Opublikowano
2008-06-05 23:46
Licencja
Prawa zastrzeżone

Średniowieczne „Zrób to sam”

Barwniki zalewane moczem i obkładane gnojówką, hodowla bazyliszków, produkcja atramentu domowymi metodami i barwienie biskupich pastorałów koźlą krwią. Oto średniowieczne rzemiosło widziane oczami mnicha z XII wieku.


Okładka „Diversarum Artium Schedula” w wydaniu z 1998 roku

Wydawałoby się, że w poznawaniu cywilizacji średniowiecza zdani jesteśmy na obserwację jej reliktów — nielicznych romańskich kościołów, wyblakłych obrazów czy zbutwiałych krucyfiksów. Nie do końca jest to jednak prawda. Do naszych czasów dochowało się kilka średniowiecznych podręczników, których autorzy objaśniali adeptom sztuki i rzemiosła zasady swojego fachu. Najobszerniejszą i jedną z najciekawszych tego typu ksiąg jest „Diversarum Artium Schedula” autorstwa Teofila Prezbitera. Przekładając na język polski: „Przewodnik po sztukach rozmaitych”. Kilka lat temu dzięki wydawnictwu benedyktynów tynieckich ukazał się on w nowym polskim tłumaczeniu. Szczęśliwym trafem ta dość rzadka (bo wydana w znikomym nakładzie) praca trafiła niedawno w moje ręce, postanowiłem więc zdać relację z najciekawszych informacji, jakie udało mi się w niej znaleźć.

Teofil i jego dzieło

O autorze wiemy właściwie tylko tyle, ile sam zechciał nam przekazać. A że był benedyktynem, nie ma tego, niestety, zbyt wiele. We wstępie podał swoje imię i krótką, a jakże charakterystyczną dla swoich czasów, formułę: Teofil, pokorny kapłan, sługa sług bożych, niegodny imienia i powołania zakonnika, pragnący poprzez pracę własnych rąk przezwyciężyć oraz pokonać ociężałość umysłu (...) niegodny i człeczyna prawie bez imienia [Ks. I, Prolog]. Podobnym stylem przesycony jest cały tekst.

Trzeba przyznać, że z jednej strony Teofil był fachowcem w niezliczonych dziedzinach, z drugiej zaś człowiekiem skromnym, a przynajmniej tak się prezentującym. Badacze próbowali identyfikować jego postać wielorako, nie dochodząc ostatecznie do żadnych pewnych wniosków. Na potrzeby tego tekstu wystarczy stwierdzić, że Teofil Prezbiter był zapewne nadreńskim mnichem, a jego praca powstała na fali reformy stanu duchownego na przełomie XI i XII wieku. „Schedula” szybko stała się najbardziej poczytnym podręcznikiem tego typu, kopiowanym w dziesiątkach, a może nawet setkach egzemplarzy przez kilka kolejnych wieków.

O sztukach wszelakich księgi trzy

„Schedula” to dzieło nie tylko obszerne, w polskim wydaniu liczące przeszło 170 stron, ale także usystematyzowane i napisane zgodnie z góry określonym planem. Autor podzielił je na trzy księgi. Pierwsza poświęcona jest farbom i malarstwu, druga — pracy w szkle, trzecia zaś (najobszerniejsza) pozostałym sztukom rzemieślniczym i zdobniczym, w szczególności metalurgii i złotnictwu. W tekście znajdziemy zarówno bardzo fachowe, z perspektywy laika kompletnie niezrozumiałe, opisy konstrukcji np. kadzielnic czy organów, jak i zadziwiające dla człowieka XXI wieku przepisy i legendy, przez ówczesnych odbierane zupełnie na poważnie — od metod hodowli bazyliszków, po nodusy biskupich pastorałów barwione koźlą krwią...

Jak w średniowieczu malowano bachora

Opat przyjmujący dziecko. Miniatura zdobiona złotem („Dekretały”, XII wiek)

Podręcznik zaczyna się przepełnionym skromnością wstępem, w którym autor przez kilka stron podkreśla swą marność i bojaźń bożą. W prologu uderzają przede wszystkim szerokie horyzonty poznawcze Teofila, unikatowe w tamtym czasie. W Europie rodziło się wprawdzie powoli zjawisko znane jako renesans XII wieku, jednak rzadko kiedy przyjmowało tak uniwersalistyczny charakter. Autor przewodnika za cel obrał sobie przedstawienie sztuk, w których specjalizowała się zarówno Grecja i Arabia, jak i Francja, Toskania czy kraje niemieckie. Słowem cały znany ówcześnie świat.

