Średniowiecze – epoka pogardy dla ciała?

Wokół średniowiecza narosło wiele mitów. Jeden z nich opiera się na przekonaniu, że była to epoka powszechnej pogardy dla ludzkiej cielesności oraz tłumienia wszelkich popędów i pożądliwości. Jak było naprawdę?
Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4

„Ciało poważnie odwartościowane”

Pogarda ciała miała być w średniowieczu tak powszechna, że – jak dowiedziałem się kiedyś od pewnego dziennikarza – noszono wtedy nawet „obuwie pokutne”… Nie wiem, czy ta „legenda” wywiodła się od „hiszpańskich butów” (to takie wyjątkowo okrutne narzędzie tortur), czy może od butów św. Jadwigi Śląskiej, z którymi się ją niekiedy (choć z rzadka i dopiero dziś) maluje i rzeźbi (ponieważ jako ascetka raniła sobie stopy, notorycznie chodząc boso, spowiednik kazał jej nosić buty, pokornie posłuchała jego polecenia i odtąd nosiła obuwie, ale… pod pachą, zatem nie ma tu mowy o obuwiu pokutnym).

Święta Jadwiga Śląska

Czy uparte trwanie przekonania o pogardzie ciała w średniowieczu jest skutkiem ignorancji? Zdaje się, że wręcz przeciwnie. Liczne obiegowe opinie, czy to oparte na faktach, czy z nimi sprzeczne, utrwaliły się dzięki autorytetom i źródłom z epoki. Także i ja powołam się na jeden z autorytetów:

Uprawnione jest zatem twierdzenie, że w średniowieczu wyposażone w płeć ciało zostaje poważnie odwartościowane, a popędy i żądze cielesne – w znacznej mierze stłumione. Nawet chrześcijańskie małżeństwo […] będzie tylko próbą uporania się z pożądliwością.

Jacques Le Goff, Nicolas Truong, Historia ciała w średniowieczu

Zapamiętajmy ten cytat, żeby powrócić doń na koniec. Czytając książkę, z której pochodzi, słyszałem w tle słowa drugiego autorytetu, który pisał podobnie (oba autorytety chętnie się nawzajem cytowały) i obawiał się dodatkowo „niebezpieczeństwa anachronizmu”:

Muszę zważać na to, aby […] nie przenosić w przeszłość tego, o czym uczy mnie teraźniejszość. […][bo] Małżeństwo, o którym mówię, to także moje własne i nie jestem całkiem pewien, że zdołam się uwolnić spod przemożnego nacisku systemu ideologicznego, którego odsłonięcia i demistyfikacji podejmuję się. Czy wyzwolę się spod wpływu własnych pasji?

Georges Duby, Rycerz, kobieta i ksiądz

Trudno nie zauważyć, że przy całej wielkiej erudycji i badawczej samoświadomości obaj klasycy – Le Goff i Duby – nie wyzwolili się „spod wpływu własnych pasji”. Nikt nie jest w stanie tego uczynić, zwłaszcza jeśli wchodzi w materię dotyczącą ludzkiej kultury. Oni sami doskonale o tym wiedzieli. Otóż osobisty stosunek obu badaczy do spraw małżeństwa i płci wynikał z jednej strony stąd, że „wiele form naszej mentalności i zachowań narodziło się w średniowieczu”, które dla nich stawało się przez to materią nader aktualną, a z drugiej, strony także i stąd, że obaj żyli w epoce rewolucyjnego zwrotu „w dziedzinie seksualności”, który współbrzmiał z odejściem od wiary w Boga. Georges Duby uważał wszak, że „to, co sam nazywał «rewolucją seksualną» jest najważniejszym wydarzeniem współczesności”. Zdaje się, że obserwował tę rewolucję raczej przychylnie, pragnąc „demistyfikować” tradycyjne małżeństwo. Bo czy mógł po prostu przyjąć „ów fundamentalny element naszej tożsamości zbiorowej, jakim jest chrystianizm, nękany problematyką ciała, jednocześnie gloryfikowanego i wypieranego” (Le Goff)? W rezultacie

Odnajdujemy tu [w pracach Duby’ego] powtarzający się wciąż obraz Kościoła hegemonicznego, który usiłuje we wszystkich możliwych dziedzinach kontrolować i dochodzić swojej władzy nad sumieniem wiernych, poddając je coraz to bardziej ograniczającym prawom, o których on jedynie może decydować. Instytucja małżeństwa służyłaby jedynie temu celowi.

