Autor: Szymon Jędrusiak
Tagi: Beletrystyka, Historia życia codziennego i obyczajowości, Sylwetki i biografie, Późne średniowiecze
Opublikowany: 2018-04-25 12:00
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone

U progu Wielkiej Wojny z Zakonem

Wielkie wojny wygrywa się nie tylko w polu. W obliczu konfliktu z potężnym Zakonem Krzyżackim najwybitniejsi rycerze stają w obronie korony polskich królów. Wśród nich sławny Zawisza Czarny z Garbowa. Jak poradzi sobie w świecie spisków i intryg szpiegowskich?
REKLAMA

Polska–Prusy, lato roku Pańskiego 1409

Choć gorączkowe przygotowania do wojny trwały po obu stronach granicy już od dawna, wszyscy spodziewali się oficjalnych wojennych deklaracji najwcześniej jesienią, a wymarszu wojsk w pole – na wiosnę przyszłego roku.

Udawaliśmy się więc do Prus w szatach polskich kupców bez obaw o aresztowanie czy jakąś wojenną przygodę. Stanąłem na czele delegacji jako handlarz drewnem. Oficjalnie naszym celem był Gdańsk, a konkretnie Lastadia – stocznia, w której mieliśmy omówić przyszłoroczne kontrakty na dębinę oraz wynegocjować zaliczki. Przy okazji wieźliśmy ze sobą próbki leśnych towarów: beczkę dziegciu, trochę smoły, najwyższej jakości popiół i węgiel drzewny. Niczego nie musieliśmy wymyślać. To był mój chleb powszedni i żaden strażnik ani urzędnik nie mógł powziąć podejrzeń.

Zawisza Czarny (fragment obrazu Jana Matejki; domena publiczna)

Wyprawą dowodził Zawisza, ale tylko do Gdańska. Plan zakładał, że tam się rozdzielimy. Ja przejdę pod rozkazy kobiety, agentki, której imienia wciąż nie chcieli mi zdradzić, a która na dwa tygodnie w Malborku przeobrazi się w moją żonę i będzie kierowała akcją na zamku. Nakazano mi ściśle wypełniać jej polecenia. Zawisza w tym czasie przeprowadzi ważne rozmowy w Gdańsku. Jego misja objęta była całkowitą tajemnicą. Po dwóch tygodniach mieliśmy się spotkać w porcie ponownie i razem powrócić do Krakowa.

Jak i kiedy Polacy zamierzali podmienić aragońską delegację? Gdzie przetrzymywać prawdziwych Aragończyków na czas naszej misji? Jak ich przekonać do milczenia? Pytań miałem wiele. Ale nikt z towarzyszących mi ludzi nie chciał na ten temat rozmawiać.

W delegację oprócz mnie wyruszali Zawisza, Jaroch oraz dwóch łowców: Wolas i Sagan, który pochodził z północnej Polski, z ziemi dobrzyńskiej, dlatego go z nami wysłano.

Źle znosiłem podróż, odwykłem od spędzania tylu godzin w siodle. Bolało mnie całe ciało. Do tego nie umiałem się uwolnić od ponurych myśli. Jeśli coś pójdzie źle, skończę w lochach. Krzyżacy obedrą mnie ze skóry, wyrwą paznokcie, połamią członki. A potem wrzucą do rzeki, jak zwykli czynić ze szpiegami. I król nie ogłosi żałoby, nikt z tych ludzi wokół mnie nie rozedrze szat. Oni mają wzrok utkwiony w przyszłości, w polu bitwy, która rozegra się gdzieś w tych stronach. Moja śmierć czy ich śmierć są już wliczone w koszty.

Zasypiałem tylko dzięki piwu i gorzałce, którą łowcy z wielką namiętnością poili się co wieczór. Wina nikt w drogę nie zabrał.