Pierwsze rozdziały księgi poświęcił autor pozyskiwaniu różnych barw i metodom ich wykorzystywania. Teofil opisał między innymi farby ceglaste, cieliste, świetliste, siną oraz morską. Wskazał nawet, w jaki sposób uzyskać kolor przezroczysty, ale o co dokładnie mu chodziło, nie sposób pojąć...

Co ciekawe, autor sporo uwagi poświęcił malowaniu „dzieci, podrostków i młodzieńców”. Zalecił pokrywanie ich skóry, włosów i zarostu odmiennymi barwami niż w przypadku dorosłych czy starców. Przeczy to częstemu (również w literaturze fachowej) twierdzeniu, że sztuka średniowiecza nie potrafiła przedstawiać dzieci, a jeśli już to robiła, to były one po prostu małymi dorosłymi. Teofil podejmuje nawet temat prezentowania brwi młodzieńców, nie wspominając już o świeżej bródce.

Szaty na murach, tęcze na suficie i klej z krowiego sera

Kolejne rozdziały poświęcone zostały kwestiom technicznym, takim jak malowanie szat na murach czy pokrywanie farbą sufitu. Teofil zajął się także malowaniem tęczy i szerokich zakresów barw. Ponownie przeczy to powszechnej opinii, zgodnie z którą sztuka średniowiecza stosowała jedynie barwy główne, z rzadka je mieszając. Teofil nie miał nic przeciwko wielości odcieni, zalecał natomiast, by trzymać się określonych schematów. Na przykład przy przedstawianiu dwunastu odcieni jednej barwy kolor główny powinien, jego zdaniem, znajdować się na siódmym miejscu.

Biskup błogosławiący ołtarz. Miniatura z pontyfikału z XIV wieku

Następny rozdział obejmuje tematykę bardziej złożoną, dotyczącą konstrukcji desek na ołtarze. W średniowieczu do ich sklejania używano kleju kazeinowego, sporządzanego z... miękkiego sera krowiego. Alternatywny klej wytwarzano ze skór i rogów jelenia, co raczej nie spodobałoby się dzisiejszym ekologom. Zadziwia też sposób mocowania złota. Płatki tego szlachetnego kruszcu doklejano do obrazów przy użyciu kleju z kurzych jaj. Do złocenia ksiąg stosowano klej z posiekanego i rozmoczonego pęcherza jesiotra. Oczywiście Teofil uwzględnił sytuację, w której dostęp do takowych pęcherzy był niemożliwy i opisał także metodę wytwarzania kleju ze skóry węgorza i głowy szczupaka. To jednak nic w porównaniu ze sposobami uzyskiwania niektórych farb.

Nasmaruj miodem, zalej moczem, obłóż nawozem

Właśnie tą tematyką Teofil zajął się pod koniec pierwszej księgi. Najpowszechniejszy barwnik, biel ołowianą, pozyskiwano w średniowieczu z płytek ołowiu. Rozklepywano je, zalewano moczem i zamykano w wydrążonym, drewnianym pojemniku. Po miesiącu zdejmowano pokrywę i zbierano z płytek biały osad. W razie potrzeby z bieli ołowianej można było uzyskać poprzez podgrzanie czerwoną minię.

W jeszcze bardziej odrażający (z naszego punktu widzenia) sposób uzyskiwano zieleń morską. Najlepiej zacytujmy z grubsza cały poświęcony temu rozdział.

Eadmer z Canterbury z piórem w dłoni. Miniatura książkowa z XII wieku zdobiona zielenią

O zieleni morskiej
Jeśli chce się przyrządzić kolor zielony, należy wziąć drewno dębowe, o dowolnej szerokości i długości, i wydrążyć je na kształt pudełka. Następnie bierze się miedź i wyklepuje ją na cienkie blachy dowolnej szerokości (...). Potem trzeba wziąć półmisek pełen soli, a przykrywszy go szczelnie, położyć go na ogniu, obłożyć rozżarzonymi węglami i pozostawić na noc, z rana zaś utrzeć ją starannie na suchym kamieniu; potem bierze się cienkie pręty i umieszcza we wspomnianym, wydrążonym drewnie (...). Następnie blachy miedziane smaruje się z obu stron czystym miodem oraz posypuje z wierzchu utartą solą i kładzie razem na gałązkach nakrywając następnie starannie, specjalnie przygotowaną deską, tak aby nic nie mogło wyparować. Następnie w narożniku pokrywy wierci się otwór, przez który można będzie wlać podgrzany ocet albo gorący mocz (...). Drewno to winno się umieścić w takim miejscu, gdzie można by je obłożyć ze wszystkich stron nawozem. Po czterech tygodniach zdejmuje się pokrywę i jeśli cokolwiek zielonego nalotu dostrzeże się na miedzi, należy go zeskrobać i zachować (...) [ks. I, rozdz. 35].

Zastanawiało was kiedyś, dlaczego tak rzadko w średniowiecznych księgach lub dokumentach można znaleźć barwę zieloną? Cóż... papier dość szybko koroduje w starciu z tą farbą.

Pierwszą księgę zamyka jeszcze przepis o tyle ciekawy, że wielu miłośników historii stara się go dziś odtworzyć w praktyce. Mowa o metodzie sporządzania atramentu. Rzecz jasna, inkaust wyrabiano na wiele sposobów w różnych miejscach i okresach. Teofil zaprezentował przepis, zgodnie z którym rozgniecione i wysuszone gałązki tarniny należy wymoczyć, a uzyskany sok wygotować i zmieszać z winem. Następnie ciecz suszy się na słońcu tak długo, aż pozostanie z niej tylko czarny proszek. Ten po zmieszaniu z winem i podgrzaniu można wykorzystać do pisania.

Nieco golizny

Druga księga podręcznika jest tylko odrobinę krótsza od pierwszej. Pozwolę sobie jednak opisać ją wyłącznie w zarysie. Prawdę powiedziawszy, jest ona napisana tyleż profesjonalnie, co niezrozumiale. Przynajmniej dla człowieka XXI wieku, na dodatek historyka, a nie rzemieślnika. Teofil podjął w niej tematy takie jak: produkcja szkła, wyrabianie witraży, naczyń i ozdób szklanych, a także ich barwienie. Następnie zajął się składaniem okien, malowaniem szkła i łączeniem szyb.

Opactwo w Tyńcu pod Krakowem. Zachowane w nim zabytki pozwalają przypuszczać, że również tutaj dotarło dzieło Teofila Prezbitera (fot. Wojciech Grabowski, opublikowana na licencji GNU FDL)

W oczy rzuca się dość swobodne podejście do zdobień zewnętrznych. Powtarza się ono zresztą wielokrotnie w księdze trzeciej. Teofil ignoruje programy symboliczne i poleca pokrywanie wyrobów według uznania zwierzątkami, ptaszkami, smokami czy... nagimi ciałami. I to niezależnie od tego, czy miały one charakter sakralny, czy nie. Fragmenty te na swój sposób wyjaśniają częste w kościołach średniowiecznych przedstawienia przeróżnych zwierząt, a także nagich ludzi.

Jak w średniowieczu dbano o żołądek

Ostatnia księga „Diversarum Artium Schedula” jest zarazem najdłuższą, zajmuje bowiem około 2/3 całego dzieła. Wiele jest w niej opisów dziś już niezrozumiałych lub zbyt specjalistycznych, by przytaczać je w artykule popularnonaukowym. Z konieczności zajmiemy się tylko pozostałymi.

Biskup błogosławiący kielich. Miniatura z pontyfikału z XIV wieku

Księgę rozpoczyna opis pracowni zdobniczej. Teofil radził, by była ona pomieszczeniem długim, z oknami wychodzącymi na południe i umieszczonymi na dokładnie określonej wysokości. Zadbał też o odpowiednie siedzenia dla rzemieślników, zwracając przy tym większą uwagę na efektywność pracy niż na wygodę.

Zresztą pojęcie BHP było ludziom średniowiecza całkowicie obce. Wydawało wam się, że praca złotnika musiała być w tamtych czasach przyjemna i komfortowa? Nic bardziej mylnego. Teofil opisał pracę w oparach rtęci, doskonale zresztą zdając sobie sprawę ze związanych z nią nieprzyjemności. W rozdziale 37. czytamy, że winno się pamiętać, aby podczas mielenia i złocenia nie być na czczo, ponieważ przykry zapach rtęci stanowi wielkie niebezpieczeństwo dla pustego żołądka i rodzi różne dolegliwości. Szczęśliwie dla ludzi tamtych czasów, nie wiedzieli oni o toksycznych i rakotwórczych właściwościach rtęci. Zawsze przyjemniej myśleć o dolegliwościach żołądkowych niż śmiertelnej substancji trawiącej od środka ludzkie ciało...

Złoto z rajskiej krainy i to z bazyliszka

Teofil poświęcił złotu bardzo wiele uwagi i nic dziwnego, wszak już w średniowieczu było ono uważane za najcenniejszy materiał zdobniczy. Z lektury przewodnika wynika, że traktowano je jak kruszec legendarny, czy wręcz sakralny. Teofil wymienił bowiem cztery rodzaje złota. Za najcenniejsze uznał to pochodzące z krainy Hawilat, czyli, innymi słowy, ogrodu rajskiego. Wykorzystał opis z Księgi Rodzaju (Rdz 2, 11–12), gdyż w rzeczywistości taka kraina nie istniała i nigdy nie sprowadzano z niej żadnego złota.

Na drugim miejscu autor uplasował antyczne złoto arabskie o niezwykłej czerwieni. Miał to być kruszec o recepturze nieznanej ludziom średniowiecza, ale z zamiłowaniem podrabiany w formie stopu złota z miedzią. Teofil, świadomy liczby podróbek, wskazał nawet metodę ich wykrywania. Podejrzany kruszec wystarczyło włożyć do ognia – jeśli tracił połysk, nie był prawdziwym złotem arabskim.

Bazyliszek według średniowiecznego wyobrażenia. Miniatura z bestiariusza z Abeerden (przełom XII/XIII wieku)

Także trzecia z kolei odmiana złota była czysto legendarna, choć Teofil opisał ją jako najzupełniej prawdziwą. Mowa tu o złocie hiszpańskim, które niewierni wytwarzali rzekomo ze... spalonych szczątków bazyliszka, wymieszanych ze sproszkowaną krwią rudowłosego młodzieńca. Teofil był przekonany, że Saraceni z powodzeniem hodowali bazyliszki, które miały się rodzić z kurzych jaj wysiedzianych przez ropuchy.

Dopiero ostatni gatunek złota, piaskowy, ukazuje realną metodę wydobycia kruszcu. Teofil opisał praktykę wypłukiwania piasku znad Renu, w którym można było znaleźć drobinki złota. Jak wiadomo, kilka wieków później to samo robili ogarnięci gorączką złota zdobywcy Dzikiego Zachodu.

Co ciekawe, autor ani słowem nie wspomniał o podstawowej, kopalnianej metodzie wydobycia złota. Widać w porównaniu z rajskim ogrodem i hodowlą bazyliszków wydawała się ona zwyczajnie nieciekawa.

Jak w moczu rudzielca zahartować żelazo

Biskup z pastorałem w dłoni unosi rękę w geście błogosławieństwa. Miniatura z pontyfikału z XIV wieku

Wiele uwagi Teofil poświęcił także obróbce żelaza. Szczególnie interesująca jest jego metoda hartowania narzędzi przeznaczonych do nacinania szkła i drogich kamieni.

Bierze się trzyletniego kozła i trzyma w stajni bez jedzenia przez trzy dni; czwartego dnia pozwala mu się najeść paproci i nic więcej. Po dwu dniach takiego karmienia na noc umieszcza się go w beczce z otworami od spodu, pod nią zaś podkłada inne nieuszkodzone naczynie, w które zgromadzi się jego mocz [ks. III, rozdz. 21].

Właśnie w tym moczu Teofil polecał hartować narzędzia, choć znał też alternatywny, bodaj nawet skuteczniejszy sposób. Pod koniec tego samego rozdziału stwierdził, że narzędzia lepiej twardnieją w moczu małego rudego dziecka. Dlaczego dziecka i w dodatku rudego? Cóż, widać tak nakazywały ówczesne obyczaje.

Od ampułki do organów

Pozostałe rozdziały w większości nie zawierają aż tak niezwykłych opisów, mają jednak sporą wartość naukową. Teofil wyjaśnił w nich, w jaki sposób w średniowieczu wytwarzano i wykorzystywano przeróżne narzędzia: kowadła, młoty, kłódki, kielichy czy kadzielnice. Opisał także przedmioty liturgiczne, dziś już całkowicie nieznane. Między innymi ssawkę do kielicha i specjalne cedzidło do wody i wina. Jego traktat pozwolił badaczom m.in. zidentyfikować fistulę z XII-wiecznego inwentarza skarbca krakowskiej katedry. Dzięki porównaniu z przewodnikiem po sztukach rozmaitych wiemy, że chodziło właśnie o specjalną ssawkę, przez którą kapłan pił wino z kielicha.