Jean-Louis Benoit, W obronie średniowiecza: boje Régine Pernoud

Układ żył w organizmie człowieka na średniowiecznej ilustracji

Taka postawa była poza wszystkim także i pochodną podejścia marksistowskiego. W efekcie, co do prac Duby’ego i Le Goffa „trzeba uznać ideologiczny, z góry ukierunkowany charakter myśli tych wielkich historyków” – pisze Jean-Luc Benoit – którzy „w latach 60. XX wieku pomogli wytyczyć dominujący nurt myśli historycznej, przyjętej następnie szeroko przez środowiska uniwersyteckie”.

W związku z tym, o co się właściwie rozchodzi [...]?

Mniej więcej o to, iż średniowieczną „pogardę ciała” można widzieć różnorako – i to jest wybór tego, który będzie o niej opowiadał. Szklanka do połowy pełna jest zarazem do połowy pusta. A zatem równie dobrze można mówić nie o pogardzie ciała, ale o szacunku dla ciała, które jest świątynią Ducha Świętego, co prowokowało w średniowieczu bunt przeciwko nierozumnej żądzy, która uzurpuje sobie władzę nad ciałem i rozumem.

Bo przecież Bóg, stając się człowiekiem, przyjął na siebie ludzkie ciało i zmartwychwstał w nim. Bo przecież wszystkie ludzkie dusze w dniu zmartwychwstania umarłych podobnie odzieją się na powrót w swoje ciała. Owszem, będą to ciała nieco inne, przemienione, czyli nie takie same, ale jednak te same. Z tej też przyczyny ani sama dusza, ani samo ciało nie stanowią człowieka. Człowiek, aby być sobą, potrzebuje zarówno ciała, jak i duszy. Św. Tomasz z Akwinu orzeka jasno, że pełnię człowieczeństwa osiąga się w połączeniu ciała z duszą. Żadna też część ciała ludzkiego nie jest godna pogardy. Pismo święte piórem św. Pawła wyraźnie poucza, że najbardziej wstydliwe członki ludzkiego ciała trzeba darzyć szczególnym szacunkiem i troską.

Pozostaje faktem, że w zakonach wystrzegano się nie tylko widoku cudzego, obnażonego ciała, ale i ciała własnego. Pozostaje faktem, że pochwalano umartwienia. Niekiedy skrajne. Ale czy powszechnie je praktykowano? Otóż zapewne powszechny był podziw dla takich praktyk, bynajmniej jednak nie ich zastosowanie, a potoczne wyobrażenia o średniowiecznej ascezie są przeważnie wyolbrzymione. Przypominam: szklanka do połowy pełna jest zarazem do połowy pusta.

Rzekoma chrześcijańska pogarda ciała często była (i jest, jeśli wolno tak powiedzieć) wezwaniem do życia harmonijnego, które byłoby wolne od zagrożeń nieuporządkowanym, cielesnym pożądaniem, mogącym zburzyć kruchą równowagę ciała i umysłu. Średniowieczne uwielbienie dla pięknego ciała widać na fasadach katedr. Czyż te rzeźbione postacie, owe studia anatomicznej doskonałości, nie świadczą o podziwie dla materialnej powłoki Boskiego Stworzenia? A w XIII wieku pojawią się również pierwsze akty damskie i męskie w postaci posągów Adama i Ewy z paryskiej Notre-Dame (zachował się do dziś tylko Adam), bynajmniej nie karykaturalne, lecz klasycznie urodziwe!

Można rzec na oko, że sztuka klasycznego gotyku świadczy o uwielbieniu dla ludzkiego ciała i dążeniu do jego równowagi z duchem. Jakże łatwo było wówczas o zburzenie tej równowagi! Łatwiej, niż moglibyśmy przypuszczać. Średniowiecze nie znało tego rodzaju pruderii, jaką praktykował wiek XIX. O sprawach cielesnych mówiono raczej wprost. Nie wszystkich hamowała dworność, a zresztą nawet dworni mieli swoje za uszami. Podejrzewam więc, że ówczesny mnich był narażony na o wiele większe, a w każdym razie na swobodniej atakujące go pokusy, niż zakonnik w wieku XIX. Może dopiero medialny świat ostatnich dekad wyprzedził średniowiecze w generowaniu wyuzdanych przekazów wizualnych.

Teza moje będzie więc taka, że średniowieczna „pogarda ciała” okazuje się w istocie świadomą jego obroną przed agresywnym, wyuzdanym światem, który miał wówczas wielką swobodę działania i nieokiełznaną siłę rażenia.

A teraz będą przykłady.