REKLAMA

By zająć czymś głowę, przyglądałem się po drodze ziemiom i ludziom. Nic tak nie odpręża jak planowanie nowego interesu. Dowiedziałem się kiedyś, że Gdańsk sprzedaje około trzydziestu tysięcy sztuk wańczosu rocznie. Drewno zwożono głównie z Mazowsza. Stocznie flandryjskie, angielskie i niemieckie gotowe były kupować dwa razy tyle. Zgłaszano też nieograniczone zapotrzebowanie na smołę i dziegieć. Miałem kilka tartaków na południu. Dlaczego nie pójść z kapitałem bardziej na północ, tu, na Mazowsze? Jeśli tylko wyjdę cało z tej awantury, poważnie to przemyślę!

Północna Polska przypominała niezmącone najmniejszym wzniesieniem klepisko. Dnie, mimo słońca, wydawały się chłodniejsze niż w Małopolsce. Drogi szły tu na ogół wąskie, z trudem mogły się na nich minąć dwa wozy, a te między mniejszymi osadami wytyczano ledwie na jeden wóz. Były przy tym źle utrzymane, pełne dziur i poorane głębokimi koleinami. Z trudem pokonywaliśmy dwie, trzy mile dziennie. Jedynie gościńce przy miastach i znaczących grodach wykładano szerokimi deskami lub bito kamieniem.

„Powrót Litwinów”. Ilustracja Michała Elwiro Andriollego do „Konrada Wallenroda” (domena publiczna)

Oprócz wozów mijaliśmy też drobnych sprzedawców, którzy swój towar nosili na plecach, na zmyślnie skonstruowanych podporach, a także chłopów prowadzących obładowane dobytkiem juczne zwierzęta. Ludzie szli samotnie lub w grupach; znać było, że czują się na drogach bezpiecznie. Trakty publiczne podlegały władzy starosty, który surowo karał za wszelkie przestępstwa.

Sagan, najlepiej znający te krainy, służył nam za przewodnika. Opowiadał o bogactwie zwierzyny w tutejszych lasach. Widywał tu jelenie, dziki, sarny i niedźwiedzie. Łowcy z tajnych służb, z racji tego, że mieli pozwolenie na podróżowanie i polowania we wszystkich lasach w granicach polskiej Korony i jej wasali, często urządzali wielotygodniowe wyprawy w północne knieje po skóry zwierząt.

Mnie bardziej interesowały drzewa. Przeważały lasy mieszane. Piękne buki i dęby, gdzieniegdzie przebijały brzozy, olchy i sosny. W podszycie bujnie pleniły się leszczyna i jałowiec. Ze szczególną uwagą rozglądałem się za dębiną, której potrzebowałem do wyrobu klepek. Rosło jej tu pod dostatkiem i na pierwszy rzut oka była bardzo dorodna.

Wszędzie napotykaliśmy ślady wyrębu. Olbrzymie połacie ziemi dopiero co wydarto lasowi. Cieśle potrzebowali drewna do wznoszenia domostw, mostów, młynów, rycerskich dworków, kościołów i zamków. Na wzniesienie zwykłej wiejskiej chaty potrzeba od dwunastu do czternastu kubików drewna. Ile na każdą z takich budowanych właśnie osad, które mijaliśmy po drodze? Muszę to kiedyś policzyć. Wykonane z drewna umocnienia trzeba wymieniać co najmniej po pięćdziesięciu latach, tak samo drogi, groble – te nawet częściej, po dwudziestu latach. Zapotrzebowanie na drewno będzie tylko rosnąć. Jadąc przez mazowszańskie ziemie, zdałem sobie sprawę, że surowca tu nigdy nie zabraknie. I że powinienem zainwestować w tartaki bliżej północnych portów. Gdyby tak można było kontraktować bezpośrednio z kupcami holenderskimi albo angielskimi! Warto wygrać tę wojnę!

REKLAMA

W piątkowy wieczór zatrzymaliśmy się w gospodzie w jednej z większych i bogatszych wsi. Moi towarzysze, oddawszy konie i wóz pod opiekę gospodarza, zażądali wieczerzy. Byłem zbyt zmęczony podróżą i nieprzespanymi nocami, by im towarzyszyć. Udałem się do izby na piętrze, gdzie przyszykowano dla nas nocleg.

Obudził mnie gospodarz. Stojąc w drzwiach, oznajmił, że wieczerza dobiegła końca, nic więcej już nie poda i że szlachetni panowie, jak się wyraził, mnie wskazali jako tego, który za wszystko zapłaci. Z dołu dochodziły podniesione wesołe głosy i salwy śmiechu.