Od ampułek i pierścionków benedyktyński mistrz z łatwością przeskoczył na samym końcu swojego dzieła do rozbudowanego opisu konstrukcji kościelnych organów, cymbałów i dzwonów. Ostatni opis jest szczególnie ciekawy, bo właśnie w czasach Teofila zaczęto na większą skalę montować w kościołach dzwony. W Europie Środkowej, w tym w Polsce, były one jeszcze przez długi czas rzadkością. Tymczasem „Schedula” jasno wykładała metody wytopu, możliwe do zastosowania w dowolnym miejscu.

Biskup błogosławiący dzwon. Miniatura z pontyfikału z XIV wieku

Co ciekawe, Teofil uwzględnił nawet problem źle dobranych pomocników. Zaproponował budowę specjalnego, wielkiego tygla, by zapobiec niedbalstwu wlewających brąz do pieca. W tym samym rozdziale wspomniał, że praca ta wymaga w tym miejscu pracowników nieopieszałych, lecz zręcznych i uważnych, aby przez niedbałość któregoś z nich forma się nie pokruszyła, kogoś nie potrącono albo popchnięto i nie sprowokowano do gniewu [ks. III, rozdz. 85]. Ten i podobne fragmenty pokazują, że Teofil nie był jedynie teoretykiem. Znał realia pracy rzemieślniczej i przestrzegał czytelników przed rzeczywistymi, codziennymi problemami. Tym lepiej dla nas, bo dzięki jego radom łatwiej możemy sobie wyobrazić pracę w ówczesnym warsztacie.

O zanurzaniu kryształów w krwi młodego kozła

Księgę i cały przewodnik zamyka kilka rozdziałów poświęconych obróbce kości i kamieni szlachetnych. Sporo uwagi Teofil poświęcił między innymi tworzeniu nodusów do pastorałów biskupich. W przypadku tych kościanych polecał barwienie na czerwono, przy użyciu wygotowanego korzenia marzanny. Bardziej finezyjne metody proponował w przypadku nodusów z drogich kamieni. Szczególnie zaś w odniesieniu do rycia w krysztale.

Należy wziąć dwu- albo trzyletniego kozła, spętać mu nogi, naciąć mu skórę między piersią, a brzuchem w okolicy serca i włożyć tam kryształ – tak, aby zanurzył się w jego krwi, dopóki się nie zagrzeje. Po wyjęciu go natychmiast ryje się na nim to, co zostało zamierzone, dopóki trzyma jeszcze ciepło, a gdy zaczyna stygnąć i twardnieć ponownie zanurza się go we krwi kozła [ks. III, rozdz. 95].

Zapewne można by było znaleźć prostszą metodę i oszczędzić cierpień biednemu zwierzęciu, ale cóż zrobić – zwyczaj to zwyczaj.

Barwniki zalewane moczem i obkładane gnojówką, klej z krowiego sera, złoto ze sproszkowanego bazyliszka i ozdoby biskupich pastorałów zdobione krwią kozła... Nie wiem jak wy, ale ja już nigdy nie będę patrzyć na sztukę średniowiecza w ten sam, co dotąd sposób...

Edycje źródła:

  • T. Żebrawski, Teofila kapłana i zakonnika „O sztukach rozmaitych ksiąg troje”, Kraków 1880 (pierwszy przekład polski).
  • Theophilus, The Various Arts, ed. C.R Dodwell, London 1961 (podstawowa edycja łacińsko-angielska)
  • Teofil Prezbiter, Diversarum Artium Schedula, przekł. ​S. Kobielus, Kraków 1998 (nowa edycja łacińsko-polska; cytowana w artykule).
Napisz komentarz
Regulamin komentarzy

Uwaga, wyświetliliśmy tylko ostatnio opublikowane komentarze. Zobacz wszystkie komentarze!

Gość: Zbigniew |

Pobawię się w domniemania. Bazyliszek: - W większości opisów przypomina opierzonego dinozaura. - współcześnie mamy gady o tej nazwie określane również mianem jaszczurek Jezusa - wysiadywane przez ropuchy lub węże – płazy i gady w dużym skupisku podnoszą swoją temperaturę coś w rodzaju żywego inkubatora. Po co marnować „żywe złoto” do wysiadywania jaj? – część zwierząt np. krokodyle i kury do procesów trawienia potrzebują kamieni, jeśli te kamienie miały w sobie zawartość złota oraz ulegały erozji w kwasie żołądkowym tego zwierzęcia, to można by takie złoto otrzymać ze spalonych zwłok - Jeśli były źródłem złota, to nie jest niczym nadzwyczajnym wyginięcie takiego gatunku. Tylko ścisła ochrona utrzymuje przy życiu niektóre gatunki, ze względu na cenne skóry czy kości. - Jaja znoszone przez koguty – bazyliszki są dzieworodne więc jeśli samica przypominała wyglądem choć trochę naszego koguta to mogło takie stwierdzenie przylgnąć, samce mogły być niespotykane w hodowli. - W naszym rejonie raczej niespotykane więc na zasadzie głuchego telefonu powstały takie ryciny jakie mamy, bo stryj taaaką rybę złowił... - Jeśli mnich Teofil tak precyzyjnie opisuje skomplikowane procedury fizykochemiczne, mające potwierdzenie np. we współczesnej metalurgii to dlaczego miałby się mylić w tak błahej sprawie. „Bo nigdy nie mów nigdy”



Odpowiedz

Gość: Zbigniew |

- bezbarwna farba to pewnie nic innego jak dzisiejszy lakier bezbarwny lub impregnat który pokrywa powierzchnię zachowując jej naturalny kolor. Chętnie sprawdzę, może będzie mógł zastąpić drogie środki do impregnacji naturalnego kamienia. - Hawilat, nie był bym taki pewny czy nie istniała... Angielski archeolog Dawid Rohl prowadzi badania dla zlokalizowania tego terenu i faktycznie w podejrzewanej okolicy do dziś wydobywa się złoto. - Co do rudego chłopca to dodał bym, że ta wada genetyczna nie dotyczy tylko włosów lecz całego ciała tzn. koloru skóry oraz licznych większych lub mniejszych plam. W wyniku takiej mutacji może pojawić się moczu konkretny pierwiastek lub związek chemiczny, którego normalnie się nie spotyka u innych ludzi. Lecz to jest hipoteza która wymaga precyzyjnych badań porównawczych. -



Odpowiedz

Gość: orp |

Ten artykuł jest żenujący! W jaskrawy sposób obnaża całe obszary niewiedzy "historyka". Tak napisać mógłby - bez kompromitowania się - co najwyzej gimnazjalista. Czy autor nigdy nie zetknął się z takim przedmiotem szkolnym, jak chemia? Kolega graffic trafnie wyłapał część bzdurnych komentarzy "historyka", a zaręczam, że jest tego znacznie więcej. A ja myślałem, że dziś nauka historii obejmuje też choćby w podstawowym zarysie dzieje rozwoju kultury materialnej w jej aspekcie technologicznym... Gdzie się podziałaś, stara dobra, przedwojenna polska szkoło historyczna?



Odpowiedz

Gość |

Mnie artykuł sie podoba dzieło opisane jest z dystansem i humorem co sprawia ze trafia do odbiorcy, nawet jeśli autor nie jest specjalistą w dziedzinie chemii, rzetelnie obrazuje czym jest dzieło Teofila....jak dla mnie fajnie i przede wszystkim z pasją.. :)



Odpowiedz

Gość: ewela |

Polecam przeczytanie książki \"O sztukach rozmaitych ksiąg troje\", pierwsze wydanie z 1880 roku. Znajduje się ona w bibliotece cyfrowej: fhttp://kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=38296&dirids=1



Odpowiedz
Kamil Janicki

Historyk, były redaktor naczelny „Histmag.org” (lipiec 2008 – maj 2010), obecnie prowadzi biuro tłumaczeń, usług wydawniczych i internetowych. Zawodowo zajmuje się książką historyczną, a także publicystyką historyczną. Jest redaktorem i tłumaczem kilkudziesięciu książek, głównym autorem i redaktorem naukowym książki „Źródła nienawiści. Konflikty etniczne w krajach postkomunistycznych” (2009) a także autorem około 700 artykułów – dziennikarskich, popularnonaukowych i naukowych, publikowanych zarówno w internecie, jak i drukiem (również za granicą).

Prawa zastrzeżone – ten materiał jest chroniony przez przepisy prawa autorskiego.

Kopiowanie, przedrukowywanie (poza dozwolonymi prawnie wyjątkami) wyłącznie za zgodą redakcji: redakcja@histmag.org