Ten tekst jest fragmentem książki Jacka K. Kowalskiego „Średniowiecze. Obalanie mitów”:

Jacek K. Kowalski
„Średniowiecze. Obalanie mitów”
49,00 zł
Wydawca: Zona Zero
Okładka: miękka
Liczba stron: 464
Premiera: 29.11.2019
Format: 160 x 225
EAN: 9788366177765

Klasztor, relikwie, obscena

Na początek rycerska epopeja, czyli chanson de geste: Pieśń o Pielgrzymce Karola Wielkiego do Jerozolimy i Konstantynopola. Datowana rozmaicie. W każdym razie powstała po wieku XI i przed końcem XII (a mym skromnym zdaniem raczej później niż wcześniej). Jest w niej wielkie materii pomieszanie, łączy bowiem rzeczy śmiertelnie poważne z – delikatnie rzecz ujmując – komicznymi, czasem zaś wręcz… niegodnymi.

Na początku Karol Wielki obraża się na swoją małżonkę, która publicznie, wobec zgromadzenia biskupów i baronów w kościele Saint-Denis, orzekła, że cesarz Konstantynopola Hugon (!) jest potężniejszy od jej męża. Monarcha ogłasza więc swoim dwunastu parom, że wyruszą pospołu w pobożną podróż do Grobu Pańskiego, a przy okazji zawitają też do Konstantynopola. Karol pragnie przekonać się, czy władca wschodniego cesarstwa rzeczywiście aż tak go przewyższa. Zapowiedział przy tym małżonce, że jeśli skłamała, odrąbie jej głowę mieczem.

Karol Wielki obejmuje Rolanda (domena publiczna)

Wyruszają. Pośród towarzyszy podróży nie brakuje ani mężnego Rolanda, ani jego nieodstępnego druha, roztropnego i przystojnego Oliwiera, ani też pozostałych legendarnych baronów. Opis pielgrzymki usiany jest wszakże epizodami, które ich ośmieszają. Na bogatym, bizantyjskim Wschodzie Frankowie czują się jak ubodzy krewni, a zachowują – delikatnie mówiąc – po prostacku. Na szczęście ratuje ich tradycyjna francuska pobożność.

W Jerozolimie Karol otrzymuje od Patriarchy relikwie Męki Pańskiej, między innymi gwóźdź z Krzyża Świętego i Koronę Cierniową. Potem jadą do Konstantynopola. Oszołomieni bogactwem cesarskiego pałacu, po wystawnej uczcie udają się na kwaterę. Tam, upojeni alkoholem, spoczywając na trzynastu łożach, marzą o upokorzeniu swojego gospodarza:

XXIII.

[...]

Francuzi miód wypili, są razem w komnacie.

XXIV.

Mówią sobie: A cóż to za piękności, patrzcie!

Patrzcie, jak wielki pałac i bogactwa znaczne! Gdybyż się zdało Bogu w górnym Majestacie, Ażeby Karol Wielki, nasz władca, posiadł je!

Albo może zagarnął przez orężne starcie! […]

Pielgrzymka Karola Wielkiego,

tłum. JK

Alegoria chrześcijańskiego rycerza. Miniatura z XIII wieku

Karol w ramach rozrywki zachęca parów do prześmiewczych przechwałek, gabs. Każdy z baronów wymyśla więc coraz to bardziej absurdalne i okrutne dowcipy, które uderzają w króla Hugona i jego miasto. Ukryty w komnacie szpieg wszystko to bierze na poważnie i już wkrótce doniesie Hugonowi o niebezpieczeństwie grożącym ze strony zdradzieckich gości. Bo oto Ogier Duńczyk obiecuje zburzyć cesarski pałac, poprzez skruszenie wielkiego filara, na którym jest on wsparty, a Roland zapowiada, że dźwięk jego rogu – sławnego Olifanta – wywoła w Konstantynopolu kataklizm. No, a potem –

XXIX

Rzekł dworny Roland: «Racz się, Oliwierze, chwalić!»

«Chętnie» – rzekł hrabia – «byle Karol chciał pozwolić!

Niech król zechce mi córkę złotowłosą zwierzyć

I sam na sam w komnacie do łoża z nią złożyć;

Sama przyzna, żem zdołał jej sto razy zażyć,

A nie, gotówem jutro mą głowę położyć!»

„«Oho!» - rzecze szpieg – «tego nie poradzisz zrobić!