Z racji mojej profesji zarządzałem funduszami w czasie podróży. Rozliczałem wszystkie koszty: noclegi, posiłki, wszelakie inne opłaty, jak choćby za naprawę wozu sprzed dwóch dni. Tęczyński przeznaczył na wyprawę czterdzieści grzywien i taką też sumę otrzymałem w monecie. Gdyby została przekroczona, a wydatki byłyby uzasadnione, miałem założyć z własnych pieniędzy, które zostaną mi zwrócone z odpowiednim procentem. Wszystko skrzętnie notowałem w specjalnie na ten cel zabranym kajecie.

Teraz z przerażeniem słuchałem gospodarza. Za ryby, olej do ich usmażenia, warzywa, chleb, nalewki i piwo zażądał aż sześćdziesięciu skojców. Najwięcej kosztowało piwo, bo aż dwadzieścia osiem. Od pierwszego dnia podróży niezmiennie najwyższą pozycję na rachunku stanowiło piwo. Moi towarzysze jadali suto, wystawnie, zamawiali najdroższe nalewki. A i tak piwo kosztowało najwięcej.

Ten tekst jest fragmentem powieści Szymona Jędrusiaka „Zawisza Czarny. Wielka wojna”:

Szymon Jędrusiak
„Zawisza Czarny. Wielka wojna”
39,90 zł
Okładka: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 400
Premiera: 20 kwietnia 2018
Format: 140 mm × 205 mm
ISBN: 978-83-8074-103-4

Tę beztroskę w wydatkach ludzi tajnych służb objaśniał mi kiedyś Jaroch. Agenci wywiadu, oczywiście ci wyżej w hierarchii, obarczeni specjalnymi zadaniami, podróżują zawsze na koszt króla, nie stawia się im żadnych ograniczeń, a koszty utajnia. Poza tym jest ich niewielu, żyją w przeświadczeniu, że to oni decydują o losach wojen, a żołdaków i rycerzy na polu bitwy mają za wędrownych aktorów odgrywających spektakl, który oni wcześniej wymyślili i rozstrzygnęli.

REKLAMA
Władysław Jagiełło (domena publiczna)

Wreszcie – jak nikt inny narażają się na więzienie, najwymyślniejsze tortury, wróg rzadko wypuszcza ich z lochów. Nie są bohaterami, bo kronikarze nie opisują ich zasług, niewiasty nie wzdychają do nich jak do okutych w stal rycerzy. Psi los. Więc gdy tylko mogą, używają życia i nie ma co się czepiać.

Nie czepiałem się więc, grzecznie uregulowałem należność, po czym postanowiłem dołączyć do szlachetnych panów. Już na schodach powitały mnie wesołe okrzyki i brawa.

Po wypiciu beczki piwa wszyscy mieli dobrze w czubie.

– Czekaliśmy na ciebie! – zawołał Zawisza. A potem zwrócił się do jednego z łowców: – Idź po rybę dla Aarona. I przynieś mu piwa!

– Nie, dziękuję. – Podniosłem dłoń. – Nie mieszam ryby z piwem. Co to za ryba?

Zawisza złożył dłonie w tubę i krzyknął w kierunku kuchni:

– Przynieś gorzałki dla kancelisty!

Chciałem zaprotestować, ale Jaroch zręcznie zasłonił mi usta dłonią.

– I dowiedz się, jaka to ryba! – krzyknął jeszcze Zawisza. Odwrócił się. Głowę trzymał prosto, ale jego oczy straciły blask, a powieki zamykały się wolniej. – Chryste! Że też nikt wcześniej nie zapytał! Szlachta, a żrą, nawet nie wiedzą co!

Uderzył kubkiem o blat.

– Pora, byś się dowiedział, z kim… – urwał, bo z kuchni wrócił Wolas. – No i? – zwrócił się do niego. – Co to za ryba?

– Nie ma już nikogo w kuchni. Gorzałkę znalazłem. – Postawił na stole gliniany gąsiorek. Odkorkował. – Pachnie dobrze. Mocna bestia.

Dla mnie przyniósł szklany puchar, który do połowy wypełnił przezroczystym płynem. Pozostałym łowcom rozlał do kubków po piwie.

– Zaniosę trochę Saganowi.

– Nie – zaprotestował Jaroch. – Jeden z nas musi się trzymać na nogach. Jutro ja stoję, to nadrobi.

Zawisza przytaknął Jarochowi, a potem zwrócił się do mnie:

– No więc… drogi Aaronie, pora, abyś się dowiedział, z kim będziesz dzielił łoże.

Wszyscy ucichli. Uśmieszki błąkały się na twarzach.

– Myślicie, że ona się przed nim rozbierze? – spytał Wolas.

– Będzie musiała! Brodacze na pewno wezmą ich do komnat dla specjalnych gości. Gdzie można podsłuchiwać i podglądać. – Zawisza odwrócił do mnie twarz. – Nie wolno wam będzie gadać po polsku.

REKLAMA
Ulrich von Jungingen (domena publiczna)

Czułem, jak w gorzałce powoli rozpuszczają się wszystkie lęki. Była jak oliwa rozlana na wzburzone wody: fale emocji ustały, morze myśli tchnęło spokojem.

– Kto to? – zapytałem niemal beztroskim tonem.

– Ryksa. – Zawisza wysunął rękę z kubkiem, reszta zrobiła to samo. Naczynia zwarły się nad środkiem stołu z głośnym glinianym stukotem.

– Słodki Jezu! Jak ci wszyscy zazdrościmy! – Wolas rozmarzył się. Podniósł kubek ponad głowę. – Za Aarona! Żeby się nam sprawdził.

Wychyliłem do dna. Zapiekło w gardle znacznie mniej niż za pierwszym razem. Za drugą i każdą następną kolejką jest coraz łatwiej. To dobra cecha gorzałki.

Przypomniałem sobie tę dziewczynę o smukłej sylwetce, jędrnych piersiach i szczupłych biodrach. Widziałem ją tylko raz, wiele lat temu w Krakowie. Zapadł mi w pamięć namiętny błysk w jej źrenicach, gdy spojrzała na mnie zza zasłony długich ciemnych rzęs. Była wtedy w towarzystwie Zawiszy; to on wyznał mi później, że Ryksa należy do najbardziej zaufanych szpiegów Jagiełły. Głośno rozprawiano jakiś czas temu w Krakowie o jej romansie z jednym z królewskich doradców.

– Mam nadzieję, że nie jest jeszcze zamężna…

– A co to ma do rzeczy, do cholery! – oburzył się Zawisza. – Jest na służbie. Wszystko, co robi, robi dla ojczyzny. Nie martw się, może nie będziesz musiał…

– Będzie musiał! – wtrącił Wolas. – Dla króla!

Ryknęli śmiechem.

– Poza tym Ryksa mu nie odpuści – ciągnął rozochocony Wolas. – Podobno jak widzi gładkiego męża, to nie daruje. Ma miękkie serce.

Zawisza podniósł się z ławy i sięgając przez stół, złapał łowcę za kaftan. Szarpnął nim ku sobie. Ten uniósł szybko ramiona na znak niewinności.

– Będziecie udawać małżeństwo – rzucił Zawisza w moją stronę, ciężko opadając na ławę. – Spać w jednym łożu et cetera. Rozumiesz? ET CETERA!

Jaroch śmiał się bezgłośnie. Rzadko widywałem go pijanego. Teraz miałem jedną z nielicznych okazji.

– Dla własnego bezpieczeństwa. To rozkaz – ciągnął rycerz. – Brodacze będą się wam przyglądać. W sypialni też, Aaronie.

– To piękna kobieta. – Jaroch mówił tak poważnym tonem, na jaki tylko mógł się zdobyć. – Nie ma rycerza w Polsce, który by nie chciał się z tobą zamienić.

REKLAMA

– Nożem obraca lepiej od ciebie – dodał Wolas. – Obroni cię przed brodaczami.

Bitwa pod Grunwaldem w wizji Wojciecha Kossaka (domena publiczna)

Jaroch uniósł ramiona ku górze w uroczystym geście.

– Przysięgam, gdybym znał aragoński, wziąłbym tę robotę!

– Ale to przecież Polka – zauważyłem. – Nie zna aragońskiego.

Zapadło milczenie. Jaroch rozparł się wygodnie na ławie i odwrócił głowę w stronę Zawiszy. Czekał, aż ten coś powie.

– Kiedy ostatnio widziałeś Ayhe? – zapytał w końcu Sulima.

– Dlaczego pytasz? Nie wiem, dawno, lata temu…

– Ja ją widziałem… niecały rok temu – oznajmił, a potem wskazał palcem na Jarocha. – On był u niej tej wiosny.

Znów zrobiło się cicho. Wypita gorzałka mąciła mi umysł, czułem w głowie pustkę.

– Czy chcesz powiedzieć, że…

– Pracuje dla nas – dokończył Zawisza. – Pomogliśmy jej, gdy od ciebie odeszła.

– To niemożliwe!

– A jednak się stało. Po jej ucieczce z Krakowa mieliśmy dwa wyjścia. Albo ją zabić, albo skłonić do współpracy. Za dużo wiedziała. Zdecydowaliśmy się na to drugie. A ona wzięła pieniądze. Tylko tyle. Przez wiele lat nie mieliśmy z niej wielkiego pożytku. Ale odkąd związała się z jednym z wysokich urzędników portowych, przekazuje wiele cennych informacji.

– Związała się… – powtórzyłem machinalnie.

Zawisza uderzył dłonią w stół i krzyknął:

– Patrzcie, kmioty, jak wygląda miłość! On ma w dupie, że Ayhe dla nas pracuje! Rąbnęło go to, że się z kimś związała! – Chwycił mnie za ramiona i potrząsnął. – Aaron, kurwa, chłopie, kiedy ci wreszcie przejdzie! No, związała się! Teraz z nim, a wcześniej z innymi!

– Dlaczego ode mnie odeszła? – zapytałem już całkiem pijany.

Wolas rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: „a było tak miło”, osunął się na ławę i burknął:

– Wieczór diabli wzięli. – Rozlał resztę gorzałki swoim kompanom. Zawisza odmówił, ja zostałem pominięty.

– Wiem tyle, co mi powiedziała – odparł Zawisza. – Obwiniała cię o śmierć Stickera. Nie mogła żyć z mordercą.

– Z mordercą?! – wybuchnąłem. – A z wami mogła?

– Ze mną łoża nie dzieliła! – żachnął się Zawisza. – To rozumna kobieta. Miała syna na utrzymaniu. Odeszła od ciebie bez niczego. Sam wiesz.

– Zobaczę się z nią?

– Nie! – Zawisza pokręcił głową. – Zabraniam. Będziesz w Gdańsku kilka dni. Musimy być bardzo ostrożni. Żadnych spotkań. Ty i Ayhe jesteście jak ziemia i chmura, zawsze lecą pioruny.

Ten tekst jest fragmentem powieści Szymona Jędrusiaka „Zawisza Czarny. Wielka wojna”:

Szymon Jędrusiak
„Zawisza Czarny. Wielka wojna”
39,90 zł
Okładka: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 400
Premiera: 20 kwietnia 2018
Format: 140 mm × 205 mm
ISBN: 978-83-8074-103-4
REKLAMA
Śledź nas!
Komentarze

O autorze
Szymon Jędrusiak
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania historyk. Tłumacz ([Historia Hiszpanii], Proste pytania, Kościół i nauka), wydawca.

Wszystkie teksty autora
Pierwszy polski portal historyczny
ISSN: 1896-8651
Wydawca portalu
Michał Świgoń PROMOHISTORIA
ul. Koźmiana 2/89
01-606 Warszawa
NIP 626-281-54-56
Numer konta: PL 33 1140 2004 0000 3802 7410 0716
Patronaty
Jak uzyskać patronat
Kontakt z redakcją
Mateusz Balcerkiewicz
redaktor naczelny
Reklamuj się u nas
Oferta reklamowa
Konkursy
Nasze konkursy