaków przybyła do stolicy w latach wielkiego boomu lat dwudziestych i trzydziestych.

Prawdziwy warszawiak?

Kim w ogóle miałby być taki „Prawdziwy warszawiak”? To dobre pytanie. Przyjrzyjmy się rokowi 1939. Prawdziwy warszawiak żyłby w mieście od kilku pokoleń, co znaczy że należałby albo do polskich albo do żydowskich mieszczan (raczej tych drugich). Nie byłby ani inteligentem ani szlachcicem, a raczej drobnym wyrobnikiem. Szewcy, krawcy, drobni handlarze, dorożkarze – oto prawdziwi warszawiacy! Arystokracja traktowała miasto jako rezydencję od święta (niczym Łęccy w Lalce), a nie jako dom. Szlachta żyła raczej na prowincji. Warto o tym pamiętać.

Zresztą tak ich odmalował Wiech – jako drobnych mieszczan ze Starego Miasta. To właśnie wśród nich rodziła się osnuta aurą tajemniczości i romantyczności „gwara” warszawska, tworząca się również z tego, co przynieśli ze sobą przybywający do Warszawy ludzie.

Dla Sękowskiego „Prawdziwy warszawiak” był niejasnym konstruktem. Dzisiaj przedwojennego taksówkarza określilibyśmy mianem słoika, bowiem przed wojną nie mógł on uchodzić za prawdziwego mieszkańca stolicy – mieszkał daleko za jej rogatkami. Ba, cześć z typów Wiecha, tych opisywanych w felietonach sądowych i reportaży z Kercelaka, to właśnie tacy świeży warszawiacy. Co więcej, Targówek, na którym przetrwała duża grupa przedwojennych warszawiaków, był w granicach miasta od 1916 roku. Pytanie – czy wszyscy z bohaterów Wiecha urodzili się jako warszawiacy? A może stali się nimi przypadkiem?

Plan Warszawy z 1929 r.

Trochę dystansu

Warszawa lubi uchodzić za pępek świata, tymczasem warto czasami spojrzeć z dystansu. Prawda jest taka, że słoikiem Warszawa stoi – praktycznie zawsze w nowożytnej historii była ona mekką ludzi z prowincji, a rdzenni warszawiacy stanowili tu mniejszość.

Trzeba jednak pamiętać o jednej istotnej różnicy. Warszawski styl bycia przyciągał nowo przybyłych – chcieli mówić jak mieszkańcy stolicy, zachowywać się i ubierać. Bycie warszawiakiem oznaczało klasę i nie bazowało na historyczności. Było czymś żywym, rozwijającym się i dynamicznym, nie zaś historycznym kostiumem.

Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Polecamy e-book Pawła Rzewuskiego „Warszawa — miasto grzechu: Prostytucja w II RP”:

Autor: Paweł Rzewuski
Tytuł: „Warszawa — miasto grzechu: Prostytucja w II RP”

Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]

ISBN: 978-83-934630-6-0

Stron: 109

Formaty: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)

9,9 zł

(e-book)
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: quart |

Zagłębie nie jest ani częścią Śląska, ani Ziem Odzyskanych.



Odpowiedz

Gość: Grzegorz |

Jestem urodzonym warszawiakiem. Nigdy nie obnoszę się z tym na lewo i prawo. Z moich obserwacji wynika, że to najczęściej niektóre 'słoiki' po ca.2-3latach mieszkania w stolicy zachowuję się jak nadęte bufony i wszędzie podkreślają U NAS W WARSZAWIE. A w rzeczywistości słoma im z butów wystaje. Na szczęście takich pajaców jest niewielu. Większość przyjezdnych to mili i sympatyczni ludzie, których bardzo serdecznie witam w stolicy.



Odpowiedz

Gość: Andrzej |

Dlatego na tzw. Ziemiach Odzyskanych (zwanych obecnie Zachodnimi) problem "prawdziwości" (a więc "lepszości") nie istnieje - wszyscy jesteśmy przyjezdnymi w drugim/trzecim czy aktualnie czwartym pokoleniu. Pomijam tu autochtonów, ale ci "prastarzy" mieszkańcy żyją albo na Opolszczyźnie (pretendując do niemieckości), albo na przedwojennym Śląsku (w tym w Zagłębiu),albo wreszcie na Warmii lub Mazurach, stanowiąc niewielki odsetek całego społeczeństwa tych ziem (może poza wschodnią Opolszczyzną. Innymi słowy: Nikt z nas nie rości sobie prawa do monopolu na "autentyczność", a co za tym idzie nie jesteśmy ani nadęci, ani zamknięci na innych przybyszów.



Odpowiedz

Gość: k |

@ Gość: Gość: Andrzej pozdrawiam ze Szczecina. W Warszawie dowiedziałam się, że jestem z Niemiec ;)



Odpowiedz

Gość: Hred |

Z moich doświadczeń złą opinię Warszawie w Polsce właśnie robią "ci urodzeni w Warszawie od pokoleń", a nie tak zwane słoiki. Wymowne jest, że to właśnie ci "prawdziwi" za złe zachowanie na prowincji obarczają przejezdnych Warszawiaków, tak jakby z automatu zakładali, że urodzony w Warszawie nie może się źle zachować, a jak coś złego, to nie my, a te przejezdne chamy z prowincji. To samo w sobie jest przejawem bufoniady. Większość przypadków wywyższania się wobec ludzi prowincji z którymi się zetknąłem dotyczyło właśnie ludzi "urodzonych w Warszawie od pokoleń" (o czym sami nie omieszkali podkreślać). Nie ma co generalizować, bo wiele negatywnych zjawisk ma swój udział w rożnych grupach ludności (a i te z którymi się zetknąłem to raczej mały % ogółu kontaktów ze wszystkimi Warszawiakami), ale serio "Warszawiacy od pokoleń", zrzucanie wszystkiego co złe na przejezdnych z prowincji wcale wam nie przysporzy tam szacunku.



Odpowiedz

Gość: PoTomek osadników ;) |

Słoik to nie przyjezdny! Przyjezdny przybył do tego miasta i "wsiąkł". Płaci podatki, szanuje Warszawę, nie jeździ co piątek "do łojców" po żarcie w słojach. Słoik - przyjeżdża w niedzielę wieczorem/poniedziałek rano. Narzeka na Stolicę, nie płaci podatków i w ogóle ma gdzieś W-wę i jej historię oraz przyszłość. A jak już pojedzie "w Polskę" służbową bryką z rejestracją WI lub podobną na W to robi taką opinię Warszawie i jej mieszkańcom, ze "pożal się Boże". Tak więc miły autorze: większość z nas to potomkowie przyjezdnych, a nie słoików. P.S. Moja rodzina pochodzi ze wsi Wola oraz z Grochowa - jeszcze przed przyłączeniem tych terenów do Warszawy.



Odpowiedz
Paweł Rzewuski

Absolwent filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Filozofii i Socjologii UW. Publikował w „Uważam Rze Historia”, „Newsweek Historia”, „Pamięć.pl”, „Rzeczpospolitej”, „Teologii Politycznej co Miesiąc”, „Filozofuj”, „Do Rzeczy” oraz „Plus Minus”. Tajny współpracownik kwartalnika „F. Lux” i portalu Rebelya.pl. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Jacka Kaczmarskiego i Iron Maiden.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.

UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji i filmów dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod nimi lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org