Sklepy, których już nie ma, czyli sentymentalna podróż po krainie konsumpcji
Zobacz także:
Krajobraz polskiego handlu sukcesywnie zmieniał się na przestrzeni ostatnich dekad, kształtując nowe nawyki konsumenckie. Wraz z powstającymi sklepami, zmieniała się także architektura. Niewątpliwie miały one też pewien wpływ na metamorfozę miast, miasteczek i wsi. Na szarych ulicach z okresu PRL-u wyraźnie wyróżniał się Pewex, potem nadeszła nowa era, a do Polski wkroczył drapieżny kapitalizm lat 90. z dużymi, kolorowymi i przyciągającymi przechodniów sklepami. A obecnie? Dziś już nie wyobrażamy sobie handlu bez dyskontów, które zdominowały rynek oraz e-commerce, czyli możliwości dokonania szybkiego zakupu bez wychodzenia z domu.
Wraz z tymi przemianami z naszych miast znikały szyldy, które dziś budzą u wielu uśmiech nostalgii. Sklepy te były nie tylko miejscami zaopatrywania się w towary, ale często symbolami statusu, oknami na świat lub arenami pierwszych, wielkich zakupów całych rodzin. Dziś, gdy wiele z tych nazw brzmi jak echo odległej przeszłości, warto zatrzymać się na moment i zastanowić się co ich pojawienie się zmieniło nie tylko w gospodarce, ale i w codziennych praktykach konsumenckich. To podróż sentymentalna do świata handlu, który odszedł, ale w naszej pamięci wciąż tętni życiem.
W epoce gospodarki niedoboru i pustych półek dla Polaków dwa szyldy stanowiły niemalże eksterytorialne strefy wolnego handlu, do których bilet wstępu stanowiły waluty wymienialne (dolary, marki) lub specjalne bony towarowe. Pierwszym z nich był Pewex (Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego).
Dla wielu dzisiejszych 40- i 50-latków to synonim dziecięcych marzeń. Pewex pachniał zachodnią gumą do żucia, kawą i luksusowymi kosmetykami. To tutaj kupowało się pierwsze oryginalne dżinsy (Wrangler, Levi's), klocki LEGO, resoraki Matchbox czy lalki Barbie. Sklepy te były oknem na zachodni styl życia, a zapach Pewexu do dziś pozostaje w pamięci wielu osób jako zapach niedostępnego luksusu. Drugi z nich to z kolei Baltona. Początkowo obsługiwała głównie marynarzy, rybaków i dyplomatów, oferując towary bezcłowe. Z czasem, podobnie jak Pewex, stała się miejscem, gdzie „zwykły” obywatel z odpowiednimi zasobami mógł kupić zagraniczny alkohol, słodycze czy sprzęt RTV. Słynny marynarz z papugą z logo Baltony to jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków tamtych czasów. Ani po jednym, ani po drugim nie pozostał już żaden fizyczny ślad.
Pierwszy powiew Zachodu: Billa
Transformacja ustrojowa przyniosła koniec monopolu państwowego. Pojawił się wolny rynek, a wraz z nim pierwsze sieci wielkopowierzchniowe i supermarkety, które szokowały rozmiarem i dostępnością towarów. Lata 90. u progu wolności były czasem zachłannego poznawania nowego. Polacy, zmęczeni szarością i pustymi półkami, pragnęli kolorów, obfitości i wyboru. I właśnie wtedy, w 1991 roku, na mapie Polski pojawił się pierwszy zachodni supermarket - Billa. Sieć ta należała do austriackiej grupy REWE.
Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale wejście do tego sklepu było niczym podróż na inny kontynent. Oślepiające neony, rzędy koszyków, a przede wszystkim towary - egzotyczne owoce ułożone w idealne piramidy, sery, których nazw nie sposób było wymówić, i słynne żółte torby, które stały się nie tylko opakowaniem, ale i oznaką pewnego statusu. Potem przyszedł czas na zmiany. W 2001 roku 11 sklepów sprzedano grupie Auchan, a ta uruchomiła je pod szyldem Elea. Następnie w 2010 roku 25 marketów sprzedano sieci E.Leclerc. Po okresie ekspansji i przekształceń sklepy Billa zostały ostatecznie zniknęły z polskiego rynku, a ich placówki przejęły inne sieci.
Kolejnym wielkopowierzchniowym sklepem, który zawitał do Polski był HIT, należący do niemieckiej sieci hipermarketów, która działała w Polsce w latach 1993–2002. Pierwszy sklep otwarto w Warszawie. Łącznie powstało około 13–15 placówek w dużych miastach, które ostatecznie w 2002 roku przejęła brytyjska sieć Tesco.
Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku sklepów Alberta. Holenderska firma Koninklijke Ahold NV dała nam w 1994 roku nie tylko miejsce tanich zakupów, ale i pewien porządek, który w rodzimym handlu dopiero raczkował. To właśnie tam wielu Polaków po raz pierwszy zetknęło się z ideą samodzielnego skanowania towarów przy kasie (choć wtedy jeszcze nie samoobsługowej) czy programów lojalnościowych. Albert, podobnie jak Billa, padł ofiarą rynkowej konsolidacji, ustępując miejsca Carrefourowi. Po przejęciu w miejsce sklepów sieci Albert powstały te pod szyldem Carrefour Market lub Carrefour Express. Rynek nie zna litości, ale sentyment - owszem.
W wielu polskich miastach wśród miłośników zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych królował Géant, czyli francuska sieć z charakterystycznym logo przedstawiającym zielonego stworka z koszykiem. Hipermarkety Géant często stanowiły główne „kotwice” pierwszych nowoczesnych galerii handlowych powstających w dużych miastach. W 2006 roku sieć została sprzedana niemieckiemu koncernowi Metro Group i przekształcona w sklepy Real. Te także nie zagrzały długo miejsce na handlowej mapie Polski. Choć niemiecka sieć przez lata dominowała w krajobrazie polskich przedmieść i centrów handlowych, to w 2012 roku zapadła decyzja o sprzedaży sieci w Europie Wschodniej grupie Auchan, co ostatecznie zakończyło jej historię nad Wisłą.
Polskie perły, które utonęły w rynkowej toni
Nie tylko zagraniczne marki zapisały się na kartach tej historii. Z równym wzruszeniem wspominamy rodzime sieci, które urosły do rangi legendy, by w końcu bezszelestnie zniknąć. Piotr i Paweł to opowieść wręcz filmowa. Założona w Poznaniu w 1990 roku przez Eleonorę Woś sieć, nazwana imionami jej synów, urosła do rangi symbolu polskiego sukcesu i delikatesów z prawdziwego zdarzenia. Wchodziło się tam nie tyle po zakupy, ile po wrażenia. Półki uginały się od specjałów, a sam sklep pachniał dostatkiem. Gdy w 2021 roku gaszono światła w ostatnich placówkach, dla wielu był to koniec pewnej epoki - epoki, w której polskie mogło być lepsze od zachodniego.
Nie inaczej było z Almą i Bomi. Krakowska Alma i gdyńska sieć delikatesów Bomi to były synonimy zakupów z wyższą półką. Przed świętami, na specjalne okazje, to tam jechało się po coś wyjątkowego. Ich upadek, przypieczętowany w latach 2013-2016, był bolesnym dowodem na to, że nawet najlepszy produkt nie obroni się przed tsunami dyskontów i ich agresywną polityką cenową.
Giganci, którzy przegrali bitwę o klienta
Kto z nas nie pamięta sobotnich wypraw całymi rodzinami do hipermarketu? Dla dzieci z lat 90. były to wyprawy niemalże do krainy czarów. Warto przypomnieć historię sklepów Géant czy Leclerc (choć ten w ograniczonej formie istnieje do dziś) czy Hypernova. Ten ostatni był szczególnie interesujący – jego sklepy, często pozyskiwane po niemieckim Allkauf, miały charakterystyczny, węższy i dłuższy układ, który do dziś można odnaleźć w niektórych nieprzebudowanych obiektach. To jak archeologia handlu – w strukturze budynku wciąż można odczytać ślady po poprzednim życiu. Także wspomniane Tesco opuściło już Polskę. Na stronie internetowej sieci tak żegnano klientów:
Po ponad 25 latach na polskim rynku, Tesco definitywnie kończy działalność operacyjną. Oznacza to, że sklepy pod szyldem Tesco będą otwarte jeszcze do 31 października 2021 roku. Następnie w większości z nich będą prowadzone prace przygotowujące do otwarcia w ich miejsce sklepów Netto.
Były też formaty, które wydawały się stworzone na miarę swoich czasów, jak dyskonty Leader Price czy Plus. Leader Price, ze swoimi charakterystycznymi, prostymi opakowaniami produktów marki własnej, był uosobieniem francuskiej oszczędności. Plus z kolei, zanim stał się częścią Biedronki, pokazywał, że dyskont może być nie tylko tani, ale i całkiem przyjemny.
Początek XXI wieku to złota era hipermarketów, w których spędzało się pół soboty. Rynek jednak szybko zaczął się konsolidować, a wiele znanych europejskich marek wycofało się z Polski. Historia zlikwidowanych marek to w rzeczywistości historia zmian w polskim społeczeństwie: od głodu zagranicznych dóbr, przez fascynację wielkim formatem, aż po dzisiejszy pragmatyzm, w którym króluje szybkość, bliskość i optymalizacja kosztów zakupów.
Moda, która odeszła: Gdy buty kupowało się w Aldo, a ciuchy u Francuza
Sentyment to nie tylko jedzenie. To także ubrania, które nosiliśmy, i buty, w których chodziliśmy do szkoły. Kanadyjskie Aldo przez lata było wyznacznikiem elegancji. Buty na studniówkę, torebka na pierwszą ważną rozmowę o pracę – Aldo było przy tych momentach. Jego odejście z Polski w 2018 roku było ciche, ale dotkliwe. Podobnie jak nagłe zniknięcie sklepów GAP czy River Island, które były synonimem zachodniej, dostępnej mody. Kto pamięta szał na Forever 21? Amerykański fast fashion zawitał do Polski jak burza w 2017 roku, by po zaledwie dwóch latach zwinąć żagle, zostawiając po sobie puste, wielkopowierzchniowe lokale w galeriach. I wreszcie francuski Tape à l‘oeil – kolorowy, radosny, skierowany do dzieci i młodzieży. Pojawił się w 2013 roku, rozświetlił kilka galerii, by w 2021 roku przenieść się wyłącznie do internetu. Dziś zostały po nim tylko wspomnienia... Z prowadzenia salonów w Polsce zrezygnował w 2022 roku też Orsay, a dwa lata wcześniej zlikwidowano Camaieu. Pożegnaliśmy też takie sklepy jak Promod, Salamander, Sportisimo.
Świadkowie historii, którzy dogasają na naszych oczach
Na koniec zostaje nam grupa najsmutniejsza. Sklepy, które wciąż są, ale które odchodzą na naszych oczach, kawałek po kawałku. Mowa o Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem”. Instytucja ta, mająca swoje korzenie jeszcze w XIX wieku, w PRL była hegemonem – nawet 11 tysięcy sklepów pod tą marką obsługiwało codzienne potrzeby Polaków . Charakterystyczne logo z „elką” było wszechobecne. Dziś to już tylko cień dawnej potęgi. Od 2019 roku z mapy Polski zniknęło około 50 sklepów Społem, a proces ten przyspiesza . W Łodzi zamknięto wszystkie placówki, w Warszawie, Szczecinie, Pruszkowie kolejne punkty gasną światła. W ich miejsce wchodzą Biedronki i Dino – silni, skonsolidowani gracze, którzy mogą pozwolić sobie na więcej.
Co po nas zostanie?
Świat handlu jest bezlitosny. Konsolidacja, efektywność, skala – to słowa, które dziś rządzą rynkiem. Liczba małych sklepów spada w zastraszającym tempie (blisko 2 tys. w pół roku 2023 roku). Duże sieci przejmują mniejsze, zmieniają szyldy, a my przyzwyczajamy się do nowych rzeczywistości. Ale to, co kiedyś nazywało się Billa, Albert, HIT, Piotr i Paweł czy Alma, to nie były tylko nazwy firm, ale miejsca pierwszych samodzielnych zakupów, pierwszych spotkań, pierwszych zachwytów nad obfitością świata. Zostało po nich tyle, ile sami zapamiętaliśmy. Niektóre budynki, w których niegdyś mieściły się wspomniane sklepy zostały przejęte przez inne sieci, a inne po prostu wyburzono.
Źródła:
- Agnieszka Sabat, Tych sklepów już nie ma. Marki, które wycofały się z Polski [online:] www.biznes.interia.pl, odczyt w dn. 28.01.2026 r.
- Łukasz Stępniak, Sieć Billa znika z Polski, supermarkety przejmie francuski E.Leclerc [online:] www.portalspozywczy.pl, odczyt w dn. 28.01.2026 r.
- www.businessinsider.com.pl, odczyt w dn. 28.01.2026 r.
- www.dlahandlu.pl, odczyt w dn. 28.01.2026 r.
- www.web.archive.org, odczyt w dn. 28.01.2026 r.