Rzekłeś świństwo, jak król się dowie, mogę ręczyć, Że będzie cię, dopóki życia, nienawidzić!»

tłum. JK

Wstaje dzień. Hugon, powiadomiony o niecnych zamiarach Franków, grozi im śmiercią, chyba że… zrealizują swoje żarty! Oni zaś, przerażeni, padają na kolana przed świętymi relikwiami, błagając Boga o pomoc. Na to pojawia się anioł, który z jednej strony beszta ich potężnie, ale z drugiej zapowiada nadprzyrodzone wsparcie. I Frankowie przystępują do realizacji swoich gabs.

Jak szanowni czytelnicy mogli się spodziewać, pierwszej próbie poddany został Oliwier. Hugon przywołuje swoją córkę i zostawią ją na noc w łożu z urodziwym Frankiem (osobliwy to dowód ojcowskiej miłości!). Przypomina, że nazajutrz córka ma poświadczyć, czy przechwalca zdołał jej „sto razy zażyć”, czy też nie; jeśli nie, zapłaci głową. Kiedy zostali sam na sam, zatrwożona księżniczka z bojaźnią pyta Oliwiera: „Czyż na zgubę nas, kobiet, przybyłeś w te kraje?”. Ten jednak okazuje się rycerzem prawdziwie dwornym. Trzykroć ucałowawszy pannę, zapowiada, że nie uczyni niczego bez jej zgody, prosi jednakowoż, aby nazajutrz nie zgubiła go swoim zeznaniem. A poza tym… „Miłą mą będziesz, innej już szukał nie będę”. Zauroczona francuską dwornością dziewczyna oddaje mu swoją cnotę, ale „Hrabia zażył jej tylko ze trzydzieści razy”. Nazajutrz oświadczyła ojcu, że dociągnął do pełnej setki. „Próżno pytać, czy Hugon był zadowolony”.

Na obronę anonimowego autora przyznać trzeba, że w tym jednym przypadku nie zmuszał nadprzyrodzonych sił do interwencji – wszystko odbywa się tylko siłą dwornej perswazji Oliwiera. Pozostałe przechwałki spełniają się już mocą cudowną. W rezultacie upokorzony Hugon, nie czekając nawet na realizację wszystkich gabs, uznaje się za Karolowego wasala. I Karol, pełen sławy i chwały, wyrusza w drogę powrotną jako najpotężniejszy monarcha świata.

LIV

[…] A córa Hugonowa bieży niewstrzymana, Oliwiera ujrzawszy, na łono mu pada: «Ku tobie Panie miłość i przyjaźń obracam, Zabieraj mnie do Francji, za tobą pojadę». «Piękna!» – rzecze Oliwier – «miłość mą ci zwracam, Bo do Francji z mym panem Karolem powracam».

tłum. JK

Powróciwszy do ojczyzny Karol składa relikwie przywiezione z Jerozolimy na ołtarzu kościoła w Saint-Denis. Następnie przebacza swojej żonie, która ośmieliła się twierdzić, że cesarz Konstantynopola jest odeń potężniejszy, i jak się okazuje nie miała racji, choć przecież ją miała. ]

Wszystko to prześmiewcza fikcja, ale… jeśli chodzi o konkretne relikwie, wiadomo, że faktycznie znajdowały się one w Saint-Denis, więcej, że jakieś relikwie Męki Pańskiej (czy te, czy inne?) Karol Wielki otrzymał bezpośrednio od Patriarchy Jerozolimy w roku 799. Oczywiście sam ani w Jerozolimie, ani w Konstantynopolu nigdy nie był, a późniejsze losy relikwii trudno odtworzyć, bo nałożyło się na ich dzieje mnóstwo konfabulacji, spisywanych jednak po łacinie. Pieśń o Pielgrzymce Karola Wielkiego jest najstarszym świadectwem tego, w jaki sposób wiedzę o tychże relikwiach przekazywano publiczności świeckiej. Już niegdyś klasyk badań nad chansons de geste, Joseph Bédier, uznał, że utwór ten ułożył jakiś żongler związany z opactwem Saint-Denis, zapewne na klasztorne zamówienie. Wedle Bédiera pieśń miałaby brzmieć ku uciesze tłumów uczestniczących w corocznej uroczystości wystawienia relikwii Krzyża Świętego i Korony Cierniowej, kiedy to odbywał się wielki jarmark, zwany „Lendit”. Ta opinia po części trwa do dziś. A zatem Pieśń o pielgrzymce Karola Wielkiego, choć służyła niewybrednej rozrywce, przemycała przy tej okazji doniosłe informacje o relikwiach, którymi szczyciło się najważniejsze opactwo Francji. Bo „dewocja Karola Wielkiego wobec Loca Sancta [miejsc świętych] i relikwii pasyjnych, po które udaje się do Ziemi Świętej, stanowi w rzeczywistości wątek przewodni poematu”, który jest „opowieścią skierowaną do publiczności rycerskiej, rozpowszechniającą wiedzę o dokonaniu przez Karola Wielkiego translacji Korony Cierniowej i gwoździa z Krzyża Świętego do Saint-Denis” (Jerzy Pysiak).

Ten tekst jest fragmentem książki Jacka K. Kowalskiego „Średniowiecze. Obalanie mitów”:

Jacek K. Kowalski
„Średniowiecze. Obalanie mitów”
49,00 zł
Wydawca: Zona Zero
Okładka: miękka
Liczba stron: 464
Premiera: 29.11.2019
Format: 160 x 225
EAN: 9788366177765

Czy to nie zastanawiające, że domniemani zleceniodawcy tego utworu – mnisi podobno pogardzający ciałem – nie dostrzegali w niej niczego niewłaściwego i gorszącego? I jaki stąd wniosek? Zapewne taki, że nieczystość i pseudo-dworność, obscenum i prześmiewczość nie tylko osaczyły najważniejszy klasztor Francji, ale i promieniowały zeń wespół z pobożną historią o świętych relikwiach. Gdzie podziała się sławna pogarda ciała? W teorii. A nie jest to przypadek odosobniony.

Nierządnice w katedrze

Skupimy się teraz na jednym z XIII-wiecznych witraży katedry w Chartres, tego wyjątkowego zespołu dzieł zachowanego nieomal w całości. Najpierw jednak cytat z klasyka sprzed wieku.

Witraże naszych katedr fundowali pojedynczy donatorzy lub korporacje [rzemieślnicze] _i wszyscy oni pragnęli upamiętnić swoją hojność. Toteż najniżej umieszczone kwatery XIII-wiecznych witraży ukazują zwykle postacie fundatorów (niekiedy zaś noszą także ich imiona): modlących się mnichów, biskupów, którzy dzierżą w dłoni model witraża, rycerzy w pełnym uzbrojeniu, z herbami, które pozwalają ich zidentyfikować, bankierów próbujących monety, kuśnierzy sprzedających swoje futra,

Jeden z witraży w katedrze Najświętszej Marii Panny w Chartres (fot. Eusebius, domena publiczna)

rzeźników dokonujących uboju, rzeźbiarzy wyciosujących kapitele; [...]. _Korporacje rzemieślnicze fundowały przeważnie witraż z historią swojego świętego patrona […][ale bywało też inaczej:] Bednarze z Chartres, zamiast ofiarować katedrze wyobrażenie dziejów swojej patronki, którą z pewnością była święta Katarzyna, ufundowali witraż Noego, bez wątpienia dlatego, że ów patriarcha zasadził winnicę. W Tours oracze ofiarowali witraż z Adamem, który jako pierwszy orał ziemię w pocie swego czoła. [...][Ale] to kapituła katedralna proponowała donatorom tematy witraży, które mieli sfinansować.

Émile Mâle, Sztuka sakralna XIII wieku we Francji

Znamy niemal wszystkich fundatorów szartryjskich witraży. Tylko pojedynczy przepadli w niepamięci, i to przez przypadek – po prostu ofiarowane przez nich dzieła utraciły kwatery z sygnaturami. Jednakowoż w północnym ramieniu transeptu widnieje witraż, którego kwatery są kompletne, a sygnatury brak. Przedstawia przypowieść z Ewangelii św. Łukasza o synu marnotrawnym.

Przypowieść ta – przypomnijmy – opowiada, jak wyrodny syn zamożnego gospodarza zażądał od ojca swojej części majątku, po czym wyjechał do odległej krainy i tam bawił się do woli. „Skoro wszystko stracił, nastał głód wielki w tej krainie, i on sam zaczął cierpieć niedostatek” (Łk 15, 14), tak iż najął się za świniopasa, ale dalej był głodny, bo nie mógł nawet jeść strawy dawanej świniom. Wtedy zrozumiał swój błąd i postanowił powrócić do ojca, ukorzyć się przed nim i zostać u niego choćby tylko prostym najemnikiem. „A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go ojciec jego, i wzruszył się miłosierdziem; i przybiegłszy, upadł na szyję jego i pocałował go” (Łk 15, 20). I nie tylko, że ani słowem nie wypomniał synowi jego grzechu, ale jeszcze wydał na jego cześć ucztę.

Starszy syn jego był na polu; gdy wracał i zbliżał się do domu, usłyszał muzykę i taniec. […] I rozgniewał się, i nie chciał wejść; ojciec więc jego wyszedłszy, zaczął go prosić. Lecz on odpowiadając, rzekł ojcu swemu: Oto tak wiele lat ci służę, i nigdy nie przestąpiłem rozkazu twego; a nigdy mi nie dałeś koźlęcia, żebym ucztował z przyjaciółmi moimi. Ale gdy ten syn twój, który roztrwonił majątek swój z nierządnicami, powrócił, zabiłeś mu utuczonego cielca. A on mu odpowiedział: «Synu, ty zawsze jesteś ze mną, i wszystko moje, twoim jest. Wszakże trzeba było ucztować i weselić się, że ten brat twój był umarły, a ożył; zginął był, a odnalazł się»

Ewangelia św. Łukasza 14, 25; 28-30

Na szóstej dwie kurtyzany, w pięknych sukniach i czepcach, stojące przed jakimś budynkiem – zapewne domem publicznym – wabią go gestami wyciągniętych rąk. Na kolejnych kwaterach – wystawna uczta, podczas której młodzieniec siedzi przy stole obściskiwany przez nierządnicę. Na następnej kwaterze, obnażony do pasa, półleży na łożu, a ona obejmuje go za ramiona. Dalej inna prostytutka o rozpuszczonych włosach nakłada mu wieniec, druga zaś, w czepcu i sukni, całuje. Wreszcie trzy kwatery wyjawiają skutki miłej zabawy. Kobieta o rozpuszczonych włosach patrzy spokojnie, jak służący zdziera z młodzieńca odzienie. Obdarty nieszczęśnik, stojąc przed domem publicznym, usiłuje jeszcze dyskutować z kurtyzaną, która wcześniej go całowała, a teraz odpowiada mu arogancko i wreszcie przepędza kijem. Dwanaście pozostałych kwater poświęcono dziejom nawrócenia marnotrawnego syna, trzy zaś ostatnie, w podłuczu okna, zajmuje tronujący Chrystus w otoczeniu aniołów.

Ilustracja z Codex Manesse

Na trzydzieści kwater aż dziesięć opowiada o zabawach z prostytutkami. Żaden z innych epizodów przypowieści nie został tak rozbudowany, mimo że akurat ten Ewangelia załatwia ledwie ułamkiem zdania. Przy czym owe sprzedajne dziewki odziane są modnie, godnie, elegancko, jako żywo przypominają szlachetne fundatorki innych witraży.

Prostytutki różnej kondycji i domy publiczne różnego sortu to plaga średniowiecznych miast i wsi. Oprócz nierządnic żyjących w nędzy, w półświatku, znajdziemy wówczas i takie, które posiadały swoje domy, a mimo wielokrotnie ponawianych zakazów paradowały po ulicach miast w najelegantszych ubiorach i biżuterii. Liczne spośród nich „mogą pozwolić sobie na adaptację zewnętrznych oznak kondycji mieszczańskiej; wyzute z czci i godności, mają materialne atrybuty sytuacji, których brak owym zacnym i szanowanym mieszczkom”; było to „swoiste wyzwanie rzucone społeczeństwu, które je tolerowało, ale też obdarzało pogardą” (Bronisław Geremek).

Św. Tomasz pisał wtedy o domach publicznych, że w społeczności chrześcijańskiej są niczym kloaka w pałacu: źródło smrodu i brudu, ale przecież nie da się bez nich żyć. Oczywiście zdarzały się próby likwidacji domów rozpusty. Jak czytamy w pismach dominikanina Wincentego z Beauvais, kanclerz kapituły katedralnej w Chartres Pierre z Roissy, zanim objął to stanowisko, głosił w Paryżu, w roku 1198, płomienne kazania przeciwko nierządowi i to tak skutecznie, że „skłonił niektóre kurtyzany do małżeńskiej powściągliwości, i aby zapewnić im posag otrzymał 250 liwrów od scholarzy, a ponad 1000 liwrów od mieszczan; inne, odrzucając małżeństwo, przywdziały habit zakonny i umieszczono je w opactwie św. Antoniego, specjalnie dla nich ufundowanym; inne jeszcze podjęły trudy pielgrzymki bądź jakieś umartwienia”. W połowie XIII wieku król Ludwik IX Święty podjął radykalną decyzję o wysiedleniu i wyzuciu z dóbr wszystkich kobiet lekkich obyczajów. Zdaje się, że niewiele to dało, a półświatek skupiony wokół lupanarów zaczął podobno zagrażać bezpieczeństwu kobiet innych stanów. W rezultacie przez resztę średniowiecza władze miejskie ograniczały się do ścisłej – na ile było to możliwe – kontroli domów nierządu i wyznaczania im konkretnie wygrodzonych miejsc wewnątrz miasta.

Ten tekst jest fragmentem książki Jacka K. Kowalskiego „Średniowiecze. Obalanie mitów”:

Jacek K. Kowalski
„Średniowiecze. Obalanie mitów”
49,00 zł
Wydawca: Zona Zero
Okładka: miękka
Liczba stron: 464
Premiera: 29.11.2019
Format: 160 x 225
EAN: 9788366177765

Prostytutki były wierzące, bo w średniowieczu, choć istnieli heretycy, to niewierzący się nie zdarzali. Angielski teolog z przełomu XII i XIII wieku, Tomasz z Chobham, w swojej Summa confessorum opowiada, jak to paryskie nierządnice razem z uczciwymi kobietami dopychają się do ołtarzy katedry Notre-Dame, aby postawić na nich świece, i że w takich przypadkach na zbezczeszczonej mensie nie powinno się odprawiać Mszy świętej, aby „nie mieszać smrodu burdelu z kadzidłem Najświętszej Ofiary” oraz, że „w tym samym mieście nierządnice chciały ufundować witraż do katedry, ale biskup nie pozwolił na to, bowiem nie zdała mu się słuszną zgoda na przyjęcie pieniędzy od tych, na których sposób życia zgody nie wyrażał”. Na teoretyczne pytania o zachowanie wobec prostytutek (które, przypomnijmy, bywały i na dworach książęcych, i biskupich!) udzielano różnych odpowiedzi. Znamy porady w stylu: „brać, nie kwitować”, czyli pozwolić na akt donacji, ale nie upamiętniać niehonorowego donatora. Podobnie jak w tym szartryjskim witrażu, jedynym, przypomnijmy, który nigdy nie nosił żadnej informacji o fundatorze. Jedynym też spośród licznych innych katedralnych witraży XIII wieku, który aż tak obszernie przedstawia sceny nierządu z udziałem tak dystyngowanych kurtyzan.

Ilustracja z Księgi o Mieście Kobiet

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, już wiele lat temu Wolfgang Kemp postawił tezę: „ewentualna zgoda Kościoła na fundację tego witraża przez prostytutki jest tym bardziej prawdopodobna, że otrzymaliśmy tu po raz pierwszy aż tak realistyczny obraz zgubnego żywota w towarzystwie nierządnic”. To tylko przypuszczenie – ale zyskało zwolenników i do dziś trzyma się dobrze.

Jak by na to nie patrzeć, ciało nierządnic, dowartościowane, udekorowane, piękne i wystawione na ludzkie podziwienie, znalazło honorowe miejsce w katedrze. W średniowieczu. Nie oznacza to akceptacji dla ich procederu, tylko trzeźwe podejście do sprawy. Oraz to, że pogląd o średniowiecznej pogardzie ciała wymaga niejednego przypisu.

Nierząd domowo-kościelny

Mnich wstępujący do klasztoru porzucał świat. Przywdzianie habitu oznaczało „narodziny «nowego» człowieka. Mnich winien porzucić ziemię, a więc musi porzucić własne ciało, które – jak wszelka materia – przypomina o wygnaniu z raju i o źródle grzechu” (Ludo J. R. Milis).

Izolda całuje Tristana leżącego na łożu śmierci

Kościół narzucał normy i teoretycznie panowała co do nich powszechna zgoda. Ale wysokie wymagania moralne, pochwała czystości i dziewictwa – to jedynie oficjalny dukt średniowiecznej myśli. To postulat. Odkąd w wieku XII zaczęła powstawać literatura w językach narodowych, pozbawiona kontroli teologicznych autorytetów, ujawniła się też druga strona medalu: ułomna rzeczywistość, widziana choćby w krzywym zwierciadle XIII-wiecznych fabliaux – które mądrzy badacze nazwali niegdyś contes à rire, czyli „opowiastkami do śmiechu”. Tutaj nikt nikogo nie oszczędza, a obleśne żarty są na porządku dziennym. I tak obok znanego z rycerskich powieści wizerunku ascetycznego pustelnika i świątobliwego kapłana, pojawi się w fabliaux „temat lubieżnego księdza i rubasznego mnicha, których negatywny obraz ma pod wieloma względami charakter kontestacji”, oscylując „pomiędzy wyidealizowanym dziewictwem i nieokiełznaną lub tłumioną seksualnością” (Jacques Voisenet). W jednej z takich historyjek czytamy, jak to u początku świata, kiedy Pan Bóg każdemu stanowi dał konkretne źródło utrzymania, rycerze otrzymali dobra ziemskie, duchowieństwo dziesięciny i beneficja, chłopi ziemię do uprawy. Kiedy jednak Pan Bóg odchodził na zasłużony, niedzielny odpoczynek, zastąpił mu drogę tłum muzykantów i ladacznic, którzy zostali bez środków do życia. Niewiele myśląc, Pan Bóg nakazał rycerzom utrzymywać muzykantów, a duchownym – ladacznice. Bronisław Geremek pisał wprawdzie, że „wbrew szyderczej powiastce opiekę nad nimi [nierządnicami] sprawowały wszystkie stany”, ale coś jest na rzeczy. Oczywiście rozpusta duchowieństwa rzucała się i rzuca w oczy szczególnie ostro, i tak wówczas, jak i dziś gorszy stokroć bardziej. I nikomu nie była tajna, o czym świadczy taka na przykład powiastka, zapisana przez rycerza Godfryda de La Tour Landry ku przestrodze jego córek.

O mnichu, który cielesny nierząd czynił w klasztorze

W Poitou było takie opactwo Chievre Faye; kościół jego poniszczyły wojny. Przeor tego opactwa miał bratanka imieniem Pidżer. I zdarzyło się pewnej niedzieli, że śpiewano tam jutrznię, a potem Mszę świętą; pytają o Pidżera, a jego nigdzie znaleźć nie można. Ale tak szukali i szukali, że w końcu znaleźli go w jednym kącie kościoła na kobiecie, ale tak się w nią wkleszczył, że nie mogli się jedno od drugiego oddzielić, tak że wszyscy ich widzieli, i biedny mnich najadł się wstydu i żałości. I spodobało się Bogu, że dopiero nazajutrz udało im się rozkleszczyć, a Pidżer z owego wstydu i żałości opuścił to opactwo i poszedł gdzie indziej. Otóż macie doskonały przykład na to, jak trzeba się wystrzegać grzechu cielesnej rozpusty w kościele, i nie mówić tam o rzeczach, które do tej materii należą, i nie spoglądać na siebie zalotnie, chyba że przez miłość małżeńską. […]

Godfryd de La Tour-Landry, Księga rycerza z la Tour Landry ku wychowaniu jego córek (1370-1371), tłum. JK

Dziś możemy tylko dziwić się argumentom współczesnych krytyków chrześcijańskiej moralności, którzy w średniowiecznych świętych widzą jedynie „korowód niesamowitych straszydeł, które jako «świętych» czci i podziwia chory świat [...]. Sami zboczeńcy” (Jan Stachniuk). Owszem, żywoty wielu świętych Pańskich obrosły w absurdalne legendy. Z jednej strony dlatego, że były one „sensacyjnym” pokarmem dla współczesnych (także i nasza epoka ma takie sensacyjne opowieści). Są jednak również wyrazem tęsknoty za czystością i niewinnością, które, choć postulowane, w praktyce nie miały aż tak wielkiego rządu dusz. Tych, którzy pragnęli czystości, otaczały bezmiary brudu i bezwstydu, sączące się zewsząd, do pałaców, domów, kościołów i klasztorów. Walka o czystość, nawet prowadzona w cieniu świątynnych murów, wymagała niemałego samozaparcia (zresztą, czy dziś jest inaczej?).

Ten tekst jest fragmentem książki Jacka K. Kowalskiego „Średniowiecze. Obalanie mitów”:

Jacek K. Kowalski
„Średniowiecze. Obalanie mitów”
49,00 zł
Wydawca: Zona Zero
Okładka: miękka
Liczba stron: 464
Premiera: 29.11.2019
Format: 160 x 225
EAN: 9788366177765

Tekst ma więcej niż jedną stronę!
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Śledź nas!
Komentarze
lub zaloguj się za pośrednictwem konta Google

O autorze
Jacek Kowalski
Polski poeta i pieśniarz, historyk sztuki oraz tłumacz literatury starofrancuskiej na język polski. Autor szeregu publikacji książkowych, m.in. „Sarmacja. Obalanie mitów. Podręcznik bojowy” (Fronda, 2016).

Wszystkie teksty autora

Polecamy artykuł...
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
m.swigon@histmag.org
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
redakcja@histmag.org
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy