Autor: Łukasz Nieroda
Tagi: Artykuły, Historia polityczna, Historia społeczna, Historia państwa i prawa, XIX wiek, Ameryka Północna
Opublikowany: 2018-04-21 14:23
Licencja: wolna licencja

Przyczyny wojny secesyjnej – fakty i mity

Przyczyny wojny secesyjnej są o wiele bardziej skomplikowane niż mogłoby się to wydawać, a każda ze stron miała argumenty przemawiające za jej punktem widzenia. Czy złe Południe bezprawnie dokonało aktu secesji, by bronić niewolnictwa przed dobrą Północą?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3

Wojna secesyjna to temat, który przypomina o sobie w dość regularnych odstępach czasu. Nie tak dawno nagłówki amerykańskich gazet i portali informowały o próbach usunięcia z przestrzeni publicznej wszelkich znamion dziedzictwa Stanów Skonfederowanych w USA. W sporze pojawił się nawet polski wątek – nasza ambasada zaproponowała zmianę patrona jednej z autostrad w Wirginii z Jeffersona Davisa, jedynego prezydenta Konfederacji, na Tadeusza Kościuszkę, bohatera walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych i naczelnika insurekcji wywołanej w obronie polskiej suwerenności.

Południe powszechnie oskarża się o dokonanie aktu zdrady w obronie niewolnictwa, który pogrążył kraj w kilkuletniej wojnie domowej kosztującej życie setki tysięcy Amerykanów. Nic dziwnego, że stawiając sprawę w ten sposób, z Konfederacji udało się uczynić amerykański archetyp zła. Celem niniejszego artykułu jest przypomnienie i jasne wyartykułowanie faktów, które w debacie publicznej są notorycznie pomijane, a które przedstawiają wydarzenia sprzed lat w świetle nieco innym niż ten zarysowany powyżej.

Bitwa nad Antietam, 17 września 1862 roku (aut. Thure de Thulstrup, 1887, domena publiczna).

Przyczyny wojny secesyjnej a prawne ugruntowanie secesji

Oponenci secesji argumentują, że próba opuszczenia Unii była aktem buntu przeciwko legalnej władzy. W taki właśnie sposób sprawę przedstawił Abraham Lincoln w swojej przemowie inauguracyjnej, twierdząc, że stany nie mają prawnej możliwości wyjścia z Unii, wydane więc zarządzenia o secesji są nieważne, a co się z tym wiąże, odpowiedzią na próby obstrukcji egzekucji prawa federalnego będzie użycie siły. Koronnym argumentem na poparcie tej tezy jest zapis znajdujący się w Artykułach Konfederacji (dokumencie, na mocy którego Stany Zjednoczone funkcjonowały przed uchwaleniem Konstytucji), który nazywał unię międzystanową „wieczystą”.

Według przeciwników stanowiska prezydenckiego jest to argument łatwy do obalenia. W owym bowiem czasie tego typu zapisy często pojawiały się we wszelkiego rodzaju umowach. Nie interpretowano ich jednak jako zobowiązania do wiecznego trwania przy postanowieniach zawartych w dokumencie i zrzeczenia się możliwości odstąpienia od zawartych warunków. Zapis ten po prostu wykazywał, że w momencie sporządzania dokumentu strony nie przewidywały terminu, w którym umowa miałaby wygasnąć. Klauzulę wieczystości znajdziemy na przykład w traktacie pokojowym kończącym wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z rozumowaniem przeciwników secesji należałoby uznać, że umieszczając ten zapis w traktacie obie strony odebrały sobie prawną możliwość wypowiedzenia sobie wojny w przyszłości, ponieważ byłoby to pogwałceniem „wieczystego” pokoju, co zakrawałoby na absurd.

Artykuły Konfederacji (domena publiczna).
Znacznie solidniejsze są argumenty możliwe do wysunięcia w obronie prawa do secesji. Wspomniane już Artykuły Konfederacji stanowiły, że każdy ze stanów wchodzących w skład Unii pozostaje w pełni suwerenny i niepodległy – jest to podkreślone już w pierwszym artykule dokumentu. W Konstytucji, która zastąpiła Artykuły Konfederacji, sformułowanie to już się nie pojawia. Nie oznacza to jednak, że wraz z ratyfikacją Konstytucji stany utraciły swoją niepodległość i suwerenność na rzecz rządu federalnego. Konstytucja precyzuje bowiem w swojej dziesiątej poprawce, że wszelkie prerogatywy, które nie zostały w niej oddelegowane na szczebel federalny lub zabronione, pozostają w kompetencji poszczególnych stanów lub po prostu ich mieszkańców.

Skoro więc stany nie zrzekły się w Konstytucji swojej suwerenności na rzecz Unii i nie nadały jej prawa do siłowego powstrzymania secesji, to wydaje się, że na mocy dziesiątej poprawki rząd centralny nie jest uprawniony, by przedsięwziąć działania mające uniemożliwić separację. Takie zachowanie byłoby bowiem federalną uzurpacją suwerenności przysługującej stanom.

Najmocniejszym argumentem na rzecz prawa do secesji są jednak dokumenty ratyfikujące Konstytucję, które stany uchwalały, by przystąpić do nowej Unii. Część stanów jednoznacznie w nich zastrzegła, że pozostawia sobie możliwość jej opuszczenia. Na przykład w dokumencie ratyfikującym stanu Nowy Jork znajdziemy zapis stanowiący, że „uprawnienia rządu mogą zostać powtórnie podjęte przez obywateli, kiedy tylko będzie to konieczne dla ich szczęścia”.

Podkreślmy tutaj od razu, że zapis ten nie znaczy, jakoby taka możliwość przysługiwała wyłącznie wszystkim obywatelom Stanów Zjednoczonych wziętym pod uwagę łącznie jako jednolite i suwerenne ciało polityczne, co uniemożliwiałoby jednostronne ogłoszenie secesji bez zgody obywateli pozostałych stanów. Kluczowe jest tutaj sformułowanie o „powtórnym” podjęciu uprawnień (w angielskiej wersji oddane poprzez użycie czasownika [[re]assume]). Każdy stan ratyfikował konstytucję osobno w imieniu swoich własnych obywateli i każdy stan był suwerenny, więc uprawnienia oddelegowywane wówczas na rząd federalny miały swoje źródło w obywatelach każdego poszczególnego stanu i nie były dzielone z obywatelami innych stanów. Co prawda nie każdy stan zawarł taki zapis w dokumencie ratyfikującym, ale wszystkie stany przystępowały do Unii na równych zasadach, co znaczy, że jeśli choć jeden stan zastrzegł sobie możliwość secesji, to musi ona przysługiwać wszystkim.

Targ niewolników w Nowym Orleanie (1861, domena publiczna).

Przyczyny wojny secesyjnej a problem niewolnictwa

Najbardziej uproszczona wersja narracji głosi, że Abraham Lincoln, republikański kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych, dążył do zniesienia niewolnictwa, a stany południowe, w których ono obowiązywało, wypowiedziały posłuszeństwo, by je zachować. Wojna będąca efektem tych działań była więc toczona przez siły Północy w celu likwidacji tej barbarzyńskiej instytucji. W rzeczywistości jednak Lincoln nie usiłował wówczas znieść niewolnictwa, a sprowadzenie motywacji Południa do kwestii jego obrony jest dotkliwym zubożeniem tematu.

Wystarczy sięgnąć do republikańskiego programu wyborczego z 1860 roku, by odnaleźć postulaty dotyczące kwestii niewolnictwa. Nie tylko nie znajdziemy tam żądania jego zniesienia w stanach południowych, ale natrafimy na deklarację odwrotną. Punkt czwarty informuje, że „utrzymanie nietkniętymi praw stanów, a w szczególności prawa do regulowania i kontrolowania swoich instytucji wewnętrznych w zgodzie z własnym i wyłącznym osądem, jest kluczowe dla zachowania balance of powers, na którym opiera się doskonałość i siła amerykańskiej tkanki politycznej”. Niewolnictwo było wówczas właśnie taką instytucją wewnętrzną. Umieszczając ten zapis w programie, republikanie formalnie stawiali się poza kręgiem abolicjonistów i otwarcie przyznawali, że nie zamierzają ingerować we wszelkie urządzenia wewnętrzne regulowane na poziomie stanowym, a więc m.in. w niewolnictwo.

Polecamy e-booka Michała Gadzińskiego pt. „Perły imperium brytyjskiego”:

Michał Gadziński
„Perły imperium brytyjskiego”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 98
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-11-2

Abraham Lincoln (domena publiczna).
Tym, co wywoływało histeryczną reakcję południowców, spośród których część faktycznie nie dawała wiary tym zapewnieniom i była przekonana o abolicjonistycznych zamiarach Lincolna, była treść punktów siódmego i ósmego. W nich republikanie sprzeciwiali się rozszerzeniu niewolnictwa na terytoria amerykańskie, a więc te obszary, które należały do rządu federalnego, ale nie zostały jeszcze zorganizowane w pełnoprawne stany i włączone na równych zasadach do Unii. Wyborcy z Południa sprzeciwiali się tym żądaniom, ponieważ jeśli niewolnictwo miałoby być zabronione na terytoriach, to właściciele niewolników raczej nie osiedlaliby się na nich, a w konsekwencji, wraz z upływem lat, gdyby zostały one w końcu przekształcone w stany, byłyby to stany wolne, a nie niewolnicze.

Gdyby ziścił się taki scenariusz, stany niewolnicze zostałyby zmarginalizowane w Unii, co na przykład mogłoby pozwolić abolicjonistom na uchwalenie poprawki do konstytucji znoszącej niewolnictwo. Do uchwalenia poprawki potrzeba zgody 3/4 wszystkich stanów, co znaczy, że dopóki istniała względna równowaga ilościowa między stanami wolnymi i niewolniczymi, właściciele niewolników mogli spać spokojnie. Postulat republikański stwarzał ryzyko zmiany tego stanu rzeczy. Radykalnym aktywistom pro-niewolniczym nie podobał się też punkt programu występujący przeciwko wznowieniu importu niewolników, zakończonego w 1808 roku. Należy przy tym wszystkim jednak zdecydowanie podkreślić, że Lincoln nie proponował zniesienia niewolnictwa, o czym sam zapewniał.

Powszechnie zdawano sobie oczywiście sprawę z obaw południowców i w celu uspokojenia nastrojów podjęto nawet odpowiednie kroki. Z inicjatywy republikańskiej w Kongresie pojawił się projekt poprawki konstytucyjnej jednoznacznie zabraniającej uchwalenia takiej modyfikacji, która uprawniałaby Kongres do mieszania się w instytucje wewnętrzne stanów. Wyszczególniono w niej nawet, że Kongres nie mógłby ingerować w uregulowania dotyczące „osób, na których ciąży obowiązek służby lub wykonywania pracy”, pod którym to eufemizmem miano na myśli przede wszystkim niewolników. Projekt został aprobowany większością 2/3 w obu izbach Kongresu, mimo że w głosowaniu nie brali udziału senatorzy kilku stanów niewolniczych, które ogłosiły już secesję, a nieznaczna większość republikanów miała tyle przyzwoitości, by głosować przeciw.

Sam Lincoln natomiast w swojej mowie inauguracyjnej zaznaczył, że nie ma nic przeciwko, aby zasada wprowadzana tą poprawką stała się nieodwołalnym elementem prawa Stanów Zjednoczonych. Pokazuje to w sposób bezsporny, że zniesienie niewolnictwa nie było celem Lincolna – wręcz przeciwnie, jego środowisko gotowe było wzmocnić podstawy procederu, by utrzymać jedność całej federacji.

Czarnoskóry mężczyzna czytający gazetę informującą o prezydenckiej Proklamacji Emancypacji (aut. Henry Louis Stephens, 1863, domena publiczna).
Stosunek Lincolna do problemu oddają najlepiej jego słowa z listu napisanego już w okresie wojny: „nie chciałbym pozostawiać już jakichkolwiek wątpliwości. (…) Moim najważniejszym celem w tej walce jest utrzymanie jedności Unii, nie zaś zachowanie czy likwidacja niewolnictwa. Gdybym mógł utrzymać jedność Unii, nie uwalniając żadnych niewolników, zrobiłbym to; gdybym mógł ją utrzymać, uwalniając wszystkich niewolników, uczyniłbym to bez wahania; gdybym mógł to zrobić uwalniając część z nich, a zostawiając w niewoli innych, tak właśnie bym postąpił. Wszystko, co robię odnośnie do niewolnictwa i ludności kolorowej, robię, aby zachować Unię, a jeśli z czegoś rezygnuję, czynię to, bo nie wierzę, że pomoże to zachować Unię”. Podobnym sentymentom prezydent dał wyraz już w swojej pierwszej mowie inauguracyjnej.

O determinacji Lincolna do zniesienia niewolnictwa nie świadczy też ogłoszona w trakcie wojny Proklamacja Emancypacji, dokument, który uwolnić miał wszystkich niewolników na terenie Konfederacji. Po pierwsze, w samym dokumencie stwierdzone jest, że jest to po prostu środek wojenny; został więc uchwalony po to, by osłabić wroga. Po drugie: dokument w żaden sposób nie wpłynął na los niewolników w stanach, które nie ogłosiły secesji. Zapisy Fugitive Slave Act (prawa, na mocy którego zbiegłych niewolników zwracano właścicielom) honorowane były jeszcze po ogłoszeniu emancypacji, a sam akt został odwołany dopiero w 1864 roku.

Nie ulega wątpliwości, że mimo opisanego wyżej sygnału koncyliacyjnego w postaci pro-niewolniczej poprawki konstytucyjnej, to właśnie przede wszystkim spór wokół niewolnictwa wpłynął na decyzję pierwszych siedmiu stanów, które zdecydowały się opuścić Unię. Taki wniosek wyłania się choćby z deklaracji wydawanych poprzez poszczególne stany separatystyczne. Problem jednak sięgał głębiej. Prezydent Stanów Skonfederowanych Ameryki, konfederacji utworzonej przez stany, które oddzieliły się od Unii, ujął to w sposób następujący: niewolnictwo nie było przyczyną secesji, ale incydentem, poprzez który w sposób najpełniejszy uwidoczniła się prawdziwa przyczyna podziału – wykorzystywanie rządu federalnego do faworyzowania jednej sekcji federacji kosztem pozostałych. Nawet gdyby niewolnictwo na Południu nie istniało, obstawał Davis, to niesprawiedliwe dążenie do hegemonii Północy ujawniłoby się w innej kwestii i secesja byłaby mimo wszystko nieunikniona.

Duncan Kenner (domena publiczna).
Mogłoby wydawać się, że takie postawienie sprawy to wyłącznie niezgrabna próba nobilitacji Stanów Skonfederowanych, które wyniosły na sztandary ideę tak odrażającą jak niewolnictwo. Istnieje jednak niezbity dowód na to, że obrona niewolnictwa nie była priorytetem dla rządu Konfederacji. Jest nim tajna misja Duncana Kennera. Ten członek konfederackiej Izby Reprezentantów, a prywatnie plantator i posiadacz prawie 500 niewolników (stan na rok 1860), został w 1864 roku upoważniony przez gabinet Davisa do wcielenia w życie swojego pomysłu, który zgłoszony został już rok wcześniej. Było nim wynegocjowanie uznania niepodległości Konfederacji i wsparcia ze strony mocarstw Europy w zamian za powszechną emancypację.

W 1863 roku ten śmiały plan został odrzucony, ale rok później sytuacja Stanów Skonfederowanych była na tyle poważna, że Davis doszedł do wniosku, iż było to konieczne, by ratować niezależność Konfederacji. Zdawano sobie jednak sprawę, że nie wszyscy politycy Konfederacji mogą podzielać decyzję gabinetu, więc wstrzymano się z przedłożeniem pomysłu pod obrady w Kongresie. Kennera wysłano w sekrecie do Europy, autoryzowano go również do odwołania ze stanowiska wszelkich konfederackich dyplomatów, którzy mogliby utrudnić pomyślne załatwienie sprawy. Kiedy dotarł on jednak na miejsce było już za późno – sytuacja Konfederacji była tak beznadziejna, że pozyskanie jej uznania byłoby cudem.

Polecamy e-book Tomasza Kruka pt. „Dramat Afganistanu: XIX wiek” :

Tomasz Kruk
„Dramat Afganistanu: XIX wiek”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org]
Liczba stron: 80
Format ebooków: PDF, EPUB, MOBI (bez DRM i innych zabezpieczeń)
ISBN: 978-83-65156-18-1

Odpowiedzialność za wojnę

Na kim ciąży brzemię wywołania konfliktu? Sam akt secesji stanów południowych nie był jednoznaczny z wypowiedzeniem wojny. Senatorzy reprezentujący stany, które wyłamały się z Unii, po prostu opuścili Kongres. Nikt nie zamierzał walczyć o kontrolę na rządem federalnym (dlatego też, notabene, określenie „wojna domowa” nie jest określeniem precyzyjnym). Mimo to odpowiedzialnością za wojnę często obarcza się Południe, ponieważ to siły konfederackie oddały pierwsze strzały w kierunku Fortu Sumter, placówki federalnej w Karolinie Południowej. Prześledźmy wydarzenia, które doprowadziły do tej konfrontacji.

Strona tytułowa „Charleston Mercury” informująca o secesji Południowej Karoliny (domena publiczna).

Kiedy tylko delegaci mieszkańców Karoliny Południowej jako pierwsi poparli w jednomyślnym głosowaniu akt secesji, podjęto decyzję o wysłaniu swoich przedstawicieli do Waszyngtonu w celu uregulowania wszelkich spraw koniecznych dla zaistnienia pokojowych relacji pomiędzy nimi a Unią. Wśród nich było m.in. przejęcie na siebie części federalnego długu publicznego, jak również kwestia transferu infrastruktury znajdującej się na terenie Karoliny Południowej, ale pozostającej jeszcze pod kontrolą Unii, która jako organ, na który została oddelegowana część prerogatyw dotyczących utrzymania bezpieczeństwa, sprawowała pieczę m.in. nad fortami i magazynami.

Zgodnie bowiem z rozumowaniem zwolenników koncepcji suwerenności stanów, ostateczną jurysdykcję nad wszelkimi obszarami w granicy stanu sprawuje sam stan. Stan może więc żądać zwrotu fortów tak, jak może na nowo podjąć uprawnienia wcześniej oddelegowane na szczebel federalny. Ten tok myślenia wydaje się znajdować potwierdzenie w części dokumentów prawnych, na mocy których dokonywano wcześniej cesji na rzecz Unii. Strony oddające swoją infrastrukturę pod jurysdykcję Unii zastrzegają w nich, że stan ten trwać może tylko dopóki, dopóty scedowane miejsca zajmowane są przez Unię w celu obrony stanu. Jeśli więc funkcje obronne w konsekwencji secesji przejmuje w sposób wyłączny na siebie stan, forty oddane wcześniej w tym celu stronie trzeciej wracają również pod jego wyłączną jurysdykcję.

Zanim posłowie mieli okazję w ogóle rozpocząć pertraktacje, Fort Sumter został zajęty przez żołnierzy Unii okupujących dotychczas sąsiedni fort znajdujący się w mniej korzystnej dla nich pozycji. Według Konfederatów było to złamaniem rzekomo zawartego zobowiązania do tymczasowego utrzymania status quo. Nieco później Buchanan, poprzednik Lincolna wciąż piastujący urząd, próbował wzmocnić fort 200 żołnierzami, co było już bezspornym złamaniem wcześniej zawartego porozumienia. Separatyści wykazali się jednak dobrą wolą i nie podjęli żadnych militarnych działań przeciwko garnizonowi, nadal pokładając nadzieję w środkach dyplomatycznych. Dyplomatom z Karoliny, których zignorowano jeszcze przed tym incydentem, nic nie udało się jednak wskórać.

Po secesji kolejnych stanów tzw. Głębokiego Południa i ukonstytuowaniu się Stanów Skonfederowanych Ameryki, do Waszyngtonu wysłano przedstawicieli całej Konfederacji, „zapewniając rząd Stanów Zjednoczonych, że Prezydent, Kongres oraz Obywatele Stanów Skonfederowanych szczerze pragną pokojowego rozwiązania (…)”. William Seward, sekretarz stanu w administracji Lincolna, odmówił przyjęcia ich w randze delegatów obcego państwa, a komunikacja pomiędzy nimi odbywała się za pośrednictwem dwóch sędziów Sądu Najwyższego. Poprzez nich Seward zapewnił Konfederatów o zamiarze wydania rozkazu ewakuacji żołnierzy z Fortu Sumter. Miało to nastąpić w przeciągu kilku dni. Okazało się jednak, że było to przebiegłym fortelem albo nieautoryzowanym działaniem Sewarda podejmowanym na własną rękę (w co, oczywiście, Konfederaci nie wierzyli).

Na przestrzeni kolejnych dni, kiedy zapewniania te były przez Sewarda powtarzane, Północ przygotowywała ekspedycję militarno-zaopatrzeniową, której celem było wsparcie garnizonu w forcie. W praktyce oznaczało to, że Lincoln postawił na plan mający na celu wymuszenie bierności Konfederatów (na co walcząc o uznanie swojej niepodległości nie mogli sobie pozwolić) lub wmanewrowanie ich w oddanie pierwszych strzałów, by uniemożliwić powodzenie misji.

Konfederacka flaga nad Fort Sumter (fot. Alma A. Pelot, domena publiczna).

Gdy tylko stało się jasne, że Lincoln nie zamierza pozwolić na normalizację stosunków między Konfederacją i Unią, południowcy rozpoczęli ostrzał fortu. Po kilkudziesięciogodzinnej wymianie ognia załoga poddała się. Szczęśliwie obyło się bez ofiar. O pokojowych intencjach Konfederacji świadczy fakt, że obrońców fortyfikacji nie potraktowano jak więźniów wojennych, ale pozwolono im z honorami opuścić fort i wrócić bez jakichkolwiek przeszkód na tereny Stanów Zjednoczonych. Lincoln nie był tak wspaniałomyślny. W proklamacji wezwał do sformowania 75-tysięcznej siły zbrojnej mającej na celu stłamszenie oporu. W odpowiedzi na ten bezprecedensowy plan zastosowania przemocy w celu podporządkowania sobie stanów przez rząd federalny, kolejne cztery stany Południa, w których aż do tego momentu przeważały nastroje antyseparatystyczne, ogłosiły secesję, dowodząc, że przynajmniej w ich przypadku nie sam problem niewolnictwa był osią sporu, ale również relacje między władzą federalną i stanową. Rozpoczynała się wojna.

Wnioski

Ocenić historię wojny secesyjnej należy na dwóch płaszczyznach. Docenić trzeba starania Partii Republikańskiej mające na celu ograniczenie niewolnictwa. Jednocześnie należy jednak przyznać, że w kwestii samego prawa do secesji stany południowe miały prawo uważać, że przysługuje im możliwość separacji, a celem, którym kierował się Lincoln rozpętując wojnę, była centralizacja władzy w rękach rządu federalnego kosztem praw stanów. Prezydent osiągnął swój cel, czego stukiem ubocznym, a nie bezpośrednim rezultatem, była abolicja niewolnictwa. Niestety, nie położyło to kresu wszystkim nieszczęściom, z jakimi ludność afroamerykańska musiała się borykać, a oni sami na równouprawnienie musieli jeszcze długo czekać.

Bibliografia:

Kup książkę: „Polacy na krańcach świata: XIX wiek”

Mateusz Będkowski
„Polacy na krańcach świata: XIX wiek”
Wydawca: PROMOHISTORIA [Histmag.org] i Wydawnictwo CM
Okładka: miękka
Liczba stron: 422 Wymiary: 145 x 210
Format: 145 x 210
ISBN: 978-83-66022-39-3 Oprawa: miękka

Książka dostępna również jako e-book, w trzech częściach: Część 1 Część 2 Część 3

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Łukasz Nieroda
Absolwent filologii angielskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Specjalizuje się w badaniu kultury anglo-amerykańskiej.

Wszystkie teksty autora

Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
telefon: 692 929 681
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
telefon: 798 537 653
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy